...

Przed Świtem - ksiażka =)

by aga

on

Report

Category:

Documents

Download: 0

Comment: 0

208,713

views

Comments

Description

Download Przed Świtem - ksiażka =)

Transcript

Kilka słów od autora ebooka. Wreszcie jest. Wreszcie nadszedł ten dzień. Dzień, w którym światło dzienne w końcu ujrzał pierwszy polski, nieoficjalny przekład „Breaking Dawn”. Mam nadzieję, że nie kazaliśmy wam czekać zbyt długo. Chciałabym niezmiernie podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do ukończenia ebooka, zaczynając od tłumaczy oraz osób pomagających w korekcie. Myśląc o przekładzie całej książki na język polski nie marzyłam nawet, że zgłosi się do mnie tyle kompetentnych, chętnych do pomocy ludzi. Bez nich skompletowanie sensownie brzmiącej całości zajęłoby mi pewnie całą wieczność. ;) W drugiej kolejności dziękuję wszystkim cierpliwym fanom Twilight, którzy zasypywali mnie wiadomościami i mailami, za okazane wyrazy uznania oraz wsparcie. Nie ma za co dziękować – to wszystko dla was. W końcu jesteśmy jedną wielką twilightową rodziną i musimy sobie pomagać. ;) A teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak życzyć wam miłego czytania. Mam nadzieję, iż mimo wszystko w styczniu zaopatrzycie się w oficjalne polskie wydanie książki. I z góry przepraszam za błędy, których zapewne jest dość sporo – pośpiech nie sprzyja perfekcji. ;) Przyjemnej lektury. Evergreen & TeamTwilight Poniższy przekład nie jest przeznaczony do celów komercyjnych, nie czerpiemy z niego żadnych korzyści. Umieszczanie go na stronach internetowych i forach jest zabronione. Prosimy o rozpowszechnianie tłumaczenia tylko w zaufanych kręgach fanów. Tytuł „Świt” powstał na potrzeby tłumaczenia – w żadnym wypadku nie jest on polskim tytułem oficjalnym. Wszelkie uwagi i sugestie proszę kierować na ten adres mailowy (refleksje mile widziane). Tłumaczenie: Atrivie Lir Ladybug Madeline Natalia Evergreen Noorey Noone S. Mapet Anonim Luthien Arionka Syntia Emension Bulb Amara Lily Korekta & pomoc: Evergreen Mahi Madeline Ebook: Evergreen Spis Treści Księga Pierwsza 1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. Zaręczona. Długa noc. Wielki dzień. Gest. Wyspa Esme. Rozrywki. Niespodziewany. Księga Druga 8. 9. 10. 11. 12. 13. 14. Czekając na rozpoczęcie tej przeklętej walki. Byłem pewien jak cholera, że nie zobaczę czegoś takiego. Dlaczego po prostu nie odszedłem? Oh, tak. Bo jestem idiotą. Dwie szczytowe pozycje z Listy Rzeczy, Których Nigdy Nie Chcę Zrobić. Niektórzy nie rozumieją określenia „niemile widziany”. Dobrze, że mam silny żołądek. Jeśli dręczą Cię wyrzuty sumienia za to, że byłeś niemiły w stosunku do wampirów, to naprawdę zły znak. 15. Tik tak tik tak tik tak. 16. Zbyt wiele informacji. 17. Jak wyglądam? Jak czarnoksiężnik z Krainy OZ? Potrzebny ci mózg? Potrzebne ci serce? Proszę bardzo. Weź moje. Weź wszystko, co posiadam. 18. Brak słów. Księga Trzecia 19. 20. 21. 22. 23. 24. 25. 26. 27. 28. 29. 30. 31. 32. 33. 34. 35. 36. 37. 38. 39. Płonąc. Nowa. Pierwsze polowanie. Obiecał. Wspomnienia. Niespodzianka. Przysługa. Błyszcząc. Plany podróżne. Przyszłość. Ucieczka. Zniewalająca. Utalentowana. Spółka. Fałszerstwo. Zadeklarowani. Ostateczny termin. Żądza krwi. Kombinacje. Siła. I żyli długo i szczęśliwie. Księga Pierwsza ~*~ Bella ~*~ „Dzieciństwo nie trwa od urodzenia do określonego wieku ani w jakimś ustalonym czasie. Dziecko staje się dorosłym i odkłada na bok dziecięce sprawy. Dzieciństwo jest królestwem, w którym nikt nie umiera.” Edna St. Vincent Millay Prolog W swoim życiu otarłam się o śmierć zdecydowanie więcej razy niż normalnie przytrafiało się to zwykłym ludziom, mimo to trudno byłoby do tego kiedykolwiek przywyknąć. Wydawało się to dziwnie nieuniknione - znowu stałam w obliczu śmierci. Jakby naprawdę było mi przeznaczone nieszczęście. Wciąż mu się wymykałam, ale ono nieodwracalnie powracało. Jednak tym razem było zupełnie inaczej. Mogłeś uciekać przed kimś, kogo się bałeś, mogłeś próbować walczyć z kimś, kogo nienawidziłeś. Wszystkie moje odruchy były nastawione na tego rodzaju zabójców - potwory, wrogów. Ale gdy kochałeś tego, kto cię zabijał, nie miałeś wyboru. Jak mógłbyś uciekać, jak mógłbyś walczyć, skoro uczynienie tego, zraniłoby tę ukochaną osobę? Jeśli twoje życie było wszystkim, co musiałeś oddać tej ukochanej osobie, jak mógłbyś tego nie oddać? Jeżeli był to ktoś, kogo prawdziwie kochałeś? 1. Zaręczona Nikt się na ciebie nie gapi, powtarzałam sobie. Nikt się na ciebie nie gapi. Nikt się na ciebie nie gapi. Ale ponieważ nie potrafiłam kłamać przekonująco nawet samej sobie, musiałam się przekonać. Gdy tak czekałam na zmianę świateł, zerknęłam w prawo – pani Weber w swoim minivanie całą sylwetką zwróciła się w moją stronę, świdrując mnie oczyma. Wzdrygnęłam się, zastanawiając, dlaczego nie spuściła wzroku lub nie wyglądała na zawstydzoną. Gapienie się na innych ludzi wciąż uważano za niegrzeczne, prawda? Czy ta zasada już się mnie nie tyczyła? Wtedy przypomniałam sobie o przyciemnianych szybach. Dzięki nim prawdopodobnie nie miała w ogóle pojęcia, iż to ja siedziałam w środku, nie mówiąc już o tym, że odwzajemniałam jej spojrzenie. Spróbowałam się choć trochę pocieszyć faktem, iż nie gapiła się na mnie, tylko na samochód. Mój samochód. Westchnęłam. Spojrzałam w lewo i jęknęłam. Dwóch przechodniów zamarło na chodniku, tracąc okazję, by przejść przez ulicę, zagapiwszy się na mój samochód. Za nimi pan Marshall wyglądał przez okno wystawowe swojego niewielkiego sklepu z pamiątkami. Przynajmniej nie przyciskał nosa do szyby. Jeszcze. Światło zmieniło się na zielone. Chcąc jak najszybciej stamtąd uciec, nacisnęłam pedał gazu bez zastanowienia – z taką samą siłą, z jaką uczyniłabym to w mojej starej furgonetce, by zmusić ją do ruszenia z miejsca. Silnik zawarczał jak polująca pantera, a samochód wystartował do przodu tak szybko, że moim ciałem zarzuciło o oparcie siedzenia obitego czarną skórą, a żołądek podszedł mi do gardła. - Arg! – wydyszałam, szukając stopą hamulca. Patrząc przed siebie, ledwo go dotknęłam, a mimo to samochód natychmiast się zatrzymał. Nie miałam odwagi rozejrzeć się dookoła, by sprawdzić, jaką reakcję wywołałam. Jeśli wcześniej ktokolwiek miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, kto prowadzi ten samochód, teraz już się ich pozbył. Czubkiem buta delikatnie przycisnęłam pedał gazu o pół milimetra. Samochód znów ruszył do przodu. Zdołałam dotrzeć do celu – stacji benzynowej. Gdyby nie brakowało mi paliwa, w ogóle nie przyjechałabym do miasta. Ostatnimi czasy radziłam sobie bez wielu rzeczy jak Pop-Tarts'y** i sznurowadła, by uniknąć przebywania w miejscach publicznych. Poruszając się, jakbym uczestniczyła w jakimś wyścigu, otworzyłam klapkę wlewu paliwa, odkręciłam *Pop-Tarts – rodzaj ciastek popularnych w USA. (przyp. tłum.) korek, włożyłam kartę do czytnika i wsunęłam pistolet dystrybucyjny do baku w ciągu paru sekund. Oczywiście nic nie mogłam poradzić na to, by cyfry na wyświetlaczu przyspieszyły. Przesuwały się leniwie, jakby robiły mi to specjalnie na złość. Na dworze nie było jasno – typowy, dżdżysty dzień w Forks, w stanie Waszyngton – ale ja mimo to wciąż czułam się jak w świetle reflektorów, które skupiało uwagę na delikatnym pierścionku na mojej lewej dłoni. W takich chwilach, gdy wyczuwałam czyjeś spojrzenie na swoich plecach, wydawało mi się, że pierścionek pulsuje jak neonowy znak: Spójrz na mnie, spójrz na mnie. Takie zażenowanie było naprawdę głupie. Wiedziałam o tym. Poza opinią taty i mamy, czy to, co ludzie mówili o moich zaręczynach, rzeczywiście miało znaczenie? Albo o moim nowym samochodzie? Lub o tajemniczym przyjęciu mnie do college’u należącego do Ivy League? Czy też o błyszczącej czarnej karcie kredytowej, która zdawała się parzyć moją tylną kieszeń? - No właśnie, kogo obchodzi, co sobie myślą – wymamrotałam pod nosem. - Hm, proszę pani? – zawołał mnie jakiś męski głos. Odwróciłam się i natychmiast tego pożałowałam. Dwóch mężczyzn stało obok luksusowej terenówki z przypiętymi na dachu nowiutkimi kajakami. Nie patrzyli na mnie, obaj gapili się na mój samochód. Osobiście nie rozumiałam tego. Byłam dumna, że rozróżniałam symbole Toyoty, Forda i Chevroleta. To auto było czarne, lśniące i ładne, ale dla mnie to wciąż było tylko auto. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale możesz mi powiedzieć, jakim samochodem jeździsz? – spytał wyższy. - Eee, Mercedesem, prawda? - Tak – odpowiedział uprzejmie, podczas gdy jego niższy towarzysz wywrócił oczyma, słysząc moją odpowiedź. – Wiem. Ale zastanawiałem się, czy to... jeździsz Mercedesem Guardianem? – mężczyzna wymówił tę nazwę z szacunkiem. Miałam wrażenie, że doskonale dogadałby się z Edwardem, moim... moim narzeczonym (naprawdę nie byłam w stanie przyzwyczaić się do myśli, że do ślubu pozostało kilka dni). – One jeszcze nie powinny być dostępne w Europie – kontynuował. – I przy tym pozostańmy. Jego wzrok śledził kontury mojego samochodu, które dla mnie nie różniło się niczym od każdego innego mercedesa. Ale co ja tam wiedziałam? Ja tymczasem szybko rozważyłam moje problemy ze słowami takimi jak narzeczony, ślub, mąż itd. Po prostu nie potrafiłam tego ułożyć sobie w głowie. Z jednej strony byłam wychowywana, by wzdrygać się na samą myśl o zwiewnych białych sukniach i bukietach kwiatów. Co więcej, nie potrafiłam pogodzić koncepcji statecznego, szanowanego, nudnego męża z moją koncepcją Edwarda. To tak, jakby obsadzić archanioła w roli księgowego. Nie umiałam wyobrazić sobie go w żadnej zwyczajnej roli. Jak zwykle, gdy tylko zaczynałam myśleć o Edwardzie, zatraciłam się w powodujących zawroty głowy marzeniach. Nieznajomy musiał chrząknąć, żeby przyciągnąć ponownie moją uwagę. Ciągle czekał na odpowiedź dotyczącą modelu samochodu. - Nie wiem – przyznałam szczerze. - Nie masz nic przeciwko, żebym zrobił sobie z nim zdjęcie? Chwilę zajęło mi przetrawienie tej informacji. - Serio? Chce pan zrobić sobie zdjęcie z samochodem? - Jasne, nikt mi nie uwierzy, jeśli nie będę miał dowodu. - Eee. Dobrze. Niech będzie. Wyjęłam pistolet dystrybucyjny i odłożyłam go na miejsce, potem wślizgnęłam się na przednie siedzenie, by się skryć. Tymczasem zapaleniec wygrzebał olbrzymi, wyglądający na profesjonalny, aparat fotograficzny z plecaka. On i jego przyjaciel po kolei pozowali przed maską, a potem poszli zrobić zdjęcie z tyłu samochodu. - Tęsknię za moją furgonetką – zaskamlałam do siebie. Bardzo w porę – może nawet za bardzo – moja furgonetka wydała ostatnie tchnienie akurat kilka tygodni po tym, jak ja i Edward zawarliśmy nierówny kompromis. Jednym z ustaleń było to, że będzie mógł mi sprawić nowe auto, jeśli moje stare się zepsuje. Edward zaklinał się, że można się było tego spodziewać, gdyż moja furgonetka miała długie, wyczerpujące życie, a potem umarła śmiercią naturalną. Według niego. A ja oczywiście nie miałam możliwości, by zweryfikować tę historię lub spróbować przywrócić auto do życia na własną rękę. Mój ulubiony mechanik... Powstrzymałam tę myśl, nie chcąc jej kończyć. Zamiast tego zaczęłam przysłuchiwać się przytłumionym głosom mężczyzn na zewnątrz. - ...zionął w niego miotaczem ognia na filmiku w Internecie. Nawet nie naruszył lakieru. - Oczywiście, że nie. Mógłbyś przejechać czołgiem przez to cudeńko. Nie jest raczej przeznaczone na nasz rynek. Zaprojektowano go głównie dla dyplomatów na Środkowym Wschodzie, handlarzy bronią i baronów narkotykowych. - Myślisz, że ona...? – spytał niższy ciszej. Pochyliłam głowę. - Hm – powiedział wyższy. – Być może. Nie potrafię sobie wyobrazić, po co komuś tutaj szyby rakietoodporne i dwutonowe opancerzone nadwozie. Pewnie zmierza w stronę jakiegoś bardziej niebezpiecznego miejsca. Opancerzone nadwozie. Dwutonowe opancerzone nadwozie. Rakietoodporne szyby? Świetnie. Co się stało ze starymi, dobrymi szybami kuloodpornymi? Cóż, przynajmniej teraz to miało jakiś sens – dla kogoś o wypaczonym poczuciu humoru. To nie tak, że nie oczekiwałam, iż Edward wykorzysta naszą umowę, by móc dać dużo więcej niż miałby otrzymać. Zgodziłam się, by mógł wymienić moją furgonetkę, jeśli będzie trzeba, ale nie spodziewałam się, że ten moment nadejdzie tak szybko. Kiedy zostałam zmuszona przyznać, że moja furgonetka stała się niczym więcej jak nieruchomym hołdem dla klasycznych Chevroletów na moim podjeździe, zdawałam sobie sprawę, że ten pomysł z wymianą samochodu zapewne wprowadzi mnie w zakłopotanie. Skupi na mnie natrętne spojrzenia i szepty. Miałam rację co do tej części. Ale nawet w moich najczarniejszych wyobrażeniach nie przewidziałam, że kupi mi dwa samochody. To był ten samochód „przed”. Powiedział, że jest wypożyczony i że zwróci go po ślubie. To wszystko nie miało dla mnie żadnego sensu. Aż do teraz. Ha, ha. Ponieważ byłam tak kruchym człowiekiem, ściągającym na siebie wszelkie wypadki, ofiarą swojego własnego niebezpiecznego pecha, że najwyraźniej potrzebowałam samochodu odpornego na czołgi, by mnie ochronić. Komiczne. Byłam przekonana, że on i jego bracia świetnie się bawili za moimi plecami. Lub może, ale tylko może, cichy szept odezwał się w mojej głowie, to nie jest żart, głupia. Może on naprawdę tak się o ciebie martwi. To nie byłby pierwszy raz, kiedy posunął się odrobinę za daleko, by mnie chronić. Westchnęłam. Jeszcze nie widziałam samochodu „po”. Był ukryty pod płótnem w najgłębszym zakamarku garażu Cullenów. Wiedziałam, że większość ludzi do tej pory zdążyłaby już podejrzeć, ale ja naprawdę nie chciałam wiedzieć. To auto prawdopodobnie nie było opancerzone, ponieważ po miesiącu miodowym nie będę tego potrzebować. Niezniszczalność była tylko jednym z wielu przywilejów, których nie mogłam się doczekać. Najlepszym elementem bycia jednym z Cullenów nie były wcale drogie samochody czy imponujące karty kredytowe. - Hej! – zawołał wysoki mężczyzna, kładąc ręce na szybie i próbując zajrzeć do środka. – Skończyliśmy. Wielkie dzięki! - Nie ma za co – odpowiedziałam, a potem spięta odpaliłam silnik i nacisnęłam pedał bardzo delikatnie... Nie ważne, ile już razy wracałam do domu znajomą trasą, wciąż nie potrafiłam zignorować odpornych na deszcz plakatów. Każdy z nich, czy to przyklejony do słupa telefonicznego, czy do znaku drogowego, był świeżym policzkiem wymierzonym we mnie. Bardzo zasłużonym. Mój umysł powrócił do tamtej myśli. Wcześniej potrafiłam ją zagłuszyć. Ale na tej drodze nie mogłam jej uniknąć. Nie ze zdjęciami mojego ulubionego mechanika migającymi obok mnie w regularnych odstępach. Mój najlepszy przyjaciel. Mój Jacob. Plakaty – „Czy widziałeś tego chłopca?” – nie były pomysłem ojca Jacoba. To mój ojciec, Charlie, wydrukował je i porozwieszał w mieście. Nie tylko w Forks, ale także w Port Angeles, Sequim, Hoquiam, Aberdeen i w każdym innym mieście na półwyspie Olympic. Poza tym upewnił się, że wiszą one również we wszystkich komisariatach policji w stanie Waszyngton. Jego własny komisariat miał nawet całą korkową tablicę poświęconą poszukiwaniom Jacoba. Korkową tablicę, która była prawie pusta ku jego rozczarowaniu i frustracji. Rozczarowany był nie tylko brakiem jakichkolwiek informacji. Najbardziej zawiedziony był postawą Billy’ego, ojca Jacoba oraz jego najlepszego przyjaciela. Zawiedziony, bo Billy nie chciał bardziej zaangażować się w poszukiwania swojego szesnastoletniego zbiega, bo Billy odmówił rozwieszania plakatów w La Push – rezerwacie na wybrzeżu, który był domem Jacoba, bo Billy wydawał się pogodzony ze zniknięciem Jacoba, jak gdyby nic już nie mógł zrobić. Wedle jego słów – „Jacob jest już dorosły. Wróci do domu, jeśli będzie chciał”. Charlie był także zawiedziony mną, gdyż stanęłam po stronie Billy’ego. Również nie rozwieszałam plakatów. Ponieważ zarówno ja, jak i Billy, wiedzieliśmy, gdzie był Jacob ogólnie rzecz biorąc – i wiedzieliśmy też, że nikt nie widział tego chłopca. Przez te plakaty w moim gardle uformowała się gula, a oczy zapiekły mnie od łez. Byłam wdzięczna, że w tę sobotę Edward był na polowaniu. Gdyby zobaczył moją reakcję, także poczułby się fatalnie. Oczywiście fakt, że była sobota, miał też swoje ujemne strony. Gdy powoli i ostrożnie skręciłam na swoją ulicę, dostrzegłam radiowóz ojca na podjeździe przez domem. Znów urwał się z wędkowania. Wciąż dąsał się z powodu ślubu. Więc nie będę mogła skorzystać z telefonu w domu. Ale musiałam zadzwonić... Zaparkowałam przy krawężniku obok Chevroleta i wyciągnęła ze schowka komórkę, którą Edward dał mi w razie nagłych wypadków. Zadzwoniłam, trzymając palec na przycisku kończącym rozmowę. Na wszelki wypadek. - Słucham? – odezwał się Seth Clearwater. Westchnęłam z ulgą. Byłam zbyt tchórzliwa, żeby rozmawiać z jego siostrą Leah. Wyrażenie „urwać komuś głowę” w przypadku Leah nie sprowadzało się jedynie do metafory. - Hej, Seth. Tu Bella. - Och, cześć, Bella! Jak się czujesz? Niezdolna do wyduszenia z siebie czegokolwiek. Rozpaczliwie poszukująca pociechy. - Świetnie. - Pragniesz poznać najnowsze informacje? - Jesteś jasnowidzem. - Raczej nie. Nie jestem Alice – ty jesteś po prostu przewidywalna – zażartował. Seth jako jedyny z paczki z La Push nie czuł się niezręcznie, nazywając Cullenów po imieniu, nie mówiąc już o żartowaniu sobie z takich rzeczy jak na przykład moja prawie wszystkowiedząca przyszła szwagierka. - Wiem o tym. – Zawahałam się przez chwilę. – Co z nim? Westchnął. - To samo co zawsze. Nie rozmawia, mimo że wiemy, iż nas słyszy. Wiesz, stara się nie myśleć jak człowiek. Żyje w zgodzie ze swoimi instynktami. - Wiesz, gdzie teraz jest? - Gdzieś w północnej Kanadzie. Nie wiem, w której prowincji. Niezbyt zwraca uwagę na granice stanów. - Żadnej wskazówki, że mógłby... - Nie wraca do domu, Bello. Przykro mi. Przełknęłam ślinę. - To nic, Seth. Wiedziałam, zanim jeszcze zapytałam. Po prostu nie przestaję mieć nadziei. - No, my też. - Dzięki za informacje, Seth. Wiem, że reszta pewnie ci się naprzykrza z tego powodu. - Nie, są twoimi największymi fanami – zgodził się radośnie. – To trochę bezsensowne. Jacob dokonał swoich wyborów, ty swoich. Jake’owi nie podoba się ich podejście. Bo on sam nie jest jakoś specjalnie podekscytowany tym, że sprawdzasz, co się z nim dzieje. - Myślałam, że nie rozmawiał z tobą – wydyszałam. - Nie może wszystkiego przed nami ukryć, mimo że się stara. Więc Jacob wiedział, że martwiłam się o niego. Nie byłam pewna, jak się z tym czułam. Cóż, przynajmniej wiedział, że nie uciekłam w nieznane i nie zapomniałam o nim kompletnie. Mógł sobie wyobrażać, że jestem do tego zdolna. - Chyba zobaczymy się na... ślubie – powiedziałam, wymawiając ostatnie słowo przez zaciśnięte zęby. - Tak, ja i mama będziemy tam. Fajnie, że nas zaprosiłaś. Uśmiechnęłam się, słysząc entuzjazm w jego głosie. Chociaż zaproszenie Clearwaterów było pomysłem Edwarda, cieszyłam się, że o tym pomyślał. Miło będzie mieć tam Setha – takie połączenie, choć wątłe, z moim zaginionym najlepszym przyjacielem. – To nie byłoby to samo bez ciebie. - Pozdrów Edwarda ode mnie, dobrze? - Jasne. Potrząsnęłam głową. Przyjaźń, która zrodziła się między Edwardem i Sethem, wciąż nie mieściła mi się w głowie. Jednak stanowiła dowód na to, że wszystko nie musiało wyglądać w ten sposób. Że wilkołaki i wampiry mogły ze sobą współżyć, jeśli tylko chciały. Nie każdemu podobał się ten pomysł. - Ach – odezwał się Seth, jego głos podniósł się o oktawę. – Leah wróciła do domu. - Och! Pa! Rozłączył się. Zostawiłam telefon na siedzeniu i przygotowałam się psychicznie przed wejściem do domu, gdzie czekał Charlie. Mój biedny tata miał obecnie tyle na głowie. Ucieczka Jacoba była tylko jednym z ciężarów, które musiał dźwigać na swoich barkach. Równie mocno martwił się o mnie – o swoją ledwie pełnoletnią córkę, która miała wyjść za mąż. I to w ciągu najbliższych dni. Szłam powoli przez lekki deszcz, wspominając wieczór, w którym mu powiedzieliśmy... Na dźwięk radiowozu Charliego zwiastującego jego powrót, pierścionek nagle zaciążył mi na palcu. Chciałam schować lewą rękę do kieszeni albo usiąść na niej, ale chłodny, mocny uścisk Edwarda nie pozwolił mi na to. - Przestań się wiercić, Bello. Proszę, spróbuj zapamiętać, że nie przyznajesz się do popełnienia morderstwa. - Łatwo ci mówić! Przysłuchiwałam się złowieszczemu odgłosowi butów mojego ojca stąpających po chodniku. Klucz zabrzęczał w już otwartych drzwiach. Ten dźwięk przypomniał mi filmy, w których ofiara uświadamia sobie, że zapomniała zaryglować drzwi... - Uspokój się, Bello – wyszeptał Edward, słysząc przyspieszone bicie mojego serca. Drzwi uderzyły o ścianę, wzdrygnęłam się, jakby mnie potraktowano paralizatorem. - Witaj, Charlie – zawołał Edward całkowicie rozluźniony. - Nie! – syknęłam. - Co? – wyszeptał pytająco. - Poczekaj, aż odłoży broń! Edward zachichotał i wolną ręką przeczesał zmierzwione brązowe włosy. Charlie wyłonił się zza rogu, wciąż w mundurze i uzbrojony. Starał się nie skrzywić, gdy dostrzegł nas razem na kanapie. Ostatnio bardzo starał się polubić bardziej Edwarda. Oczywiście, ta nowina z pewnością sprawi, że natychmiast zaprzestanie tych wysiłków. - Cześć, dzieciaki. Co słychać? - Chcielibyśmy z tobą porozmawiać – odparł Edward. – Mamy dobre wiadomości. Wyraz twarzy Charliego w ciągu sekundy zmienił się z wymuszonej życzliwości w podejrzliwość. - Dobre wiadomości? – warknął, patrząc wprost na mnie. - Usiądź, tato. Uniósł brew, gapiąc się na mnie przez pięć sekund, a potem podszedł do rozkładanego fotela, usiadł na jego skraju, wyprostowany, jakby połknął kij. - Nie denerwuj się, tato – przerwałam po chwili napiętą atmosferę. – Wszystko jest w porządku. Edward skrzywił się, wiedziałam, że to z powodu użycia zwrotu „w porządku”. On prawdopodobnie użyłby czegoś w rodzaju „wspaniale”, „doskonale” lub „cudownie”. - Jasne, Bello, jasne. Jeśli wszystko jest świetnie, to czemu pocisz się jak mysz? - Nie pocę się – skłamałam. Odsunęłam się, widząc jego wściekłą minę, i wtuliłam się w Edwarda, instynktownie wycierając wierzchem prawej dłoni czoło, by ukryć dowód. - Jesteś w ciąży! – wybuchnął Charlie. – Jesteś w ciąży, prawda? Choć pytanie było skierowane do mnie, rzucał wściekłe spojrzenie Edwardowi. Mogłabym przysiąc, że widziałam, jak jego ręka drgnęła w kierunku broni. - Nie! Oczywiście, że nie! – Chciałam szturchnąć Edwarda w żebra, ale zdawałam sobie sprawę, że nabiłabym sobie tylko siniaka. Mówiłam mu, że ludzie od razu dojdą do takiego samego wniosku! Jaki inny sensowny powód mogliby mieć normalnie ludzie, by pobierać się w wieku osiemnastu lat? (Jego odpowiedź sprawiła, że wywróciłam oczyma – miłość. Jasne.) Charlie nie patrzył już tak ostro. Zwykle łatwo było wyczytać z mojej twarzy, czy kłamałam, dlatego uwierzył mi teraz. - Och. Przepraszam. - Przeprosiny przyjęte. Nastąpiło długie milczenie. Po chwili uświadomiłam sobie, że wszyscy czekali, aż coś powiem. Spojrzałam spanikowanym wzrokiem na Edwarda. Nie było szans, że wydobędę teraz z siebie cokolwiek. Uśmiechnął się do mnie, a potem wyciągnął ramiona i odwrócił się do mojego ojca. - Charlie, zdaję sobie sprawę, że nie zrobiłem wszystkiego po kolei, jak należy. Wedle tradycji powinienem zapytać cię pierwszego. Nie chciałem okazać ci braku szacunku, ale skoro Bella powiedziała już „tak”, a ja nie chcę pomniejszać wagi jej wyboru, więc zamiast prosić cię o jej rękę, proszę cię o twoje błogosławieństwo. Pobieramy się, Charlie. Kocham ją bardziej niż cokolwiek innego na tym świecie, bardziej niż własne życie, a ona – jakimś cudem – odwzajemnia to uczucie. Dasz nam swoje błogosławieństwo? Brzmiał tak pewnie, tak spokojnie. Przez ułamek sekundy, przysłuchując się absolutnej pewności w jego głosie, doświadczyłam tego rzadkiego momentu, w którym miałam wgląd do jego świadomości. Przelotnie zobaczyłam, jak świat wyglądał w jego oczach. Przez długość jednego uderzenia serca, wszystko to miało sens. I wtedy dostrzegłam wyraz twarzy Charliego, jego oczy utkwione były teraz w pierścionku. Wstrzymałam oddech, podczas gdy jego skóra zmieniała odcienie – od jasnego do czerwonego, od czerwonego do purpurowego, od purpurowego do niebieskiego. Zaczęłam się podnosić – nie jestem pewna, co planowałam uczynić, może zastosować manewr Heimlicha,* by upewnić się, że się nie dusi – ale Edward ścisnął moją dłoń i wymamrotał „daj mu minutę” tak cicho, że tylko ja to mogłam usłyszeć. Milczenie tym razem trwało dużo dłużej. A potem, stopniowo, na twarz Charliego powróciły normalne kolory. Usta miał ściągnięte, brwi zmarszczone – rozpoznałam ten wyraz twarzy – był pogrążony w myślach. Przypatrywał się nam przez długą chwilę. Poczułam, jak Edward rozluźnił się u mego boku. - Chyba nie jestem taki zaskoczony – mruknął. – Wiedziałem, że będę musiał zmierzyć się z czymś takim już wkrótce. Odetchnęłam. - Jesteś tego pewna? – spytał, rzucając mi groźne spojrzenie. - Jestem w stu procentach pewna Edwarda – powiedziałam, nie dając się zbić z tropu. - Ale ślub? Po co ten pośpiech? – Znów przyjrzał mi się podejrzliwie. Pośpiech był spowodowany tym, iż każdego parszywego dnia zbliżałam się do dziewiętnastu lat, podczas gdy Edward zatrzymał się na swoich siedemnastu latach perfekcji. Nie żeby w moim słowniku małżeństwo było związane z tym faktem, ale ślubu wymagał delikatny i zawiły kompromis, jaki Edward i ja zawarliśmy, by dojść do punktu, gdy moja transformacja ze śmiertelnika w istotę nieśmiertelną będzie możliwa. Jednak to nie były rzeczy, które mogłam wyjaśnić Charliemu. - Na jesieni wyjeżdżamy razem do Dartmouth, Charlie – przypomniał mu Edward. – Chciałbym to zrobić, cóż, we właściwy sposób. Tak mnie wychowano. – Wzruszył ramionami. Nie przesadzał; podczas pierwszej wojny światowej staroświecka moralność była czymś dużo *Manewr Heimlicha - technika pomocy przedlekarskiej stosowana przy zadławieniach. Polega na wywarciu nacisku na przeponę, w celu sprężenia powietrza znajdującego się w drogach oddechowych i "wypchnięcia" obiektu znajdującego się w tchawicy. (przyp. tłum.) poważniejszym. Charlie wykrzywił usta, szukając jakiegoś aspektu, z którym mógłby polemizować. Ale co mógłby powiedzieć? Wolałbym byś najpierw żyła w grzechu? Był ojcem, miał związane ręce. - Wiedziałem, że to się zbliża – wymamrotał do siebie, krzywiąc się. Potem nagle jego twarz rozpogodziła się. - Tato? – odezwałam się nerwowo. Zerknęłam na Edwarda, nie mogłam nic wyczytać z jego twarzy, gdy spoglądał na Charliego. - Ha! – wybuchnął Charlie. Podskoczyłam na swoim siedzeniu. – Ha, ha, ha! Przyglądałam mu się niedowierzająco, gdy jego śmiech jeszcze wzmógł na sile. Trząsł się na całym ciele ze śmiechu. Spojrzałam na Edwarda pytająco, ale on miał zaciśnięte wargi, jakby starał się usilnie również nie roześmiać. - Dobrze – wydusił Charlie. – Pobierzcie się. – Wstrząsnął nim kolejny spazm śmiechu. – Ale... - Ale co? - Ale musisz o tym powiedzieć matce! Ja jej nic nie powiem! To twoje zadanie! – powiedział, po czym ryknął śmiechem. Zamarłam z ręką na klamce, uśmiechając się do siebie. Pewnie, w tamtej chwili jego słowa przeraziły mnie. Ostateczna zguba - wyznanie tego matce. Małżeństwo w młodym wieku było wyżej na jej czarnej liście niż gotowanie żywcem szczeniaków. Kto mógłby przewidzieć jej reakcję? Nie ja. Z pewnością nie Charlie. Może Alice, ale nie pomyślałam, żeby ją spytać. - Cóż, Bello - powiedziała Renee po tym, jak, krztusząc się, wyjąkałam to trudne zdanie: "Mamo, wychodzę za Edwarda". - Czuję się trochę urażona tym, że zwlekałaś tak długo przed wyznaniem mi tego. Ceny biletów lotniczych są coraz droższe. Och! - zaniepokoiła się. - Myślisz, że do tego czasu zdejmą Philowi gips? Popsułby zdjęcia, gdyby nie był w garniturze. - Czekaj chwilę, mamo - wydyszałam. - Co masz na myśli przez "zwlekałaś tak długo"? Dopiero co się zarę... zarę... - Nie potrafiłam wydusić z siebie słowa "zaręczyłam". - ... wszystko ustaliłam, wiesz, dzisiaj. - Dzisiaj? Naprawdę? A to niespodzianka. Przypuszczałam... - Co przypuszczałaś? Kiedy? - Cóż, kiedy przyjechałaś odwiedzić mnie w kwietniu, wydawało się, że wszystko było już zapięte na ostatni guzik, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Nie trudno cię przejrzeć, kochanie. Ale nic nie mówiłam, bo wiedziałam, że i tak nic nie zdziałam. Jesteś taka sama jak Charlie - westchnęła zrezygnowana. - Jak już podejmiesz jakąś decyzję, nie ma sensu się z tobą kłócić. Oczywiście, również tak samo jak Charlie, trzymasz się swoich postanowień. Nie popełniasz moich błędów, Bello. Twój głos brzmiał jakbyś była przerażona, domyślam się, że to mnie się boisz. - Zachichotała. - Tego, co sobie pomyślę. Wiem, że powiedziałam wiele rzeczy o małżeństwie i głupocie - wcale ich nie cofam - ale musisz zdać sobie sprawę, że te rzeczy odnoszą się głównie do mnie. Jesteś zupełnie inną osobą niż ja. Popełniasz swoje własne błędy i jestem pewna, że jest sporo rzeczy, których żałujesz. Ale zobowiązania nigdy nie były twoim problemem, kotku. Masz większe szanse, by ci wyszło niż większość czterdziestolatków, których znam. - Znów się zaśmiała. - Moje małe, dojrzałe dzieciątko. Na szczęście wygląda na to, iż znalazłaś inną starą duszę... - Nie jesteś... wściekła? Nie uważasz, że popełniam olbrzymi błąd? - Cóż, wiadomo, że wolałabym, byś poczekała jeszcze kilka lat. Chodzi mi o to - czy ja naprawdę wyglądam na kogoś, kto mógłby już być teściową? Nie odpowiadaj. Ale tu nie chodzi o mnie. Chodzi o ciebie. Jesteś szczęśliwa? - Nie wiem. Czuję się, jakbym przebywała poza ciałem. Renee cicho się zaśmiała. - Czy on cię uszczęśliwia, Bello? - Tak, ale... - Czy kiedykolwiek będziesz pragnęła kogoś innego? - Nie, ale... - Ale co? - Nie zamierzasz powiedzieć, że mówię jak każda zadurzona nastolatka od zarania dziejów? - Ty nigdy nie byłaś nastolatką, kotku. Wiesz, co dla ciebie najlepsze. W ciągu ostatnich tygodni Renee niespodziewanie zatraciła się w weselnych planach. Każdego dnia spędzała godziny, wisząc na telefonie z matką Edwarda, Esme - nie trzeba było się martwić, jak obie teściowe będą ze sobą współżyć. Renee uwielbiała Esme. Choć z drugiej strony wątpiłam, czy ktoś mógłby się oprzeć urokowi mojej przyszłej teściowej. Wybawiło mnie to z opresji. Rodzina Edwarda i moja zajmowały się weselem, dzięki czemu nie musiałam nic w związku z tym robić, wiedzieć ani nawet myśleć. Charlie był oczywiście wściekły, ale najlepsze było to, że nie był wściekły na mnie. To Renee była zdrajczynią. Liczył, że to ona będzie robić problemy. Co mógłby teraz zrobić, gdy jego ostateczna groźba - powiedzenie mamie - okazała się całkiem bez pokrycia? Nie miał nic i wiedział o tym. Więc kręcił się po domu, mrucząc do siebie coś o tym, że nie będzie już nigdy w stanie nikomu zaufać... - Tato? - zawołałam, gdy otworzyłam drzwi. - Jestem już w domu! - Czekaj chwilę, Bells, zostań tam gdzie jesteś. - Co? - spytałam, zatrzymując się automatycznie. - Daj mi sekundę. Och, ukłułaś mnie, Alice. Alice? - Przepraszam, Charlie - odpowiedział melodyjny głos Alice. - Nic ci nie jest? - Krwawię. - Wszystko w porządku - nie przecięłam skóry, zaufaj mi. - Co się dzieje? – spytałam z wahaniem w progu. - Proszę, Bello, wytrzymaj trzydzieści sekund - rozkazała Alice. - Twoja cierpliwość będzie nagrodzona. - Aha - dodał Charlie. Stukałam stopą o podłogę, licząc każde uderzenia, zanim weszłam do dużego pokoju. - Och - wydyszałam. - O! Tato! Czy ty nie wyglądasz... - ... głupio? - wtrącił Charlie. - Miałam na myśli elegancko. Charlie zaczerwienił się. Alice chwyciła go za łokieć i okręciła dokoła, by zaprezentować w całej okazałości jasnoszary smoking. - Teraz zdejmij to, Alice. Wyglądam jak idiota. - Nikt ubrany przeze mnie nigdy nie wyglądał jak idiota. - Ona ma rację, tato. Wyglądasz bombowo. Co to za okazja? Alice wywróciła oczyma. - Ostateczna przymiarka. Dla was obojga. Po raz pierwszy oderwałam wzrok od nadzwyczajnie eleganckiego ojca i zauważyłam przerażająco białą torbę ostrożnie ułożoną na kanapie. - Ach. - Udaj się do swojego szczęśliwego miejsca, Bello. To nie zajmie wiele czasu. Wzięłam głęboki wdech i zamknęłam oczy. Nie otwierając ich, poszłam chwiejnym krokiem na górę do mojego pokoju. Rozebrałam się do bielizny i wyciągnęłam przed siebie ręce. - Pomyślałbyś, że wsadzałam mu bambusowe drzazgi pod paznokcie - Alice mruczała do siebie, gdy weszła za mną do środka. Nie zwracałam na nią uwagi. Znajdowałam się teraz w moim szczęśliwym miejscu. W moim szczęśliwym miejscu cały zamęt związany ze ślubem już minął. To wszystko było już za mną. Stłumione i zapomniane. Byliśmy sami, tylko Edward i ja. Lokalizacja była niewyraźna, mglista i wciąż się zmieniała - od mrocznego lasu, poprzez miasto z pochmurnym niebem, aż do arktycznej nocy - ponieważ Edward utrzymywał miejsce, w którym spędzimy miesiąc miodowy, w sekrecie, bym miała niespodziankę. Ale specjalnie nie martwiłam się tą częścią dotyczącą położenia. Edward i ja byliśmy razem, a ja doskonale wypełniłam moją część zobowiązania. Wyszłam za niego. To była ta najważniejsza część. Poza tym zaakceptowałam wszystkie jego skandaliczne prezenty oraz zostałam zarejestrowana, całkiem zresztą niepotrzebnie, w Dartmouth, by móc zacząć uczęszczać na zajęcia od jesieni. Teraz była jego kolej. Zanim zamieni mnie w wampira - co było najważniejszą częścią kompromisu - miał jeszcze jedno zobowiązanie. Edward obsesyjnie martwił się o różne ludzkie rzeczy, z których nie chciał, bym rezygnowała, o doświadczenia, które nie chciał, bym przegapiła. Ale ja nalegałam tylko na jedno doświadczenie. Oczywiście, było to doświadczenie, o którym chciał, bym zapomniała. I w tym rzecz. Wiedziałam, kim się stanę, kiedy będzie już po wszystkim. Widziałam na własne oczy nowonarodzone wampiry i słyszałam wiele opowieści o tych dzikich początkach z ust członków mojej przyszłej rodziny. Przez pierwsze kilka lat będzie można mnie określać jako spragnioną. Zajmie to pewnie trochę czasu, bym na powrót stała się sobą. A nawet jeśli będę się kontrolować, nigdy już nie będę czuła się tak jak teraz. Ludzka... i namiętnie zakochana. Pragnęłam doświadczyć tego w pełni, zanim przehandluję moje ciepłe, kruche, przepełnione feromonami ciało na coś pięknego, mocnego i ... nieznanego. Pragnęłam prawdziwego miesiąca miodowego z Edwardem. I mimo niebezpieczeństwa, na jakie bał się mnie narazić, zgodził się spróbować. Ledwo zdawałam sobie sprawę z obecności Alice oraz dotyku satyny na mojej skórze. Przez chwilę nie obchodziło mnie, że całe miasto plotkowało o mnie. Nie myślałam o spektaklu, w którym będę musiała odegrać swoją rolę zdecydowanie zbyt prędko. Nie martwiłam się, że potknę się o własny welon albo zacznę chichotać w nieodpowiednim momencie lub że jestem zbyt młoda. Nie przejmowałam się spojrzeniami ludzi tam zgromadzonych ani nawet pustym miejscem, na którym powinien siedzieć mój najlepszy przyjaciel. Byłam z Edwardem w swoim szczęśliwym miejscu. tłumaczenie: Luthien 2. Długa noc - Już za Tobą tęsknie. - Nie muszę odchodzić. Mogę zostać... - Mmm... Przez dłuugi moment w pokoju panowała cisza, słychać było tylko głuchy odgłos mojego walącego serca, przerywany rytm nierównego oddechu i szmer zsynchronizowanych ze sobą ust. Czasami tak łatwo było mi zapomnieć, że całuję wampira. Nie dlatego, że wydawał się zwyczajny lub przypominał człowieka - nigdy nawet na sekundę nie zapominałam, że trzymałam w ramionach bardziej anioła niż mężczyznę - ale dlatego, że wydawało się jakby nic sobie z tego nie robił, że jego usta łapczywie wpijają się w moje, całują moją twarz i pieszczą szyję. Twierdził, że już dawno przezwyciężył chęć posmakowania mojej krwi, myśl o tym, że mógłby mnie stracić skutecznie wyleczyła go z tego pragnienia. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że wpatruje się w moją twarz. Nigdy nie miało to dla mnie najmniejszego sensu dlaczego patrzył na mnie w ten sposób. Jakbym była raczej nagrodą niż niesamowicie szczęśliwym zwycięzcą. Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę; jego złote oczy były tak niesamowicie głębokie, że wyobrażałam sobie, iż mogę w nich zobaczyć ścieżkę aż do samej jego duszy. Wydawało mi się śmieszne, że co do tego faktu - istnienia owej duszy - były jakiekolwiek wątpliwości, nawet jeśli jest wampirem. Miał piękniejszą duszę niż ktokolwiek, piękniejszą niż jego genialny umysł, niezrównana twarz czy wspaniałe ciało. Odpowiedział mi takim spojrzeniem jakby również mógł zobaczyć moją duszę, co więcej, jakby podobało mu się to co widzi. Nie mógł zajrzeć jednak do mojego umysłu, tak jak zaglądał do umysłów innych. Któż to wiedział dlaczego - jakaś dziwna usterka w moim mózgu spowodowała, że byłam odporna na wszelkie niezwykłe i przerażające zdolności jakie posiadali niektórzy z nieśmiertelnych. (Tylko mój umysł był odporny; ciało ciągle było podporządkowane wampirom z umiejętnościami, które działały inaczej niż Edwarda.) Jednakże byłam niezmiernie wdzięczna tej usterce, która pozwoliła mi na zatrzymanie moich myśli w tajemnicy. W innym wypadku byłoby to naprawdę żenujące. Znów przyciągnęłam jego twarz do swojej. - Zdecydowanie zostaję. - wymruczał chwilę później. - Nie, nie. To Twój wieczór kawalerski. Musisz iść. Powiedziałam to ale palce mojej prawej ręki zatonęły w jego brązowych włosach, natomiast lewa powędrowała na jego plecy, przyciskając go ciaśniej do mojego ciała. - Wieczory kawalerskie powstały dla tych, którzy smucą się, że ich samotne dni minęły. Ja nie mógłbym być bardziej chętny aby zostawić swoje daleko za sobą, więc naprawdę nie mam powodu by tam iść. Byłam już prawie w swoim szczęśliwym miejscu. Charlie najwyraźniej spał w swoim pokoju, co było prawie równoznaczne z tym, jakbyśmy byli sami. Skuleni na moim małym łóżku, byliśmy splątani ze sobą tak ciasno jak to tylko było możliwe, zważając na gruby koc którym owinął mnie jak kokonem. Nienawidziłam tej konieczności, ale cały romantyzm pryskał gdy moje zęby zaczynały szczękać z zimna. Charlie zorientowałby się, że coś jest nie tak gdybym podkręciła ogrzewanie w sierpniu... Jednak, jeśli musiałabym być w jakiś sposób rozgrzewana to wystarczyło to, że koszula Edwarda była na podłodze - nigdy nie mogłam wyjść z podziwu jak idealne było jego ciało - białe, chłodne i gładkie niczym marmur. Moja dłoń krążyła teraz po jego torsie, błądziła po płaskich mięśniach brzucha z podziwem. Przeszyła go delikatna fala podniecenia i jego usta znowu odnalazły moje. Starannie przejechałam czubkiem języka po jego idealnie gładkich wargach. Westchnął. Jego słodki oddech - taki zimny i przepyszny - owionął moją twarz. Zaczął się odsuwać - była to jego automatyczna reakcja za każdym razem gdy zdecydował, że sprawy zaszły za daleko, odruchowa reakcja za każdym razem kiedy najbardziej nie chciał przerywać. Edward spędził większość swojego życia odmawiając sobie wszelkiego rodzaju cielesnych zbliżeń. Wiedziałam, że porzucanie tych przyzwyczajeń było dla niego trochę przerażające. - Czekaj, - powiedziałam, czepiając się jego ramion i przytulając się do niego mocno. Oswobodziłam jedną nogę i owinęłam go nią w talii. - Praktyka czyni mistrza. Zachichotał. - Cóż, w takim razie musi mi być już naprawdę niedaleko do mistrza, prawda? Czy Ty w ogóle sypiałaś przez ostatni miesiąc? - Ale to próba generalna - przypomniałam mu. - a my przećwiczyliśmy tylko niektóre sceny. Nie ma czasu na zabawy w bezpieczeństwo. Myślałam, że zacznie się śmiać ale nie odpowiedział, a jego ciało zamarło w bezruchu w nagłym przypływie stresu. Jego oczy spoważniały. Przemyślałam swoje słowa, analizując co mógł w nich dosłyszeć, że wywołało to taką reakcję. - Bello... - wyszeptał. - Nie zaczynaj znowu. - powiedziałam. - Umowa to umowa. - No nie wiem. Za ciężko mi się skoncentrować kiedy jesteś tak blisko jak teraz. Ja nie... Nie potrafię myśleć trzeźwo. Nie będę w stanie się kontrolować. Stanie ci się krzywda. - Nic mi nie będzie. - Bello... - Cii! - położyłam palec na jego ustach żeby powstrzymać ten atak paniki. Słyszałam to już wcześniej. Nie wywinie się ze swojej części umowy. Nie po tym jak namówił mnie na ślub. Pocałował mnie krótko ale nie był w to już tak zaangażowany jak przed chwilą. Martwi się, ciągle tylko się martwi. Jakże wszystko się zmieni kiedy już nie będzie musiał się o mnie więcej zamartwiać. I co on wtedy zrobi? Będzie musiał znaleźć sobie jakieś nowe hobby. - Nie stchórzysz? - Nie. - odpowiedziałam, wiedząc co tak naprawdę ma na myśli. - Naprawdę? Żadnych wątpliwości? Nie jest jeszcze za późno żebyś zmieniła zdanie. - Próbujesz się ze mną spierać? Zachichotał. - Tylko się upewniam. Nie chce żebyś musiała robić coś, co do czego masz jakieś obiekcje. - Jestem pewna, że chcę być z tobą. Resztę jakoś przeżyję. Zawahał się i zastanowiłam się, czy znowu nie palnęłam gafy. - Czy na pewno? - zapytał cicho. - Nie mam na myśli ślubu - jestem pewien, że jakoś go przetrwasz mimo mdłości - ale później... Co z Renée, co z Charliem? Westchnęłam. - Będę za nimi tęsknić. - Gorsze jest to, że oni za mną też, ale nie powiedziałam tego głośno. - I Angela, i Ben, i Jessica, i Mike. - Za nimi też będę tęsknić. - uśmiechnęłam się w ciemnościach. - Zwłaszcza za Mikiem. Oh Mike! Jak Ja sobie bez niego poradzę? Zawarczał. Zaśmiałam się ale nagle spoważniałam. - Edward, wałkowaliśmy to setki razy. Wiem, że będzie ciężko ale to jest właśnie to, czego chcę. Chcę Ciebie, i to na zawszę. Jedno wspólne życie to po prostu nie wystarczająco jak dla mnie. - Zatrzymana na całą wieczność w wieku osiemnastu lat. - wyszeptał. - Marzenie każdej kobiety. - droczyłam się z nim. - Żadnych zmian.. Żadnego pójścia naprzód... - Co to ma znaczyć? Odpowiedział powoli. - Pamiętasz kiedy powiedzieliśmy Charliemu, że bierzemy ślub? I kiedy pomyślał, że jesteś.. w ciąży? - I kiedy pomyślał, żeby Cię zastrzelić. - odpowiedziałam ze śmiechem. – Przyznaj, przez sekundę naprawdę to rozważał. Nie odpowiedział. - Co, Edward? - Po prostu chciałbym... Cóż, chciałbym, żeby miał wtedy rację. Zaparło mi dech ze zdziwienia. - Oczywiście nie żeby była jakakolwiek możliwość żebyś mogła być. – kontynuował - Żebyśmy mieli jakieś szanse. Nienawidzę tego, że i to Ci odbieram. Dojście do siebie zajęło mi minutę. - Wiem co robię. - Skąd możesz wiedzieć, Bello? Spójrz na moją matkę, spójrz na siostrę. To nie jest tak łatwe poświęcenie jak sobie to wyobrażasz. - Esme i Rosalie jakoś sobie radzą. Jeśli to będzie później problemem zrobimy to co Esme zaadoptujemy. Westchnął, po czym zaczął zawziętym głosem. - To nie w porządku! Nie chcę żebyś poświęcała dla mnie cokolwiek. Chcę Ci dawać co tylko mogę, a nie zabierać. Nie chcę kraść twojej przyszłości. Gdybyś była człowiekiem... Zakryłam mu dłonią usta. - Ty jesteś moją przyszłością. A teraz przestań. Dość narzekania, albo zadzwonię po Twoich braci. Może jednak potrzebujesz tego wieczoru kawalerskiego. - Przepraszam. Narzekam? To pewnie przez te nerwy. - Rozmyślasz się? - Nie w tym sensie. Czekałem całe stulecie, żeby się z Tobą ożenić, panno Swan. Ślub to jedyna rzecz, której nie mogę się doczekać. - rozpogodził się trochę. - Coś nie tak? Zazgrzytał zębami. - Nie musisz dzwonić po moich braci. Najwyraźniej Emmett i Jasper nie mają zamiaru mi dzisiaj odpuścić. Przycisnęłam go do siebie mocniej na sekundę po czym wypuściłam z objęć. Gdyby Emmett postanowił zabrać Edwarda siłą, i tak nie miałabym najmniejszych szans. - Bawcie się dobrze. Zza okna dobiegł jakiś pisk - ktoś z premedytacją skrobał paznokciami po szybie okna wywołując straszny dźwięk, niemalże nie do zniesienia. - Jeśli nie wypuścisz Edwarda - syknął groźnie Emmett, wciąż pod osłoną nocy. - to my wejdziemy po niego! - Idź. - zaśmiałam się. - Zanim zrujnują mój dom. Edward wywrócił oczyma ale stanął na nogi jednym płynnym ruchem i założył z powrotem koszulę kolejnym. Nachylił się i pocałował mnie w czoło. - Prześpij się. Jutro wielki dzień. - Dzięki! To z pewnością pomoże mi zasnąć. - Czyli spotkamy się przy ołtarzu. - Ja będę tą w białym. - uśmiechnęłam się słysząc swój perfekcyjnie zblazowany głos. - Bardzo przekonywujące – Zachichotał i zaraz po tym przykucnął, napiął mięśnie i wyskoczył przez okno zbyt szybko, by moje oczy były w stanie za nim nadążyć. Na zewnątrz usłyszałam przytłumiony huk i przeklinającego Emmetta. - Dopilnujcie, żeby się nie spóźnił – mruknęłam, wiedząc, że doskonale mnie słyszą. Chwilę po tym w oknie ukazała się twarz Jaspera. Jego miodowe włosy zyskały barwę srebra w księżycowej poświacie. - Nie martw się – powiedział – dostarczymy go na czas. Ogarnęła mnie nagle fala spokoju. Cały mój niepokój wydał się zupełnie bezzasadny. Jasper był na swój sposób równie utalentowany, co nieomylnie przewidująca przyszłość Alice, tyle że polem do działania dla niego były ludzkie nastroje, a nie to, co ma nadejść. Uczuciom, które wywoływał nie można było się oprzeć. Usiadłam niezgrabnie na łóżku, wciąż szczelnie otulona kocem. - Jasper? – zaczęłam niepewnie – Co wampiry robią na wieczorach kawalerskich? Nie zabieracie go chyba do klubu ze striptizem, co? - Nie mów jej! – warknął Emmett gdzieś z dołu. Zaraz potem usłyszałam kolejny huk i cichy śmiech Edwarda. - Spokojnie – powiedział Jasper i moje ciało natychmiast zareagowało na jego polecenie. – My, Cullenowie mamy własną wizję takich wieczorów. Wiesz, parę pum, kilka grizzly. Właściwie to będzie taka zwyczajna noc poza domem. Zastanawiałam się przez chwilę, czy potrafiłabym się tak beztrosko wypowiadać o „wegetariańskiej” wampirzej diecie. - Dzięki, Jasper. Puścił do mnie oko zniknął za oknem. Na zewnątrz było zupełnie cicho. Słyszałam tylko przytłumione chrapanie Charliego dochodzące z jego pokoju. Ułożyłam się z powrotem na poduszce, tym razem naprawdę śpiąca. Spod ciężkich powiek wpatrywałam się w ściany mojego pokoju, nieco wyblakłe przy świetle księżyca. Moja ostatnia noc w tym pokoju. Ostatnia noc jako Isabella Swan. Jutro o tej samej porze będę już Isabellą Cullen. Musiałam przyznać, że chociaż cała ta sprawa z małżeństwem mocno mnie irytowała, to podobało mi się to nowe nazwisko. Pozwoliłam myślom dryfować swobodnie, czekając na sen, jednak po kilku minutach znów się ożywiłam, wróciły dawne niepokoje i towarzyszące im nieprzyjemne uczucie w żołądku. Łóżko wydało mi się nagle zbyt miękkie i ciepłe gdy nie było w nim Edwarda. Jasper był już daleko stąd, a razem z nim odszedł też cały mój spokój. Jutro czekał mnie bardzo długi dzień. Miałam świadomość, że większość moich obaw była po prostu głupia. Musiałam się tylko przełamać. Przyciąganie uwagi jest nieuniknioną częścią życia. Nie można przecież wiecznie wtapiać się w otoczenie. A jednak, miałam kilka zmartwień, którymi wciąż się przejmowałam. Po pierwsze, mój tren. Alice dała się ponieść swojemu zmysłowi artystycznemu kosztem praktycznej funkcji mojego stroju. Pokonanie schodów w domu Cullenów w szpilkach i trenie wydawało mi się absolutnie niemożliwe. Powinnam była poćwiczyć zawczasu. Poza tym była jeszcze lista gości. Tanya i reszta klanu Denali mieli pojawić się jakiś czas przed ceremonią. Umieszczanie rodziny Tanyi w jednym pokoju z gośćmi z rezerwatu – ojcem Jacoba i Clearwaterami było dla mnie nierozsądne. Wampiry z Denali nie należały do miłośników wilkołaków. Irina, siostra Tanyi w ogóle nie przyjęła zaproszenia. Wciąż pałała żądzą zemsty za to, że wilki zabiły jej partnera, Laurenta (który właśnie miał zamiar zabić mnie). I właśnie przez to Denali opuścili rodzinę Edwarda w największej potrzebie. Ocaliliśmy życie tylko dzięki niezwykłemu przymierzu z wilkołakami, zawartemu w obliczu ataku hordy nowonarodzonych... Edward obiecał, że nic się nie stanie, jeśli Denali i Quileuci spotkają się na naszym ślubie. Tanya i reszta rodziny, z wyjątkiem Iriny, czuli się winni, za to, że odmówili pomocy. Byli gotowi na rozejm z wilkami, jako swego rodzaju odkupienie. To był ten duży problem, ale był też ten mniejszy, dla mnie nie mniej istotny. Mianowicie mój brak pewności siebie. Nigdy dotąd nie miałam okazji poznać Tanyi, ale byłam pewna, że to spotkanie nie podziała dobrze na moje ego. Kiedyś, pewnie przed moimi narodzinami, podrywała Edwarda. Nie żebym obwiniała ją albo kogokolwiek innego za to, że go pożądała, ale wciąż miałam świadomość, że w najgorszym razie okaże się piękna, a w najlepszym jej uroda będzie zapierała dech w piersiach. Wiedziałam, iż, mimo że Edward najwidoczniej i tak wolał mnie, nie będę mogła powstrzymać się przed porównywaniem swojej osoby do Tanyi. Narzekałam tak długo, aż w końcu Edward, znając mnie doskonale, wywołał u mnie poczucie winy. - Jesteśmy dla niech jak najbliższa rodzina – przypomniał mi. – Wciąż czują się osieroceni, mimo że minęło już tyle czasu. Poddałam się, acz niechętnie. Rodzina Tanyi była teraz duża, prawie taka, jak Cullenów. Było ich pięcioro: do Tanyi, Kate i Iriny przyłączyli się Carmen i Eleazar w bardzo podobny sposób, jak Alice i Jasper dołączyli do Cullenów. Połączyła ich chęć by żyć inaczej niż większość wampirów. Jednak mimo towarzystwa, Tanya i jej siostry wciąż były na swój sposób samotne, pogrążone w żałobie. Kiedyś, wiele lat temu miały też matkę. Doskonale rozumiałam pustkę, jaka została po takiej stracie, nawet po tysiącu lat. Próbowałam wyobrazić sobie rodzinę Cullenów bez jej założyciela, przewodnika i ojca, Carlisle’a, ale nie byłam w stanie. Carlisle opowiedział mi historię Tanyi podczas jednej z wielu nocy, jakie spędziłam w domu Edwarda na nauce i przygotowaniach do życia, jakie dla siebie wybrałam. Opowieść o matce Tanyi była jedną z wielu, jakie wtedy usłyszałam. Carlisle opowiedział mi ją jako przestrogę o łamaniu zasad rządzących życiem wampirów, a właściwie tylko jednej zasady, która rozdzielała się na szereg innych zakazów: utrzymuj wszystko w sekrecie. Dochowywanie tajemnicy wiązało się z wieloma rzeczami: życiem jak Cullenowie - nie wzbudzając podejrzeń i przeprowadzając się gdy tylko ludzie zauważali u nich brak oznak starzenia lub też to, że trzymają się z dala od ludzi, oczywiście za wyjątkiem posiłków. W ten sposób żyli nomadowie tacy jak James i Victoria, a przyjaciele Jaspera – Peter i Charlotte żyją tak do dziś. Kolejnym obowiązkiem była kontrola nad stworzonymi przez siebie wampirami, coś za kiedyś odpowiedzialny był Jasper gdy żył z Marią i co nie udało się Victorii z jej armią nowonarodzonych. Ta zasada ciągnęła za sobą zakaz tworzenia pewnych istot, nad którymi nie dało się zapanować. - Nie wiem, jak miała na imię matka Tanyi – przyznał Carlisle. W jego złotych oczach, które miały niemalże taką samą barwę, jak włosy widać było smutek gdy przypominał sobie tragedię swoich przyjaciółek. – Nigdy o niej nie mówią, jeśli nie muszą. Nawet myślą o niej niechętnie. Ta kobieta, która stworzyła Tanyę, Kate i Irinę i która tak je kochała żyła wiele lat przed moimi narodzinami, w czasach plagi, jaka przyszła na nasz rodzaj. Plagi nieśmiertelnych dzieci. Nie potrafię pojąć, czym kierowali się starożytni, tworząc wampiry z ludzi, którzy właściwie byli jeszcze niemowlętami. – Carlisle przerwał na chwilę. Z trudem przełknęłam ślinę, wyobrażając sobie to, co opisywał. - Te dzieci były naprawdę piękne, czarujące – wyjaśnił, widząc moją reakcję – Nie wiem, czy potrafisz to sobie wyobrazić. Wystarczyło znaleźć się w ich pobliżu, żeby je pokochać. To było zupełnie odruchowe. Te dzieci miały jednak jedną ogromną wadę: nie można ich było niczego nauczyć. Ich rozwój był zatrzymany na takim poziomie, na jakim był w chwili przemiany. Powstawały śliczne gaworzące dwulatki z dołeczkami w policzkach, które były zdolne zniszczyć połowę wioski w przypływie złości. Jeżeli były głodne, to zabijały i żadne ostrzeżenia czy groźby nie mogły ich powstrzymać. Ludzie widzieli, co się dzieje, zaczęły krążyć różne historie, strach rozprzestrzeniał się szybciej od ognia. Matka Tanyi stworzyła takie dziecko. W jej przypadku także nie mogę pojąć, co ją do tego skłoniło. – Carlisle wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić – Oczywiście, Volturi musieli w końcu zareagować. Wzdrygnęłam się słysząc o tym włoskim zastępie wampirów, którzy sami siebie postrzegali jako rodzinę królewską, choć od początku jasne było, że będą oni częścią tej historii. Gdyby nie było kary, nikt nie przestrzegałby prawa, a kary nie byłoby, gdyby nie miał kto jej wymierzyć. Starożytni Volturi: Aro, Kajusz i Marek. Widziałam ich tylko raz, ale to wystarczyło mi, żeby podejrzewać, że to Aro, który posiadał niesamowity dar czytania w myślach – jedno dotknięcie danej osoby i mógł poznać wszystkie myśli z całego jej życia, był prawdziwym przywódcą. - Volturi zbierali informacje o nieśmiertelnych dzieciach w Volterze i na całym świecie – kontynuował Carlisle. – Kajusz zadecydował, że nie są one w stanie dochować sekretu i muszą zostać zgładzone. Jak już mówiłem, te dzieci miały dziwny urok. Klany wampirów walczyły zaciekle w ich obronie, ginęły za nie. Ta rzeź nie pochłonęła tylu ofiar, co wojny południowe na tym kontynencie, ale w pewnym sensie przyniosła więcej strat. Dawne klany, stare tradycje, przyjaciele... Większość z tego przepadło na zawsze. W końcu udało się wyeliminować tę dziwną praktykę, a nieśmiertelne dzieci stały się tematem tabu. Kiedy mieszkałem z Volturi, miałem okazję spotkać dwoje takich dzieci, więc mogę poświadczyć, o uroku, jaki roztaczały. Aro badał tych malców wiele lat po katastrofach, jakie spowodowali. Znasz jego dociekliwy charakter. Miał nadzieję, że dałoby się ich powstrzymać, ale w końcu zapadła ostateczna decyzja. Nie można dopuścić do istnienia nieśmiertelnych dzieci. Zdążyłam już zapomnieć o matce sióstr z Denali gdy opowieść powróciła znów do niej. - Nie wiadomo dokładnie, co stało się z matką Tanyi – powiedział Carlisle. – Tanya, Kate i Irina były zupełnie nieświadome, co się dzieje, gdy Volturi po nie przybyli. Ich matka i istota, którą nielegalnie stworzyła były już uwięzione. To właśnie ta nieświadomość ocaliła życie Tanyi i jej sióstr. Aro dotknął ich i zobaczył, że są zupełnie niewinne, tak więc nie zostały ukarane jak ich matka. Żadna z nich nigdy nie widziała tego nieśmiertelnego chłopca, nie śniły nawet o jego istnieniu do dnia, w którym zobaczyły, jak płonie w objęciach ich matki. Podejrzewam, że trzymała to przed nimi w tajemnicy właśnie po to, by je chronić. Wciąż jednak pozostaje pytanie, dlaczego w ogóle go stworzyła? Kim był ten chłopiec? Dlaczego tyle dla niej znaczył, że dopuściła się tak niewybaczalnego czynu? Ani Tanya, ani jej siostry nigdy nie uzyskały odpowiedzi na te pytania. Nigdy jednak nie wątpiły w winę matki. Nie sądzę też, żeby kiedykolwiek w pełni jej wybaczyły. Nawet mimo zapewnień Aro o niewinności Tanyi, Kate i Iriny, Kajusz chciał je spalić, oskarżyć o współudział. Miały szczęście, że akurat tamtego dnia Aro postanowił być miłosierny. Tanyi i jej siostrom przebaczono i pozostawiono z niezagojonymi ranami w sercach i ogromnym szacunkiem dla prawa. Nie wiem, kiedy dokładnie przestałam przypominać sobie tę historię, a kiedy zaczęłam śnić. Jeszcze w jednej chwili wydawało mi się, że słucham Carlisle’a, patrzę mu w twarz, a chwilę później widziałam już szarą polanę i czułam w powietrzu ostry zapach płonących szczątków. Nie byłam sama. Zgromadzenie na środku polany powinno mnie przerazić. Wszystkie postacie miały na sobie popielate płaszcze. To mogli być tylko Volturi, a ja, wbrew wcześniejszym obietnicom, wiąż byłam człowiekiem. Podświadomie jednak wiedziałam, że, jak to często bywa w snach, jestem dla nich niewidzialna. Otaczały mnie dymiące stosy. Rozpoznałam charakterystyczny słodki zapach, ale nie miałam odwagi podejść bliżej, by się przyjrzeć. Nie chciałam oglądać twarzy straconych wampirów, w dużej mierze dlatego, że bałam się, że kogoś rozpoznam. Żołnierze Volturi otaczali coś lub kogoś. Słyszałam ich podniecone szepty. Podeszłam do nich, ciekawa, co wzbudziło takie zainteresowanie. Ostrożnie przecisnęłam się między dwoma wysokimi, syczącymi postaciami i w końcu ujrzałam obiekt ich debaty, umieszczony na niewielkim wzniesieniu. Był to przepiękny, uroczy, jak to określił Carlisle, chłopczyk. Wyglądał na najwyżej dwa latka. Jasnobrązowe loczki okalały jego anielską twarzyczkę o okrągłych policzkach i pełnych ustach. Cały się trząsł. Zamknął oczka, jakby bał się zobaczyć nieuchronnie zbliżającą się śmierć. Nagle tak bardzo zapragnęłam uratować to cudowne, przerażone dziecko, że Volturi przestali mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Przemknęłam przed nimi, nie dbając o to, czy wiedzieli o mojej obecności, czy nie i popędziłam do chłopca. Zatrzymałam się jednak natychmiast, gdy zobaczyłam, na czym siedzi ten malec. To nie była ziemia i skały, jak mi się wcześniej wydawało, ale stos ludzkich ciał, suchych i martwych. Było za późno, żeby odwrócić wzrok od twarzy. Znałam ich wszystkich: Angelę, Bena, Jessicę, Mike’a... w ciałach, na których siedział chłopczyk rozpoznałam swoich rodziców. Dziecko otworzyło jasnoczerwone oczy. Tłumaczenie: Evergreen & Atrivie 3. Wielki dzień Moje oczy otworzyły się łagodnie. Leżałam w ciepłym łóżku, od kilku minut dygocząc i łapczywie łapiąc powietrze. Nie mogłam uwolnić się od snu, który mnie nawiedził. Niebo za oknem przeszło z szarości w barwę bladego różu. Próbowałam uspokoić bicie mojego serca. Gdy w pełni wróciłam do rzeczywistości i mojego nieuporządkowanego pokoju, byłam na siebie zła. Dlaczego właśnie coś takiego musiało mi się przyśnić w noc przed ślubem! Zostałam opętana w środku nocy. Pragnęłam uwolnić się od tego koszmaru. Przygotowywałam się i poszłam do kuchni z opuszczoną głową, o wiele wcześniej niż powinnam. Gorliwie sprzątałam już i tak czyste pokoje, a potem zrobiłam naleśniki dla Charliego. Byłam zbyt zdenerwowana, by cokolwiek przełknąć. Stukałam palcami o krzesło. On jadł, a ja się przyglądałam. - Podwozisz pana Webera o trzeciej po południu – przypomniałam mu. - Nie mam dziś zbyt wiele do roboty, z wyjątkiem podwiezienia pastora, Bells. Nie należę do ludzi, którzy zapominają o swoich obowiązkach – Charlie wziął dzień wolnego z okazji ślubu. Z pewnością postradał rozum. Jego oczy błyszczały tajemniczo, gdy przeglądał przybory niezbędne do łowienia ryb. - To nie jest twój jedyny obowiązek w tym dniu. Musisz być też przygotowany i reprezentacyjny. Rzucił groźne spojrzenie do miski płatków i bąknął ‘małpi garnitur’ na wydechu. Rozległo się ostre pukanie do frontowych drzwi. - Ty myślisz, że źle wyglądasz w garniturze – skrzywiłam się zupełnie jak Rose. – A Alice będzie pracować nade mną przez cały dzień. Charlie skinął głową, pogrążony w myślach. Wiedział, że tego dnia czeka go ciężka próba. Schyliłam się by, pocałować go w czubek głowy, jak to miałam w zwyczaju – a on zarumienił się i wzniósł oczy do nieba – następnie poszłam otworzyć drzwi mojej najlepszej przyjaciółce, przyszłej siostrze. Krótkie, ciemne włosy Alice nie odstawały, jak każdego dnia. Tym razem były gładkie, niemal przylizane. Szpilki podkreślały staromodne fale, okalające jej twarz chochlika. Nowa fryzura jeszcze bardziej podkreślała jej charakter. Niemal natychmiast wyciągnęła mnie z domu. - Cześć, Charlie! – zawołała przez ramię. Zaprowadziła mnie prosto do swojego Porsche. - Och, Chryste... Spójrz na swoje oczy! – rzuciła w pośpiechu. – Coś ty zrobiła? Nie spałaś całą noc? - Prawie. Pokręciła głową z dezaprobatą. - Nie mam zbyt wiele czasu, by zmienić się w bóstwo, Bello. Powinnaś lepiej zadbać o moje płótno. - Nikt nie spodziewa się, że będę olśniewająca. Moim zdaniem jest większy problem. Mogę zasnąć podczas ceremonii i nie będę wtedy w stanie powiedzieć "Tak", w odpowiedniej chwili, a wówczas Edward mi ucieknie. Zaśmiała się. - Rzucę w ciebie moim bukietem, jeśli zauważę, że zaczynasz przysypiać. - Dzięki. - W najgorszym wypadku będziesz miała mnóstwo czasu na drzemkę jutro w samolocie. Uniosłam jedną brew. Jutro. Zamyśliłam się. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro będziemy już w samolocie... Wbrew wcześniejszym planom, nie wybieraliśmy się do Boise, Idaho. Edward nie dał mi najmniejszej wskazówki, ale jego tajemniczość nie potęgowała moich nerwów. Niemniej jednak, to dziwne uczucie, gdy się nie wie, gdzie się będzie spać następnej nocy. Chociaż miałam nadzieję, że jutro wcale nie będę spać... Alice zauważyła, że nad czymś intensywnie rozmyślam. - Jesteś spakowana i gotowa do drogi. Powiedziała to, by sprowadzić mnie, na ziemię: podziałało. - Alice, chciałabym abyś pozwoliła mi spakować moje rzeczy! - To zajęło by ci zbyt wiele czasu. - Na pewno mniej, niż tobie zakupy. - Będziesz moją siostrą oficjalnie za dziesięć krótkich godzin… To chyba dość czasu, by pozbyć się niechęci do nowych ubrań. Przez całą drogę uparcie wpatrywałam się w to, co nas otaczało. - Czy on już wrócił? – spytałam, gdy byłyśmy na miejscu. - Nie martw się, pojawi się, nim orkiestra zacznie grać, ale ty i tak go nie zobaczysz. Zrobimy wszystko w tradycyjny sposób. - Tradycyjny! – powiedziałam zgryźliwie. - Z dala od państwa młodych. - Przecież wiesz, że on już zerkał. - O nie, byłam jedyną osobą, która widziała Cię w sukni ślubnej. Muszę uważać, by o tobie nie myśleć, kiedy on będzie w pobliżu - Cóż, widzę, że dałaś upust swoim upodobaniom w dziedzinie dekoracji. Trzy mile drogi były obwieszone setkami kolorowych światełek. Tym razem Alice dodała również białe, satynowe wstążki. - Bez względu na to, czy podoba ci się to, czy też nie, naciesz się tym, bo nie zobaczysz przed czasem tego, co przygotowałam w środku. Alice zaparkowała; wielkiego jeepa Emmetta jak nie było, tak nie ma. - Od kiedy panna młoda nie może zobaczyć dekoracji?! – zaprotestowałam. - Od kiedy wpuściła mnie do kościoła – zachichotała. – Chcę, żebyś miała na wszystko dobry widok, schodząc po schodach. Klasnęła w dłonie tuż przed moimi oczami i dopiero potem wpuściła do kuchni. Od razu uderzył mnie jakiś zapach. - Co to jest? – spytałam już na progu. - Czy to zbyt wiele? – spytała wyraźnie zmartwiona. – Jesteś pierwszym człowiekiem w tym miejscu. Miałam nadzieję, że wszystko robię jak należy. - Pachnie cudownie! – zapewniłam ją – Niemal upajająco. Jednak niekoniecznie, gdy wszystkie są w jednym pomieszczeniu. Zbyt duża różnorodność zapachów. – Lilie, kwiaty pomarańczy i coś jeszcze. – Czy mam rację? - Bardzo dobrze, Bello. Przeoczyłaś tylko róże i frezje. Zaczęła ukrywać mankamenty mojej urody, gdy tylko znalazłyśmy się w jej łazience. Było w niej wszystko, zupełnie jak w profesjonalnym salonie piękności. Brak snu ostatniej nocy dawał mi znać o swoim istnieniu. - Czy to naprawdę konieczne? Nieważne, co zrobisz. Przy nim i tak wypadnę nijako. Popchnęła mnie na niskie, różowe krzesło. - Nikt nie ośmieli się nazwać cię nijaką, gdy z tobą skończę. - Tylko dlatego, że będą obawiali się, iż wyssiesz ich krew. – mruknęłam. Oparłam się na krześle i zamknęłam oczy, mając nadzieję, że będę w stanie uciąć sobie krótką drzemkę. Udało mi się odpłynąć, gdy malowała, polerowała i wygładzała, każdy skrawek mojego ciała. Po porze lunchu Rosalie wślizgnęła się do łazienki w srebrnej, połyskującej sukni. Jej złote włosy wpięty był diadem. Rosalie była tak piękna, że aż zbierało mi się na łzy. Czy strojenie się miało jakiś sens, skoro była w pobliżu? - Wrócili- powiedziała. Wszystkie moje dziecinne obawy odeszły w niepamięć. Edward był w domu. - Trzymaj go z daleka od niej! - Dzisiaj nie stanie wam na drodze- zapewniła. – Za bardzo ceni swoje życie. Pomagają Esme dokończyć parę rzeczy. Pomóc ci? Mogłabym ułożyć jej włosy. Ze zdziwienia otworzyłam usta. Zapewniałam swój umysł, że to wcale mi się nie wydawało. Ona naprawdę tak powiedziała. Nigdy nie byłam ulubienicą Rosalie. Nasze relacje pogarszała też decyzja, którą podjęłam. Mimo zjawiskowej urody, udanego życia rodzinnego i miłości życia w postaci Emmetta, oddałaby wszystko, by stać się znowu człowiekiem. A ja już niedługo miałam z tego wszystkiego zrezygnować, jakby to było nic nie wartym śmieciem. Nic dziwnego, że za mną nie przepadała... - Jasne – powiedziała machinalnie. – Możesz zacząć nawijać. Chcę, żeby były pofalowane. Welon idzie tutaj pod spód. – Jej dłonie zaczęły przesuwać się po moich włosach, ilustrując każdy detal, tak aby wszystko było po jej myśli. Gdy skończyła, zastąpiły ją dłonie Rosalie, obdarowując mnie delikatnym, wyważonym dotykiem. Alice z powrotem zajęła się moją twarzą. Gdy Rosalie przejęła kontrolę nad moimi włosami, Alice poszła przynieść suknię i zlokalizować Jaspera, który zobowiązał się przywieść z hotelu moją mamę i jej męża, Philla. Drzwi bez końca otwierały się i zamykały. Głosy na schodach stawały się coraz głośniejsze. Alice kazała mi wstać tak, by mogła założyć mi suknie nie niszcząc przy tym fryzury i makijażu. Kolana ugięły się pode mną, gdy zapinała mnóstwo guzików na moich plecach. Satyna delikatnie opadała na ziemię. - Oddychaj głęboko, Bello – powiedziała Alice. – Postaraj się uspokoić. Jeśli tak dalej pójdzie, zapocisz cały makijaż. Spojrzałam na nią z sarkazmem. - Zobaczę, co da się zrobić – zapewniłam. - Muszę się przebrać. Czy wytrzymasz dwie minuty beze mnie? - Um . . . Może? Wywróciła oczami i wyszła. Skoncentrowałam się na moim oddechu, wyłapując każdy nienaturalny odruch moich płuc. Przyglądałam się wzorom na mojej twarzy jakie tworzyło światło w toalecie. Bałam się spojrzeć w lustro – widok siebie w sukni ślubnej mógł wywołać atak paniki. Alice wróciła szybko, jeszcze zanim zdążyłam zrobić dwieście wdechów, w sukni, która opinała jej ciało jak srebrzysta ściana wody. - Alice, wow. - Nie ważne, i tak to nie ja będę dziś w centrum uwagi. Tym bardziej gdy ty będziesz w tym samym pomieszczeniu. - Mrau. Mrau. - Potrafisz się kontrolować, czy mam zawołać Jaspera? - Przyjechali? Czy moja mama już tu jest? - Właśnie wchodzi po schodach. Renee przyleciała dwa dni temu, a ja spędzałam z nią każdą minutę – każdą minutę, gdy udało mi się uwolnić od Esme, Alice i tych przeklętych dekoracji. Tak naprawdę, mojej mamie sprawiało to więcej frajdy. Czuła się niczym dziecko w Disneylandzie. Byłam równie zaskoczona, co Charlie. Powoli zaczynałam się dziwić, że tak bardzo obawiałam się, jej reakcji... - Och, Bello! – zawołała, nim jeszcze dążyła przejść przez próg. - Och, skarbie wyglądasz przepięknie! Zaraz się rozpłaczę! Alice jesteś niesamowita. Ty i Esme powinniście organizować śluby. Gdzie znalazłaś tą sukienkę? Jest wspaniała! Taka, wyrafinowana i elegancka . . . Bello, wyglądasz niczym gwiazda filmowa. – Głos mojej mamy brzmiał, jakby stała, gdzieś w oddali. Wszystko w pokoju było rozmazane. Pierścionek zaprojektowany specjalnie dla Belli to wspaniały pomysł! Taki romantyczny... Niemal mogłoby się wydawać, że ten pierścionek jest w rodzinie Edwarda od osiemnastego wieków. Wymieniłam z Alice, porozumiewawcze spojrzenie. Moja mama miała na sobie klasyczną sukienkę. Ślub nie kręcił się wokół pierścionka. Tego dnia to Edward miał być dla mnie najważniejszy. Rozległo się pukanie do drzwi. - Renee, Esme powiedziała, że trzeba już schodzić – zakomunikował Charlie. - Charlie, nie bądź taki narwany! – powiedziała Renee dziwnym, szokującym tonem. To tłumaczyło zrzędliwą odpowiedz Charliego. - Alice mnie zmusiła. - Czy to naprawdę już czas? – powiedziała do siebie. Była równie zdenerwowana, jak ja. – To wszystko tak szybko się potoczyło. Jestem oszołomiona. Nie byłam osamotniona w moich odczuciach. - Przytul mnie zanim zejdę – zarządziła.- Ostrożnie, nie rozmaż niczego kochanie. Mama ścisnęła mnie delikatnie dookoła talii. Podeszła do drzwi i ponownie obdarowała mnie, pełnym ciepła spojrzeniem. - Boże. Prawie zapomniałam. Charlie, gdzie jest pudełko? Charlie przeszukał kieszenie i chwilę potem oddał Renee małe, białe pudełeczko. - Coś niebieskiego – uśmiech rozpromienił jej twarz. - Coś starego też – dodał Charlie. – To należało do twojej babci. Szafiry oddaliśmy do jubilera by wyczarował z nich coś pięknego. W pudełku znajdowały się dwa małe, srebrne i ciężkie grzebienie do włosów. Ciemnoniebieskie szafiry tworzyły kwiatowe wzory u szczytu ich zębów. Zaschło mi w gardle. - Mamo... Tato... nie musieliście. - Alice nie pozwoliła nam nic zrobić.- powiedziała mama - Za każdy razem, gdy próbowaliśmy po prostu nas zbywała. Zachichotałam histerycznie. Alice niemal błyskawicznie wpięła mi grzebienie we włosy. - To coś starego i niebieskiego – odeszła kilka kroków do tyłu, by lepiej mi się przyjrzeć - A sukienka jest nowa, więc... Trzepnęła czymś we mnie i w mgnieniu oka trzymałam w dłoni białą podwiązkę. - To moje, chcę to odzyskać. – oświadczyła Alice. Zarumieniłam się. - No proszę, - powiedziała z satysfakcją. - Trochę koloru dobrze ci zrobi. Teraz już oficjalnie jesteś gotowa. – Uśmiechając się jak mały chochlik odwróciła się w stronę moich rodziców. – Renee, musisz iść już na dół. - Oczywiście, już idę. – pocałowała mnie przelotnie i pośpiesznie wyszła. - Charlie, czy mógłbyś przynieść kwiaty? Gdy Charliego nie było już w pokoju, Alice zabrała podwiązkę z mojej ręki i umieściła ją we właściwym miejscu. Zamarłam, gdy jej lodowate dłonie znalazły się pod moją suknią. Następnie stanęła tam, gdzie wcześniej, jakby nie ruszyła się ani na krok. Charlie, przyniósł dwa duże bukiety różnorodnych kwiatów. Zapach frezji, kwiatów pomarańczy i róż wypełnił pomieszczenie. Rosalie, najlepszy muzyk klanu Cullenów (doganiał ją tylko Edward) zaczęła na dole grać na fortepianie. Tylko hiperwentylacja mogła mnie uratować. - Spokojnie, Bello – powiedział Charlie i zdenerwowany odwrócił się, w stronę Alice. – Wygląda na odrobinę chorą. Myślisz, że sobie poradzi? Jego głos brzmiał, gdzieś oddali. Nie czułam nóg... - Będzie dobrze. Alice stanęła przede mną, obserwując mnie uważnie. Mocno złapała mnie wokół talii. - Weź się w garść, Bello. Edward czeka na ciebie na dole Wzięłam głęboki oddech, mając nadzieję, że poczuję się lepiej. Na dole zaczęła rozbrzmiewać inna melodia. - Jesteśmy przy piłce, Bello. – szepnął Charlie dyskretnie. - Bello? – spytała Alice nie rozluźniając uścisku. - Tak? – powiedziałam słabym głosem. – Edward... Pamiętam. Pozwoliłam jej wyprowadzić się z pokoju. Charlie przytrzymywał mnie za łokieć. W holu muzyka była głośniejsza. Schodziłam powoli, pośród tysięcy pięknych, kolorowych kwiatów. Skoncentrowałam się na tym, że Edward na mnie czeka... Dzięki temu moje stopy przesuwały się do przodu. Melodia była znajoma. Tradycyjny marsz weselny Wagnera rozbrzmiewał w pomieszczeniu. - Moja kolej – oświadczyła Alice. – Policz do pięciu i podążaj za mną. Zaczęła swój wolny, wdzięczny taniec w dół schodów. Powinnam wiedzieć, że wybranie Alice na moją jedyną druhnę było błędem. Mogłam wyglądać dużo bardziej niezdarnie, idąc za nią. Głośne fanfary przeszły w delikatną melodię. Zrozumiałam, że teraz moja kolej... - Tato, nie pozwól mi upaść - szepnęłam. Charlie złapał mnie pod rękę. Trzymał mocno. Krok za krokiem... Powolutku... Powtarzałam sobie w duchu, gdy zaczęliśmy iść w rytm marszu weselnego. Nie otwierałam oczu, zanim nie poczułam twardego, płaskiego podłoża pod nogami. Wyłapywałam komentarze zgromadzonych gości. Krew zawrzała w moich policzkach. W tej chwili nie obchodziło mnie, że jestem rumianą panną młodą. Od chwili, gdy moje stopy opuściły stopnie, wypatrywałam tylko jego. W pierwszej chwili rozpraszały mnie kompozycje kwiatowe wiszące nad sufitem. Starałam się przez to wszystko przebić, napotykając na skupione na mnie twarze. Aż w końcu znalazłam go, w miejscu przesadnie udekorowanym. Byłam prawie pewna, że koło niego stoi Carlisle, a za nimi ojciec Angeli. Nie widziałam tylko mojej matki. Pewnie siedziała przy mojej nowej rodzinie lub wśród innych gości. To nie miało znaczenia. Tak naprawdę wszystkim, co widziałam, była twarz Edwarda. Po prostu zawładnęła moim umysłem. Jego oczy płonęły przyjaznym ogniem, a doskonałą twarz mojego ukochanego wypełniały szczere emocje. Przywitał mnie triumfalnym uśmiechem. Już za chwilę miałam stanąć ramię w ramię z Edwardem, by oficjalnie zostać jego, na wieczność... Marsz był za wolny, jak dla mnie. Na szczęście odcinek, jaki miałam do pokonania, był bardzo krótki. Byłam już bardzo blisko. Edward wyciągnął rękę w moim kierunku. Charlie wziął moją dłoń i w symbolicznym geście, przekazał mnie Edwardowi. Dotknęłam jego cudownie lodowatej skóry. Wreszcie znalazłam się tam, gdzie pragnęłam być. Nasza przysięga była prosta, tradycyjna. Powtarzaliśmy słowa wypowiedziane już miliony razy przez pary takie, jak my. Poprosiliśmy tylko pana Webera o maleńką zmianę. Zamienił tak mało prawdopodobną kwestię: ‘Dopóki śmierć nas nie rozłączy ‘ na bardziej pasującą: ‘Do końca naszego istnienia'. W chwili, gdy pastor to powiedział, mój świat stał się taki prosty i oczywisty. Zrozumiałam, jaka byłam głupia, gdy nie chciałam przyjąć prezentu urodzinowego, czy iść na bal absolwentów. Spojrzałam, w radosne oczy Edwarda i wiedziałam, że ja też odniosłam zwycięstwo. Nic innego się nie liczyło. Mogłam zostać z nim do końca świata. Nie zdawałam sobie sprawy, że płaczę, do chwili, gdy przyszła moja kolej, by wypowiedzieć najważniejsze słowo. - Tak – niemal wyszeptałam, przecierając sobie oczy, by zobaczyć jego twarz. Gdy przyszła jego kolej by powiedzieć to słowo, w jego ustach zabrzmiało ono czysto i triumfalnie. - Tak. – biła z niego powaga. Gdy pan Weber ogłosił nas mężem i żoną, Edward niezwykle delikatnie i czule pogłaskał mnie po policzku. Próbowałam powstrzymać oślepiające łzy. Tak irracjonalny był fakt, że ta cudowna osoba była moja. Patrzył na mnie tak, że wydawało mi się, iż on też ma łzy w oczach, ale to przecież było niemożliwe. Przybliżył swoją głowę do mojej, a ja objęłam go ramieniem. Pocałował mnie delikatnie, z uwielbieniem. Zapomniałam o gościach, miejscu i czasie oraz o powodzie, dla którego zgodziłam się na ten ślub. Liczyło się tylko to, że Edward mnie kocha i chce ze mną być. Należałam do niego... Znowu zaczął mnie całować. Tym razem przywarłam do niego ignorując ludzi i moje głębokie westchnienie, które usłyszeli wszyscy. Dotknął dłońmi mojej twarzy i delikatnie mnie odepchnął. Spojrzał na mnie – krócej, niż bym chciała. Uśmiechnął się łagodnie, jednak znałam go na tyle, by mieć pewność, że jest przeszczęśliwy. Tłum ludzi zaczął bić brawo. Edward odwrócił nas w stronę rodziny i przyjaciół. Mimo to, nie odrywałam wzroku od jego twarzy. Jako pierwsza przytuliła mnie mama, zmuszając tym samym, bym odwróciła wzrok od mojego ukochanego. Płakała łzami szczęścia. Potem nadeszli inni, składając gratulacje. Jednak kiedy tylko mogłam, wpatrywałam się w twarz mojego anioła i wybawcy. Potrafiłam jedynie rozróżnić ciepłe uściski moich przyjaciół, od tych lodowatych mojej nowej rodziny... Jeden uścisk różnił się od innych – Seth Clearwater wszedł na chwilę w grupę wampirów, by potem stanąć na miejscu mojego zaginionego przyjaciela wilkołaka. tłumaczenie: Madeline 4. Gest Ślub przeszedł w wesele bardzo płynnie – dowód bezbłędnego planowania Alice. Zmierzchało; ceremonia trwała odpowiednią ilość czasu, pozwalając słońcu skryć się za drzewami. Gdy Edward prowadził mnie przez tylne szklane drzwi, światła przedzierające się przez liście zamigotały słabo, sprawiając, że białe kwiecie zabłysło. Było tam tysiące kwiatów, służących jako aromatyczny, przestronny namiot nad parkietem do tańca, zbudowanym na trawie pod dwoma wiekowymi cedrami. Wszystko zwolniło, uspokoiło się, gdy nadszedł łagodny sierpniowy wieczór. Mały tłum rozpościerał się w kojącym blasku migotliwych świateł; ponownie zostaliśmy przywitani przez przyjaciół, których niedawno ściskaliśmy i obejmowaliśmy. Teraz był czas, by porozmawiać, pośmiać się. - Moje gratulacje – powiedział Seth Clearwater, schylając się pod krawędzią kwiecistej girlandy. Jego matka, Sue, stała tuż przy nim, przyglądając się gościom nieufnie. Twarz kobiety była szczupła i sroga; wrażenie to akcentowała jej poważna fryzura. Włosy miała tak krótkie jak Leah – zastanawiałam się, czy obcięła je w ten sam sposób w geście solidarności z córką. Billy Black, stojący po drugiej stronie Setha, nie był tak spięty jak Sue. Kiedy patrzyłam na ojca Jacoba, zawsze miałam wrażenie, że widziałam dwie osoby, nie tylko jedną. Był tam stary człowiek na wózku inwalidzkim z pomarszczoną twarzą i bladym uśmiechem, którego wszyscy mogli zobaczyć. Ale ja dostrzegałam także niezależnego potomka długiej linii potężnych, czarodziejskich wodzów o olbrzymim autorytecie, z którym się urodził. Chociaż magia – z powodu braku katalizatora - opuściła jego pokolenie, Billy ciągle stanowił część władzy i legendy. Ta siła tryskała z niego. Była właściwa również jego synowi, magicznemu spadkobiercy, który odwrócił się plecami do swojego przeznaczenia. Teraz Sam Uley pełnił rolę przywódcy z legend… Wydawało się niezwykłe, że ojciec Jacoba z takim spokojem patrzy na gości i całe zdarzenie – jego czarne oczy iskrzyły się, jakby ich właściciel dostał jakąś dobrą nowinę. Byłam pod wrażeniem opanowania Billy’ego. Musiał przecież sądzić, że ten ślub to bardzo zła rzecz, najgorszy los, jaki mógł spotkać córkę jego najlepszego przyjaciela. Z trudem nie okazywał swoich uczuć, biorąc pod uwagę próbę, jaką to wydarzenie zapowiadało dla wiekowego traktatu pomiędzy Cullenami a Quileute’ami – traktatu, który zakazywał Cullenom tworzenia nowych wampirów. Wilki wiedziały, że naruszenie umowy jest bliskie, ale Cullenowie nie mieli pojęcia, jak ich odwieczni przeciwnicy zareagują. Przed zawarciem sojuszu natychmiast by zaatakowali. Wojna. Ale teraz, gdy znają siebie lepiej, czy jest możliwym, aby konflikt zastąpiło przebaczenie? Jakby w odpowiedzi na tę myśl, Seth pochylił się w stronę Edwarda, obejmując go ramionami. Edward odwzajemnił uścisk swoją wolną ręką. Sue wzdrygnęła się delikatnie. - Dobrze widzieć, że wszystko poszło po twojej myśli – powiedział Seth. – Cieszę się twoim szczęściem. - Dziękuję, Seth. To wiele dla mnie znaczy. – Edward odsunął się od chłopaka i spojrzał na Billy’ego i Sue. – Wam również dziękuję. Za to, że pozwoliliście Sethowi tutaj przyjść. Za to, że wspieracie Bellę w tym dniu. - Przyjemność po naszej stronie – odpowiedział Billy swoim głębokim, zachrypniętym głosem. Zdziwiłam się, słysząc w nim optymizm. Możliwe, że rozejm był silniejszy, niż mi się wydawało. Utworzyła się mała kolejka, więc Seth pożegnał się i obrócił Billy’ego w stronę jedzenia. Sue trzymała po jednej ręce na każdym z nich. Następnie podeszli do nas Angela i Ben, wyprzedzając rodziców tej pierwszej oraz Mike’a i Jessicę, którzy, ku mojemu zaskoczeniu – trzymali się za ręce. Nie wiedziałam, że do siebie wrócili. To miłe. Za naszymi ludzkimi przyjaciółmi stały moje nowe szwagierki z klanu Denali. Zorientowałam się, że wstrzymałam oddech, gdy wampirzyca na przedzie – założyłam, że jest to Tanya, sugerując się rudawymi odcieniami w jej blond lokach – przysunęła się, by objąć Edwarda. Obok niej trzy inne wampiry wpatrywały się we mnie z oczywistym zainteresowaniem. Jedna z kobiet była posiadaczką długich, jasnych włosów, prostych jak kolby kukurydzy. Kolejna wampirzyca i stojący koło niej mężczyzna mieli ciemne czupryny, a ich kredowobiałe twarze wyróżniały się oliwkowym zabarwieniem. Cała czwórka była tak piękna, że mój żołądek skręcił się boleśnie. Tanya wciąż ściskała Edwarda. - Ach, Edward – powiedziała. – Tęskniłam za tobą. Edward zachichotał i zwinnie wyśliznął się z uścisku wampirzycy; położył rękę na ramieniu kobiety i cofnął się tak, że mógł objąć spojrzeniem całą jej postać. - Zbyt długo się nie widzieliśmy, Tanya. Świetnie wyglądasz. - Ty również. - Pozwólcie, że przedstawię wam moją żonę. – Edward wymówił to słowo pierwszy raz, odkąd oficjalnie opisywało rzeczywisty stan rzeczy; wydawało się, że zaraz eksploduje z satysfakcji, używając tego określenia. Denalijczycy zaśmiali się niefrasobliwie w odpowiedzi. – Tanya, to moja Bella. Tanya była jeszcze śliczniejsza niż jej odpowiedniczka nawiedzająca mnie w koszmarach. Przyglądała mi się badawczo wzrokiem, w którym dostrzegłam również rezygnację; wyciągnęła do mnie rękę. - Witamy w rodzinie, Bello. – Uśmiechnęła się, ale trochę smutno, ponuro. – Postrzegamy siebie jako członków powiększonej rodziny Carlisle'a i przykro mi z powodu, hm, niedawnego zdarzenia, kiedy nie zachowaliśmy się zbyt dobrze. Powinniśmy spotkać cię wcześniej. Czy możesz nam to wybaczyć? - Oczywiście – powiedziałam bez tchu. – Miło was poznać. - Wszyscy Cullenowie znaleźli sobie partnerów. Może teraz nasza kolej, nie sądzisz, Kate? – Uśmiechnęła się szeroko do blondynki. - Śnij dalej – odparła Kate, przewracając swoimi złotymi oczami. Przejęła moją rękę od Tanyi i ścisnęła ją zwinnie. – Witaj, Bello. Ciemnowłosa kobieta położyła swoją dłoń na ręku Kate. - Jestem Carmen, a to Eleazar. Bardzo się cieszymy, mogąc cię wreszcie poznać. - J-ja również się cieszę – wyjąkałam. Tanya spojrzała na ludzi czekających za nią – zastępcę Charliego, Marka, oraz jego żonę. Ich wielkie jak spodki oczy utkwione były w członkach klanu Denali. - Później porozmawiamy i poznamy się bliżej. Będziemy mieli na to nieskończoną ilość czasu. – Tanya zaśmiała się i jej rodzina przeszła dalej. Wszystkie standardowe tradycje zostały zachowane. Oślepiły mnie flesze, kiedy staliśmy z nożem nad spektakularnym tortem – zbyt wielkim, pomyślałam, dla naszej stosunkowo niewielkiej grupy przyjaciół i rodziny. Rozdawaliśmy talerzyki z kawałkami ciasta; Edward odważnie połknął swoją porcję, czemu przyglądałam się z niedowierzaniem. Wyrzuciłam bukiet z nietypową dla siebie zręcznością, prosto w ręce zaskoczonej Angeli. Emmett i Jasper wyli ze śmiechu, widząc, że się rumienię, podczas gdy Edward bardzo ostrożnie ściągał zębami pożyczoną podwiązkę, umieszczoną nieco powyżej kostki. Mrugnął do mnie szybko, a następnie rzucił ją prosto w twarz Mike’a Newtona. Kiedy zabrzmiała muzyka, Edward przyciągnął mnie do siebie, aby rozpocząć tradycyjny pierwszy taniec; chętnie na to przystałam, pomimo mojej niechęci do tańczenia – szczególnie tańczenia przed innymi ludźmi – będąc szczęśliwą, że trzyma mnie w swoich ramionach. Wykonywał całą pracę, a ja wirowałam bez wysiłku w poświacie światła spływającego na nas od sklepienia i jasnych błysków aparatów. - Czy podoba się pani przyjęcie, pani Cullen? – szepnął mi do ucha. Zaśmiałam się. - Minie trochę czasu, zanim się do tego przyzwyczaję. - Mamy całkiem sporo tego czasu. – przypomniał mi rozradowanym głosem i pochylił się, by mnie pocałować podczas tańca. Aparaty klikały gorączkowo. Muzyka się zmieniła i Charlie położył rękę na ramieniu Edwarda. Nie tańczyło mi się łatwo z tatą. Nie był w tym lepszy ode mnie, więc przesuwaliśmy się niepewnie ze strony na stronę po niewielkim obszarze w kształcie kwadratu. Edward i Esme wirowali koło nas jak Fred Astaire i Ginger Rogers. - Będzie mi ciebie brakowało w domu, Bella. Już jestem samotny. Mówiłam przez zaciśnięte gardło, próbując obrócić jego słowa w żart: - Okropnie się czuję, wiedząc, że teraz sam będziesz musiał gotować – to prawie jak zbrodnia. Mógłbyś mnie aresztować. Uśmiechnął się. - Przypuszczam, że dam sobie radę z jedzeniem. Zadzwoń do mnie, gdy tylko będziesz mogła. - Obiecuję. Wyglądało na to, że tańczyłam ze wszystkimi. Miło było zobaczyć moich znajomych i przyjaciół, ale jedyne, czego teraz pragnęłam, to spędzić trochę czasu z Edwardem. Ucieszyłam się, gdy po trzydziestu sekundach kolejnego tańca w końcu się o mnie upomniał. - Nadal niezbyt wyrozumiały dla Mike’a, prawda? – skomentowałam, kiedy Edward zabrał mnie jak najdalej od niego. - Nie, kiedy muszę słuchać jego myśli. Ma szczęście, że go stąd nie wywaliłem. Albo gorzej. - Tak, jasne. - Czy miałaś może okazję obejrzeć się w lustrze? - Em. Nie, chyba nie. Dlaczego pytasz? - Przypuszczam zatem, że nie zdajesz sobie sprawy, jak niesamowicie piękna jesteś tej nocy. To niemal bolesne. Nie dziwię się, że Mike miał problemy z niestosownymi myślami o mężatce. Alice trochę mnie rozczarowała - powinna upewnić się, że spojrzałaś w lustro. - Jesteś bardzo stronniczy. Westchnął. Zatrzymał się i obrócił mnie w stronę domu. Szklana ściana odbijała scenerię przyjęcia jak długie, potężne zwierciadło. Edward wskazał na parę w lustrze - dokładnie naprzeciwko nas. - Stronniczy, mówisz? Uchwyciłam przelotnym spojrzeniem odbicia Edwarda – idealnego duplikatu jego perfekcyjnej twarzy – oraz ciemnowłosej piękności, stojącej koło niego. Jej skóra miała kremowy, lekko zaróżowiony kolor, zaś pełne podekscytowania oczy wydawały się być ogromne, otoczone grubymi rzęsami. Wąska tunika lśniącej, białej sukni zamigotała subtelnie wśród tańczących par, przypominając odwróconą cantedeskię*, skrojoną tak umiejętnie, że dziewczyna wyglądała elegancko i wdzięcznie – przynajmniej, gdy się nie poruszała. Zanim zdążyłam mrugnąć i zobaczyć, jak piękność w lustrze odwzajemnia ten gest, Edward nagle zesztywniał i odwrócił się w innym kierunku, jakby ktoś zawołał go po imieniu. - Och – powiedział. Jego brew zmarszczyła się na moment, a następnie szybko wygładziła. Niespodziewanie uśmiechnął się swoim najwspanialszym uśmiechem. - O co chodzi? – spytałam. - Weselny prezent niespodzianka. - Że co? Nie odpowiedział; zaczął znowu tańczyć, obracając się ze mną w przeciwnym kierunku od tego, którym podążaliśmy wcześniej, z dala od świateł, w ciemną noc okalającą jasny, duży parkiet. Nie zatrzymał się, dopóki nie dotarliśmy do cienia jednego z dużych cedrów. Wtedy Edward spojrzał w najczarniejszą część lasu. - Dziękuję – powiedział, patrząc się w ciemność. – To jest bardzo… uprzejme z twojej strony. - Uprzejmość to moje drugie imię. – Z czarnej nocy wydobył się zachrypnięty znajomy głos. – Czy mogę się wtrącić? Moja ręka wzniosła się do gardła i gdyby nie podtrzymujący mnie Edward, z pewnością bym upadła. - Jacob! – wysapałam, gdy tylko znowu mogłam złapać oddech. – Jacob! - Hej, Bells. Ruszyłam w kierunku, z którego dochodził głos. Edward ściskał moje ramię, aż inna para silnych rąk pochwyciła mnie w ciemności. Żar bijący od skóry Jacoba parzył przez cienką, atłasową sukienkę, kiedy przyciągnął mnie do siebie. Nie chciał tańczyć; po prostu trzymał mnie w objęciach, podczas gdy moja twarz, przyciśnięta do jego piersi, zdawała się płonąć. Pochylił się, aby oprzeć swój policzek na czubku mojej głowy. - Rosalie nie wybaczy mi, jeżeli z nią nie zatańczę – mruknął Edward i odszedł, a ja wiedziałam, że dał mi *cantedeskia - ozdobna roślina bagienna z rodziny obrazkowatych, pochodząca z płd. Afryki. (przyp. tłum.) Kliknij właśnie prezent ślubny – ten moment z Jacobem. - Och, Jacob. – Płakałam. Nie byłam w stanie wypowiadać wyraźnie kolejnych słów. – Dziękuję. - Przestań ryczeć, Bella. Zniszczysz sobie sukienkę. To tylko ja. - Tylko? Och, Jake! Teraz wszystko jest idealne! Parsknął. - Tak, impreza może się zacząć. Przybył właśnie najlepszy mężczyzna. - Teraz wszyscy, których kocham, są tutaj. Poczułam, że jego usta musnęły moje włosy. - Przepraszam za spóźnienie, skarbie. - Jestem taka szczęśliwa, że przyjechałeś! - To był właśnie powód. Spojrzałam się w kierunku gości, ale przez tłum tancerzy nie mogłam zobaczyć miejsca, w którym ostatnio widziałam ojca Jacoba. Nie miałam pojęcia, czy został na przyjęciu. - Billy wie, że tutaj jesteś? Natychmiast uświadomiłam sobie, że musiał wiedzieć – to było jedyne wytłumaczenie jego wyjątkowo dobrego nastroju. - Jestem pewien, że Sam mu powiedział. Pójdę się z nim zobaczyć, gdy… gdy przyjęcie się skończy. Jacob cofnął się trochę i wyprostował. Zostawił jedną rękę na moich plecach w okolicy kręgosłupa, zaś drugą chwycił moją prawą dłoń. Przycisnął ostrożnie nasze ręce do swojej klatki piersiowej; poczułam bicie jego serca i zgadłam, że nieprzypadkowo położył moją dłoń w tym miejscu. - Nie wiem, czy dostanę więcej niż tylko jeden taniec – powiedział i zaczął obracać się ze mną powoli, zakreślając niewielkie koło; ruch ten nie pasował do tempa muzyki rozbrzmiewającej w tle. – Muszę dać z siebie wszystko. Poruszaliśmy się według rytmu jego serca, bijącego pod moją dłonią. - Cieszę się, że przyszedłem – powiedział cicho po chwili. – Nie sądziłem, że sprawi mi to jakąkolwiek przyjemność. Ale dobrze jest cię zobaczyć… jeszcze raz. Nie tak smutno, jak się spodziewałem. - Nie chcę, żebyś był smutny. - Wiem. I nie przyszedłem tutaj, aby wzbudzić w tobie poczucie winy. - Nie. Jestem bardzo szczęśliwa, że przyjechałeś. To najlepszy prezent, jaki mogłeś mi dać. Zaśmiał się. - To dobrze, bo nie miałem czasu, by się zatrzymać i kupić prawdziwy upominek. Moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności i teraz mogłam zobaczyć jego twarz; musiałam zadrzeć głowę bardziej, niż się tego spodziewałam. Czy to możliwe, że ciągle rósł? Miał już prawie siedem stóp. Po tak długim czasie jego nieobecności z ulgą patrzyłam na znajome rysy – głębokie oczy ocienione przez zmierzwione czarne brwi, wyraźne kości policzkowe, pełne usta rozciągające się nad jasnymi zębami w sarkastycznym uśmiechu, który pasował do tonu jego głosy. Oczy chłopaka były napięte przy brzegach – czujne; widziałam, że tej nocy zachowywał się wyjątkowo ostrożnie. Robił wszystko, aby mnie uszczęśliwić, nie chcąc pokazać, jak wiele go to kosztuje. Nigdy nie zrobiłam niczego, by zasłużyć na takiego przyjaciela, jakim był Jacob. - Kiedy zdecydowałeś się wrócić? - Świadomie czy podświadomie? – Wziął głęboki oddech, zanim odpowiedział na własne pytanie. – Tak naprawdę to nie wiem. Domyślam się, że wędrowałem z powrotem w tym kierunku przez jakiś czas, zmierzałem w tę stronę. Ale biec zacząłem dopiero tego ranka. Nie wiedziałem, czy mi się uda. – Zaśmiał się. – Nie uwierzysz, jak dziwnie jest chodzić na dwóch nogach. I ubrania! To jeszcze bardziej pokręcone, bo czuję się trochę obco. Nie jestem na bieżąco z tymi ludzkimi czynnościami. Obracaliśmy się miarowo. - To byłaby prawdziwa strata, nie zobaczyć cię tak wyglądającej. Trudy wycieczki zostały wynagrodzone. Wyglądasz niewiarygodnie, Bella. Pięknie. - Alice poświęciła mi dzisiaj mnóstwo czasu. Ciemność też robi swoje. - Dla mnie nie jest tu zbyt ciemno. - Prawda. Zmysły wilkołaków. Łatwo było zapomnieć o tych wszystkich rzeczach, które potrafił robić; wydawał się taki ludzki. Szczególnie teraz. - Obciąłeś włosy. – zauważyłam. - Tak. Trochę prościej. Pomyślałem, że jednak rozsądniej jest skorzystać z rąk. - Wyglądasz dobrze. – skłamałam. Parsknął. - Zrobiłem to sam, używając zardzewiałych kuchennych nożyc. – Uśmiechał się szeroko przez chwilę, a potem nagle spoważniał. – Jesteś szczęśliwa, Bella? - Tak. - Okej. – Wzruszył ramionami. – To chyba główna sprawa. - Jak się masz, Jacob? Tak naprawdę? - W porządku, Bella, naprawdę. Nie musisz się już o mnie martwić. Możesz przestać dręczyć Setha. - Nie dręczę Setha tylko ze względu na ciebie. Lubię go. - To dobry dzieciak. Lepszy towarzysz niż inni. Mówię ci, gdybym tylko mógł pozbyć się głosów z mojej głowy, bycie wilkiem stanowiłoby niemal idealną opcję na życie. Zaśmiałam się z tego, jak paradoksalnie brzmiały te słowa. - Och tak, ja też nie mogę namówić moich, by się w końcu przymknęły. - W twoim wypadku to by znaczyło, że zwariowałaś. Oczywiście, ja już od dawna wiem, że jesteś stuknięta – nabijał się. - Dzięki. - Obłąkanie jest prawdopodobnie prostsze, niż dzielenie się myślami ze sforą. Głosy szalonych ludzi nie wysyłają opiekunek, aby ich doglądały. - Co? - Sam jest blisko. Kilku innych również. Tak w razie czego, sama wiesz. - Nie, nie wiem. - W razie gdybym nie mógł się opanować, coś w tym stylu. Albo gdybym zdecydował się zniszczyć przyjęcie. Błysnął szybkim uśmiechem na myśl o rzeczy, która musiała wydawać się mu bardzo atrakcyjną propozycją spędzenia tej nocy. - Ale nie jestem tu po to, aby zrujnować ci ślub, Bella. Jestem tu, by… przerwał. - Uczynić go idealnym. - To wysokie wymagania. - Dobrze, że jesteś wysoki. Jęknął z powodu mojego kiepskiego dowcipu, a następnie westchnął. - Jestem tutaj, by być twoim przyjacielem. Twoim najlepszym przyjacielem, po raz ostatni. - Sam powinien okazać ci więcej zaufania. - No cóż, może jestem przewrażliwiony. Może i tak by tutaj przyszli, żeby mieć oko na Setha. Tutaj jest naprawdę dużo wampirów. Seth nie przejmuje się tym tak, jak powinien. - Seth wie, że nic mu tutaj nie grozi. Rozumie Cullenów lepiej niż Sam. - Pewnie, pewnie. – powiedział Jacob, łagodząc sytuację, zanim dyskusja przerodziłaby się w konflikt. Oglądanie go w roli dyplomaty wydawało się bardzo dziwne. - Przykro mi z powodu głosów – powiedziałam. – Chciałabym móc to zmienić. Podobnie jak kilka innych rzeczy. - Nie jest tak źle. Tylko czasami trochę wyję. - Jesteś… szczęśliwy? - Prawie tak. Ale dość o mnie. Ty jesteś dzisiaj gwiazdą. – Zachichotał. – Założę się, że to uwielbiasz. Być w centrum uwagi. - Tak. Nigdy zbyt dużo zainteresowania moją osobą. Zaśmiał się, a następnie utkwił wzrok w scenerii rozciągającej się za moimi plecami. Z zaciśniętymi ustami studiował migoczącą jasność wesela, pełen wdzięku wir tancerzy, trzepoczące płatki opadające z girland; podążyłam za jego wzrokiem. To wszystko wydawało się bardzo odległe od tego ciemnego, cichego miejsca. Prawie tak, jakbym oglądała białą ulewę wirującą wewnątrz śniegowej kuli. - Muszę przyznać – powiedział – że wiedzą, jak urządzić przyjęcie. - Alice jest niemożliwą do powstrzymania siłą natury. Westchnął. - Piosenka się skończyła. Myślisz, że mogę dostać jeszcze jedną? Czy jednak proszę o zbyt wiele? Zacisnęłam swoją rękę wokół jego. - Możesz dostać tak wiele tańców, ile tylko chcesz. Zaśmiał się. - To byłoby interesujące. Myślę jednak, że lepiej będzie, jeżeli zostaniemy przy dwóch. Nie chcę zaczynać rozmowy. Zatoczyliśmy kolejny okrąg. - Pewnie myślisz, że powinienem już przywyknąć do żegnania się z tobą. Próbowałam połknąć bryłę, która utkwiła mi w gardle, ale nie mogłam sprawić, by zniknęła. Jacob spojrzał na mnie i zmarszczył brwi. Przetarł palcami mój policzek, łapiąc znajdujące się na nim łzy. - Nie powinnaś być tą, która płacze, Bella. - Wszyscy płaczą na weselach. – powiedziałam niewyraźnie. - To jest to, czego chcesz, prawda? - Prawda. - Więc się uśmiechnij. Spróbowałam. Śmiał się z mojego grymasu. - Spróbuję cię zapamiętać właśnie taką. Będę udawać, że… - Że co? Że umarłam? Zacisnął zęby. Walczył ze sobą – z decyzją, według której jego obecność na przyjęciu miała być prezentem, nie osądem. Domyślałam się, co chce powiedzieć. - Nie – odparł w końcu. – Ale taką będę cię widział w mojej głowie. Różowe policzki. Bijące serce. Dwie lewe nogi. Każdy szczegół. Z rozmysłem nadepnęłam mu na stopę tak mocno, jak tylko mogłam. Uśmiechnął się. - To moja dziewczynka. Zaczął mówić coś innego, ale szybko zamknął usta. Ponownie ze sobą walcząc, zgrzytnął zębami, jakby nie chciał wypuścić zza nich słów, których obiecał sobie nie wypowiadać. Moje relacje z Jacobem były niegdyś takie proste. Naturalne jak oddychanie. Ale kiedy Edward wrócił do mojego życia, związek z Jakiem zdominowało ciągłe napięcie. Ponieważ – w oczach Jacoba – wybierając Edwarda, wybrałam przeznaczenie gorsze od śmierci albo - w ostateczności - porównywalne do niej. - O co chodzi, Jake? Po prostu mi powiedz. Możesz mi powiedzieć wszystko. - J-ja… Nie mam ci nic do powiedzenia. - Och, proszę. Wyrzuć to z siebie. - To prawda. To nie… To… To pytanie. Jest coś, co chciałbym, abyś mi powiedziała. - Pytaj. Zmagał się ze sobą przez kolejną minutę, aż wreszcie wypuścił powietrze. - Nie powinienem. To nie ma znaczenia. Jestem tylko chorobliwie ciekawy. Ponieważ znałam go bardzo dobrze, zrozumiałam. - Nie tej nocy, Jacob. – wyszeptałam. Jacob miał nawet większą obsesję na punkcie mojego człowieczeństwa niż Edward. Cenił każde uderzenie mojego serca, wiedząc, że ich liczba jest już określona. - Och – powiedział, próbując zatuszować swoją ulgę. – Och. Rozbrzmiała nowa piosenka, ale tym razem nie zauważył zmiany. - Kiedy? – wyszeptał. - Nie wiem dokładnie. Tydzień bądź dwa, może. Jacob przyjął postawę defensywną - jego głos się zmienił, pobrzmiewały w nim szyderstwo i kpina. - Skąd to opóźnienie? - Po prostu nie chciałam spędzić miesiąca miodowego, skręcając się z bólu. - To co zamierzasz podczas niego robić? Grać w warcaby? Ha ha. - Bardzo śmieszne. - Żartuję, Bells. Ale, poważnie, nie widzę przyczyny. Nie możesz mieć prawdziwego miesiąca miodowego ze swoim wampirem, więc skąd ta decyzja? Powiedz prawdę. To nie jest pierwszy raz, kiedy to odkładasz. Co jest dobrą rzeczą, oczywiście – powiedział, niespodziewanie poważny. – Nie bądź zawstydzona. - Niczego nie odkładam – warknęłam. – I tak, mogę mieć prawdziwy miesiąc miodowy! Mogę zrobić wszystko, na co mam ochotę! Odczep się! Nagle zatrzymał nasz wolny taniec. Przez chwilę zastanawiałam się, czy w końcu zauważył, że zmieniła się muzyka; szukałam w głowie pomysłu na to, aby załagodzić naszą małą sprzeczkę, zanim się ze mną pożegna. Nie powinniśmy się rozstawać w ten sposób. I wtedy wytrzeszczył oczy, rozszerzone pod wpływem dziwnego rodzaju zdezorientowanego przerażenia. - Co? – sapnął. – Co powiedziałaś? - O czym..? Jake? Co się stało? - Co masz na myśli? Prawdziwy miesiąc miodowy? Podczas gdy jesteś jeszcze człowiekiem? Żartujesz sobie? To jest chory dowcip, Bella! Posłałam mu piorunujące spojrzenie. - Powiedziałam, żebyś się odczepił, Jake. To nie twoja sprawa. Nie powinnam… Nie powinniśmy nawet o tym rozmawiać. To bardzo prywatne… Jego olbrzymie ręce boleśnie chwyciły moje ramiona. - Jake! Puszczaj! Potrząsnął mną. - Bella! Postradałaś zmysły? Nie możesz być aż taka głupia! Powiedz mi, że żartujesz! Potrząsnął mną ponownie. Jego dłonie, ściśnięte jak opaski zaciskowe, drżały, wysyłając wibracje docierające do moich kości. - Jake... Przestań! Nagle ciemność się zagęściła. - Zabieraj swoje łapy od niej! – Głos Edwarda był zimny niczym lód, ostry jak brzytwa. Za Jacobem rozległo się ciche warkniecie, a później inne, pokrywające się z pierwszym. - Jake, bracie, odsuń się - usłyszałam ponaglanie Setha Clearwatera. – Popełniasz błąd. Jacob nawet się nie poruszył, stał jak zamrożony, wytrzeszczając swoje rozszerzone, przerażone oczy. - Zranisz ją – wyszeptał Seth. – Pozwól jej odejść. - W tej chwili! – warknął Edward. Ręce Jacoba znalazły się po obu stronach jego właściciela, a nagły powrót prawidłowej cyrkulacji krwi w moich żyłach był niemal bolesny. Zanim zdążyłam zauważyć cokolwiek innego, zimne ręce zastąpiły te gorące; powietrze nieoczekiwanie świsnęło koło mnie. Zamrugałam. Oparłam ciężar ciała na własnych nogach, oddalona o pół tuzina stóp od miejsca, w którym stałam wcześniej. Edward był przy mnie, cały spięty. Między nim a Jacobem dostrzegłam dwa ogromne wilki, ale nie wydawały się agresywne. Wyglądało na to, że próbują zapobiec walce. I Seth – tyczkowaty, piętnastoletni Seth – trzymał swoje długie ramiona wokół trzęsącego się ciała Jacoba i odciągał go od nas. Jeżeli Jacob przemieniłby się, gdy Seth był tak blisko… - No już, Jake. Chodźmy. - Zabiję cię – powiedział Jacob głosem tak dławionym wściekłością, że wydawał się szeptem. Jego oczy, skupione na Edwardzie, płonęły w furii. – Sam cię zabiję! Właśnie teraz! – Zadrżał konwulsyjnie. Największy, czarny wilk zawarczał ostro. - Seth, odsuń się – wysyczał Edward. Chłopak ponownie szarpnął Jacoba. Ten ostatni był tak oszołomiony wściekłością, że Seth zdołał pociągnąć go kilka stóp do tyłu. - Nie rób tego, Jake. Odejdź. No dalej. Wtedy Sam – większy, czarny wilk – dołączył do Setha. Położył swoją masywną głowę na klatce piersiowej Jacoba i popchnął go. Cała trójka- holujący Seth, trzęsący się Jake i napierający Sam – zniknęli szybko w ciemności. Inny wilk popatrzył za nimi. W tak słabym świetle nie byłam pewna koloru jego futra –czekoladowy brąz? Może to Quil? - Przepraszam – wyszeptałam do wilka. - Już wszystko w porządku, Bello. – mruknął Edward. Wilk spojrzał na Edwarda. Jego wzrok nie był przyjazny. Edward skinął chłodno głową. Wilk warknął oburzony, a następnie obrócił się, by podążyć za innymi. Podobnie jak oni przepadł w ciemności. - W porządku – powiedział Edward do siebie, a potem spojrzał na mnie. – Wracajmy. - Ale Jake… - Sam się nim zajął. Odszedł. - Edwardzie, tak mi przykro. Byłam głupia… - Nie zrobiłaś nic złego. - Mam za długi język. Dlaczego… Nie powinnam pozwolić, aby rozmowa tak się potoczyła. Co ja sobie myślałam? - Nie przejmuj się. – Dotknął mojej twarzy. – Musimy wrócić na przyjęcie, zanim ktoś zauważy naszą nieobecność. Potrząsnęłam głową, próbując trzeźwo myśleć. Zanim ktoś zauważy? Czy ktokolwiek w ogóle nie widział tego przedstawiania? Wtedy, gdy o tym pomyślałam, zdałam sobie sprawę, że konfrontacja, która wydawała mi się katastrofalna w skutkach, w rzeczywistości była bardzo krótka i cicha, dodatkowo ukryta przez ciemność. - Daj mi dwie sekundy – poprosiłam. Wewnątrz mnie panowały chaos, panika i smutek, ale to nie miał znaczenia – teraz liczyło się tylko to, co było na zewnątrz. Zakładając, że nie mogę popsuć własnego wesela, starałam się opanować. - Moja sukienka? - Wyglądasz świetnie. Włosy też idealne. Wzięłam dwa głębokie wdechy. - Okej. Chodźmy. Objął mnie ramieniem i poprowadził z powrotem w stronę przyjęcia. Kiedy przechodziliśmy pod migającymi światłami, pociągnął mnie zwinnie na parkiet do tańca. Wtopiliśmy się w tłum, tak jakby nasz taniec nigdy nie został przerwany. Zerknęłam na gości, ale żaden z nich nie był zszokowany czy przerażony. Jedynie na bardzo jasnych twarzach zobaczyłam oznaki zdenerwowania, ale ich właściciele dobrze to ukrywali. Jasper i Emmett stali przy krawędzi parkietu, blisko siebie; domyśliłam się, że byli w pobliżu podczas konfrontacji. - Czy ty… - Czuję się dobrze – obiecałam. – Nie wierzę, że to zrobiłam. Co jest ze mną nie tak? - Z tobą jest wszystko w porządku. Tak bardzo się ucieszyłam, mogąc zobaczyć tutaj Jacoba. Wiedziałam, że przyjście na wesele jest dla niego dużym poświeceniem. Wszystko zrujnowałam, przemieniając jego prezent w katastrofę. Powinnam zostać poddana kwarantannie. Ale moja bezmyślność nie zrujnowała niczego innego tej nocy. Rozważania nad niefortunnymi zdarzeniami odłożyłam na później, upychając wspomnienia w szufladzie i zamykając ją na klucz. Będę miała wystarczająco dużo czasu, żeby się zamartwiać i nic, co mogłam teraz zrobić, nie poprawiłoby sytuacji. - To koniec – powiedziałam. – Nie myślmy już o tym więcej. Spodziewałam się szybkiej zgody ze strony Edwarda, ale on milczał. - Edward? Zamknął oczy i przyłożył swoje czoło do mojego. - Jacob ma rację – szepnął. - Jak mógłbym… - Nie, nie ma. – Starałam się zachować spokój przed tłumem obserwujących nas przyjaciół. – Jacob jest zbyt uprzedzony, żeby spojrzeć na pewne sprawy jasno i rozsądnie. Wymamrotał coś cicho, co brzmiało podobnie do „powinienem dać się mu zabić już za samo myślenie…”. - Przestań – powiedziałam wściekle. Chwyciłam jego twarz w swoje dłonie i zaczekałam, aż otworzy oczy. – Ty i ja. To jedyna rzecz, która się liczy. Jedyna rzecz, o której masz teraz myśleć. Słyszysz mnie? - Tak – westchnął. - Zapomnij, że Jacob tu był. – Ja mogłam to zrobić. – Dla mnie. Obiecaj, że nie będziesz się tym przejmował. Zanim odpowiedział, przez chwilę wpatrywał się w moje oczy. - Obiecuję. - Dziękuję. Edward, nie boję się. - Ale ja tak – szepnął. - Nie powinieneś. – Wzięłam głęboki oddech i wyszczerzyłam zęby. – A tak poza tym to cię kocham. Przez jego twarz przemknął lekki uśmiech. - Dlatego tu jesteśmy. - Przywłaszczasz sobie pannę młodą – powiedział Emmett, pojawiając się za ramieniem Edwarda. – Pozwól mi zatańczyć z moją małą siostrzyczką. To może być ostatnia szansa, bym sprawił, że się zarumieni. Zaśmiał się głośno, jak zawsze nieporuszony poważną atmosferą. Okazało się, że nie tańczyłam jeszcze z wieloma gośćmi, co dało mi szansę na uspokojenie nerwów i rozważenie kilku spraw. Kiedy Edward ponownie się o mnie upomniał, odkryłam, że szuflada Jacoba była mocno i szczelnie zamknięta. Będąc w jego ramionach odnalazłam wcześniejsze poczucie radości, pewność, że moje życie obrało dziś właściwy kierunek. Uśmiechnęłam się i położyłam głowę na klatce piersiowej Edwarda. Jego ramiona zacisnęły się mocniej. - Mogłabym się do tego przyzwyczaić. - Tylko mi nie mów, że pozbyłaś się swoich uprzedzeń do tańca. - Tańczenie nie jest takie złe – ale tylko z tobą. Bardziej chodziło mi o to – przycisnęłam się do niego nawet mocniej – żeby cię nigdy nie stracić. - Nigdy – obiecał i pochylił się, by mnie pocałować. To był poważny pocałunek – intensywny, wolny i budujący. Zupełnie zapomniałam, gdzie jestem, gdy nagle usłyszałam wołanie Alice: - Bella! Już czas! Przez krótką chwilę byłam wściekła na moją nową siostrę, że przerywa nam w takim momencie. Edward ją zignorował; całował mnie jeszcze bardziej natarczywie niż wcześniej. Moje serce łomotało gwałtownie, a ręce trzymały zręcznie jego marmurową szyję. - Chcecie spóźnić się na samolot? – dopytywała się Alice, stojąc już koło mnie. – Jestem pewna, że miesiąc miodowy minie wam uroczo, gdy będziecie zmuszeni do koczowania na lotnisku i czekania na inny lot. Edward obrócił swoją twarz nieznacznie, by wyszeptać: - Idź sobie, Alice. – I ponownie przycisnął własne usta do moich. - Bella, czy chcesz być ubrana w tę sukienkę w samolocie? – Nie dawała za wygraną. Nawet nie próbowałam zrozumieć znaczenia jej słów. Teraz po prostu mnie to nie obchodziło. Alice warknęła cicho. - Powiem jej, gdzie ją zabierasz, Edward. Pomóż mi albo naprawdę to zrobię. Zamarł. Odsunął swoją twarz od mojej i posłał ulubionej siostrze piorunujące spojrzenie. - Takie małe, a tak wnerwia. - Nie wybrałam idealnej sukienki na zmianę po to, by ją teraz zmarnować – odwarknęła, biorąc mnie za rękę. - Chodź ze mną, Bella. Uwolniłam się z jej uścisku i wspięłam na palce, aby jeszcze raz go pocałować. Szarpnęła moje ramię niecierpliwie, odciągając mnie od mojego ukochanego. Usłyszałam ciche chichoty od strony obserwujących nas gości. Zrezygnowałam z walki i pozwoliłam poprowadzić się do pustego domu. Wyglądała na podirytowaną. - Wybacz, Alice. – przeprosiłam. - Nie winię cię, Bella – westchnęła. – Wygląda na to, że nie możesz sobie pomóc. Zachichotałam, widząc jej męczeński wyraz twarzy. Skrzywiła się. - Dziękuję, Alice. To było najpiękniejsze z wesel, jakie kiedykolwiek zostały wyprawione – powiedziałam jej szczerze. – Wszystko było perfekcyjne. Jesteś najlepszą, najmądrzejszą, najbardziej utalentowaną siostrą na całym świecie. To ją rozluźniło; uśmiechnęła się szeroko. - Świetnie, że ci się podobało. Renee i Esme czekały na nas na górze. Cała trójka szybko ściągnęła ze mnie sukienkę i ubrała w wybrany przez Alice niebieski strój. Byłam wdzięczna, gdy ktoś wyciągnął szpilki z moich włosów i pozwolił im, pofalowanym od warkoczy, luźno opaść na moje plecy, chroniąc mnie w ten sposób przed późniejszym bólem głowy. Po policzkach mojej mamy cały czas płynęły łzy. - Zadzwonię do ciebie, gdy tylko się dowiem, gdzie jedziemy – obiecałam, ściskając ją na pożegnanie. Nieznany cel naszej wycieczki doprowadzał ją do szaleństwa. Nienawidziła sekretów, chyba że była w nie wtajemniczona. - Zawiadomię cię, gdy tylko będzie bezpieczna – przelicytowała mnie Alice, uśmiechając się złośliwe na widok mojej urażonej miny. Jakie to niesprawiedliwe, że dowiem się ostatnia. - Odwiedź mnie i Phila jak najwcześniej. Teraz twoja kolej, by przyjechać na południe – w końcu zobaczyć słońce – powiedziała Renee. - Dzisiaj nie padało. – przypomniałam, unikając odpowiedzi na jej prośbę. - Cud. - Wszystko gotowe – powiedziała Alice. – Twoje walizki są już w samochodzie – Jasper zaraz go przyprowadzi. – Pociągnęła mnie w stronę schodów z podążającą za nami Renee, ciągle tulącą się do mojego boku. - Kocham cię, mamo – szepnęłam, kiedy schodziłyśmy. – Tak się cieszę, że masz Phila. Dbajcie o siebie. - Też cię kocham, Bella, skarbie. - Do widzenia, mamo. Kocham cię – powtórzyłam ze ściśniętym gardłem. Edward czekał u podnóża schodów. Chwyciłam jego wyciągniętą rękę, ale nie ruszyłam się z miejsca, lustrując wzrokiem mały tłum, który czekał, by zobaczyć nasz odjazd. - Tato? – spytałam, szukając Charliego oczami. - Tam – mruknął Edward i pociągnął mnie przez tłumek gości; zrobili dla nas ścieżkę. Znaleźliśmy Charliego opierającego się niezgrabnie o ścianę, z dala od wszystkich, tak jakby chciał się ukryć. Czerwone obwódki wokół jego oczu wyjaśniały wszystko. - Och, tato! Objęłam go wokół talii, łzy ponownie popłynęły mi po twarzy – tak dużo płakałam tej nocy. Poklepał mnie po plecach. - No już. Nie chcesz chyba spóźnić się na samolot. Trudno rozmawiało się z Charliem o miłości – byliśmy do siebie bardzo podobni, zawsze unikający trywialnych rzeczy, aby zapobiec krępującym, emocjonalnym pokazom. Ale teraz nie mogłam być zakłopotana. - Kocham cię, tato – powiedziałam. – Nigdy o tym nie zapomnij. - Ty też, Bells. Zawsze cię kochałem i zawsze będę. Pocałowałam go w policzek w tym samym momencie, gdy on pocałował mój. - Zadzwoń – polecił. - Niedługo – odparłam, wiedząc, że to jedyne, co mogę obiecać. Tylko rozmowę telefoniczną. Możliwe, że tata i mama już mnie więcej nie zobaczą; będę zupełnie inna, zbyt niebezpieczna, by przebywać w ich towarzystwie. - Idź już – powiedział szorstko. – Nie chcesz się spóźnić. Goście zrobili dla nas kolejne przejście. Edward przyciągnął mnie bliżej do swojego boku, kiedy zmierzaliśmy w kierunku drzwi. - Jesteś gotowa? – spytał. - Jestem. – powiedziałam, wiedząc, że to prawda. Wszyscy klaskali, gdy pocałował mnie nad progiem. Później popędziliśmy do samochodu, uciekając przed burzą ryżową. Większość strzałów nas ominęło, ale ktoś, prawdopodobnie Emmett, rzucał z niesamowitą precyzją i zostałam trafiona wieloma rykoszetami od pleców Edwarda. Samochód był ozdobiony wieloma kwiatami, które ciągnęły się grubymi pasami wzdłuż jego długości oraz zrobionymi z cienkiej tkaniny wstążkami, przywiązanymi do metalowej obręczy i powiewającymi za zderzakiem. Edward osłaniał mnie przed ryżem, gdy wsiadałam do auta, a potem sam znalazł się w środku; kiedy odjeżdżaliśmy, opuściłam szybę i zawołałam „kocham was” w stronę ganku, na którym rodzina machała do nas na pożegnanie. Moje ostatnie spojrzenie skierowałam na rodziców. Phil obejmował delikatnie Renee, która odwzajemniała uścisk jednym ramieniem, zaciśniętym mocno na jego talii. Jej druga ręka trzymała dłoń Charliego. Tak wiele różnych rodzajów miłości, zharmonizowanych w tym jednym momencie. Obrazek ten napawał mnie optymizmem. Edward ścisnął moją rękę. - Kocham cię – powiedział. Położyłam głowę na jego ramieniu. - Dlatego tutaj jesteśmy. – zacytowałam go. Pocałował moje włosy. Kiedy wyjechaliśmy na czarną autostradę i Edward docisnął pedał gazu, usłyszałam hałas przebijający się przez mruczenie silnika, dochodzący od strony lasu za nami. Nic nie mówił, podczas gdy dźwięk ten milkł powoli w oddali. Ja również nic nie powiedziałam. Ostry, przeszywający skowyt coraz bardziej słabł, aż w końcu zniknął całkowicie. tłumaczenie: Syntia 5. Wyspa Esme - Houston? – spytałam unosząc brew, gdy wjeżdżaliśmy do Seattle. - To tylko krótki postój. – zapewnił mnie Edward z szerokim uśmiechem. Czułam się tak, jakby mój ukochany obudził mnie, gdy już prawie oddałam się w objęcia Morfeusza. Byłam wykończona. Każdy gwałtowny błysk światła zmuszał mnie, bym spojrzała w przestrzeń. Kilka minut minęło, zanim uświadomiłam sobie, co będzie dalej. Zatrzymaliśmy się na lotnisku, czekając na następny lot. - Rio De Janeiro? – spytałam z ekscytacją. - Kolejny przystanek. – powiedział. Lot do Ameryki południowej był długi, ale niezwykle wygodny, ponieważ mieliśmy miejsca w pierwszej klasie, a Edward całą podróż trzymał mnie w swoich chłodnych ramionach. Cały czas spałam. Obudziłam się, gdy za kilka minut mieliśmy przygotowywać się do lądowania. Promienie słoneczne zaglądały przez okna samolotu niezwykle zapraszająco. Wbrew moim przypuszczeniom nie wsiedliśmy na lotnisku w kolejny samolot. Jechaliśmy taksówką przez mroczne, ale zawsze tętniące życiem ulice Rio De Janeiro. Nie byłam wstanie zrozumieć tego, co Edward powiedział po portugalsku do kierowcy pojazdu. Prawdopodobnie szukaliśmy hotelu, by odpocząć przed kolejną wyprawą. Zatrzymaliśmy się przed portem. Edward szedł po molo, wzdłuż którego znajdowało się mnóstwo jachtów, motorówek i innych sprzętów wodnych. Łódka, którą wynajął, była mniejsza od pozostałych. Zapakował na jej pokład nasze walizki, a potem użyczył mi swojej dłoni, abym i ja bezpiecznie wsiadła. Przyglądałam się w ciszy, jak szykuje łódkę, by już za chwilę odbić ja od molo. Byłam zaskoczona, jak łatwo mu to wychodzi. Nie wiedziałam, że tak dobrze radzi sobie z pływaniem łódką, ale przecież on jest dobry we wszystkim... Wypływając na pełen ocean, próbowałam przypomnieć sobie jakiekolwiek wiadomości z geografii. Z tego co wiedziałam, nie czekały nas tam wyjątkowe atrakcje chyba, że zmierzaliśmy do Afryki. Edward, płynął z dużą prędkością, a światła Rio De Janeiro znikały za naszymi plecami. Na twarzy mojej miłości, pojawił się znajomy uśmiech. Łódka bez trudu sunęła przez fale, a ja wdychałam bryzę morską. W końcu ciekawość zwyciężyła. - Długo jeszcze będziemy płynąć? – spytałam. Nie obawiałam się, że zapomniał o moim człowieczeństwie. Wiedział, że zżera mnie ciekawość, co będziemy robić przez najbliższe dni. - Jeszcze jakieś pół godziny – obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem. Cóż, w porządku... On jest wampirem, więc może wybieramy się na Antarktydę. Dwadzieścia minut później Edward zawołał mnie do siebie. - Bello, spójrz tam. – powiedział wskazując odpowiedni kierunek. Na początku widziałam tylko ciemność i odbicie księżyca w wodzie. Nie wiedziałam o co mu chodzi, zanim nie zobaczyłam jakiegoś ciemnego kształtu, który wyróżniał się w świetle księżyca. Wpatrywałam się w fale. Z każdą minutą widziałam więcej szczegółów, a niewyraźna bryła w oddali nabierała charakterystycznych kształtów. Podpływaliśmy bliżej. Zauważyłam w oddali brzeg, o który rozbijały się fale. Moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności i nagle wszystko nabrało sensu. Wyspa. Tak, to musiało być to. - Gdzie jesteśmy? – spytałam zamyślona, gdy zmienialiśmy kurs. Usłyszał co powiedziałam, jednak nie odpowiedział od razu. Jego uśmiech wyglądał cudownie w świetle księżyca. - To jest wyspa Esme. Łódka bardzo zwolniła. Otaczała nas wszechobecna cisza. Powietrze było bardzo ciepłe i przyjemne w kontakcie ze skórą. - Wyspa Esme? – spytałam lekko przytłumionym głosem. - Prezent od Carlisle – Esme zaoferowała się, że nam ją pożyczy. Prezent. Kto, daję wyspę jako prezent? – Zadumałam się. Nie wiedziałam, ze Edward jest aż tak dobrze wychowany. Zacumowaliśmy. Edward obdarował mnie jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów, potem objął ramieniem i pomógł wejść na molo. - Czy nie powinnyśmy poczekać na jakiegoś przewodnika? – spytałam, z trudem łapiąc oddech. Uśmiechnął się szeroko. - Nie, raczej nie będzie nam potrzebny. Przez jakiś czas nie widziałam nic prócz ciemności. Jednak potem dostrzegłam światło dochodzące z urokliwego, symetrycznego domu. Nagle wezbrał we mnie strach, dużo większy niż do tej pory. Moje serce buntowało się przeciwko mnie, bijąc niesamowicie szybko, a oddech utknął w gardle. Czułam na sobie wzrok Edwarda, jednak nie odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Tępo wpatrywałam się w przestrzeń. Edward nie zapytał mnie, co o tym myślę. Zdałam sobie sprawę, że musi być równie podenerwowany jak ja. Zapakował nasze walizki do stojącego nieopodal Porsche – drzwi były otwarte. Przyglądał mi się intensywnie, cierpliwie, czekając aż spojrzę mu w oczy. Prowadził mnie, do domu. Żadne z nas nie odezwało się choćby słowem. Wnętrze było niezwykle przytulne i rodzinne. Odcienie bieli sugerowały, że wystrój tego wnętrza wybrali Cullenowie. Poczułam się jak w domu. Nie mogłam się na niczym skupić. Adrenalina pulsowała w mojej głowie. Edward zatrzymał się na chwilę i włączył ostatnie światło. Znaleźliśmy się w białym, oszklonym pokoju – był to typowy wystrój pomieszczenia mojej rodziny wampirów. Z tej sypialni był doskonały widok. Na zewnątrz świecił księżyc, a fale rozbijały się o brzeg. Jednak moją uwagę przykuło coś innego: Wielkie białe łóżko stojące na środku pokoju. Edward zdecydowanym gestem, polecił bym usiadła. - Pójdę... po nasz bagaż. – oznajmił. W pokoju było za gorąco. Cieplej niż na zewnątrz. Kropelki potu, zaczęły spływać po mojej szyi. To wszystko było zbyt piękne. Z jakiegoś powodu musiałam przekonać samą siebie, że to była rzeczywistość, a nie moja chora wyobraźnia. Nie zauważyłam, kiedy Edward wrócił do pokoju. Znienacka jego chłodny palec zaczął przesuwać się, wzdłuż mojej szyi, usuwając kropelki potu. - Trochę tu gorąco – powiedział zapobiegliwie. – Sądziłem, że tak będzie najlepiej. - Nie bardzo rozumiem. – stwierdziłam szczerze. - Zrobię wszystko co w mojej mocy, by było nam jak najłatwiej. – stwierdził po chwili namysłu. Przełknęłam głośno ślinę, nadal na nie go nie patrząc. Czy w tym miejscu był kiedykolwiek taki miesiąc miodowy, jak ten? Znałam odpowiedz na to pytanie. Nie, nie było. - Zastanawiałem się – powiedział powoli Edward. – Czy nie chciałabyś... najpierw... popływać ze mną przy świetle księżyca..? – wziął głęboki oddech. Jego głos zabrzmiał pewnie, gdy przemówił po raz drugi. – Woda będzie bardzo ciepła. Zupełnie jak na plaży, którą uwielbiasz. - Brzmi świetnie. – głos mi się załamał. - Jestem pewien, że chciałabyś odpocząć chwilę po długiej podróży. Poczułam się jak zwykły śmiertelnik. Może kilka minut w samotności, dobrze by mi zrobiło. Jego usta przejechały od mojego ucha w dół szyi. Owiał mnie swoim zimnym, słodkim oddechem. - Proszę nie kazać mi czekać zbyt długo, pani Cullen. – zadrżałam na dźwięk mojego nowego nazwiska. Edward musnął ustami mój obojczyk. – Będę czekał na ciebie w wodzie. Wyszedł przez drzwi, za którymi rozpościerał się widok piaszczystej plaży. Ściągnął koszulkę i rzucił ją na ziemię. Do pokoju wleciała bryza morska. Czy moja skóra stanęła w płomieniach? Schyliłam głowę żeby sprawdzić. Nie, nic nie płonęło. Przynajmniej nie naprawdę. Otworzyłam walizkę i z przerażeniem stwierdziłam, że nie ma w niej nic, co uznałabym za moje. Szukałam czegoś wygodnego. Mógłby być zwykły sweter. W moje ręce trafiła jakaś ohydna, satynowa bielizna. Nie wiedziałam jak i kiedy, ale byłam pewna, że Alice mi za to zapłaci. Poddałam się i weszłam do toalety z widokiem na plażę, na której powinien być Edward. Jednak tam go nie widziałam. Przypuszczałam, że jest cały zanurzony w wodzie. Księżyc na niebie był niemal w pełni. Piasek wydawał się błyszczeć w jego świetle. Coś przykuło moją uwagę - Edward ściągnął resztę ubrań i porzucił je na brzegu. Poczułam kolejne uderzenie gorąca. Wzięłam kilka głębokich oddechów i spojrzałam w lustro. Wyglądałam tak jak powinnam – jakbym przespała cały dzień w samolocie. W ekspresowym tempie rozczesałam włosy i dwa razy umyłam zęby. Następnie przemyłam twarz mając nadzieje, że to mnie otrzeźwi. Mimo to poddałam się po raz kolejny i po prostu wzięłam prysznic. Wiedziałam, że jest to niedorzeczne biorąc pod uwagę fakt, że za chwilę miałam pływać w oceanie. Jednak musiałam się uspokoić, a ciepła woda miała mi w tym pomóc. Oprócz tego po raz kolejny ogoliłam nogi. Kiedy byłam gotowa owinęłam się wielkim, białym ręcznikiem. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Byłam strasznie zagubiona. Niby, co powinnam włożyć? Na pewno nie strój kąpielowy. Jednak w zwykłych ubraniach wyglądałabym bym co najmniej dziwnie. Nie chciałam nawet myśleć o rzeczach, które spakowała mi Alice. Miałam przyśpieszony oddech i trzęsły mi się ręce – to zbyt wiele, by prysznic mógł mnie uspokoić. Czułam się lekko oszołomiona. Starałam się powstrzymać atak paniki, który miał nadejść lada chwila. Usiadłam na zimnej podłodze i włożyłam głowę miedzy kolana. Modliłam się, aby tylko Edward nie przyszedł po mnie za wcześnie. Musiałam się pozbierać. Wiedziałam, co by pomyślał, gdyby zastał mnie w tym stanie. Pewnie stwierdziłby, że to, co niedługo zamierzamy zrobić, jest błędem, który może nas drogo kosztować. Ja wcale nie uważałam, że to błąd. Nerwy zawładnęły moim ciałem i umysłem, ponieważ nie miałam bladego pojęcia jak to zrobić. Trudno mi było stanąć twarzą w twarz, z tym, co dla mnie nieznane, zwłaszcza we francuskiej bieliźnie. Wiedziałam, ze nie byłam jeszcze na to gotowa. Już chyba powinnam do niego iść. Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie. Nie do końca rozumiałam, jak całkowicie można komuś zaufać, rozkoszując się dotykiem tej ukochanej osoby. Oddać się ciałem i duszą, wolnym od strachu. Edward kochał mnie tak bardzo, jak ja jego, więc to miało być tylko ukoronowaniem naszego uczucia. Mimo to miałam wrażenie, że nigdy nie będę w stanie wstać z podłogi. Było to niezwykle irytujące. Edward na mnie czekał. Nie bądź tchórzem, szepnęłam do siebie bezgłośnie. Zmusiłam swoje stopy, by przesuwały się do przodu. Skrzyżowałam ręce na piersi i bezzwłocznie wyszłam z toalety. Szybko ominęłam szklane drzwi, nie zwracając uwagi na walizki czy wielkie małżeńskie łoże. Wszystko wydawało się czarno białe od poświaty księżyca. Szybkim krokiem przeszłam przez plażę. Zatrzymałam się tylko na chwilę, w miejscu, gdzie Edward zostawił swoje ubrania. Musiałam nabrać pewności, że to mnie nie przerośnie. Wiedziałam, że tym razem muszę okazać się wystarczająco silna. Przeczesywałam wzrokiem wodę w poszukiwaniu mojego ukochanego. Nie było trudno go znaleźć. Stał odwrócony do mnie plecami, głęboko zanurzony w ciemnej wodzie. Chyba wpatrywał się w owal księżyca. W delikatnym świetle, jago skóra była idealnie biała. Nie dawał znaku zainteresowania. Spokojne fale brodziły dookoła niego jakby był kamieniem. Wpatrywałam się w kształt jego ciała. Ogień powoli trawił moją skórę. Chcąc ukryć moją nieporadność, szybko zdjęłam ubranie i podążyłam w kierunku białego światła. W przeciwieństwie do niego, nie słyszałam moich kroków, gdy szłam po brzegu oceanu. Mimo to, nie spojrzał w moją stronę. Woda była tak ciepła, niczym klasyczna, domowa kąpiel. Zaczęłam powoli kroczyć w głąb oceanu, by niedługo zrównać się z Edwardem. Bardzo delikatnie złapałam go za rękę. - Piękny – powiedziałam wpatrując się w księżyc. - Wszystko w porządku, - stwierdził niespodziewanie. Odwrócił się, w kierunku mojej twarzy, gdy fale obmywały moje ciało. Wpatrywał się we mnie przenikliwymi oczami. Dopiero po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że nasze dłonie splotły się w symbolicznym uścisku. Woda była tak ciepła, że nawet jego lodowata skóra wydawała się rozgrzana. - Jednak nie użyłbym słowa piękny... – zamruczał. – Nawet on, nie jest w stanie przyćmić twojej urody. Uśmiechnęłam się zalotnie. Położyłam moją dłoń, tam, gdzie znajdowało się jego serce. Nasza skóra miała identyczny odcień, w końcu do niego pasowałam. Jego oddech stał się nieregularny. - Obiecałem, ze spróbujemy – szepnął – Jeśli... Jeśli coś pójdzie nie tak, jak powinno... Jeśli cię zranię, musisz mi natychmiast powiedzieć. Wpatrywałam się w niego, a potem zrobiłam kilka kroków przecinając fale i oparłam głowę o jego klatkę piersiową. - Nie bój się – zamruczałam. – Należymy do siebie. Byłam zachwycona prawdziwością moich słów. Ta chwila była tak cudowna, że nic nie mogło jej podważyć. - Na zawsze. – zgodził się ze mną, a potem poprowadził mnie, na głębszą wodę. Ciepłe słońce obudziło mnie następnego ranka. Nie byłam pewna, która jest godzina. Wszystko poza tym było dla mnie jasne. Dokładnie wiedziałam, gdzie jestem – w białym pokoju z wielkim, małżeńskim łożem. Chmury przepuszczały promienie słoneczne. Nie otwierałam oczu. Nie chciałam czegokolwiek zmieniać, nawet jeśli chodziło o błahostki. Było słychać tylko szum fal, nasze oddechy i bicie mojego serca. Było mi dobrze, nie zważając na promienie słoneczne, które raziły mnie w oczy. Jego lodowata skóra była doskonałym antidotum na uderzenia gorąca. Leżałam wtulona w jego klatkę piersiową, schowana w jego ramionach. Czułam się pewnie i naturalnie. Wczorajsze ataki paniki stały się czymś zbędnym, a strach, który mi towarzyszył, czymś zupełnie niedorzecznym. Jego chłodne palce wodziły po moich plecach. Zdawałam sobie sprawę z tego, że on wie, iż nie śpię. Mimo to objęłam go tylko mocniej za szyję i przysunęłam się tak blisko, jak to było możliwe, nie otwierając oczu. Milczał. Rysował tylko jakieś niewidzialne wzory, na moich plecach. Byłabym szczęśliwa mogąc leżeć tu po kres wieczności, tylko po to, by nic nie zakłóciło tej wspaniałej chwili. Jednak najwyraźniej mój organizm miał inne plany. Zaśmiałam się mimowolnie. Głód wydawał się być strasznie prozaiczny. Zostałam znowu sprowadzona na ziemię. - Co jest takie zabawne? – zamruczał nadal muskając mnie po plecach. Dźwięk jego głosu spowodował przypływ wspomnień. Poczułam, że się czerwienię. W odpowiedzi zaburczało mi w brzuchu, a ja znowu się zaśmiałam. - Nie potrafię na długo uciec od moich ludzkich potrzeb. Czekałam, ale się nie roześmiał. Miałam wrażenie, że atmosfera w pomieszczeniu diametralnie się zmieniła. Otworzyłam oczy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam, była blada, niemal srebrna skóra gardła Edwarda. Jego broda, znajdowała się tuż nad moją twarzą, a szczęka była napięta. Uparcie gapił się na baldachim, znajdujący się nad nami. Nawet na mnie nie spojrzał, gdy próbowałam wyczytać odpowiedz z jego twarzy. Jej był szokujący – wstrząsnęło całym moim ciałem. - Edward – ledwie mogłam mówić. – Co jest? W czym problem? - Naprawdę musisz pytać? – Jego głos był oschły, cyniczny. Zaczęłam zastanawiać się, co zrobiłam nie tak. Przeczesywałam moje wspomnienia, jednak nie znalazłam nic nagannego. Wręcz przeciwnie. Byliśmy jak lód i ogień i dlatego powinniśmy wzajemnie się wykluczać. Mimo to pasowaliśmy do siebie, jak nikt inny. To był kolejny dowód, że należeliśmy do siebie. Byłam pewna, że w tej chwili on myśli zupełnie inaczej. Tylko co przegapiłam? Przejechał zimnym palcem po mojej twarzy. - Jak ci się wydaje? – szepnął. - Jesteś zmartwiony. Nie rozumiem. Czy ja...? – nie potrafiłam dokończyć. Spojrzał na mnie nieprzenikliwie. - Jak bardzo się zraniłem, Bello? Powiedz prawdę. Niczego nie ukrywaj. - Zraniłeś? – powtórzyłam. Mój głos był wyższy niż powinien. To była niemiła niespodzianka. Uniósł brew, ale jego usta pozostały zaciśnięte. Moje mięśnie napięły się. Wszystkie sygnały z zewnątrz stały się o stokroć razy intensywniejsze. To było dziwne uczucie. Byłam odrobinę zła, że chciał zepsuć swoją pesymistyczną postawą jeden z najwspanialszych poranków w moim życiu. - Mógłbyś dokończyć swoją myśli? Ja mogę ci tylko powiedzieć, że nigdy nie czułam się lepiej. - Przestań. – Zamknął oczy. - Niby co mam przestać? - Przestań udawać, że nie jestem potworem. Pogódź się z tym. - Edward! – szepnęłam naprawdę zmartwiona. - Nigdy więcej tak nie mów. Nie otworzył oczu. Zupełnie jakby nie chciał mnie widzieć. - Spójrz na siebie, Bello, i powiedz, że nie jestem potworem. Zraniona i zszokowana wykonałam jego polecenie. Zdałam sobie sprawę, że jestem cała pokryta białym puchem. Potrząsnęłam głową, żeby pozbyć się tego z moich włosów. - Dlaczego jestem cała pokryta piórami? – spytałam zagubiona. Natychmiast oprzytomniał. - Wgryzłem się w poduszkę. Raz czy dwa. Ale nie o tym teraz mówię. - Wgryzłeś się w... poduszkę? Ale dlaczego? - Spójrz, Bello! – niemal warknął. Chwycił moją dłoń – bardzo delikatnie – i przyciągnął moją rękę. Spójrz na to! Tym razem doskonale wiedziałam, o co mu chodzi. Pod pokrywą z piór, wielkie, fioletowe siniaki pokrywały moją rękę. Podążałam za nimi wzrokiem, od ramienia, aż po nadgarstek. Delikatnie musnęłam je palcem – zabolało. To było dość kłopotliwe. Edward też dotykał mnie swoimi długimi, głodnymi palcami przynosząc ulgę. - Oh. – wydukałam tylko. Próbowałam przypomnieć sobie ból, ale nie potrafiłam. Nie zauważyłam momentu, kiedy złapał mnie zbyt mocno. W moim umyśle istniała tylko chwila, gdy marzyłam, by przytulił mnie mocniej do siebie. Byłam przeszczęśliwa, kiedy wszystko szło po mojej myśli. - Tak bardzo przepraszam, Bello. – Mówił, gdy wpatrywałam się w siniaki. – Wiedziałem, że tak się stanie i nie powinienem był na to pozwolić – z jego gardła wydobył się dziwny, niski dźwięk. – Nawet nie potrafię wyrazić tego słowami. Zakrył twarz dłońmi i milczał. Siedziałam kilka minut w ciszy, próbując wczuć się w jego sytuację. Szok powoli ustępował miejsca pustce. Mój umysł był pełen luk. Nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć. Jak mogłam go przekonać, ze właśnie tego chciałam? Zrobiłabym wszystko, by uczynić go znowu szczęśliwym. Dotknęłam jego ramienia, jednak nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Próbowałam odciągnąć jego dłonie od twarzy, jednak nie byłam wystarczająco silna. - Edward. Nawet nie drgnął. - Edward? Zero reakcji. Zapowiadał się ciekawy monolog. - Mnie nie jest przykro. Mogę nawet powiedzieć, że jestem najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Nie bądź zły, Naprawdę, nic... - Tylko nie mów, że nic ci nie jest. – ostrzegł lodowatym głosem. – Jeśli cenisz moje zdrowie psychiczne, nie mów tego. - Ale kiedy to prawda. – szepnęłam rozpaczliwie. - Bello, nie mów tego. – niemal jęknął. - Nie, Edward, przestań. – oznajmiłam stanowczo. Spojrzał na mnie uważnie swoimi złotymi oczami. - Nie niszcz tego. – powiedziałam mu. – Jestem naprawdę szczęśliwa. - Już to zniszczyłem. – wyszeptał zrozpaczony. - Odetnij się od tego. – poradziłam mu. Zazgrzytał zębami. - Ugh. – zirytowałam się. – Szkoda, że nie potrafisz czytać w moich myślach. Obdarzył mnie zdziwionym spojrzeniem. - A to nowość. Myślałem, że jesteś wdzięczna losowi, że twoje myśli są dla mnie tajemnicą. - Nie dzisiaj. Wpatrywał się we mnie. Machnęłam rękami sfrustrowana, ignorując ból w ramieniu. - Ponieważ twoje wyrzuty sumienia byłyby całkowicie niedorzeczne, gdybyś wiedział jak się teraz czuję, czy też jak czułam się pięć minut temu. Byłam całkowicie szczęśliwa, a w tej chwili jestem trochę wkurzona, szczerze mówiąc. - Powinnaś być na mnie wściekła. - Jestem. I co, poczułeś się lepiej? Rzucił mi gniewne spojrzenie. - Nie. I wątpię, żeby w tej chwili cokolwiek poprawiło mi samopoczucie. - Masz rację . – urwałam. – Jestem zła. Dobijasz mnie Edwardzie! Wzniósł oczy do nieba i pokręcił głową z dezaprobatą. Wzięłam głęboki oddech. W tej chwili byłam rozżalona, jednak nie doskwierało mi to aż tak bardzo. Po prostu czułam, że to za dużo, jak na jeden dzień. Czułam się tak, jakbym miała zakwasy po ciężkim dniu ćwiczeń. To nie było aż tak bolesne jak mogłoby się wydawać. Starałam się zdusić irytację, po to, by mój głos stał się bardziej przyjazny. - Wiedzieliśmy, że wcale nie będzie nam łatwo. Powinniśmy to przewidzieć, ale jednak okazało się, że było nam dużo łatwiej niż mogłoby się wydawać. To naprawdę nic takiego. – stwierdziłam wskazując na siniaki. – Myślę, że jak na pierwszy raz poszło nam naprawdę świetnie, a z czasem będzie coraz lepiej. Zareagował lepiej niż się spodziewałam. - Przewidzieć?! Spodziewałaś się tego, Bello? Przypuszczałaś, że cię zranię i spodziewałaś się czegoś gorszego niż kilka siniaków? Pewnie jesteś pod wrażeniem, że w ogóle możesz chodzić! Zero połamanych kości - pewnie można uznać to za sukces! Milczałam, by pozwolić mu się wyżalić. Odczekałam aż jego oddech wróci do normy, a w oczach będzie widoczny spokój. Gdy w końcu to nastąpiło, odpowiadałam bardzo wolno, ważąc każde słowo. - Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale nawet do głowy mi nie przyszło, że to będzie dla mnie aż tak cudownym doświadczeniem. - Mój głos przeszedł w szept, a wzrok spoczął na dłoniach. – Nie wiem, co ty wtedy czułeś, ale dla mnie było to coś naprawdę wyjątkowego. Zmusił mnie bym na niego spojrzała. - I tego się obawiałaś? – powiedział przez zęby. – że mnie się nie podobało ? Wpatrywałam się w pościel. - Wiem, ze ty masz inne odczucia, bo nie jesteś człowiekiem. W moim nic nieznaczącym ludzkim życiu było to coś cudownego, co pierwszy raz mi się przydarzyło. Długo milczał, a ja w końcu nabrałam odwagi by spojrzeć mu w oczy. Na jego twarzy królował spokój i zaduma. - Chyba powinienem cię przeprosić – przyznał skruszony – Nie miałem pojęcia, że było ci aż tak przyjemnie, biorąc pod uwagę fakt, iż cię skrzywdziłem. Tak naprawdę, to była najwspanialsza i najlepsza noc mojego istnienia. Ale nie chciałem patrzeć na to w ten sposób biorąc pod uwagę to, że ty... Moje usta wykrzywiły się w nieśmiałym uśmiechu. - Naprawdę najwspanialsza? – spytałam słabym głosem. Wziął moją twarz w dłonie. - Po tym, jak zawarliśmy umowę, rozmawiałam o tym z Carlislem, mając nadzieje, że jakoś mi pomoże. Oczywiście ostrzegał mnie, że to może być dla ciebie bardzo niebezpieczne, ale wierzył we mnie, mimo że wcale na to nie zasługiwałem. Chciałam zaprotestować, ale on przyłożył mi dwa chłodne palce do ust, uniemożliwiając jakikolwiek sprzeciw. - Pytałem go między innymi, czego powinienem się spodziewać. Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej o tym nie myślałem. – uśmiechnął się delikatnie. – Carlisle powiedział mi, że to będzie dla mnie niezwykle intensywne przeżycie. Zupełnie dla mnie nieznane. Stwierdził, że fizyczna miłość nie powinna być traktowana zbyt lekkomyślnie. Z naszymi zmiennymi nastrojami, wszystko mogło się skończyć, nim na dobre się zaczęło, ale Carlisle powiedział, że nam to już raczej nie grozi. – tym razem uśmiechnął się szeroko. – Rozmawiałem też o tym z moimi braćmi. Powiedzieli, że to niezwykle przyjemne doświadczenie, które może przebić tylko picie ludzkiej krwi. – zmarszczył brwi. – Tylko, że ja już kosztowałem twojej krwi i wątpię, żeby istniała jakakolwiek krew, która byłaby lepsza niż to... Nie mówię, że się mylili, tylko, że dla nas to inne przeżycie, bardziej głębokie. - Dla mnie to było wszystkim czego pragnęłam. - Jednak to nie zmienia faktu, że było to niewłaściwe, w żadnym wypadku nie powinienem czuć się w ten sposób. - Co masz na myśli? Co twoim zdaniem źle zrobiłam? - To moja wina, Bello. Nie powinienem pozwolić byś od dawna wystawiała na próbę moją powściągliwość. To był błąd. Tym razem to ja zmusiłam go by na mnie spojrzał. Postanowiłam powiedzieć mu wszystko, co leżało mi na sercu. - Posłuchaj mnie Edwardzie. Niczego nie udaje, by poprawić ci samopoczucie, rozumiesz? Nie sądziłam nawet, ze w ogóle będę musiała ci poprawiać samopoczucie, aż do teraz. Nigdy w życiu nie byłam taka szczęśliwa jak jestem z tobą. Pamiętam, co czułam, gdy powiedziałeś mi, jak bardzo mnie kochasz. Nie masz pojęcia jaką poczułam ulgę, gdy usłyszałam twój głos w sali baletowej. – przymknął oczy dając ponieść się wspomnieniom. – Byłam wdzięczna losowi za nasz ślub, bo zrozumiałam, że uda mi się ciebie przy sobie zatrzymać, aż po kres wieczności. To są moje najszczęśliwsze wspomnienia, więc po prostu pogódź się z tym co się stało. Chłodnym palcem dotknął mojej wargi. - Uczyniłem się nieszczęśliwą. Przepraszam. Naprawdę nie chciałem. - Zależy mi żebyś ty był szczęśliwy, bo wtedy ja nie będę potrzebowała niczego więcej. Wziął głęboki oddech. - Masz rację. Było minęło i tak nie mogę cofnąć czasu. Nie chcę popsuć ci nastroju, szczególnie w nasz miesiąc miodowy. Zrobię wszystko, byś była szczęśliwa. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a on obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem. - Naprawdę zrobisz wszystko, by uczynić mnie szczęśliwą? - Zaburczało mi w brzuchu. - Jesteś głodna. – powiedział wstając z łóżka. Mnóstwo piór fruwało w powietrzu, po czym nie oblepiły. - Więc kiedy zdecydowałeś się zniszczyć poduszki Esme? – spytałam pozbywając się piór z włosów. - Zrobiłem to nieumyślnie. – szepnął. – Ale mieliśmy wiele szczęścia, że to były poduszki, a nie twoja szyja. - Uśmiechnął się z wysiłkiem. Zdążył już założyć spodenki w kolorze khaki i zmierzwił włosy ręką. - Czy wyglądam ohydnie? – spytałam niby od niechcenia. Odetchnął głęboko, ale na mnie nie spojrzał. Poszłam do łazienki odbyć poranną toaletę. Wpatrywałam się w moje nagie ciało w wielkim lustrze. Z pewnością miewałam się gorzej. Na moich policzkach znajdowały się ciemne cienie, a usta były odrobinę spuchnięte. Po za tym mojej twarzy nic nie dolegało, czego nie można powiedziecie o reszcie mojego ciała, które było pokryte fioletowo – niebieskimi plamami. Skoncentrowałam się na siniakach najtrudniejszych do ukrycia. Nie było tak źle, bo pamiętałam kiedy one powstały. Jednak spodziewałam się, że jutro będzie gorzej. Spojrzałam na moje włosy i jęknęłam. - Bello? – Edward znalazł się tuż za mną. - Nigdy nie pozbędę się tego z włosów! – powiedziałam wskazując na pióra. - Oczywiście, najbardziej powinnaś przejmować się włosami – stwierdził sarkastycznie, po czym zaczął pozbywać się piór z moich włosów. - Jakim cudem udaje ci się nie śmiać? Wyglądam idiotycznie! Milczał, ale ja znałam odpowiedz. Był w takim nastoju, że nic nie było w stanie go rozśmieszyć. - To się nie uda. – stwierdziłam po kilku minutach. – może spróbuje je zmyć. Pomożesz mi? – spytałam zalotnie. - Lepiej poszukam ci czegoś do jedzenia. – powiedział szybko uwalniając mnie z uścisku. W jednej chwili poczułam, jakby nasz miesiąc miodowy się skończył. Zabolało. Kiedy pozbyłam się większości piór, założyłam na siebie niewygodną, białą sukienkę, zakrywającą siniaki. Nagle poczułam zapach smażonych jajek na bekonie. Edward nakładał omlet na niebieski talerz. Ten zapach mną zawładną. Poczułam, że mogłabym zjeść konia z kopytami. Mój żołądek rozpaczliwie domagał się jedzenia. - Proszę – powiedział stawiając talerz na stole. Usiadłam na jednym z metalowych krzeseł rozkoszując się jedzeniem. Zignorowałam fakt, że jajka parzyły mnie w język - Powinienem częściej cię karmić. – stwierdził siadając naprzeciwko mnie. - Przecież spałam. – przypomniałam mu. –Tak przy okazji powiem Ci, że są bardzo dobre. Zaskakująco dobre, jak na kogoś, kto nigdy nie je. - Food Network – powiedział obdarowując mnie ulubionym uśmiechem. Tak dobrze było go zobaczyć. Chyba wracał mu dobry nastrój. Zjadłam wszystko. Mimo że to była podwójna porcja. - Dziękuje – powiedziałam mu. Nachyliłam się nad stołem, by złożyć na jego ustach pocałunek. Odwzajemnił go automatycznie, jednak po chwili mnie odepchnął. Zazgrzytałam zębami. - Nie zamierzasz mnie więcej dotknąć do czasu aż stąd wyjedziemy, prawda? Uśmiechnął się delikatnie i dotknął mojego policzka swoją chłodną dłonią. Oczywiście się zarumieniłam. - Dobrze wiesz, że nie to miałam na myśli. – stwierdziłam z wyrzutem. Opuścił dłoń. - Wiem i masz rację. – zamyślił się na chwilę. – Nie będę się z tobą kochał do czasu twojej przemiany. Nigdy więcej Cię nie skrzywdzę. tłumaczenie: Madeline 6. Rozrywki Moja rozrywka stała się głównym priorytetem na Wyspie Esme. Nurkowaliśmy ze sprzętem (to znaczy ja nurkowałam w masce podczas gdy on wykorzystywał swoją zdolność radzenia sobie bez tlenu). Badaliśmy małą dżunglę która otaczała mały, górzysty szczyt. Odwiedziliśmy papugi, które żyły pod baldachimem na południowym końcu wyspy. Oglądaliśmy zachód słońca ze skalnej, zachodniej zatoki. Pływaliśmy z morświnami, które bawiły się w gorącej, płytkiej wodzie. Przynajmniej ja pływałam; kiedy Edward wchodził do wody morświny znikały tak, jakby pojawił się rekin. Wiedziałam co jest grane. Edward starał się czymś mnie zajmować, rozkojarzyć, żebym już go tak nie nagabywała w sprawie seksu. Kiedykolwiek mówiłam mu, żeby przystopował z wyjmowaniem jednej z miliona płyt DVD spod wielkiej telewizyjnej plazmy; zaraz kusił mnie wyjściem z domu posługując się magicznymi słowami : rafa koralowa, nurkowanie w jaskiniach, żółwie wodne. Wychodziliśmy i wychodziliśmy, cały czas, do tego stopnia, że byłam już wykończona zanim dzień zdążył się rozpocząć na dobre. Codziennie po kolacji opadałam nad talerzem; raz nawet zasnęłam przy stole i musiał mnie zanieść do łóżka. Edward podawał mi zdecydowanie zbyt dużo jedzenia, choć z drugiej strony po całym dniu pływaniu i wspinaczce byłam tak wykończona, że i tak większość zjadałam. Rozgrzana i najedzona, ledwie trzymałam oczy otwarte. To wszystko było częścią planu, nie ma wątpliwości. Zmęczenie nie przeszkodziło jednak w moich próbach perswazji. Nie poddałam się. Próbowałam przekonywać, prosić, błagać, wszystko bezskuteczne. Byłam naprawdę nieprzytomna zanim popchnęłam swoją sprawę w dalszym kierunku. Moje sny stały się takie realne- głównie koszmary, stały się żywsze, chyba przez te zbyt jaskrawe kolory na wyspie- za każdym razem budziłam się i nie miało to znaczenia jak długo wcześniej spałam. Po jakimś tygodniu pobytu na wyspie, postanowiłam spróbować kompromisu. To sprawdzało się w przeszłości. Spałam teraz w niebieskim pokoju. Ekipa sprzątająca miała pojawić się dopiero jutro, więc puchowy koc ciągle był w pokoju białym. Niebieski był mniejszy a łóżko miało bardziej rozsądne proporcje. Musiałam zakładać do spania kolejne porcje bielizny przygotowane przez Alice, chociaż na szczęście nie odsłaniały one tak wiele jak skąpe bikini które dla mnie spakowała. Zastanawiałam się, czy ona sobie wyobrażała jak będę wyglądać w tych rzeczach i natychmiast poczułam się skrępowana. Zaczęłam delikatnie, od niewinnej satyny w kolorze kości słoniowej. Bałam się, że pokazanie większej ilości ciała może spowodować więcej szkody niż pożytku, ale byłam gotowa spróbować wszystkiego. Wydawało się jakby, Edward w ogóle nie zauważył różnicy. Zupełnie tak jakbym miała na sobie te samą, spoconą koszulkę którą nosiłam w domu. Siniaki miały się już lepiej, żółtawe miejscami i znikające grupami- więc dzisiaj wyciągnęłam najseksowniejszy komplet i poszłam się uszykować do łazienki. Był czarny, koronkowy i zawstydzał nawet, gdy nie miałam go jeszcze na sobie. Uważałam, żeby nie spojrzeć w lustro zanim wróciłam do sypialni. Nie chciałam się zdenerwować. Miałam satysfakcje gdy zobaczyłam jak oczy wyszły mu z orbit, zanim jeszcze spytałam go o wrażenie. - Więc, co myślisz?- spytałam obracając się, tak by mógł zobaczyć mnie z każdej strony. - Wyglądasz pięknie. Jak zawsze. - wykrztusił. - Dzięki. - Odpowiedziałam cierpko. Byłam zbyt zmęczona by odmówić sobie szybkiego wdrapania się na miękkie łóżko. Objął mnie ramieniem i przytulił do swojego torsu, ale to było akurat normalne - jest zbyt gorąco by spać bez dotyku jego chłodnego ciała. - Zawrzyjmy umowę - powiedziałam śpiącym głosem. - Nie zawieram z Tobą żadnych umów. - odpowiedział. - Nie wiesz nawet co chce Ci zaoferować. - To nie ma znaczenia. Westchnęłam. - Cholera… a tak chciałam… no cóż. Przymknęłam powieki i zostawiłam przynętę. Ziewnęłam. Trwało to tylko minutę - ale wystarczyło, żebym spanikowała. - Dobrze już. Czego chcesz? Zacisnęłam zęby, walcząc by się nie uśmiechnąć. Jeśli jest jedna rzecz, której nie może się oprzeć, to był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. - Więc, tak sobie myślałam…Wiem, że ta cała sprawa z Dartmouth to miała być tylko przykrywka, ale szczerze, jeden semestr na studiach prawdopodobnie nie byłby taki zły. - powiedziałam, odzwierciedlając jego dawne słowa, kiedy starał się przekonać mnie do odłożenia terminu zostania wampirem. - Założę się, że Charlie będzie podekscytowany wiadomościami z Dartmouth. Oczywiście, może będę się czuła dziwnie wśród tych wszystkich mózgowców. Ciągle… osiemnaście, dziewiętnaście lat. To naprawdę nie jest duża różnica. Przecież w ciągu roku strasznie nie urosnę. Przez chwile milczał. Potem, niskim głosem, powiedział: - Poczekasz. Pozostaniesz człowiekiem. Ugryzłam się w język, pozwoliłam by propozycja zatonęła. - Dlaczego mi to robisz?- powiedział przez zęby, ze złością w głosie. - Czyż nie jest wystarczająco ciężko bez tego wszystkiego? Chwycił garść koronek, które zmierzwiały moje udo. Przez chwile myślałam, że wyrwie je wraz ze szwami. Potem, jego ręka się rozluźniła. - To nie ma znaczenia, nie zawre z Tobą żadnej umowy. - Chcę iść na studia. - Nie, nie chcesz. I nic nie jest warte tego, by znów ryzykować Twoje życie. - Ale ja chcę iść. Cóż, nie chodzi tu do końca o same studia. Chcę trochę dłużej pobyć człowiekiem. Zamknął oczy i wydusił przez nos - Doprowadzasz mnie do szaleństwa, Bello. Czyż nie poruszaliśmy tej kwestii miliony razy?! Zawsze błagałaś mnie by zostać wampirem jak najszybciej. - Tak, ale teraz istnieje nowy powód by pozostać człowiekiem, którego wcześniej nie było. - Co takiego? - Zgadnij - powiedziałam i wywlekłam się z poduszek by go pocałować. Odwzajemnił pocałunek, ale nie w taki sposób by dać mi do zrozumienia, że wygrywam, tylko ostrożnie, tak by nie zranić moich uczuć. Był mistrzem w samokontroli. Delikatnie odciągnął mnie od siebie i ukołysał na swoim torsie. - Jesteś taka ludzka Bello, kierują Tobą hormony. - zachichotał. - W tym rzecz, Edwardzie. Lubię tę część bycia człowiekiem. Nie chce z tego jeszcze rezygnować. Nie chce czekać przez tyle lat jako ześwirowana na punkcie krwi nowonarodzona, żeby ta część do mnie wróciła. Ziewnęłam, a on się uśmiechnął. - Jesteś zmęczona, śpij kochanie. - Zaczął nucić kołysankę , którą skomponował, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy. - Zastanawiam się, dlaczego jestem taka zmęczona - wymamrotałam sarkastycznie. - To przecież nie może być część Twojego planu. Zachichotał i wrócił do nucenia kołysanki. - Myślisz, że im bardziej jestem zmęczona, tym lepiej mi się śpi. Piosenka się urwała. - Bello, śpisz jak zabita. Odkąd tu przyjechaliśmy nie powiedziałaś ani jednego słowa przez sen. Gdybyś nie chrapała, bałbym się, że zapadłaś w śpiączkę. Zignorowałam wzmiankę o chrapaniu, ja nie chrapie. - Nie rzucałam się? To dziwne. Zawsze, gdy mam koszmary strasznie się wiercę w łóżku. I krzyczę. - Masz koszmary? - Bardzo wyraziste. Męczące. - ziewnęłam. - Nie mogę uwierzyć, że nie paplałam o tym przez całą noc. - O czym są? - O różnych rzeczach - ale takie same, z powodu kolorów. - Kolorów? - Są takie jasne i prawdziwe. Zwykle gdy śnię, wiem o tym, że to sen. W tym wypadku jest inaczej. To sprawia, że są bardziej przerażające. Wydawał się zaniepokojony gdy znowu przemówił. - Co Cię przeraża? Wzdrygnęłam się. - Głównie… – zawahałam się. - Głównie..? Nie byłam pewna dlaczego, ale nie chciałam mu powiedzieć o dziecku, powracającym w moich koszmarach; było to coś osobistego w całym tym horrorze. Więc, zamiast dać mu pełną odpowiedz, podałam tylko jeden element. Wystarczający by mnie przerazić, mnie lub kogokolwiek innego. - Volturi – wyszeptałam. Przytulił mnie mocniej. - Nie będą nam już zawracać głowy. Wkrótce będziesz nieśmiertelna i nie będą mieli powodu by nas nachodzić. Pozwoliłam mu by mnie rozluźnił, ale czułam się winna, że wprowadziłam go w błąd. Koszmary nie były dokładnie takie. Nie bałam się o siebie – bałam się o chłopca. Nie był tym samym chłopcem z pierwszego snu – małym wampirem o czerwonych oczach, na stosie z trupów ludzi których kochałam. Chłopiec, o którym śniłam 4 raz w tym tygodniu, był zdecydowanie człowiekiem; miał zarumienione policzki i szeroko otwarte jasno zielone oczy. Ale tak samo jak to drugie dziecko, trząsł się ze strachu gdy Volturi zbliżali się w naszym kierunku. W tym śnie, który był zarówno nowy jak i stary, po prostu musiałam chronić nieznane dziecko. Nie było innej możliwości. W tym samym czasie wiedziałam, że odniosę porażkę. Zauważył przygnębienie na mojej twarzy. - Co mogę zrobić by Ci pomóc? Otrząsnęłam się. - Edward, to są tylko sny. - Chcesz, żebym Ci zaśpiewał? Będę śpiewał całą noc, jeśli to odciągnie te złe sny. - Nie są takie złe. Niektóre są miłe. Takie… kolorowe. Pod wodą, z rybami i koralowcami. Wydaje się, jakby działo się to naprawdę - nie wiem, że śnię. Może ta wyspa stanowi problem, tu jest tak jasno. - Chcesz wrócić do domu? - Nie, nie teraz. Możemy jeszcze trochę zostać? - Bello, możemy zostać jak długo zechcesz. – obiecał mi. - Kiedy zaczyna się semestr? Wcześniej nie zwracałam na to uwagi. Westchnął. Może znów zaczął nucić, ale nie byłam pewna, szybko zasnęłam. Później, gdy obudziłam się w ciemności, byłam w szoku. Sen, był taki prawdziwy, żywy, uczuciowy… Głośno westchnęłam, zdezorientowana w ciemnym pokoju. Ledwie sekundę temu wydawało się jakbym była pod lśniącym słońcem. - Bella? – wyszeptał Edward i objąwszy mnie ramieniem potrząsnął mną delikatnie. - Wszystko w porządku kochanie? - Oh - znów westchnęłam. Tylko sen. Ku mojemu, całkowitemu zaskoczeniu łzy popłynęły mi z oczu, zupełnie niespodziewanie. - Bella! - powiedział głośniej, alarmująco. - Co się dzieje? - Otarł łzy z moich gorących policzków swoimi zimnymi palcami, ale natychmiast popłynęły następne. - To był tylko sen. - Nie wyzbyłam się szlochu, który załamywał mój głos. Bezsensowne łzy przeszkadzały, ale nie miałam kontroli nad tą zdumiewającą rozpaczą, która mnie ogarnęła. Tak bardzo chciałam, by sen był prawdziwy. - Jest dobrze kochanie, nic Ci nie jest. Jestem tutaj. - Bujał mnie w przód i w tył, trochę za szybko by mnie uspokoić. - Miałaś kolejny koszmar? To nie była prawda, to nie była prawda. - To nie był koszmar. – Potrząsnęłam głową wycierając oczy. - To był dobry sen. - Głos znów mi się załamał. - Więc dlaczego płaczesz? - zapytał, zdezorientowany. - Ponieważ się obudziłam – jęknęłam, oplatając rękami jego szyje. Zaśmiał się, ale był to śmiech pełen troski. - Wszystko dobrze, Bella. Weź głęboki wdech. - To było takie prawdziwe - zapłakałam. - Chciałam, żeby to była prawda. - Opowiedz mi o tym – nakłaniał. - Może to Ci pomoże. - Byliśmy na plaży... - przeciągałam, by spojrzeć oczami pełnymi łez, na jego zaniepokojoną, anielską twarz, niewyraźną w ciemności. Gapiłam się na niego, aż poczułam niezrozumiały żal. - I? – w końcu podpowiedział. Zmrużyłam oczy, byłam rozdarta. - Oh, Edwardzie… - Bella, powiedz mi. - oczy miał dzikie ze zmartwienia, głos wypełniony bólem. Ale nie mogłam. Zamiast coś powiedzieć, znów chwyciłam kurczowo jego szyje i gorąco wpoiłam się w jego usta. To nie było pożądanie - to była potrzeba, doskonałe lekarstwo na ból. Jego odpowiedz była natychmiastowa. Walczył ze mną, najdelikatniej jak tylko mógł, ku swojemu zdziwieniu, odciągnął mnie trzymając za ramiona. - Nie, Bello - nalegał, patrzył na mnie tak, jakby bał się, że postradałam zmysły. Moje ręce opuszczone, pokonane, dziwne łzy spływające nowym strumieniem, nowy szloch ugrzązł mi w gardle. Miał racje - musiałam zwariować. Patrzył się na mnie zdezorientowanymi, cierpiącymi oczami. - Prze- prze-przepraszam – wymamrotałam. Ale nagle przyciągnął mnie do siebie i przytulił mocno do swojej marmurowej klatki. - Nie mogę Bello, nie mogę! – jego jęk był pełen agonii. - Proszę – błagałam szepcząc w jego skórę. - Proszę, Edwardzie? Nie mogę powiedzieć, czy poruszył go mój łzawy głos, czy nie był przygotowany na smutek mojego ataku, czy też jego potrzeba była nie do zniesienia w tym momencie, tak samo jak moja. Ale jakikolwiek był powód, przyciągnął moje usta do swoich, poddając się z jękiem. I zaczęliśmy w miejscu, gdzie skończył się mój sen. Pozostałam nieruchoma gdy obudziłam się nad ranem i starałam się nawet nie oddychać. Bałam się otworzyć oczy. Leżałam wzdłuż klatki Edwarda; był bardzo sztywny a jego ramiona mnie nie obejmowały. To był zły znak. Bałam się przyznać, że nie śpię, nie chciałam zobaczyć jego rozgniewanej twarzy. Ostrożnie uniosłam rzęsy. Gapił się w ciemny sufit, ręce miał skrzyżowane z tyłu głowy. Uniosłam oczy by przyjrzeć się dokładnie jego twarzy. Była spokojna, pozbawiona ekspresji. - Jak bardzo mam przechlapane? – zapytałam niziutkim głosem. - Bardzo - powiedział, ale odwrócił głowę i uśmiechnął się z wyższością i zadowoleniem. Odetchnęłam z ulgą. - Przepraszam – powiedziałam. - Nie chciałam… nie wiem, co we mnie wstąpiło w nocy. - Potrząsnęłam głową na samo wspomnienie tych irracjonalnych łez, tego ściśniętego żalu. - Nie powiedziałaś mi o czym był Twój sen. - Zdaje się, że nie – ale w pewien sposób pokazałam Ci o czym był. – Zaśmiałam się nerwowo. - Oh – powiedział. Jego oczy się rozszerzyły, a potem mrugnął. - Interesujące. - To był naprawdę bardzo dobry sen - wymamrotałam. Nie skomentował, więc chwile później zapytałam: Wybaczysz mi? - Myślę o tym. Usiadłam, planując wszystko zbadać - nie było przynajmniej żadnych piór. Ale, gdy tylko się poruszyłam, poczułam zawrót głowy. Położyłam się z powrotem na poduszki. - Wow... zawrót głowy. Otulił mnie ramieniem. - Spałaś bardzo długo. Dwanaście godzin. - Dwanaście? - Dziwnie. Obejrzałam się niepozornie w trakcie gdy mówiłam. Wyglądałam dobrze. Siniaki na ramionach wciąż miały tydzień, żółkły. Rozciągnęłam się; czułam się dobrze. Co więcej, lepiej niż dobrze. - Czy inwentarz jest cały? Skinęłam głową zakłopotana. - Wszystkie poduszki chyba przetrwały. - Niestety, nie mogę tego powiedzieć o twojej, hm, koszulce nocnej. - Wskazał stopę łóżka, gdzie kilka skrawków czarnej koronki spływało wzdłuż jedwabnego prześcieradła. - Szkoda – powiedziałam. - Lubiłam ją. - Ja też. - Były jeszcze jakieś szkody? – zapytałam onieśmielona. - Będę musiał kupić Esme nową ramę do łóżka – przyznał, spoglądając ponad swoje ramiona. Podążyłam za jego wzrokiem i byłam w szoku gdy zobaczyłam, że wielki kawałek drewna najwyraźniej został wyrwany z lewej strony zagłówka. - Hmm. - zmarszczyłam brwi. - Dziwne, że tego nie usłyszałam. - Wydawałaś się być niebywale nie zainteresowana, gdyż Twoja uwaga skupiła się na czymś innym. - Byłam zbyt pochłonięta. – przyznałam, rumieniąc się aż do czerwoności. Dotknął mojego gorącego policzka i westchnął. - Będzie mi tego naprawdę brakowało. Patrzyłam na jego twarz, szukając jakiegoś znaku złości czy wyrzutów sumienia. Spojrzeliśmy się na siebie, równocześnie: jego wyraz twarzy był spokojny ale trudny do odczytania. - Jak się czujesz? Zaśmiał się. - Co? – zażądałam. - Wyglądasz na winną – jakbyś popełniła przestępstwo. - Czuje się winna. – wymamrotałam. - Więc uwiodłaś swojego zbyt uległego męża. To nie jest poważne przestępstwo. Droczył się ze mną. Moje policzki znów się rozgrzały. - Słowo uwiedziony oznacza w pewnym sensie premedytację. - Może to nieodpowiednie słowo. – zgodził się. - Nie jesteś zły? - Nie jestem zły. – uśmiechnął się. - Dlaczego nie? - Cóż... – Spauzował. - Po pierwsze, nie zrobiłem Ci krzywdy. Tym razem łatwiej było mi się kontrolować, kierować nadmiarem. - Mrugnął w kierunku zniszczonej ramy. - Może dlatego, że tym razem wiedziałem czego się spodziewać. Uśmiech pełen nadziei rozjaśnił moją twarz. - Mówiłam Ci, że wszystko zależy od praktyki. - Wywrócił oczami. Zaburczało mi w brzuchu, a on się roześmiał. - Czas śniadania dla człowieka? – zapytał. - Chętnie – powiedziałam, wyskakując z łóżka. Poruszyłam się jednak zbyt szybko i zanim odzyskałam równowagę, zatoczyłam się chwiejnym krokiem. Złapał mnie zanim wywróciłam się na kredens. - Wszystko w porządku? - Jeśli nie będę miała lepszej równowagi w następnym życiu, zażądam refundacji To ja gotowałam tego ranka, smażąc jajka - byłam zbyt głodna na coś bardziej wyszukanego. Niecierpliwie, wrzuciłam je na talerz po kilku minutach. - Od kiedy jesz jajka w taki sposób? - zapytał. - Od teraz. - Wiesz ile jajek zjadłaś od kiedy tu jesteśmy? - Podniósł wieko kosza na śmieci; był wypełniony pustymi kartonami po jajkach. - Dziwne – powiedziałam połykając gorącego gryza. - To miejsce zmienia mój apetyt. I moje sny i moją i tak niepewną równowagę. Ale podoba mi się tutaj. Chociaż i tak niedługo będziemy musieli wyjechać, czyż nie? Żeby dotrzeć do Dartmouth na czas? Wow, chyba musimy znaleźć jakieś miejsce do zamieszkania itp. Usiadł obok mnie. - Możesz dać sobie spokój z tymi gadkami o studiach - dostałaś to, czego chciałaś. I nie zawarliśmy umowy, więc nie przeciągniemy struny. Parsknęłam. - To nie były roszczenia, Edwardzie. Nie chce spędzać czasu na spiskowaniu, tak jak to robią niektórzy ludzie. „Co możemy zrobić by Bella wyszła dziś z domu?” - Powiedziałam, kiepsko imitując jego głos. Zaśmiał się, nie zażenowany. - Naprawdę, chcę spędzić jeszcze trochę więcej czasu jako człowiek. - Przytuliłam się go jego nagiego torsu. - Jeszcze, nie mam dosyć. Spojrzał na mnie podejrzliwie. - Dla tego? –zapytał, łapiąc moją rękę która przesuwała się w dół jego brzucha. - Sex był kluczem przez cały czas? - Wywrócił oczami. - Dlaczego o tym nie pomyślałem?wymamrotał z sarkazmem. - Zachowałbym wiele swoich argumentów. Zaśmiałam się. - Tak, prawdopodobnie. - Jesteś taka ludzka – powtórzył. - Wiem. Uśmiechnął się delikatnie. - Jedziemy do Dartmouth? Naprawdę? - Prawdopodobnie wylecę po pierwszym semestrze. - Będę udzielał Ci prywatnych lekcji – uśmiechnął się szeroko. - Pokochasz studia. - Myślisz, że uda nam się jeszcze znaleźć mieszkanie? Wykrzywił twarz, jakby czuł się winny. - Cóż, w pewnym sensie już mamy tam dom. Wiesz, w razie czego. - Kupiłeś dom? - Niezła nieruchomość to dobry interes Podniosłam jedną brew ale szybko ją opuściłam. - Więc jesteśmy gotowi. - Będziemy musieli zatrzymać Twój ,, wcześniejszy” samochód na trochę dłużej. - Tak, nie jestem odporna na czołgi. Uśmiechnął się szeroko. - Jak długo możemy jeszcze zostać? – zapytałam. - Mieścimy się w czasie. Możemy zostać jeszcze kilka tygodni, jeśli chcesz. Zanim wyjedziemy do New Hampshire możemy jeszcze odwiedzić Charliego. Możemy też spędzić Boże Narodzenie z Renee... Jego słowa rysowały bardzo szczęśliwą niedaleką przyszłość, wolną od bólu, dostępną dla wszystkich. Jacob - zaszufladkowany, zapominany, teraz zaszczekał. Skorygowałam moje myśli - dla prawie wszystkich. To wcale nie robiło się łatwiejsze. Teraz, gdy odkryłam, jak przyjemne mogłoby by być życie ludzkie, byłam kuszona by trochę zmienić swoje plany. Osiemnaście czy dziewiętnaście, dziewiętnaście czy dwadzieścia... Czy to naprawdę miało znaczenie? Nie może się zdarzyć zbyt wiele przez rok. A bycie człowiekiem z Edwardem…Wybór stawał się trudniejszy z każdym dniem. - Kilka tygodni – zgodziłam się. A później, bo nigdy nie wydawało się, że czasu będzie wystarczająco dużo, dodałam - więc, tak sobie myślałam o tym, o czym mówiłam wcześniej- praktyka. Zaśmiał się. - Możemy z tym poczekać? Słyszę łódź. Ekipa sprzątająca dotarła. Kazał mi poczekać. Czy to oznacza, że nie będzie już robił problemów jeśli chodzi o praktykę? Uśmiechnęłam się. - Daj mi wytłumaczyć Gustavo o co chodzi z tym bałaganem w białym pokoju, a potem możemy wyjść. Jest takie miejsce na południu wyspy... - Nie chcę wychodzić. Nie chcę się wspinać dziś po wyspie. Chcę zostać i obejrzeć film Zacisnął usta, tak aby nie śmiać się z tonu mojego głosu. - Dobrze, cokolwiek zechcesz. Wybierz jakiś, ja w tym czasie pójdę otworzyć drzwi. - Nie słyszałam pukania. Nadstawił uszy, pół sekundy później słychać było stukającą kołatkę na drzwiach. Uśmiechnął się szeroko i udał się na korytarz. Przeglądałam tytuły płyt na półkach pod wielkim telewizorem. Ciężko było się na coś zdecydować, było tu więcej płyt DVD niż w wypożyczalni. Słyszałam niski, aksamitny głos Edwarda dochodzący z korytarza - rozmawiał posługując się perfekcyjnym portugalskim. Inny, szorstki, ludzki głos odpowiadał w tym samym języku. Edward wpuścił ich do środka, wskazując na kuchnie. Dwójka Brazylijczyków wyglądała przy nim na niesamowicie niskich i ciemnych. Jednym był okrągły mężczyzna, druga to szczupła kobieta, obydwoje z pomarszczonymi twarzami. Edward wskazał na mnie z uśmiechem pełnym dumy i usłyszałam swoje imię pośród nieznanych mi słów. Zarumieniłam się gdy przypomniałam sobie o bałaganie w białym pokoju, który wkrótce odkryją. Mały człowieczek uśmiechnął się do mnie grzecznie. Ale mała, chuda kobieta o skórze barwy kawy nie uśmiechała się. Gapiła się na mnie z wielkim szokiem i zmartwieniem, jej oczy były pełne strachu. Zanim zdarzyłam zareagować, Edward wskazał im dokąd mają za nim iść i już ich nie było. Kiedy pojawił się ponownie, był sam. Poszedł szybko do mnie i objął. - Co z nią? - zapytałam nagle, pamiętając jej pełen paniki wyraz twarzy. Wzruszył ramionami, niczym nie zaniepokojony. - Kaure jest częściowo Indianką Ticuna. Dorastała jako osoba bardziej przesądna - choć możesz to nazwać bardziej świadoma – niż ludzie we współczesnym świecie. Podejrzewa kim jestem, albo jest bardzo blisko. Nie wydawał się tym martwić. - Mają tu swoje własne legendy. Libishomen - pijący krew demon, który łapie wyłącznie pięknie kobiety. - Spojrzał na mnie. Tylko piękne kobiety? Cóż, to był w pewnym sensie komplement. - Wyglądała na przerażoną – powiedziałam. - Bo jest – ale głównie boi się o Ciebie. - O mnie? - Boi się o to, że trzymam Cię tu zupełnie samą. - Zachichotał i spojrzał na ścianę z filmami. - No cóż, może wybierzemy coś do obejrzenia? To możliwa do przyjęcia ludzka czynność. - Tak. Myślę, że filmy przekonają ją, że jesteś człowiekiem. Zaśmiałam się i objęłam go za szyje, stając na palcach. Pochylił się tak, żebym mogła go pocałować, obejmując mnie przy tym i unosząc lekko, abym nie musiała się zbytnio męczyć. - Filmidło, powidło - wymamrotałam gdy jego usta całowały moją szyje, wtopiłam palce w jego brązowe włosy. Wtedy usłyszałam sapnięcie i nagle mnie postawił. Kaure stała sztywno w korytarzu, miała pierze w swoich czarnych włosach, worek piór zawieszony na ramionach i przerażenie na twarzy. Patrzyła się na mnie z wytrzeszczonym wzrokiem, zarumieniłam się i spuściłam głowę. Po chwili doszła do siebie i wymamrotała coś, co nawet w obcym języku brzmiało jak przeprosiny. Edward uśmiechnął się i odpowiedział przyjaznym tonem. Odwróciła wzrok i wróciła do korytarza. - Myślała to, co myślę, że myślała? – wymamrotałam. Rozśmieszył go szyk mojego zdania. - Tak. - Ten. – powiedziałam wybierając pierwszy z brzegu film. - Włącz i udawajmy, że go oglądamy. To był jakiś stary musical pełen roześmianych twarzy i puchatych sukienek. - Bardzo miodowo-miesiącowy. - Edward zaaprobował. Kiedy aktorzy na ekranie tańczyli do piosenki tytułowej, ułożyłam się na sofie i wsunęłam się w ramiona Edwarda. - Przeniesiemy się teraz do białego pokoju? - zapytałam leniwie. - Nie wiem… zdążyłem skręcić zagłówek w innym pokoju – nie możliwy do naprawy. Może jeśli ograniczymy szkody tylko na jeden obszar domu, Esme znów nas kiedyś zaprosi. - Więc będą jeszcze jakieś szkody? – uśmiechnęłam się szeroko. Uśmiał się z mojej reakcji. - Myślę, że będzie bezpieczniej jeśli zrobimy to z premedytacją, niż gdybyś miałabyś znowu mnie zaatakować. - To byłaby tylko kwestia czasu - zgodziłam się rozluźniona, ale krew w żyłach zaczęła pulsować mi szybciej. - Coś nie tak z Twoim sercem? - Nie. Jestem zdrowa jak koń. - spauzowałam. - Chcesz teraz zbadać tą strefę zburzenia? - Będzie uprzejmiej jeśli poczekamy, aż wyjdą. Ty możesz nie zauważać tego, że rozrywam meble na strzępy, ale ich prawdopodobnie by to przeraziło. Szczerze, zapomniałam, że są jacyś ludzie w drugim pokoju. - Racja. Gustavo i Kaure poruszali się cichutko po domu, kiedy ja czekałam aż wyjdą, oglądając szczęśliwe zakończenie na ekranie. Zaczynałam być śpiąca, choć według Edwarda spałam pół dnia; wtedy doszedł do mnie szorstki głos. Edward usiadł i odpowiedział Gustavo posługując się nienagannym portugalskim. Gustavo przytaknął i udał się w kierunku drzwi. - Skończyli. – powiedział mi Edward. - Czy to znaczy, że jesteśmy teraz sami? - Może najpierw lunch? – zasugerował. Ugryzłam się w wargę; to był dylemat. Byłam bardzo głodna. Z uśmiechem, wziął mnie za rękę i zaprowadził do kuchni. Znał moją twarz tak dobrze, że nie miało znaczenia to, że nie potrafił czytać w moich myślach. - To wymyka się z pod kontroli – pożaliłam się, gdy w końcu poczułam się pełna. - Chcesz popływać popołudniu z delfinami, żeby spalić kalorie? – zapytał. - Może później, znam inny sposób by spalić kalorie. - A cóż to takiego? - Cóż... został jeszcze kawałek tego okropnego zagłówka... Ale nie dokończyłam. Już zdążył wziąć mnie w ramiona, jego usta uciszyły moje i z nadludzką prędkością zaniósł mnie do niebieskiego pokoju. tłumaczenie: Natalia 7. Niespodziewany Linia ciemności posuwała się w moją stronę poprzez mgłę okrywającą nas niczym całun. Mogłam dostrzec ich ciemno rubinowe oczy iskrzące się w pożądaniu, pałające żądzą mordu. Wargi naciągnięte nad ostre, mokre zęby – niektóre w warknięciu, inne w uśmiechu. Usłyszałam za sobą szloch dziecka, ale nie mogłam się odwrócić by na nie spojrzeć. Chociaż rozpaczliwie pragnęłam upewnić się, czy jest bezpieczne, nie mogłam pozwolić sobie na rozproszenie uwagi. Zbliżali się, czarne szaty powiewały z każdym ruchem. Widziałam ich dłonie wygięte niczym zbielałe szpony. Zaczęli się przemieszczać, ustawiając się tak, aby zajść nas ze wszystkich stron. Jesteśmy otoczeni. Umrzemy. I wtedy, niczym rozbłysk pioruna, obraz stał się inny. Pozornie nic się nie zmieniło – Volturi ciągle się przysuwali, gotowi by zabić. Tym, co naprawdę uległo zmianie, był sposób, w jaki patrzyłam na tę scenę. Nagle byłam tego złakniona. Chciałam, by zaatakowali. Panika zamieniła się w zew krwi, przykucnęłam, na mojej twarzy pojawił się uśmiech, warknięcie wydobyło się zza obnażonych zębów. Usiadłam gwałtownie, wyrwana ze snu. Pokój był ciemny. Było także przeraźliwie gorąco. Pot splątał mi włosy na skroniach i owinął je wzdłuż szyi. Po omacku przeszukałam gorące prześcieradło. Było puste. - Edward? Właśnie wtedy moje palce natrafiły na coś gładkiego, płaskiego i sztywnego. Kartka papieru złożona na pół. Zabrałam liścik ze sobą i wymacałam drogę przez pokój do włącznika światła. Notka była zaadresowana do pani Cullen. Mam nadzieję, ze nie obudzisz się i nie dostrzeżesz mojej nieobecności, jednak jeśli tak się stanie – niebawem wrócę. Poszedłem na ląd zapolować. Wracaj do snu, będę przy tobie, kiedy się przebudzisz. Kocham cię. Westchnęłam. Jesteśmy tu od dwóch tygodni, więc powinnam spodziewać się, że będzie musiał odejść, jednak nie zastanawiałam się nad tym kiedy. Miałam wrażenie, że znajdujemy się tu poza czasem, po prostu unosząc się w doskonałym stanie. Starłam pot z czoła. Byłam zupełnie rozbudzona, chociaż zegar na komodzie wskazywał dopiero po pierwszej. Wiedziałam, że nie będę w stanie zasnąć taka gorąca i lepka. Nie wspominając o tym, że gdy tylko wyłączę światło i zamknę oczy, z pewnością znów zobaczę czające się w mroku postacie. Wstałam i zaczęłam bez celu błąkać się po domu, włączając światła. Bez Edwarda wydawał się taki wielki i pusty. Taki inny. Przystanęłam w kuchni i zdecydowałam, że może jedzenie da mi pocieszenie, którego potrzebuję. Szperałam w lodówce, aż znalazłam wszystkie składniki potrzebne, by przygotować smażonego kurczaka. Pryskanie i skwierczenie w rondlu było miłym, swojskim odgłosem; poczułam się spokojniejsza, kiedy wypełniło ciszę. Kurczak pachniał tak dobrze, że zaczęłam go jeść prosto z rondla, przy okazji parząc sobie język. Po piątym albo szóstym kęsie mój język ochłodził się już wystarczająco, bym poczuła jego smak. Zaczęłam żuć wolniej. Czy coś było z nim nie tak? Obejrzałam mięso jednak było białe, przyszło mi do głowy, że mogło nie wysmażyć się do końca. Wzięłam jeszcze jeden próbny kęs; przeżułam dwa razy. Ble – stanowczo niedobre. Zerwałam się by wypluć go do zlewu. Nagle zapach kurczaka i oleju stał się odrażający. Wzięłam cały talerz i wyrzuciłam jedzenie do śmieci, a następnie otworzyłam okno, by pozbyć się tego wstrętnego zapachu. Na zewnątrz wiał chłodny wietrzyk. Działał kojąco na moją skórę. Nagle poczułam zmęczenie, ale nie chciałam wracać do gorącego pokoju. Otworzyłam więc więcej okien w pokoju, w którym znajdował się telewizor i położyłam się na kanapie dokładnie przed nim. Włączyłam ten sam film, który oglądaliśmy poprzedniego dnia i szybko zapadłam w sen w czasie pogodnej początkowej piosenki. Kiedy ponownie otworzyłam oczy słońce było w połowie swojej wędrówki po niebie, lecz to nie światło mnie obudziło. Obejmowały mnie chłodne ramiona, przyciągały do niego. W tym samym czasie gwałtowny ból eksplodował w moim żołądku, jakbym zarobiła cios w brzuch. - Przepraszam – szepnął Edward, przesuwając zimną dłonią po moim lepkim czole. - Tak wiele brakuje mi do doskonałości. Nie pomyślałem, jak gorąco ci będzie, kiedy odejdę. Następnym razem zanim wyjdę zamontuję klimatyzator. Nie mogłam skupić się na jego słowach. – Przepraszam! – wysapałam, usiłując uwolnić się z jego objęć. Momentalnie stracił dobry humor. – Bello? Pomknęłam do łazienki, ręką zatykając usta. Poczułam się tak potwornie, że początkowo nawet nie dbałam o to, że był ze mną, gdy kucnęłam przy toalecie i gwałtownie zwymiotowałam. - Bello? Co się dzieje? Na razie nie mogłam odpowiedzieć. Podtrzymując mnie z troską i trzymając moje włosy z daleka od twarzy, czekał aż znów będę zdolna oddychać. - Cholerny zepsuty kurczak – jęknęłam. - Wszystko w porządku? – w jego głosie dało się wyczuć napięcie. - W porządku – wydyszałam - To tylko zatrucie pokarmowe. Nie musisz na to patrzeć. Odejdź. - Marne szanse, Bello. - Odejdź – jęknęłam znowu, próbując wstać, by wypłukać usta. Pomógł mi delikatnie, ignorując słabe pchnięcia, które w niego wymierzyłam. Gdy już moje usta były czyste zaniósł mnie do łóżka i ostrożnie posadził, wspierając swoim ramieniem. - Zatrucie pokarmowe? - No – wychrypiałam – Ostatniej nocy zrobiłam kurczaka. Nie smakował dobrze, więc go wyrzuciłam. Ale wcześniej zjadłam kilka kęsów. Położył chłodną dłoń na moim czole. Miłe uczucie. – Jak się teraz czujesz? Pomyślałam o tym przez chwilę. Mdłości odeszły równie gwałtownie, jak się pojawiły i czułam się jak każdego innego ranka. – Całkiem nieźle. Właściwie to trochę głodna. Kazał mi odczekać godzinę i ograniczyć się do dużej szklanki wody, zanim usmażył jajka. Czułam się zupełnie normalnie, może tylko odrobinę zmęczona po pobudce w środku nocy. Włączył CNN – tak bardzo straciliśmy kontakt z rzeczywistością, że mogła rozpętać się trzecia wojna światowa, a my nawet byśmy o tym nie wiedzieli – rozłożyłam się sennie na jego kolanach. Znudziłam się wiadomościami i obróciłam, by go pocałować. Dokładnie tak jak rano, gdy się poruszyłam ostry ból uderzył w mój żołądek. Oderwałam się od niego z dłonią ciasno zaciśniętą na ustach. Wiedziałam, że tym razem na pewno nie dotrę do łazienki, więc pobiegłam do kuchennego zlewu. Znów trzymał moje włosy. - Może powinniśmy wrócić do Rio, zobaczyć się z lekarzem. – zasugerował z troską, kiedy płukałam później usta. Pokręciłam głową i oddaliłam się w stronę korytarza. Lekarz był niepotrzebny. – Będę zdrowa zaraz po tym, jak wyszoruję zęby. Kiedy smak w ustach był już lepszy, poszłam szukać w walizce apteczki, którą spakowała dla mnie Alice, pełnej ludzkich rzeczy, jak bandaże, środki przeciwbólowe – i stanowiący w tej chwili mój cel – PeptoBismol*. Może uda mi się uspokoić żołądek i jednocześnie Edwarda. Ale zanim znalazłam Pepto, * Pepto – Bismol - środek stosowany w leczeniu niewielkich dolegliwości układu pokarmowego. (przyp. tłum.) przypadkiem natknęłam się na coś innego, co zapakowała mi Alice. Podniosłam małe niebieskie pudełeczko i trzymając w dłoni gapiłam się na nie przez dłuższą chwilę, zapominając o wszystkim innym. Potem zaczęłam liczyć. Raz. Drugi. Ponownie. Wynik wstrząsnął mną; pudełeczko spadło z powrotem do walizki. - Dobrze się czujesz? – Edward spytał przez drzwi – Znów masz nudności? - Tak i nie – powiedziałam zduszonym głosem. - Bello? Czy mogę wejść, proszę? – spytał, tym razem z troską. - O…kej? Wszedł i przeanalizował moją pozycję, siedziałam ze skrzyżowanymi nogami na podłodze przy walizce i mój wyraz twarzy, puste, niewidzące oczy. Usiadł obok mnie, jego ręka natychmiast powędrowała do mojego czoła. - Coś jest nie tak? - Ile dni minęło od ślubu? – wyszeptałam. - Siedemnaście – odpowiedział machinalnie – Co jest, Bello? Liczyłam jeszcze raz. Podniosłam palec, nakazując mu czekać, wyliczając. Myliłam się wcześniej, jeżeli chodzi o dni. Jesteśmy tu dłużej, niż myślałam. Zaczęłam jeszcze raz. - Bello! – wyszeptał ponaglająco – Tracę tu rozum. Próbowałam przełknąć. Nie dałam rady. Sięgnęłam więc do walizki i nerwowo w niej grzebałam, aż ponownie znalazłam małe niebieskie pudełko tamponów. Podniosłam je w ciszy. Wpatrywał się we mnie zmieszany. – Co? Próbujesz pominąć tę chorobę jako Zespół Napięcia Przedmiesiączkowego? - Nie – starałam się powstrzymać łzy – Nie, Edward. Próbuję powiedzieć ci, że okres spóźnia mi się pięć dni. Wyraz jego twarzy nie zmienił się. Jakbym nigdy się nie odezwała. - Myślę, że wcale się nie zatrułam – dodałam. Nie zareagował. Zamienił się w rzeźbę. - Sny – mamrotałam do siebie matowym głosem – Długie spanie. Płacz. Całe to jedzenie. Oh. Oh. Oh. Spojrzenie Edward było szkliste, jakby już mnie nie widział. Odruchowo, prawie nieumyślnie, moja ręka opadła na brzuch. - Oh – zapiszczałam ponownie. Zerwałam się na nogi, wymykając się nieruchomym dłoniom Edwarda. Nie przebrałam się jeszcze z małych jedwabnych szortów i koszulki, które noszę do spania. Szarpnęłam niebieską tkaninę i wpatrywałam się w mój brzuch. - Niemożliwe – wyszeptałam. Nie miałam żadnego doświadczenia, jeżeli chodzi o ciążę, dzieci, ani żadną część tego świata, ale nie byłam głupia. Widziałam wystarczająco filmów i seriali telewizyjnych, by wiedzieć, że nie tak to działa. Spóźniał się tylko 5 dni. Gdybym była w ciąży, moje ciało nawet by nie zarejestrowało tego faktu. Nie miałabym porannych mdłości. Nie zmieniłabym przyzwyczajeń związanych z jedzeniem ani ze snem. I na pewno nie miałabym małej, ale zauważalnej wypukłości widocznej między biodrami. Odwróciłam tułów do tyłu i do przodu, badając je z każdej strony, jakby miało po prostu zniknąć pod odpowiednim kątem. Przejechałam palcami po subtelnym wybrzuszeniu, zszokowana jak kamiennie twardy jest pod moją skórą. - Niemożliwe – powiedziałam znowu, ponieważ, wybrzuszenie czy nie wybrzuszenie, okres czy nie okres (a zdecydowanie nie było okresu, chociaż w życiu nie spóźniał mi się choćby dzień), nie było możliwości, abym była w ciąży. Jedyną osobą, z jaką w życiu uprawiałam seks jest wampir, na miłość boską. Wampir, który ciągle znajdował się zmrożony na podłodze, nie dając żadnych oznak życia. Więc musi być inne wyjaśnienie. Coś było nie w porządku ze mną. Jakaś dziwna południowoamerykańska choroba dająca wszystkie oznaki ciąży, tylko przyspieszone… I wtedy coś sobie przypomniałam – cały ranek internetowego poszukiwania, wydaje się wieki temu. Siedząc przy starym biurku w domu Charliego, w szarym blasku tępo wlewającym się przez okno, wpatrując się w mój wiekowy, charczący komputer, gorliwie czytając internetową stronę zatytułowaną „Wampiry A-Z”. Minęło wtedy mniej niż 24 godziny, od kiedy Jacob Black, próbując zabawić mnie za pomocą Quileuckich legend, w które wtedy jeszcze nie wierzył, powiedział mi, że Edward jest wampirem. Śledziłam z obawą pierwsze pozycje na stronie, które były poświęcone mitom o wampirach na całym świecie. Filipiński Danag, hebrajski Estrie, rumuński Varacolaci, włoski Stregoni benefici (legenda opierała się właściwie na dawnych wyczynach mojego nowego teścia z Volturi, nie żebym coś wtedy o tym wiedziała)… Poświęcałam coraz mniej i mniej uwagi historiom, które stawały się coraz bardziej i bardziej niewiarygodne. Pamiętam tylko ogólne informacje z dalszych pozycji. Większość z nich wydawała mi się tylko wymówkami zmyślonymi, by wytłumaczyć sprawy, jak współczynnik śmiertelności niemowląt, – i niewierność małżeńska. Nie, kochanie, nie mam romansu! Tą seksowną kobietą wymykającą się z domu był diabelski sukkub. Mam szczęście, że uszedłem z życiem! (Oczywiście, z wiedzą, jaką posiadałam teraz o Tanyi i jej siostrach, podejrzewam, że niektóre z tych wymówek są niczym innym, jak faktem). Był także jeden dla pań. Jak możesz oskarżać mnie o zdradę, tylko dlatego, że wróciłeś z dwuletniej morskiej podróży, a ja jestem w ciąży? To był inkub. Zahipnotyzował mnie swoimi mistycznymi wampirzymi mocami… To była część opisu inkuba – możliwość płodzenia dzieci z ich bezbronnymi ofiarami. Pokręciłam głową, oszołomiona. Ale… Pomyślałam o Esme, a szczególnie o Rosalie. Wampiry nie mogą mieć dzieci. Jeśli byłoby to możliwe, Rosalie znalazłaby sposób. Opowieść o inkubie jest niczym więcej, niż legendą. Oprócz tego… No, jest różnica. Oczywiście Rosalie nie może począć dziecka, ponieważ została zamrożona w stanie, w jakim z istoty ludzkiej stała się nieludzką. Zupełnie niezmieniona. A ciało ludzkiej kobiety musi zmienić się, by zrodzić dziecko. Ciągła zmiana związana z cyklem miesięcznym po pierwsze i jeszcze większe zmiany potrzebne do przyjęcia wzrastającego dziecka. Ciało Rosalie nie może się zmieniać. Ale moje może. Moje właściwie już się zmieniło. Dotknęłam wypukłości na moim brzuchu, której jeszcze wczoraj tam nie było. A ludzcy mężczyźni – ich ciało pozostaje właściwie niezmienione od okresu dojrzewania do śmierci. Pamiętam przypadkową część jakichś ciekawostek, bóg wie jak zdobytych: Charlie Chaplin w wieku siedemdziesięciu kilku lat spłodził swoje najmłodsze dziecko. Mężczyźni nie mają wyznaczonych cykli płodności czy lat, w których mogą mieć dzieci. Oczywiście jak ktokolwiek mógłby wiedzieć, czy mężczyzna- wampir może spłodzić dziecko, kiedy jeszcze żadna partnerka nie przeżyła stosunku? Czy jakikolwiek wampir na ziemi miał konieczność opanowania się, by przetestować tę teorię z ludzką kobietą? Albo chęć? Znam tylko jednego. Część mojego umysłu zmagała się z faktami, wspomnieniami i możliwościami, podczas gdy druga połowa – część, która kontroluje możliwość poruszania nawet najmniejszym mięśniem – nie była zdolna do działania. Nie mogłam zmusić ust do mówienia, chociaż chciałam poprosić Edwarda by łaskawie wytłumaczył mi, co tu się dzieje. Musiałam wrócić do miejsca, w którym siedział, dotknąć go, ale moje ciało nie słuchało żadnych rozkazów. Mogłam tylko wpatrywać się w moje zszokowane oczy widoczne w lustrze, ostrożnie naciskając palcami opuchnięcie w tułowiu. I wtedy, jak w tym wyraźnym koszmarze z ostatniej nocy, scena gwałtownie uległa przeobrażeniu. Wszystko, co widziałam w lustrze, nagle wydało mi się inne, chociaż nic tak naprawdę się nie zmieniło. Tym, co miało wszystko zmienić by fakt, iż delikatne, miękkie szturchnięcie uderzyło w moją dłoń – z wnętrza mojego ciała. W tym samym momencie zaczął dzwonić telefon Edwarda, przenikliwie i uporczywie. Żadne z nas się nie poruszyło. Dzwonił znowu i znowu. Próbowałam go zignorować, przyciskając palce do brzucha, czekałam. Wyraz mojej twarzy w lustrze nie był już zdezorientowany – teraz wyrażał zdumienie. Ledwie zauważyłam, kiedy obce, nieme łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Telefon nadal dzwonił. Chciałam, by Edward go odebrał – Ta chwila należała do mnie. Prawdopodobnie była najważniejszą w moim życiu. Dryń! Dryń! Dryń! W końcu rozdrażnienie pokonało wszystkie inne uczucia. Osunęłam się na kolana obok Edwarda – poruszałam się ostrożniej, tysiąc razy bardziej świadoma skutków każdego ruchu – poklepując jego kieszenie, aż znalazłam komórkę. Prawie oczekiwałam, że odtaje i sam odbierze, ale był zupełnie nieruchomy. Rozpoznałam numer – nietrudno było zgadnąć, dlaczego ona dzwoni. - Cześć Alice – mój głos nie brzmiał lepiej niż wcześniej. Odchrząknęłam. - Bello? Bello, czy wszystko w porządku? - Tak. Yyy… Jest tam Carlisle? - Jest. Coś jest nie tak? - Nie jestem… W stu procentach… pewna… - Wszystko dobrze z Edwardem? – zapytała ostrożnie. Usłyszałam, jak woła imię Carlisle’a, potem spytała – Dlaczego nie odebrał telefonu? – zanim zdołałam odpowiedzieć na pierwsze pytanie. - Nie jestem pewna. - Bello, co się dzieje? Właśnie zobaczyłam… - Co widziałaś? Nastała cisza. – Daję ci Carlisle’a – powiedziała w końcu. Poczułam, jakby w moje żyły została wstrzyknięta zimna woda. Jeśli Alice miałaby wizję mnie, z zielonookim dzieckiem o anielskiej twarzy w ramionach, odpowiedziałaby, prawda? Kiedy czekałam aż Carlisle się odezwie, wizja, którą wyobraziłam sobie u Alice, zatańczyła pod moimi powiekami. Maleńkie, przepiękne dziecko, może nawet piękniejsze, niż chłopiec z moich snów – maleńki Edward w moich ramionach. Zastrzyk ciepła w moich żyłach przegonił chłód. - Bello, tu Carlisle. Co się dzieje? - Ja… - nie byłam pewna jak odpowiedzieć. Będzie się śmiał z moich domysłów, powie, że jestem nienormalna? Spyta czy miałam kolejny kolorowy sen? – Trochę martwię się o Edwarda… Czy wampir może doznać szoku? - Czy został zraniony? – Jego głos niespodziewanie stał się naglący. - Nie, nie – zapewniłam go – Tylko… zaskoczony. - Nie rozumiem, Bello. - Myślę… Więc, myślę, że… Możliwe… Mogę być… - wzięłam głęboki oddech – w ciąży. Jakby potwierdzając moje słowa, pojawiło się kolejne maleńkie kopnięcie. Moja ręka powędrowała do brzucha. Po długiej przerwie, medyczne doświadczenie Carlisle’a dało o sobie znać. - Kiedy był pierwszy dzień twojego cyklu menstruacyjnego? - Szesnaście dni przed ślubem – Zajęłam się wcześniej mentalną matematyką na tyle dokładnie, by móc teraz odpowiedzieć z pełnym przekonaniem. - Jak się czujesz? - Dziwnie – powiedziałam, załamał mi się głos. Kolejna strużka łez potoczyła się po moich policzkach. - To zabrzmi nieprawdopodobnie, ale… Posłuchaj, wiem, że na to wszystko za wcześnie. Może zwariowałam. Ale mam dziwaczne sny, jem na okrągło i płaczę i wymiotuję i… i… Przysięgam, coś się właśnie we mnie poruszyło. Edward podniósł głowę. Odetchnęłam z ulgą. Edward wyciągnął dłoń po telefon, jego twarz wydała się biała i surowa. - Yhm, myślę, że Edward chce z tobą rozmawiać. - Daj go do telefonu – głos Carlisle’a był napięty. Nie do końca pewna, czy Edward będzie w stanie rozmawiać, położyłam komórkę na jego wyciągniętej dłoni. Przycisnął ją do ucha – Czy to możliwe? – Wyszeptał. Słuchał przez długi czas wpatrując się w nicość nieobecnym wzrokiem. - A Bella? – spytał. Jego ramię owinęło się wokół mnie, kiedy mówił, przyciągając mnie blisko siebie. Słuchał przez dłuższą chwilę, potem powiedział – Tak. Tak, będę. Odjął słuchawkę od ucha i wcisnął przycisk „koniec”. Natychmiast wybrał nowy numer. - Co powiedział Carlisle? – spytałam niecierpliwie. Edward odpowiedział martwym głosem – Myśli, że jesteś w ciąży. Słowa wysłały ciepły dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa. Mały kopacz poruszył się we mnie nerwowo. - Gdzie teraz dzwonisz? – spytałam kiedy znów przyłożył telefon do ucha. - Na lotnisko. Wracamy do domu. Edward wisiał na telefonie przez ponad godzinę bez przerwy. Domyślałam się, że załatwia lot do domu, ale nie mogłam być pewna, ponieważ nie mówił po angielsku. Brzmiało to, jakby się kłócił; dużo mówił przez zaciśnięte zęby. Podczas kiedy się sprzeczał, pakował nas. Wirował po pokoju jak wściekłe tornado, zostawiając za sobą porządek zamiast zniszczeń. Zostawił na łóżku kilka moich ubrań nawet na mnie nie spojrzawszy, więc stwierdziłam, że czas się ubrać. Kontynuował swoją kłótnię kiedy się przebierałam, zaciekle gestykulując zaniepokojonymi ruchami. Kiedy nie mogłam już znieść emanującej z niego gwałtownej energii, cicho opuściłam pokój. Jego szaleńcze skupienie działało źle na mój brzuch – nie jak poranne mdłości, czułam się po prostu nieswojo. Poczekam gdzie indziej aż przejdzie mu ten nastrój. Nie mogłam mówić do tego zimnego, skupionego Edwarda, który prawdę mówiąc, odrobinę mnie przerażał. Po raz kolejny zatrzymałam się w kuchni. W szafce znalazłam paczkę precli. Zaczęłam przeżuwać je z roztargnieniem, wyglądając przez okno na piasek, skały, drzewa i ocean, wszystko iskrzące się w słońcu. Ktoś mnie kopnął. - Wiem – powiedziałam – też nie chcę stąd odchodzić.. Wyglądałam jeszcze przez chwilę przez okno, ale kopacz nie zareagował. - Nie rozumiem – szepnęłam – Co w tym jest złego? Zaskakujące, bezwzględnie. Zdumiewające także. Ale złe? Nie. Więc dlaczego Edward jest taki wściekły? To on był właściwie tym, który głośno domagał się szybkiego ślubu. Próbowałam się nad tym zastanowić. Może nie było to takie dziwne, że Edward chciał, byśmy natychmiast wracali do domu. Może chciał, by Carlisle mnie zbadał, chciał upewnić się, czy moje przypuszczenia są prawidłowe – chociaż w mojej głowie nie było co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Prawdopodobnie będą chcieli sprawdzić, dlaczego jestem w aż tak zaawansowanej ciąży, z wybrzuszeniem, kopaniem i resztą. To nie było normalne. Kiedy tylko o tym pomyślałam, byłam pewna, że rozgryzłam jego zachowanie. Musiał bardzo martwić się o dziecko. Ja jeszcze za mało zdawałam sobie sprawę z tego, co się dzieję, by zacząć bzikować. Mój mózg pracował wolniej niż jego – utknął nie mogąc się nadziwić obrazkiem, który stworzył wcześniej – maleńkie dziecko z oczami Edwarda – zielonymi, jakie miał będąc człowiekiem – jasne i piękne spoczywające w moich ramionach. Miałam nadzieję, że będzie miało twarz Edwarda, bez żadnego zaburzeń pochodzących z mojej. Zabawne było, jak niespodziewana i absolutnie niezbędna była ta wizja. Przez to pierwsze, maleńkie dotknięcie zmienił się cały świat. Kiedyś istniała tylko jedna rzecz, bez której nie mogłam żyć, teraz znalazły się dwie. Nie było żadnego podziału – moja miłość nie jest teraz rozdarta między nich; to nie tak. Miałam raczej wrażenie, że serce mi urosło, puchnąc, powiększając swoje rozmiary dwukrotnie w tej chwili. Cała ta dodatkowa przestrzeń już jest wypełniona. Ten wzrost był oszałamiający. Nigdy wcześniej tak naprawdę nie rozumiałam bólu i rozżalenia Rosalie. Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie jako matki, nigdy tego nie pragnęłam. To była bułka z masłem, przysiąc Edwardowi, że nie dbam o wydanie na świat dziecka, ponieważ taka była prawda. Dzieci ogólnie nigdy do mnie nie przemawiały. Wydawały się być głośnymi stworzeniami, najczęściej ociekającymi jakąś formą mazi. Nigdy nie miałam z nimi wiele do czynienia. Kiedy marzyłam o Renee dającej mi brata, zawsze wyobrażałam go sobie starszego. Kogoś, kto by zaopiekował się mną, nie odwrotnie. To dziecko, dziecko Edwarda, to zupełnie inna historia. Pragnęłam go tak, jak pragnęłam powietrza, by oddychać. Nie był to wybór – ale konieczność. Może miałam po prostu zupełnie beznadziejną wyobraźnię. Może dlatego też nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że spodoba mi się małżeństwo, zanim je zawarłam – nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że chciałabym dziecko, nim jedno było już w drodze… Kiedy położyłam dłoń na brzuchu, czekając na następne kopnięcie, łzy znowu popłynęły po moich policzkach. - Bello? Odwróciłam się, zaniepokojona dziwną nutą w jego głosie. Był zbyt zimny, zbyt ostrożny. Jego twarz pasowała do głosu – pusta, surowa. - Bello! – przeciął pokój w okamgnieniu i położył dłonie na mojej twarzy. – Boli cię? - Nie, nie… Przyciągnął mnie do piersi. – Nie bój się. Będziemy w domu za 16 godzin. Będzie dobrze. Carlisle będzie gotowy, kiedy tam dotrzemy. Zajmiemy się tym, będziesz zdrowa, będziesz zdrowa. - ‘Zajmiemy się tym’? Co masz na myśli? Pochylił się i spojrzał mi w oczy. – Wydostaniemy tę rzecz, zanim skrzywdzi jakąkolwiek część ciebie. Nie bój się. Nie pozwolę temu cię skrzywdzić. - Tej ‘rzeczy’? – wydyszałam. Nagle odwrócił ode mnie wzrok, patrząc na frontowe drzwi. – Cholera! Zapomniałem, że dziś oczekujemy Gustavo. Pozbędę się go i zaraz wrócę. – wyskoczył z pokoju. Chwyciłam ladę jako wsparcie. Trzęsły mi się kolana. Edward właśnie nazwał mojego małego kopacza ‘rzeczą’. Powiedział, że Carlisle się go pozbędzie. - Nie – wyszeptałam. Wcześniej źle to zrozumiałam. W ogóle nie troszczył się o dziecko. Chciał je skrzywdzić. Piękny obraz w mojej głowie gwałtownie stał się inny, zmienił w coś ciemnego. Moje śliczne dziecko płacze, moje słabe ramiona nie są dość silne, by je ochronić… Co powinnam zrobić? Czy będą w stanie ich przekonać? Co jeśli nie? Czy to wyjaśnia dziwne milczenie Alice w telefonie? Czy właśnie to widziała? Edward i Carlisle zabijający to blade, doskonałe dziecko zanim będzie mogło zakosztować życia? - Nie – wyszeptałam znowu, tym razem silniejszym głosem. Tak nie może być. Nie pozwolę na to. Usłyszałam Edwarda po raz kolejny mówiącego po portugalsku. Po raz kolejny kłócącego się. Jego głos się przybliżył, usłyszałam jak wzdycha w irytacji. Wtedy dobiegł mnie inny głos, cichy i nieśmiały. Kobiecy głos. Wszedł przed nią do kuchni i podszedł prosto do mnie. Starł łzy z moich policzków i wymruczał mi do ucha, przez cienką, twardą linię ust. - Nalega by zostawić jedzenie, które przyniosła, zrobiła dla nas kolację. – Gdyby nie byłby tak spięty i zły, jestem pewna, że wywróciłby oczami. – To wymówka, chce się upewnić, że jeszcze cię nie zabiłem. – gdy kończył mówić jego głos był lodowaty. Kaure zbliżała się do nas nerwowo, małymi kroczkami, z nakrytym talerzem w dłoniach. Bardzo chciałabym znać portugalski, albo żeby przynajmniej mój hiszpański nie był tak szczątkowy. Mogłabym wtedy spróbować podziękować tej kobiecie, która ośmieliła się zdenerwować wampira, by sprawdzić, czy ze mną wszystko w porządku. Jej oczy krążyły pomiędzy nami. Widziałam, jak bada kolor mojej twarzy, wilgoć w moich oczach. Mamrocząc coś, czego nie rozumiałam położyła talerz na ladzie. Edward coś do niej krzyknął; nigdy wcześniej nie słyszałam by był tak nieuprzejmy. Odwróciła się, by odejść, a jej długa wirująca spódnica tchnęła zapach jedzenia prosto w moją twarz. Był intensywny – cebula i ryba. Zatkałam usta dłonią i popędziłam do zlewu. Poczułam dłoń Edwarda na moim czole, a poprzez ryk w uszach dobiegł mnie kojący szept. Jego ręce zniknęły na sekundę i usłyszałam, jak lodówka zamyka się z hukiem. Na szczęście zapach zniknął wraz z odgłosem, a dłonie Edwarda chłodziły znów moje wilgotne czoło. Szybko poczułam się lepiej. Wypłukałam usta pod kranem, kiedy on pieścił bok mojej twarzy. Poczułam niepewne, drobne kopnięcie w łonie. - Wszystko dobrze. Wszystko jest z nami w porządku.- Skierowałam moje myśli ku wypukłości. Edward obrócił mnie, ciągnąc w ramiona. Oparłam głowę na jego ramieniu. Moje ręce instynktownie owinęły się wokół brzucha. Usłyszałam ciche westchnienie i spojrzałam w górę. Kobieta wciąż tam była, wahając się w przejściu z do połowy wyciągniętymi rękami, jakby zastanawiała się, jak pomóc. Zatrzymała wzrok na moich rękach, wybałuszyła oczy w zdumieniu. Usta miała szeroko otwarte. Potem Edward także westchnął i nagle odwrócił się tak, by stanąć z nią twarzą w twarz, popychając mnie delikatnie za siebie. Jego ramię owinęło się wokół mojego tułowia, jakby mnie powstrzymywał. Nagle Kaure zaczęła na niego krzyczeć – głośno, z wściekłością, jej niezrozumiałe słowa przelatywały przez pokój niczym noże. Uniosła swoją drobną pięść i postąpiła dwa kroki do przodu, potrząsając nią. Pomimo nagłego wybuchu złości łatwo było dostrzec przerażenie w jej oczach. Edward także zrobił krok w jej stronę. Kurczowo ścisnęłam jego ramię zaniepokojona o kobietę, ale kiedy przerwał jej tyradę zaskoczył mnie jego głos, szczególnie biorąc pod uwagę to jak bardzo był na nią zły, kiedy jeszcze na niego nie wrzeszczała. Był teraz cichy; bronił się. Nie tylko to było dziwne – dźwięk jego głosu także był inny, bardziej gardłowy, z opadającą intonacją. Wątpię, by znów mówił po portugalsku. Przez chwilę kobieta wpatrywała się w niego w zdumieniu, a potem jej oczy zwęziły się, kiedy wykrzyczała długie pytanie w tym samym, obco brzmiącym języku. Patrzyłam jak jego twarz staje się smutna i poważna, potem skinął głową. Cofnęła się o krok i przeżegnała. Wyszedł jej naprzeciw, wskazując na mnie ręką, a potem oparł swoją dłoń na moim policzku. Ponownie odpowiedziała gniewnie, oskarżycielsko machając ręką w jego kierunku, zaczęła zaciekle gestykulować. Kiedy skończyła, on znów bronił się tym cichym, natarczywym głosem. Wyraz jej twarzy zmienił się – gdy mówił, wpatrywała się w niego z wyrazem wątpliwego zrozumienia, wielokrotnie zatrzymując wzrok na mojej zdezorientowanej twarzy. Przestał mówić, a ona wyglądała, jakby coś rozważała. Spojrzała za siebie i do przodu, między nas dwoje, i wtedy, wydawało się, że nieświadomie, postąpiła krok naprzód. Wykonała gest rękami, nakreślając nimi kształt balonu wystającego z jej brzucha. Zaczęłam rozumieć czy jej legendy o drapieżnych krwiopijcach zakładają takie coś? Czy może mieć pojęcie, co we mnie rośnie? Postąpiła kilka kroków do przodu, tym razem celowo, i zadała kilka krótkich pytań, na które żywo odpowiedział. Wtedy to on spytał – zadał jedno krótkie pytanie. Westchnęła, potem powoli pokręciła głową. Kiedy odezwał się ponownie, jego głos był tak przepełniony cierpieniem, że spojrzałam na niego wstrząśnięta. Jego twarz była naznaczona bólem. W odpowiedzi powoli podeszła do przodu, aż była wystarczająco blisko, by położyć swoją małą dłoń na wierzchu mojej, na moim brzuchu. Powiedziała jedno słowo po portugalsku. - Morte*. – westchnęła cicho. Następnie odwróciła się, jej ramiona pochyliły się, jakby rozmowa postarzała ją i opuściła pokój. Znałam hiszpański wystarczająco, by to zrozumieć. Edward znowu zamarł, patrząc za nią z udręczonym wyrazem twarzy. Jakiś czas potem usłyszałam warkot silnika łodzi, który powoli cichł w oddali. Edward nie poruszył się, dopóki nie zaczęłam iść do łazienki. Wtedy złapał dłonią moje ramię. - Dokąd idziesz? – Jego głos był szeptem bólu. - Umyć jeszcze raz zęby. - Nie martw się tym, co powiedziała. To nic innego jak legendy, stare kłamstwa wymyślone dla rozrywki. - Nic nie zrozumiałam – powiedziałam mu, chociaż nie była to do końca prawda. Jakbym mogła zlekceważyć coś, tylko dlatego, że jest legendą. Moje życie było otoczone legendami z każdej strony. Wszystkie były prawdziwe. - Spakowałem twoją szczoteczkę. Przyniosę ci ja. – Wszedł przede mną do sypialni. - Wyjeżdżamy niedługo? – krzyknęłam za nim. - Jak tylko będziesz gotowa. Czekał, by z powrotem spakować szczoteczkę krocząc w milczeniu przez łazienkę. Wręczyłam mu ją kiedy skończyłam. * Morte – po portugalsku oznacza „śmierć”. (przyp. tłum.) - Zaniosę torby do łodzi. - Edward…? Odwrócił się. - Tak? Westchnęłam, gorączkowo myśląc nad sposobem, by zostać na parę sekund sama. - Czy mógłbyś… Zapakować trochę jedzenia? Wiesz, w razie gdybym znów zgłodniała. - Oczywiście – powiedział, jego oczy nagle złagodniały. – Nie martw się niczym. Dostaniemy się do Carlisle’a za kilka godzin, naprawdę. To wszystko wkrótce się skończy. Skinęłam głową, nie ufając swojemu głosowi. Odwrócił się i wyszedł z pokoju, trzymając wielkie walizki. Pomknęłam, by porwać telefon, który zostawił na ladzie. Bardzo do niego nie pasowało zapominanie czegokolwiek – nie pamiętać o przyjeździe Gustavo, zostawić tu komórkę. Był tak zdenerwowany, że ledwie był sobą. Otworzyłam ją i przewinęłam zapamiętane numery. Cieszyłam się, że wyłączył głos, bałam się, że mógłby mnie złapać. Czy jest teraz na łodzi? A może już wrócił? Czy usłyszy mnie z kuchni, jeśli będę szeptała? Znalazłam numer, którego szukałam, jedyny, którego jeszcze nigdy w życiu nie wybierałam. Nacisnęłam klawisz „wyślij” i zacisnęłam kciuki. - Słucham? – odparł głos brzmiący niczym złoty wietrzyk. - Rosalie? – wyszeptałam – Tu Bella. Proszę. Musisz mi pomóc. tłumaczenie: Ladybug Księga Druga ~*~ Jacob ~*~ Prolog Życie jest do dupy, a potem umierasz. Taa, powinienem czuć się szczęściarzem. 8. Czekając na rozpoczęcie tej przeklętej walki. - Matko, Paul czy ty nie masz własnego domu? Paul, który siedział rozwalony na mojej kanapie, oglądając jakiś głupi mecz na moim rozwalającym się telewizorze, uśmiechnął się tylko i po chwili – bardzo powoli – wyjął jedno dorito z torebki, którą trzymał na kolonach, i wcisnął całego do buzi. - Oby to dorito było twoje. Chrup. - Nie - powiedział nadal przegryzając. - Twoja siostra powiedziała żebym czuł się jak u siebie w domu i częstował się, czym chcę. Usiłowałem opanować swój głos, tak, żeby nie brzmiał jakbym go miał ochotę uderzyć. - Czy Rachel jest teraz w domu? Nie podziałało. Usłyszał, co chciałem mu zrobić i szybko schował torebkę za plecami. Zaskrzypiała, gdy wepchnął ją w poduszkę. Chipsy się połamały. Zacisnął dłonie i uniósł je ku twarzy jak zawodowy bokser. - Pokaż, na co cię stać, chłopcze. Nie potrzebuję Rachel do obrony Prychnąłem. - Jasne. Przy pierwszej okazji polecisz do niej z płaczem. Roześmiał się i rozluźnił na kanapie, opuszczając ręce. - Nie mam zamiaru naplotkować dziewczynie. Jeśli zdołałbyś mnie uderzyć, wszystko zostałoby między nami. I na odwrót, prawda? Miło z jego strony, że dał mi zaproszenie. Osunąłem się nieznacznie udając, że się poddałem. - Prawda. Oczy Paula skierowały się znowu na telewizor. Rzuciłem się na niego. W chwili, gdy moja pięść uderzyła w jego nos, usłyszałem odgłos łamanych kości. Usiłował mnie złapać, ale zrobiłem unik zanim zdążył mnie chwycić, w ręku trzymając paczkę połamanych Doritos. - Złamałeś mi nos kretynie. - To zostanie między nami, prawda, Paul? Odłożyłem torebkę chipsów. Kiedy się odwróciłem Paul nastawiał sobie nos. Krwawienie ustało; krople krwi spływające powoli po jego ustach i podbródku wydawały się płynąć znikąd. Zaklął z ból, kiedy dotknął chrząstki. - Jesteś beznadziejny, Jacob. Przysięgam, wolę już siedzieć z Leah. - Ouch. Leah na pewno będzie zadowolona, kiedy się dowie chcesz spędzić z nią trochę czasu. Aż jej się ciepło zrobi na sercu. - Zapomnij, że to powiedziałem. - Oczywiście. Postaram się nie wygadać. - Ugh. - mruknął zanim rozłożył się na kanapie, wycierając resztki krwi z kołnierzyka. - Jesteś szybki, chłopcze. To ci przyznam. - I przeniósł swą uwagę ponownie na mecz. Stałem przez chwilę w bezruchu, po czym wmaszerowałem szybko do swojego pokoju, mrucząc coś o porwaniu przez kosmitów. Wcześniej można było być pewnym, ze Paul podejmie każde wyzwanie. Nie trzeba było go nawet uderzyć – wystarczyła mała zniewaga. Teraz, oczywiście, kiedy liczyłem na dobrą walkę, z warczeniem, rozrywaniem, wyrywaniem drzew z korzeniami, on musiał się zrobić łagodny. Nie wystarczyło to, że kolejny członek watahy uległ procesowi wpojenia – litości, to już czterech z dziesięciu. Kiedy to się skończy? Zgodnie z legendą to miało być rzadkie zjawisko, na miłość boską! Cała ta przymusowa miłość od pierwszego wejrzenia doprowadzała mnie do mdłości! Czy to naprawdę musiała być moja siostra? Czy to musiał być Paul? Kiedy pod koniec letniego semestru Rachel wróciła do domu z Waszyngtonu - skończyła studia wcześniej, kujon – moim największym zmartwieniem było utrzymanie wszystkiego w tajemnicy. Nie byłem przyzwyczajony do ukrywania się w moim własnym domu. Współczułem takim jak Embry czy Colin, których rodzice nie wiedzieli, że ich dzieci są wilkołakami. Mamy Embry’ego myślała, że chłopak przechodzi przez fazę buntu. Miał niekończący się szlaban za wymykanie się z domu, na co nie było żadnej rady. Sprawdzała jego pokój każdej nocy, i za każdym razem go w nim nie było. Wtedy krzyczała a on słuchał tego ze spokojem, po czym przechodził przez to każdego następnego dnia. Staraliśmy się namówić Sama żeby odpuścił chłopakowi i wtajemniczył jego mamę, ale Embry upierał się, że to nie potrzebne. Sekret był najważniejszy. Byłem więc gotowy nie zdradzić się. Aż tu nagle, dwa dni po przyjeździe Paul spotkał Rachel na plaży. Łup – prawdziwa miłość! Sekrety jak również i konsekwencje wpojenia nie były już potrzebne, kiedy odnalazło się drugą połówkę. Rachel usłyszała całą historię. A Paul w przyszłości zostanie moim szwagrem. Wiedziałem, że Billy również nie jest z tego powodu zadowolony. Ale on poradził sobie z tą sytuacją lepiej niż ja. Naturalnie uciekał do Clearwaterów częściej niż zazwyczaj. Jakoś nie wydawało mi się, aby takie postępowanie było lepsze. Zero Paula, ale mnóstwo Leah. Zastanawiałem się – czy kulka między oczy by mnie zabiła czy po prostu pozostawiła po sobie bałagan, która trzeba będzie posprzątać? Rzuciłem się na łóżko. Byłem zmęczony – nie spałem od ostatniego patrolu, – ale wiedziałem, że nie usnę. W mojej głowie aż huczało. W umyśle kłębiły się myśli, niczym zdezorientowany rój pszczół. Od czasu do czasu żądliły. To musiały być szerszenie. Pszczoły umierają po jednym użądleniu. A moje myśli żądliły mnie raz po razie. To oczekiwanie doprowadzało mnie do szaleństwa. Minęły już prawie cztery tygodnie. Oczekiwałem, że w jakiś sposób, wiadomość do nas dotrze. Często myślałem po nocach jak będzie ona brzmiała. Charlie płaczący przez telefon – Bella i jej mąż zginęli w wypadku. Rozbił się samolot. Chociaż to ciężko byłoby upozorować. Chyba, że pijawki nie miały nic przeciwko zamordowaniu wszystkich świadków, żeby tylko uwierzytelnić zdarzenie? Może to będzie jakiś mały samolot. Pewnie mieli jeden taki na zbyciu. A może morderca wróci sam, po tym jak nie udało mu się zmienić jej w jedną z nich? Może nawet nie próbował. Może zabił ją brutalnie, wiedziony pragnieniem? Ponieważ jej życie było mniej ważne niż jego przyjemności... Wiadomość byłaby tragiczna – Bella zginęła w strasznym wypadku. Przypadkowa ofiara złodzieja. Zakrztusiła się w trakcie obiadu. Może zginęła w wypadku samochodowym, jak moja mama. Takie zwyczajne. Takie wypadki zdarzają się, na co dzień. Czy sprowadziłby jej ciało do domu? Pogrzebał ją tutaj, przez wzgląd na Charliego. Pogrzeb i zamknięta trumna, naturalnie. Trumna mojej mamy była zabita gwoździami. Mogłem tylko mieć nadzieję, że wróci tu abym mógł go dorwać. Może nie będzie żadnej wiadomości. Może Charlie zadzwoni do mojego ojca z pytaniem czy nie widział ostatnio doktora Cullena, który pewnego dnia nie pojawił się w pracy. Dom został opuszczony. Nikt z rodziny nie odbiera telefonu. Może tą historię opisze jakiś podrzędny program, ktoś będzie podejrzewał przestępstwo... Może duży biały dom stanie w płomieniach, a cała rodzina znajdzie się pułapce. Do tego potrzebne będą ciało. Osiem trupów o podobnych proporcjach. Spalone w stopniu uniemożliwiającym identyfikacje – nawet przez dentystę. Każde wyjście będzie podchwytliwe – dla mnie. Będzie ich ciężko znaleźć, kiedy nie będą chcieli zostać odnalezieni. A ja miałem całą wieczność na poszukiwania. Jeśli ma się do dyspozycji wieczność, można przeszukać cały stóg siana poszukując tej jednej igły. W tej chwili, mógłbym nawet przeszukać cały stóg siana. Przynajmniej miałbym co robić. Nienawidziłem tej świadomości, że być może zaprzepaszczam swoją szanse. Daję krwiopijcom czas na ucieczkę, jeśli taki był ich plan. Moglibyśmy wyruszyć dzisiaj w nocy. Zabilibyśmy każdego. Ten plan mi się podobał ponieważ wiedziałem jak zareagowałby Edward, zabijając członka jego rodziny mógłbym dopaść i jego. Przyszedłby się na mnie zemścić. Pozwoliłbym mu spróbować – zabiłbym go w pojedynkę, bez pomocy moich braci. Ale Sam nie chciał o tym słyszeć. Nie zerwiemy paktu. Poczekajmy aż oni pogwałcą umowę. Nie mieliśmy żadnych dowodów, że Cullenowie zrobili coś złego. Na razie. Musiałem dodać „na razie”, ponieważ wiedzieliśmy, że jest to nieuniknione. Bella mogła wrócić jako jedna z nich, albo mogła nie wrócić wcale. W każdym razie, człowiek straci życie. A pakt zostanie pogwałcony. W drugim pokoju Paul ryczał ze śmiechu jak osioł. Może przełączył na jakąś komedię. Może reklama była śmieszna. Nieważne. Działał mi na nerwy. Zastanawiałem się czy złamać mu nos jeszcze raz. Ale to nie z Paulem chciałem wałczyć. Nie z nim. Starałem się wsłuchać w inne odgłosy, wiatr szumiący miedzy drzewami. Doznanie było inne, niż słyszane ludzkimi uszami. W wietrze słychać było miliony głosów, których nie mogłem usłyszeć w tym ciele. Ale moje uszy były i tak dosyć wrażliwe. Mogłem usłyszeć głosy poza drzewami, aż do drogi, odgłosy samochodów mijających zakręt, za którym już widać plażę – widok wysp i kamieni i wielki błękitny ocean rozciągający się aż po horyzont. Policjanci z La Push często tam się pojawili. Turyści nigdy nie zauważali znaku ograniczenia prędkości w tym miejscu. Słyszałem głosy na zewnątrz sklepu z pamiątkami na plaży. Słyszałem dzwonek za każdym razem, kiedy drzwi się otwierały i zamykały, słyszałem mamę Embry’ego wybijającą rachunek. Słyszałem fale uderzające o skały. Dzieci piszczące, kiedy nie zdążały umknąć zimnej wodzie. Słyszałem ich mamy narzekające na mokre ubrania swoich pociech. Słyszałem również znajomy głos... Słuchałem tak uważnie, że nagły wybuch śmiechu Paul’a sprawił, że aż podskoczyłem na łóżku. - Wynoś się z mojego domu. - mruknąłem. Wiedząc, ze mnie nie posłucha, sam posłuchałem własnej rady. Otworzyłem okno i wyszedłem od tyłu żeby nie spotkać po drodze Paul’a. To byłoby zbyt kuszące. Wiedziałem, że znowu bym go uderzył, a Rachel i tak już będzie na mnie wściekła. Zobaczy krew na jego koszulce i obwini mnie, nie czekając na dowód. I oczywiście będzie miała rację. Spacerowałem po plaży, z dłońmi w kieszeniach. Nikt na mnie nie patrzył, kiedy przeprawiałem się przez zabrudzoną część plaży. W lecie lubiłem jedną rzecz – nikogo nie obchodziło, że chodzisz tylko w spodenkach. Podążałem za znajomym głosem aż znalazłem Quil’a. Był na południowym krańcu półwyspu, unikając tłumu turystów. Jego usta wypowiadały coraz to nowe ostrzeżenia. - Nie wchodź do wody Claire. Nie Claire. Nie. Oh. Pięknie. Naprawdę chcesz żeby Emily na mnie nakrzyczała. Jeśli nie przestaniesz to już nigdy nie przyjdę z tobą na plażę – Tak? Nie – ugh. Myślisz, że to jest śmieszne? Hah! I kto teraz się śmieje? Kiedy do nich podszedłem trzymał chichoczą dziewczynkę za kostkę. W jednej rączce miała wiaderko, a jej dżinsy były przemoczone. On miał dużą mokrą plamę koszulce. - Stawiam piątaka na dziewczynkę. - powiedziałem. - Cześć Jake. Claire zapiszczała i rzuciła wiaderko pod nogi Quil'a. - Na dół, na dół. Ostrożnie postawił ją na ziemi a on natychmiast do mnie podbiegła. Objęła mocno moją nogę. - Wujek Jay. - Co słychać Claire? Zachichotała. - Quil caaaaaaaaly jest mokly. - Widzę. Gdzie jest twoja mama? - Poszła, poszła, poszła. - Zaśpiewała Claire, - Cwaire bawi się z Qwilem caaaaaaaaly dzien. Cwaire nigdy nie pójdzie do domu. - Puściła mnie i podbiegła Quila. Ten złapał ja i posadził sobie na ramionach. - Wygląda na to, że ktoś rozpoczął już drugi rok życia. - Trzeci. - poprawił mnie Quil. - Ominęło cię przyjęcie. Motyw księżniczki. Kazała mi nosić koronę, a potem Emily zasugerowała, żeby dziewczynki wypróbowały na mnie nowy zestaw do robienia makijażu. - Wow, naprawdę mi przykro, że tego nie widziałem. - Nie martw się, Emily ma zdjęcia. Muszę przyznać, że bosko na nich wyglądam. - Ale z ciebie naiwniak. Quil wzruszył ramionami. - Claire dobrze się bawiła. I o to chodziło. Przewróciłem oczami. Ciężko było przebywać w pobliżu wpojonych. Nie zależnie od etapu – kiedy mieli się już połączyć na zawsze albo kiedy Quil był na razie tylko maltretowaną niańką – spokój i pewność, które zawsze można było poczuć w ich obecności działały na mnie wymiotnie. Claire zapiszczała na jego ramionach i wskazała paluszkiem na ziemię. - Śliczny kamień, Qwil! Dla mnie, dla mnie! - Który maleńka? Ten czerwony? - Nie czerwony. Quil uklęknął – Claire krzyknęła i pociągnęła go za włosy niczym za lejce. - Ten niebieski? - Nie, nie, nie… - śpiewała mała dziewczynka, w zachwycie nad nową zabawą. Dziwne było to, że Quil wydawał się bawić równie dobrze jak dziewczynka. Nie miał tego wyrazu twarzy, który jest obecny na twarzach tatusiów i mamuś, w stylu „kiedy w końcu będzie drzemka?”. Nigdy nie widziałem prawdziwego rodzica tak zadowolonego z zabawy z dzieckiem. Widziałem Quila bawiącego się w A kuku przez godzinę, bez oznak jakiegokolwiek zmęczenia. I nie byłem w stanie się z niego nabijać – za bardzo mu zazdrościłem. I chociaż było do dupy, że musiał czekać aż czternaście lat aż Claire osiągnie jego wiek – dla niego, to było nic, ponieważ wilkołaki się nie starzały. Ale nawet ten czas nie wydawał się go smucić. - Quil, czy myślałeś kiedyś o umawianiu się na randki? - Zapytałem. - Huh? - Nie, nie, nie! - gaworzyła Claire. - No wiesz. Z prawdziwą dziewczyną. Przynajmniej teraz. Kiedy nie jesteś zajęty opieką nad dzieckiem. Quil patrzył na mnie z otwartymi ustami. - Ładny kamień! Ładny kamień! - krzyknęła Claire kiedy ten nie kontynuował ich zabawy. Uderzyła go piąstką w tył głowy. - Przepraszam, Clair. A może ten fioletowy? - Nie - zachichotała. - Nie fioletowy. - Daj mi jakąś wskazówkę. Proszę maleńka. Clair pomyślała przez chwilkę. - Zielony. - powiedziała w końcu. Quil spojrzał uważnie na kamienie. Podniósł cztery kamyki, każdy w innym odcieniu zieleni, i podał je dziewczynce. - Udało się? - Tak! - Który? - Wszyyyyyyystkie!! Złożyła dłonie a on wsypał w nie wszystkie kamyki. Zaczęła się śmiać i niespodziewanie uderzyła go nimi w głowę. Skrzywił się z bólu z udawanym melodramatyzmem po czym wstał szybko i skierował się w stronę samochodu. Pewnie martwił się, że dziewczynka się przeziębi w mokrym ubranku. Był gorszy niż najgorszy paranoik, nadopiekuńcza matka. - Przepraszam jeśli przesadziłem z tym pytaniem o dziewczyny. - powiedziałem. - Nic się nie stało. - powiedział Quil. - Po prostu mnie zaskoczyłeś. Nie myślałem o tym. - Ona na pewno by zrozumiała. No wiesz kiedy już będzie dorosła. Nie będzie ci miała za złe, że miałeś jakieś życia kiedy ona jeszcze chodziła w pieluchach. - Wiem. Jestem pewien że zrozumiałaby. Nie powiedział nic więcej. - Ale nie zrobisz tego, prawda? - zapytałem. - Nie mogę sobie tego wyobrazić. - powiedział cicho. - Po prostu nie potrafię. Nikt inny... mnie nie interesuje w ten sposób. Nie zauważam już dziewczyn. Nie widzę ich twarzy. - Dorzuć to tego tiarę i makijaż a Claire będzie się musiała martwić o inną konkurencję. Quil zaśmiał się i cmoknął do mnie. - Masz czas w ten piątek, Jacob? - Chciałbyś - powiedziałem. - Chociaż nie, jestem wolny. Quil wahał się przez chwilę i powiedział, - A ty myślałeś kiedyś żeby się z kimś spotykać? Westchnąłem. I postanowiłem w tej sprawie być szczery. - Wiesz Jake, zająłbyś się swoim życiem. Nie zabrzmiało to jak żart. W jego głosie słychać było współczucie. To tylko pogorszyło sprawę. - Ja też ich nie dostrzegam. Nie widzę ich twarzy. Quil westchnął. Daleko, za nisko by mógł to usłyszeć ktoś poza nami, skowyt przytłumiany szumem fal. - Kurcze, to Sam. - Powiedział Quil. Dotknął Claire aby się upewnić, że ona nadal jest przy nim. - Nie mam pojęcia gdzie jest jej mama! - Zobaczę o co chodzi. Jeśli będziesz potrzebny, dam ci znać. - Wsłuchałem się w odgłosy. Wszystko było zamazane, niewyraźne. - Zabierz ją może do Clearwater’ów. W razie potrzeby Sue i Billy popilnują małej. Może oni wiedzą o co chodzi. - Dobrze – biegnij, Jake! Ruszyłem, ale nie zakurzoną ścieżką przez porośnięty chwastami żywopłot, tylko najkrótszą drogą przez las. Przecisnąłem się przez pierwszy rząd drzewa wyrzuconego przez fale, potem przedarłem się przez cierniste krzewy, nadal biegłem. Czułem drobne łzy na policzkach, kiedy ciernie przecinały moją skórę, ale ignorowałem je. Zadrapania zagoją się zanim minę drzewa. Odbiłem za sklepem i popędziłem autostradą. Ktoś na mnie zatrąbił. Otoczony drzewami czułem się bezpieczniej, więc przyspieszyłem, wydłużyłem krok. Przyciągałbym uwagę ludzi gdybym był na odkrytym terenie. Normalnie ludzie nie biegną tak szybko. Czasami myślałem, że ściganie się ze zwykłymi ludźmi byłoby niezłą zabawą, na przykład podczas Olimpiady. Fajnie byłoby zobaczyć twarze tych wszystkich sportowców, kiedy bym ich mijał. Chociaż byłem pewny, że podczas badań krwi, mających wykluczyć obecność niedozwolonych substancji, wykryliby w mojej jakieś dziwne anomalie. Jak tylko znalazłem się w gęstym lesie, wolnym od dróg i domów, zatrzymałem się być zdjąć spodenki. Szybkimi ruchami złożyłem je i przywiązałem do rzemyka przy kostce. Kiedy już kończyłem, zaczęła się transformacja. Czułem ogień w okolicach kręgosłupa, skurcze mięśni w rękach i nogach. Trwało to zaledwie sekundę. Ogarnęło mnie ciepło, poczułem delikatne drgania, które czyniły mnie inną istotą. Zaparłem się łapami o twardą ziemię i wyciągnąłem się. Transformacja była łatwa, kiedy byłem tak skupiony. Nie miałem już problemów z łatwym wpadaniem w złość. Za wyjątkiem paru okoliczności. Na chwilę przypomniałem sobie ten straszny moment na tym okrutnym żarcie, jakim było wesele. Opanowała mnie wtedy tak ogromna furia, że nie mogłem panować nad swoim ciałem. Byłem w pułapce, trząsłem się i spalałem od wewnątrz, nie zdolny zabić tego potwora, który stał zaledwie parę metrów ode mnie. To było takie dezorientujące. Ogromna chęć zabicia go. Strach, że ją skrzywdzę. Moi przyjaciele, którzy stanęli między nami. I kiedy w końcu mogłem już się zmienić, rozkaz od mojego przywódcy. Zarządzenie alfy. Czy gdyby wtedy nie było Sam’a, tylko Embry i Quil... czy zdołałbym zabić mordercę? Nienawidziłem, kiedy Sam wydawał takie polecenie. Nienawidziłem tego uczucia, kiedy nie miałem żadnego wyboru. Kiedy musiałem być posłuszny. I wtedy poczułem, że mam publiczność. Nie byłem sam w moich myślach. Jak zawsze pochłonięty sobą, pomyślała Leah. Jasne, nie bądź hipokrytką Leah, odpowiedziałem jej. Hej, wy tam, uspokójcie się, powiedział nam Sam. Zapadła cisza, a ja poczułem grymas Leah. Drażliwa, jak zawsze. Sam udał, że tego nie zauważył. Gdzie są Quil i Jared? Quil jest z Claire. Zabiera ją do Clearwater’ów. Dobrze. Sue się nią zajmie. Jared wybierał się do Kim, pomyślał Embry. Pewnie cię nie usłyszał. Wszyscy obecni wydali niski pomruk. Dołączyłem do nich. Kiedy Jared w końcu się pojawi, bez wątpienia nadal będzie myślał o Kim. I nikt nie chciał wiedzieć, co robili przed chwilą. Sam przykucnął i koleiny skowyt przeszył powietrze. Był to zarazem sygnał i rozkaz. Wataha zebrała się kilka mil od miejsca, w którym się znajdowałem. Sadziłem susami przez gęsty las. Leah, Embry i Paul również kierowali się w to miejsce. Leah była blisko – słyszałem już jej kroki w oddali. Biegliśmy w równoległych liniach, zamiast biec razem. Nie będziemy czekali na niego cały dzień. Później przekażemy mu wszystko. Co się stało, szefie? Dopytywał się Paul. Musimy porozmawiać. Coś się wydarzyło. Poczułem myśli Sama przemykające do mojego umysłu – i to nie tylko Sama, ale i Setha, Collina i Brady’ego. Collin i Brady – nowi w naszym stadzie – towarzyszyli Sam’owi na patrolu, więc wiedzieli już, co się wydarzyło. Nie wiedziałem tylko dlaczego Seth już tu był, i wiedział o co chodzi. To nie była jego kolej. Seth, powiedz im co słyszałeś. Przyspieszyłem, chciałem być już na miejscu. Poczułem, że Leah również przyspieszyła. Nie lubiła jak ktoś ją prześcigał. Szczyciła się, że była najszybsza w grupie, a przynajmniej ona tak myślała. Patrz kretynie,’i przyspieszyła znowu. Zaparłem się i również przyspieszyłem. Sam najwyraźniej nie miał ochoty użerać się z nami i naszymi przepychankami. Jake, Leah uspokójcie się. Żadne z nas nie zwolniło. Sam warknął, ale odpuścił. Seth Charlie dzwonił koło południa a potem spotkał Billy'ego w moim domu. Tak, rozmawiałem z nim, dodał Paul Poczułem jak gwałtowny szok przeszył moje ciało, kiedy Seth pomyślał o Charliem. To było to. Koniec oczekiwania. Przyspieszyłem, zmuszając się do oddychania, kiedy moje płuca nagle przestały działać. Którą wersję wybrali? Wpadł w szał. Okazało się, że Edward i Bella wrócili w zeszłym tygodniu, i... Ból ustąpił. Nadal żyła. A przynajmniej nie była ‘martwa’. Nie zdawałem sobie dotąd sprawy jak ważne to dla mnie było. Myślałem o niej jak o zmarłej cały ten czas, i dopiero teraz to do mnie dotarło. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie wierzyłem w to, że wróci żywa. To nie powinno mieć żadnego znaczenia, bo wiedziałem, co się stanie później. Są też złe wiadomości. Charlie z nią rozmawiał, i mówił, że nie brzmiała dobrze. Powiedziała mu, że jest chora. Potem włączył się Carlisle i powiedział, że Bella złapała jakąś rzadką chorobę w Południowej Afryce. Poddali ja kwarantannie. Charlie wariuje, bo nie pozwalają mu jej zobaczyć. Powiedział, że nie obchodzi go, że może się zarazić, ale Carlisle nie ustąpił. Żadnych gości. Powiedział, że to coś poważnego, i że robi wszystko, co w jego mocy. Charlie zamartwia się już od paru dni, ale Billy'emu powiedział dopiero teraz. Powiedział, że chyba jej się pogarsza. Cisza, która nastała po słowach Setha była przenikliwa. Wszyscy rozumieliśmy. Więc umrze na tą chorobę, z tego co opowiadał Charlie. Czy pozwolą mu zobaczyć ciało? Blade, nieruchome, nieoddychające białe ciało? Nie pozwolą mu dotknąć zimnej skóry. Może zauważyć jak bardzo jest twarda. Będą musieli poczekać aż będzie w stanie leżeć w bezruchu, i powstrzymać się od zabicia Charlie’go i innych żałobników. Jak długo to potrwa? Czy ją pochowają? Czy wykopie sobie drogę z grobu, czy może krwiopijcy wrócą ją wykopać? Inni słuchali moich rozmyślań w spokoju. Poświęciłem tym myślom dużo więcej czasu niż oni. Leah i ja dotarliśmy na miejsce w tym samym czasie. Chociaż ona była pewna, że była pierwsza. Kucnęła przy bracie, kiedy ja podszedłem i stanąłem po jego prawej stronie. Paul się przesunął i zrobił mi miejsce. Może jeszcze raz, pomyślała Leah, ale ja jej już nie słyszałem. Zastanawiałem się, czemu tylko ją stoję. Sierść zjeżyła mi się na grzbiecie, rozpierała mnie niecierpliwość. Na co jeszcze czekamy? zapytałem. Nikt nic nie powiedział, ale czułem ich wahanie. No Dajcie spokój. Pakt został zerwany. Nie mamy dowodów – może ona jest chora. No proszę Cię!! Okoliczności wskazują na zerwanie paktu. Ale... Jacob, Sam nadal się wahał. Czy to jest na pewno to czego chcesz? Czy to odpowiednia reakcja? Wszyscy wiemy, że ona tego chciała. Pakt nie wspomina o preferencjach ofiary, Sam! Czy ona w ogóle jest ofiarą? Czy tak byś ją nazwał? Tak! Jake, pomyślał Seth, oni nie są naszymi wrogami. Zamknij się smarkaczu. To, że wielbisz ich niczym bohaterów, nie zmienia naszych zasad. Oni są naszymi wrogami. Są na naszym terytorium. Pokonamy ich. Nie ważne, że kiedyś walczyłeś u boku Edwarda Cullena. A co zrobimy, kiedy Bella będzie walczyć po ich stronie, Jacob? Co wtedy? Zapytał Seth. Ona już nie jest Bellą. Czy to ty ja zabijesz? Nie mogłem się powstrzymać od wzdrygnięcia na samą myśl o tym. Oczywiście, że nie ty. I co teraz. Każesz któremuś z nas to zrobić? A potem będziesz miał nam za złe? Ja nigdy... Jasne. Nie jesteś gotowy na tą walkę, Jacob. Instynktownie przygotowałem się do skoku, warcząc na rudawo- złotego wilka. Jacob! Ostrzegł mnie Sam. Seth, zamknij się na chwilę Seth przytaknął. Kurde, co mnie ominęło? Pomyślał Quil. Biegł na spotkanie najszybciej jak się tylko da. Słyszałem o telefonie Charlie’go... Właśnie się szykujemy, powiedziałem. Biegnij lepiej do Kim i przyprowadź tu Jareda, choćby siłą. Potrzebni są wszyscy Przyjdź prosto tutaj, Quil, rozkazał Sam. Nic jeszcze nie postanowiliśmy. Warknąłem. Jacob, muszę myśleć o dobrze naszego stada. Muszę wybrać wyjście, które będzie dla nas najbardziej bezpieczne. Dużo się zmieniło od czasu, kiedy nasi przodkowie zawiązali pakt. Ja... osobiście nie wierzę, że Cullenowie są dla nas zagrożeniem. I wiemy, że długo już tu nie zostaną. Kiedy już wszystko wyjaśnią, znikną. I wszystko będzie znowu po staremu. Po staremu? Jeśli ich zaatakujemy, Jared, oni będą się bronić. Boisz się? Chcesz ryzykować życie swoich braci? Przerwał. Albo siostry, dodał po chwili. Nie boję się śmierci. Wiem, że się nie boisz. Właśnie, dlatego kwestionuję twój wybór. Wpatrywałem się w jego czarne oczy. Czy zamierzasz bronić paktu swoich przodków? Bronię. Robię to, co dla nich najlepsze. Tchórz. Pysk mu zadrżał, pokazując szereg zębów. Wystarczy Jacob. Zostałeś przegłosowany. Głos Sama nabrał innego brzmienia, miał siłę, której nie mogliśmy się oprzeć. Siłę samca alfa. Spojrzał w oczy każdemu z wilków. Stado nie zaatakuje Cullenów dopóki oni nas nie sprowokują. Pakt nadal obowiązuje. Nie są zagrożeniem dla naszych ludzi, ani dla mieszkańców Forks. Bella Swan podjęła świadomą decyzję, nie zniszczy to paktu, jaki nawiązaliśmy. Brawo, brawo, pomyślał Seth. Powiedziałem żebyś siedział cicho, Seth. Oops. Przepraszam,Sam. Jacob, a ty dokąd? Opuściłem koło, kierując się na wschód tak, że byłem do nich odwrócony plecami. Pożegnam się z ojcem. Jak się okazuje nic mnie tu już nie trzyma. Jake, nie rób tego znowu! Zamknij się Seth, powiedziało kilka głosów jednocześnie. Nie chcemy żebyś odchodził, powiedział Sam, jego głos był bardziej miękki niż kiedykolwiek. Więc zmuś mnie Sam. Zabierz mi wolną wolę. Zrób ze mnie niewolnika. Wiesz że nigdy bym tego nie zrobił. Więc nie mamy sobie już nic do powiedzenia. Uciekłem od nich, starając się nie myśleć o przyszłości. Zamiast tego, skoncentrowałem się na wspomnieniach, kiedy przez wiele długich miesięcy byłem wilkiem, kiedy odrzuciłem człowieczeństwo aż stałem się tylko zwierzęciem. Żyłem chwilą, jadłem, kiedy byłem głodny, spałem, kiedy byłem zmęczony, piłem, kiedy byłem spragniony – biegłem, ponieważ chciałem. Proste pragnienia, i łatwe odpowiedzi. Ból był do zniesienia. Ból głodu. Zimnego lodu pod łapami. Ostrych szponów, kiedy kolacja się broniła. Na każdy rodzaj bólu był prosta rada, łatwy sposób żeby go zakończyć. Zupełnie inaczej, niż kiedy jest się człowiekiem. Jednak, kiedy już się zbliżałem do mojego domu, powróciłem do swojej ludzkiej formy. Chciałem pomyśleć trochę w samotności. Odwiązałem spodnie i szybko je założyłem, biegnąc do domu. Zrobiłem to. Ukryłem moje prawdziwe myśli i teraz było już za późno by ktoś mógł mnie powstrzymać. Sam już mnie nie słyszał. Postawił sprawę jasno. Sfora nie zaatakuje Cullenów. Dobrze. Nie powiedział nic o działaniu w pojedynkę. Sfora nikogo dzisiaj nie zaatakuję. Ale ja to zrobię. tłumaczenie: Amara 9. Byłem pewien jak cholera, że nie zobaczę czegoś takiego Tak naprawdę, to nie planowałem żegnać się z ojcem. Ostatecznie, jeden szybki telefon do Sama i wszystko zaczęłoby się od nowa. Próbowaliby mi zabronić, zawrócić mnie. Prawdopodobnie, starając się mnie rozwścieczyć bądź zranić jakoś zmusić do przemiany, żeby Sam mógł wydać mi odpowiedni rozkaz. Ale Billy oczekiwał mnie, wiedząc, że będę się zachowywał... Ozięble. Był na podwórku. Po prostu siedział tam na swoim wózku inwalidzkim, z oczami utkwionymi między drzewami, dokładnie w miejscu, z którego się wyłoniłem. Widziałem, iż analizował kierunek, w którym się poruszałem - szedłem prosto za dom, do mojego własnoręcznie zbudowanego garażu. - Masz chwilkę, Jake? Zatrzymałem się. Spojrzałem na niego, a potem prosto na garaż. - No dalej, chłopcze. Chociaż pomóż mi wejść do środka. Zacisnąłem zęby, ale zdecydowałem, że mógłby być o wiele bardziej skłonny do nieinformowania Sama o tym, co zamierzam, jeśli nie będę kłamał przez parę minut. - Od kiedy to potrzebujesz pomocy, staruszku? Zaśmiał się swoim tubalnym śmiechem. - Moje ramiona są już zmęczone. Pchałem wózek przez całą drogę z domu Sue. - Mieszkamy niżej niż ona. Cały czas jechałeś z górki. Wtoczyłem wózek na małą rampę, którą dla niego zbudowałem i wjechaliśmy do salonu. - Przyłapałeś mnie. Pomyśleć, że jechałem około 30 mil na godzinę. Było super. - Zrujnujesz ten wózek, wiesz? I wtedy będziesz mógł tylko wlec się na łokciach. - Nie ma szans. To już będzie twoja robota - noszenie mnie. - Nie będziesz wybierał się w zbyt wiele miejsc. Billy położył swoje dłonie na kołach i skierował się do lodówki. - Zostało coś do jedzenia? - No i masz mnie. Paul był tu cały dzień, więc prawdopodobnie nie. Billy westchnął. - Trzeba będzie zacząć chować artykuły spożywcze, jeśli mamy zapraszać wygłodzone wilkołaki. - Powiedz Rachel, żeby została u niego. Żartobliwy ton Billy'ego zniknął, a jego oczy złagodniały. - Mamy ją w domu tylko na kilka tygodni. Jest tu pierwszy raz od bardzo dawna. To przykre - dziewczynki były starsze niż Ty, gdy wasza mama odeszła. Mają o wiele większe trudności z przebywaniem w tym domu. - Wiem o tym. Rebecca nie była w domu ani razu od czasu, gdy wyszła za mąż, ale miała na to dobrą wymówkę. Bilety lotnicze z Hawaii były dość drogie. Waszyngton był natomiast na tyle blisko, że Rachel nie miała równie dobrego usprawiedliwienia. Gdyby nie Paul, prawdopodobnie szybko wyjechałaby z powrotem. Może to dlatego Billy jeszcze nie wyrzucał go z naszego domu. - Więc zamierzam popracować nad paroma rzeczami... - zacząłem zbliżać się do drzwi. - Zaczekaj, Jake. Nie masz zamiaru powiedzieć mi, co się stało? Mam zadzwonić do Sama po aktualizacje? Stałem plecami do niego, ukrywając przed nim wyraz mojej twarzy. - Nic się nie stało. Sam daje spokój. Wygląda na to, że wszyscy jesteśmy teraz tylko bandą fanów pijawek. - Jake... - Nie chcę o tym mówić. - Odejdziesz wkrótce? W pokoju panowała przez chwilę cisza, gdy zastanawiałem się jak ubrać w słowa moje myśli. - Rachel może z powrotem wziąć swój pokój. Wiem, że nienawidzi tego dmuchanego materaca. - Wolałaby raczej spać na podłodze niż Cię stracić. Tak samo ja. Parsknąłem. - Jacob, proszę. Jeśli potrzebujesz... Przerwy. Cóż, zrób ją sobie. Ale nie tak długą, jak poprzednia. Wróć. - Może. Może będę wracał na śluby. Sama, potem Rachel. Chociaż Jared i Kim mogą być pierwsi. Chyba powinienem sobie sprawić jakiś konkretny garnitur, czy coś w tym stylu. - Jake, spójrz na mnie. Odwróciłem się powoli. - Co? Przez długą minutę wpatrywał mi się prosto w oczy. - Dokąd idziesz? - Nie mam jeszcze żadnych konkretnych planów. Przechylił głowę na bok, a jego oczy zwęziły się. - Och, czy aby na pewno? Patrzyliśmy się na siebie spod byka. Wydawało się, że wskazówka sekundowa tykała coraz głośniej. - Jacob - powiedział. Jego głos był zmęczony. - Jacob, przestań. To nie jest tego warte. - Nie mam pojęcia o czym mówisz. - Zostaw Bellę i Cullenów w spokoju. Sam ma racje. Gapiłem się na niego przez sekundę, a potem przemierzyłem cały pokój dwoma długimi krokami. Złapałem za telefon. Wyrwałem kabel, i z gniazdka, i ze słuchawki. Zwinąłem szarą linkę wokół dłoni. - Żegnaj, tato. - Jake, poczekaj! - zawołał za mną, ale wybiegłem już za drzwi. Motocykl nie był co prawda tak szybki, jak moje własne nogi, ale był bardziej... Dyskretny. Zastanawiałem się, jak długo zajęłoby Billy'emu dotarcie do najbliższego sklepu, żeby móc zadzwonić do Sama. Mogłem się założyć, że Sam ciągle jeszcze był w wilczej formie. Problem mógłby się pojawić, gdyby Paul wrócił do naszego domu. Mógłby zmienić się w sekundę i powiadomić Sama, co zamierzam zrobić... Nie miałem zamiaru się tym teraz martwić. Będę jechał najszybciej, jak mogę, a jeśli mnie złapią, poradzę sobie z nimi, jeśli tylko będę musiał. Odpaliłem motocykl i już po chwili pędziłem przez zabłoconą alejkę. Nie odwracałem się za siebie, póki mój dom nie zniknął z zasięgu wzroku. Droga była zakorkowana przez turystów; krążyłem między samochodami, zasługując na te wszystkie dźwięki klaksonów i środkowe palce posłane w moją stronę. Skręciłem w sto jedynkę, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem. Musiałem przez jakiś czas jechać grzecznie, żeby uniknąć zmiażdżenia przez minivana - nie żeby mnie to mogło zabić, ale z pewnością spowodowałoby pewne opóźnienia. Złamane kości - przynajmniej te większe - potrzebowały kilku dni, żeby wyleczyć się kompletnie, jak miałem już okazję się przekonać. Samochody na drodze troszkę się przerzedziły, więc wcisnąłem mocniej pedał, dochodząc do osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Nie zwolniłem, dopóki nie zbliżyłem się do zwężenia drogi - tu zorientowałem się, że jestem już bezpieczny. Sam nie przybiegłby aż tak daleko, by mnie powstrzymać. Było już na to za późno. Nie było jeszcze sekundę temu, więc kiedy już miałem odrobinę swobody, zacząłem się zastanawiać, co dokładnie miałem w ogóle zamiar zrobić. Zwolniłem do dwudziestki, skręcając w stronę drzew bardziej ostrożnie niż było to konieczne. Wiedziałem, iż usłyszą, że nadchodzę, z motocyklem, czy bez, więc niespodzianka odpadała. Nie było sposobów na ukrycie moich zamiarów. Edward usłyszy moje plany, jak tylko znajdę się wystarczająco blisko. Może już usłyszał. Ale sądziłem, że to wciąż mogło się udać, ponieważ miałem jego ego po swojej stronie. Tak bardzo chciał zmierzyć się ze mną sam na sam. Więc po prostu ruszyłem dalej, chętny do wyzwania Edwarda na pojedynek. Parsknąłem. Kiedy z nim skończę, załatwię tylu z nich, ilu tylko będę mógł, zanim sami mnie zabiją. Huh zastanowiłem się, czy Sam zauważył w tym jakąś prowokację śmierci z mojej strony. Prawdopodobnie powiedziałby, że mam to, na co zasłużyłem. Nie chciałby oskarżać swoich krwiopijczych przyjaciół. Droga zmieniła się w dróżkę i obrzydliwy zapach uderzył mnie prosto w twarz, niczym zgniły pomidor. Ugh. Śmierdzące wampiry. Mój brzuch zaczynał burczeć. Ten smród był trudny do zniesienia przyzwyczajony do zapachu ludzi, zapomniałem o tym jak bardzo. Nie byłem pewien czego mam oczekiwać, ale nie było ani jednej żywej duszy wokół tej ich wielkiej, białej krypty. Oczywiście wiedzieli już, że tu jestem. Wyłączyłem silnik i wsłuchałem się w ciszę. Teraz słyszałem już wyraźnie napięty, poddenerwowany bełkot, wydobywający się z drugiej strony podwójnych drzwi. Ktoś był w domu. Usłyszałem swoje imię i uśmiechnąłem się do siebie, zadowolony z myśli, że z pewnością przyprawiłem ich o drobny stresik. Wziąłem duży haust powietrza - w środku mogło być tylko gorzej - i wspiąłem się po schodach jednym susem. Drzwi otworzyły się, zanim jeszcze ich dotknąłem. Gdy doktor zmaterializował się w nich, jego oczy były niezwykle poważne. - Witaj, Jacob - powiedział, o wiele spokojniej niż mógłbym oczekiwać. - Jak się masz? Wziąłem głęboki wdech ustami. Smród bijący zza drzwi był zbyt przytłaczający. Byłem zawiedziony, że to Carlisle otworzył. Wolałbym, żeby Edward pojawił się we framudze, a wtedy już tylko kły w ruch. Carlisle był bardziej taki... po prostu ludzki, o ile można to tak ująć. Może to przez te wizyty domowe zeszłej wiosny, kiedy byłem... kontuzjowany. Było to dla mnie trochę niekomfortowe patrzeć mu w oczy ze świadomością, że mam zamiar go zabić, gdy tylko będę miał okazję. - Słyszałem, że Bella jest chora. - powiedziałem. - Em, Jacob, to naprawdę nie jest najlepszy moment - doktor wydawał się jakiś nieswój, ale nie w sposób, jakiego oczekiwałem. - Możemy załatwić to później? Gapiłem się na niego przez chwilę oniemiały. Czy on właśnie prosił mnie, aby przełożyć rzeźnię, którą planowałem na bardziej odpowiedni moment? I nagle usłyszałem głos Belli, chrapliwy i szorstki, i nie mogłem już myśleć o niczym innym. - Dlaczego nie? - zapytała kogoś. - Przed Jacobem też mamy mieć jakieś sekrety? W jakim celu? Jej głos nie był tym, czego oczekiwałem. Próbowałem wyobrazić sobie głosy tych młodych wampirów zasłyszane wiosną, ale wszystko co pamiętałem to warknięcia i pocharkiwania. Może wszystkie nowonarodzone wampiry brzmiały tak chrapliwie podczas mówienia? - Jacob, wejdź proszę - Bella zaskrzeczała trochę głośniej. Oczy Carlisle'a momentalnie się zwęziły. Zastanawiałem się, czy Bella nie jest po prostu zwyczajnie spragniona. Moje oczy również zmieniły się w szparki. - Przepraszam bardzo - powiedziałem do doktora i zacząłem go omijać szerokim łukiem. To było trudne odwrócenie się do niego tyłem przeczyło wszystkim moim instynktom. Trudne, ale możliwe. Jeśli byłoby coś takiego, jak niegroźny wampir, był to z pewnością ten dziwnie łagodny przywódca. Trzymałbym się z daleka od Carlisle'a, gdyby zaczęła się walka. Było ich wystarczająco dużo do zabicia bez mieszania w to jego. Wślizgnąłem się do domu, cały czas dotykając plecami ściany. Moje oczy szybko omiotły pokój - nie był mi znajomy. Kiedy ostatni raz tu byłem, wystrój był inny, przygotowany na przyjęcie z okazji ukończenia liceum. Teraz wszystko było takie jasne i blade. Wliczając w to sześć wampirów stojących w zwartej grupie przy białej sofie. Byli tu wszyscy, wszyscy razem, ale to nie to zmroziło mnie w miejscu i to nie to spowodowało, że szczęka opadła mi do samej ziemi. To był Edward. A raczej wyraz jego twarzy. Widziałem go już wściekłego i widziałem go aroganckiego, a raz nawet cierpiącego. Ale to - to było bliskie agonii. Jego oczy wyglądały jak oczy szaleńca. Nie podniósł wzroku, żeby rzucić mi standardowe piorunujące spojrzenie. Wpatrywał się w kanapę obok siebie z miną, jakby ktoś go co najmniej wrzucił w szalejące płomienie. Ręce miał sztywno przytwierdzone do swoich boków. Nie mogłem nawet cieszyć się z jego udręczenia. Myślałem tylko o jednej rzeczy, która mogła doprowadzić go do takiego stanu i moje oczy podążyły za jego wzrokiem. Zobaczyłem ją w tym samym momencie, w którym zwęszyłem jej zapach. Jej ciepły, czysty, ludzki zapach. Bella była w połowie schowana za oparciem sofy, w lekko skulonej pozycji, ramionami obejmując kolana. Przez długie sekundy nie widziałem niczego innego, prócz tego, że była ona wciąż tą Bellą którą kochałem. Jej skóra wciąż była miękka, blada i lekko brzoskwiniowa, a jej oczy wciąż były barwy czekolady. Moje serce załomotało dziwnie nierównym rytmem i zastanawiałem się, czy to nie jest tylko jakiś przekłamany sen, z którego za chwilę miałem się obudzić. Wtedy naprawdę ją zobaczyłem. Miała ogromne cienie pod oczami. Fioletowe cienie, które pojawiły się, bo jej twarz była tak zmizerniała. Jej skóra wydawała się za ciasna - jakby kości policzkowe miały zaraz przebić ją na wylot. Większość ciemnych włosów miała związanych w niedbałą kitkę, ale niektóre niesforne kosmyki opadały na jej czoło i szyję, oblepiając przy tym pokrytą potem skórę. Jej palce i nadgarstki były tak wątłe, że mogły napawać przerażeniem. Była chora. Bardzo chora. Więc to nie było kłamstwo. Historyjka, którą Charlie opowiedział Billy'emu, nie była tylko historyjką. Kiedy tak stałem i gapiłem się na nią, jej skóra zmieniła barwę na jasnozieloną. Blond pijawka - ta efekciarska, Rosalie - pochyliła się nad nią w dziwnie obronnej pozycji, zasłaniając mi widok. Coś było nie tak. Zawsze wiedziałem jak czuje się Bella - jej myśli były tak oczywiste; zupełnie jakby miała je wypisane na czole. Więc nie musiała nawet opowiadać mi każdego szczegółu jakieś sytuacji, abym mógł ją zrozumieć. Wiedziałem, że Bella nie lubiła Rosalie. Widziałem to w sposobie, w jaki układała usta, kiedy o niej mówiła. Chociaż nie chodziło tylko o to, że nie darzyła jej sympatią. Ona się po prostu jej bała. A przynajmniej kiedyś tak było. Jednak teraz, gdy Bella ukradkiem na nią spoglądała, nie było w jej oczach cienia strachu . Jej mina była... Jakby skruszona, czy coś takiego. Nagle Rosalie chwyciła jakąś miskę z podłogi i podstawiła Belli pod brodę, w razie gdyby miała ona zwymiotować. Edward upadł na kolana przy boku Belli - jego oczy miały taki wyraz, jakby doświadczał niesamowitych tortur - ale Rosalie wyciągnęła ku niemu ręce, ostrzegając, aby się cofnął. To wszystko nie miało najmniejszego sensu. Kiedy tylko Bella zdołała podnieść głowę, uśmiechnęła się do mnie słabo, ze skrępowaniem. - Przepraszam za to - wyszeptała do mnie. Edward jęknął naprawdę cicho. Jego głowa opadła na kolana Belli. Położyła swoją dłoń na jego policzku, jakby to ona musiała go pocieszać. Nie zdawałem sobie sprawy, że moje nogi zaniosły mnie tak daleko, póki Rosalie nie zasyczała na mnie, nagle materializując się między mną a kanapą. Wyglądała jak osoba z ekranu telewizora. Nie obchodziło mnie, że tu jest. Nie wyglądała nawet na prawdziwą. - Rose, nie - wyszeptała Bella. - Wszystko w porządku. Blondyna zeszła mi z drogi z wyraźnym wysiłkiem. Rzucając gniewne spojrzenia usiadła przy głowie Belli, spięta i gotowa do skoku. Było mi łatwiej ją ignorować niż mogłem to sobie wymarzyć. - Bella, co się dzieje? - wyszeptałem. Nieświadomie również znalazłem się na kolanach, pochylony przez oparcie kanapy obok jej... męża. Wydawało się, że nawet mnie nie zauważał, a i ja ledwo rzuciłem na niego okiem. Sięgnąłem po jej wolną rękę i objąłem ją swoimi dłońmi. Jej skóra była lodowata. - Wszystko w porządku? To było głupie pytanie. Nie odpowiedziała. - Tak się cieszę, że przyszedłeś się dziś ze mną zobaczyć, Jacob - powiedziała. Mimo że wiedziałem, iż Edward nie słyszy jej myśli, wydawało się, jakby odnalazł w jej słowach jakieś drugie znaczenie, którego ja nie dostrzegałem. Jęknął znowu, z twarzą wtuloną w koc którym była przykryta, a ona pogłaskała go po policzku. - Co jest, Bella? - nalegałem, zaciskając moje ręce ciasno wokół jej zimnych, wątłych palców. Zamiast odpowiedzieć, rzuciła okiem na pokój, jakby czegoś szukała z pewną prośbą i jednocześnie ostrzeżeniem. Sześć par zatroskanych, żółtych oczy wpatrywało się w nią. Wreszcie zwróciła się do Rose. - Pomożesz mi wstać, Rose? - zapytała. Usta Rosalie odsłoniły jej białe zęby i patrzyła na mnie ze wściekłością, jakby za chwile miała mi rozszarpać gardło. - Proszę, Rose. Blondyna zrobiła dziwną minę, ale pochyliła się nad nią zaraz obok Edwarda, który nie poruszył się ani o milimetr. Oplotła delikatnie swoimi ramionami ramiona Belli. - Nie - wyszeptałem. - Nie wstawaj... - Wyglądała tak słabo. - Odpowiadam na Twoje pytanie - charknęła, brzmiąc odrobinę bardziej tak, jak zawsze, gdy się do mnie zwracała. Rosalie podniosła Bellę z kanapy. Edward został na swoim miejscu, jego twarz utonęła w poduszkach. Koc opadł na podłogę i na stopy Belli. Jej ciało było opuchnięte, tułów jakby napęczniał w dziwy, chory sposób. Okrywał go bardzo wyblakły, szary podkoszulek, który był zdecydowanie zbyt duży dla jej wątłych ramion. Reszta ciała była tak chuda, jakby ten duży brzuch rósł dzięki temu, co z niej wyssał. Zajęło mi kilka sekund, zanim zrozumiałem, czym była ów zdeformowana część jej ciała - nie zorientowałem się, dopóki delikatnie nie złożyła rąk na swoim nadętym brzuchu, jedną wyżej, drugą na dole. Jakby go kołysała. Zrozumiałem to właśnie wtedy, ale wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Przecież widziałem ją zaledwie miesiąc temu. Nie było mowy, żeby mogła być w ciąży. Nie w tak zaawansowanym stadium. Pomijając fakt, że była. Nie chciałem na to patrzeć, nie chciałem o tym myśleć. Nie chciałem sobie nawet wyobrażać tego czegoś w środku niej. Nie chciałem wiedzieć, że coś, czego tak bardzo nienawidziłem, zakorzeniło się w ciele, które kochałem. Zalała mnie fala nudności i musiałem połknąć wymiociny. Ale było coś gorszego niż to, o wiele gorszego. Jej wykrzywione ciało, kości prześwitujące przez skórę jej twarzy. Mogłem tylko zgadywać, dlaczego tak wyglądała - dlaczego jej brzuch był już tak wielki i dlaczego była tak schorowana - bo cokolwiek było w środku, wysysało z niej życie, żeby nakarmić siebie... Ponieważ było potworem. Tak samo, jak jego ojciec. Zawsze wiedziałem, że w końcu ją zabije. Zerwał się, gdy tylko usłyszał myśli w mojej głowie. Przez sekundę oboje byliśmy na kolanach. Nagle on znalazł się na nogach, górując nade mną. Jego oczy były czarne jak smoła, a cienie pod nimi ciemnofioletowe. - Wychodzimy, Jacob. - warknął. Też byłem już na nogach, patrzyłem na niego z góry. Nareszcie miałem to, po co przyjechałem. Ten wielki, Emmett, stanął obok Edwarda razem z wyglądającym na bardzo głodnego Jasperem za sobą. Nie obchodziło mnie to. Może sfora mnie pomści, kiedy już ze mną skończą. A może nie. Nie miało to dla mnie znaczenia. Na ułamek sekundy moje oczy zatrzymały się na dwóch osobach stojących z tyłu. Esme. Alice. Małe kobiety. W pewnym sensie. Cóż, byłem pewien, że tamci zabiliby mnie zanim musiałbym robić cokolwiek z nimi. Nie chciałem zabijać dziewczyn... Nawet wampirów. Chociaż mógłbym zrobić wyjątek dla blondyny. - Nie - Bella z trudem złapała powietrze i powłóczyła się do przodu, by chwycić ramiona Edwarda. Rosalie ruszyła zaraz za nią, jakby były spięte jakimś łańcuchem. - Muszę tylko z nim porozmawiać, Bello - powiedział cicho Edward, tylko do niej. Dotknął palcami jej twarzy i pogłaskał. Wznieciło to we mnie ogień wściekłości - po tym wszystkim co jej zrobił, ciągle mógł dotykać ją w ten sposób. - Nie nadwyrężaj się - błagał. - Odpoczywaj, proszę. Oboje wrócimy za parę minut. Wpatrywała się w jego twarz, próbując z niej coś odczytać. Po chwili skinęła głową i opadłą z powrotem na kanapę. Rosalie pomogła jej ułożyć się znów na poduszkach. Bella patrzyła teraz na mnie, starając się zatrzymać na sobie mój wzrok. - Zachowuj się - poprosiła. - A potem wróćcie. Nie odpowiedziałem. Nie miałem zamiaru składać dziś żadnych obietnic. Podążyłem za Edwardem w stronę frontowych drzwi. Szedł prosto, nie sprawdzając ani razu, czy nie mam zamiaru przypadkiem rzucić mu się na plecy. Podejrzewałem, że nie musiał tego sprawdzać. Wiedziałby, gdybym zdecydował się zaatakować. Co oznaczało, że musiałbym podjąć tą decyzję bardzo szybko... - Jeszcze nie jestem gotów na to, żebyś mnie zabił Jacob - szepną, oddalając się szybko od domu. Musisz uzbroić się w odrobinę cierpliwości. Jakby mnie to obchodziło, czy jest gotów czy nie. Odburknąłem na wdechu - Cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Szedł jednak dalej, a ja deptałem mu po piętach. Byliśmy już kilka dobrych metrów od domu. Cały byłem rozpalony, moje ręce dygotały. Niemal na krawędzi wytrzymałości, czekałem gotowy. Zatrzymał się bez ostrzeżenia i odwrócił w moją stronę. Wyraz jego twarzy znowu mnie zmroził. Przez sekundę byłem tylko dzieckiem - dzieckiem, które przez całe swoje życie mieszkało w tym samym, małym miasteczku. Zwykłym dzieckiem. Wiedziałem, że musiałbym przeżyć o wiele więcej, cierpieć o wiele więcej, żeby kiedykolwiek zrozumieć tą agonię w oczach Edwarda. Podniósł rękę, z zamiarem starcia potu z czoła, ale przejechał tylko palcami po swojej twarzy, jakby zaraz miał rozszarpać pokrywającą ją marmurową skórę. Jego czarne oczy płonęły w oczodołach w zamglonym spojrzeniu, przypatrywał się czemuś w swoim umyśle. Otworzył usta, jakby miał zamiar zacząć krzyczeć, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Pomyślałem, że właśnie tak musi wyglądać twarz człowieka, który płonie na stosie. Przez moment nie byłem w stanie nic powiedzieć. To było zbyt prawdziwe, ta twarz - widziałem cień tego spojrzenia w domu, widziałem to w jego i jej oczach, ale to była zdecydowanie kulminacja. Ostatni gwóźdź w jej trumnie. - To Ją zabija, prawda? Ona umiera - wiedziałem, że kiedy to powiedziałem, mój wyraz twarzy był jakby łagodniejszą wersją jego. Słabszy, inny, bo wciąż byłem w szoku. Nie odwróciłem nawet jeszcze głowy to wszystko działo się zbyt szybko. Miał czas, by dojść do tego wniosku. Było to inne, bo ja straciłem ją już wiele razy, na wiele sposobów - w mojej głowie. A różnica polegała na tym, że ona tak naprawdę nigdy nie była moja, żebym mógł ją stracić. I na tym, że to, iż umiera, nie było moją winą. - Moja wina - wyszeptał Edward i jego kolana ugięły się. Upadł przede mną, taki słaby, łatwy cel, łatwiejszy niż można to było sobie wyobrazić. Ale czułem się zimny jak lód - nie było już we mnie ognia. - Tak - jęknął z twarzą przyciśniętą do podłoża, jakby spowiadał się ziemi. - Tak, to ją zabija. Jego całkowita bezsilność irytowała mnie. Chciałem bitwy, nie egzekucji. Gdzie teraz była ta jego pełna samozadowolenia wyższość? - Więc dlaczego Carlisle nic nie zrobił? - burknąłem - W końcu jest lekarzem, nie? Wyciągnijcie to z niej. Podniósł wzrok i odpowiedział mi zmęczonym głosem. Zupełnie, jakby tłumaczył coś przedszkolakowi kolejny raz z rzędu. - Nie pozwala nam. Zajęło mi chwilę, zanim jego słowa do mnie dotarły. Jezu, znowu ten sam schemat. Oczywiście, zginąć dla potomka takiego potwora. To było takie w stylu Belli. - Znasz ją dobrze - wyszeptał. - Tak szybko to dostrzegłeś... Ja nie zauważyłem. Nie na czas. Prawie w ogóle nie rozmawiała ze mną podczas powrotu do domu. Myślałem, że jest przerażona - to byłoby naturalne. Myślałem, że jest na mnie zła za to, że musi tyle przeze mnie przejść, za narażanie jej życia. Znów. Nigdy nawet nie zgadłbym o czym myślała, co planowała. Nie, dopóki moja rodzina nie przywitała nas na lotnisku, a ona pobiegła prosto w ramiona Rosalie. Rosalie! I wtedy usłyszałem, o czym myślała Rose. Nie rozumiałem dopóki tego nie usłyszałem. Ty zrozumiałeś w sekundę... - jęknął, a potem westchnął. - Czekaj, czekaj, cofnijmy się odrobinę. Ona wam NIE POZWALA? - Sarkazm po prostu sunął mi się na usta. - Myślisz, że jest ona pełna sił, jak każda stu kilowa ludzka dziewczyna w ciąży? Czy wyście pijawki pogłupiały? Przytrzymajcie ją i omamcie jakimiś lekami. - Chciałem to zrobić - wyszeptał. - Carlisle zgodziłby się na to. - Więc co, byliście za szlachetni do cholery? - Nie. Nie chodziło o szlachetność. Jej ochroniarz skomplikował sprawy. Och. Jego opowieść nie miała wcześniej zbyt wielkiego sensu, ale teraz wszystko pasowało. Więc o to chodziło blondi. Ale co ona miała z tego? Królowa piękności chciała, żeby Bella umarła w mękach? - Może - powiedział Edward.- Ale Rosalie nie patrzy na to w dokładnie taki sposób. - Więc wywlecz blondynę pierwszą. Daruj sobie uprzejmości i zajmij się Bellą. - Emmett i Esme są po jej stronie. Emmett nigdy nie pozwoliłby nam... A Carlisle nie pomoże mi przekonać Esme.. - jego głos cichł powoli. - Powinieneś zostawić Belle mnie. - Wiem. Teraz, to już odrobinę za późno, pomyślałem. Może powinien o tym pomyśleć, zanim sprezentował jej wysysającego życie potwora. Wpatrywał się we mnie z czeluści swojego własnego piekła i widziałem, że zgadzał się ze mną. - Nie wiedzieliśmy - powiedział, jego słowa były tak ciche jak oddech. - Nigdy nie myślałem... Nigdy wcześniej nie było takiego przypadku jak ja i Bella. Skąd mogliśmy wiedzieć, że człowiek może począć dziecko z jednym z nas.. - Bo zostałby rozszarpany na kawałki w międzyczasie? - Tak - zgodził się ze mną napiętym szeptem. - Oni są, Ci sadystyczni, brutalni, prawdziwy koszmar. Oni istnieją. Ale pokusa to jedynie wstęp do uczty. Nikt nie przeżyje. Bredził i trząsł głową jakby ta myśl budziła w nim odrazę. Jakby on był inny. - Nie zdawałem sobie sprawy, że znasz tyle określeń na to kim jesteś. - parsknąłem. Wpatrywał się we mnie. Jego twarz wyglądała na sto lat starszą niż zwykle. - Nawet ty, Jacobie Black, nie możesz nienawidzić mnie tak bardzo, jak sam siebie nienawidzę. Mylisz się, pomyślałem zbyt rozwścieczony, by cokolwiek powiedzieć. - Zabicie mnie teraz nie uratuje jej życia - powiedział cicho. - Więc co uratuje? - Jacob, musisz coś dla mnie zrobić. - Mogę najwyżej wysłać Cię prosto do piekła, pijawo! Nadal wpatrywał się we mnie tymi zmęczonymi oczami szaleńca. - Dla niej? Zacisnąłem mocniej szczękę. - Robiłem wszystko, co tylko mogłem, żeby trzymać ją z dala od Ciebie. Wszystko. Teraz jest już za późno. - Znasz Ją, Jacob. Łączy Cię z nią coś, czego nawet ja nie jestem w stanie zrozumieć. Jesteś częścią niej i ona jest częścią Ciebie. Nie posłucha mnie ponieważ pomyśli, że jej nie doceniam. Uważa, że jest na to wszystko wystarczająco silna.. - przełkną ślinę jakby się dławił - Może Ciebie posłucha. - Dlaczego miałaby mnie słuchać? Chwiał się na nogach, jego oczy płonęły jaśniej niż wcześniej, bardziej dziko. Zastanawiałem się czy naprawdę oszalał. Czy wampiry mogą stracić zmysły? - Może - odpowiedział, czytając mi w myślach. - Nie wiem. Ale tak się właśnie czuję. - Potrząsnął głową. Muszę starać się to przed nią ukrywać, bo stres wpędza ją tylko w gorszy stan. Nie może wiedzieć, jak naprawdę jest. Muszę być opanowany - nie mogę nic pogorszyć. Ale to teraz nieważne. Musi Cię posłuchać! - Nie mogę powiedzieć jej nic, czego Ty byś już jej nie powiedział. Co chcesz żebym zrobił? Powiedzieć jej, że jest głupia? Prawdopodobnie już to wie. Powiedzieć jej, że umrze? Założę się, że z tego też zdaje sobie sprawę. - Możesz zaoferować jej to, czego chce. To nie miało żadnego sensu. Faktycznie oszalał? - Nie obchodzi mnie nic, prócz utrzymania jej przy życiu - powiedział, nagle skupiony. - Jeśli chce dziecka, może je mieć. Może mieć i pół tuzina dzieci. Cokolwiek tylko zechce. - Zamilknął na chwilę. Może mieć nawet szczeniaki, jeśli to konieczne. Napotkał przez moment na moje spojrzenie. Jego twarz wyglądała niemal na obłąkaną, pod zaledwie cieniutką warstwą samokontroli. Moje groźne spojrzenie złagodniało, gdy tylko pojąłem sens jego słów. Poczułem jak moje usta otwierają się w szoku. - Ale nie w ten sposób! - syknął zanim zdążyłem zareagować. - Nie kiedy to coś wysysa z niej życie, podczas gdy Ja mogę tylko patrzeć! Patrzeć na jej chorobę a potem na to, jak odchodzi. Widzieć jak to coś ją krzywdzi. - Szybko wciągnął powietrze, jakby ktoś właśnie uderzył go w brzuch. - Musisz jej to wszystko uświadomić, Jacob. Mnie już nie posłucha. Rosalie zawsze jest przy niej, podjudzając to szaleństwo - dopingując ją. Broniąc jej. Nie, broniąc tego czegoś. Życie Belli nic dla niej nie znaczy. Odgłos, który wydobył się z mojego gardła, brzmiał, jakbym się dławił. O czym on mówił? Że co Bella powinna zrobić? Mieć dziecko? Ze mną? Co? Jak? Miał zamiar mi ją oddać? Albo myślał, że nie będzie miała nic przeciwko temu, żebyśmy się podzielili? - Obojętnie. Cokolwiek, co zatrzyma ją przy życiu. - To najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek wymyśliłeś - wybełkotałem. - Ona Cię kocha. - Niewystarczająco. - Jest gotowa umrzeć, żeby tylko mieć dziecko. Może zaakceptuje coś mniej niebezpiecznego. - Co Ty, nie znasz jej? - Wiem, wiem. Będzie to wymagać długiego przekonywania. Dlatego Cię potrzebuję. Wiesz jak ona na wszystko patrzy. Ukaż jej sens tego wszystkiego. Nie mogłem nawet myśleć na temat tego, co sugerował. To było zbyt wiele. Niemożliwe. Złe. Chore. Wypożyczać Bellę na weekendy, a potem zwracać w poniedziałek jak wypożyczony film? Popieprzone. Ale zachęcające. Nie chciałem o tym myśleć, nie chciałem sobie nawet tego wyobrażać, ale wizje były silniejsze. Fantazjowałem w ten sposób o Belli setki razy, kiedy była jeszcze dla nas jakaś szansa, a potem przekonałem się, że fantazje na zawsze pozostaną tylko fantazjami, bo nie było dla mnie nadziei, nawet najmniejszej. Ale teraz wszystko powróciło. Bella w moich ramionach, Bella szepcząca moje imię... Jednak najgorsze było to nowe wyobrażanie, którego nigdy wcześniej nie miałem. Wyobrażenie, które nigdy nie miało nawet prawa zaistnieć. Jeszcze nie. Bella, zdrowa i promienna, zupełne przeciwieństwo tego, jak wyglądała teraz, ale w pewnym sensie podobna: jej ciało, niewyniszczone, ale zmienione w bardziej naturalny sposób. Przez moje dziecko... Próbowałem uciec od tych myśli, aby pijawka ich nie wyłapała. - Ukazać jej sens? Na jakim świecie Ty żyjesz? - Przynajmniej spróbuj. Potrząsnąłem szybko głową. Czekał, ignorując moją negatywną odpowiedź, ponieważ słyszał wewnętrzny konflikt, jaki odbywałem sam ze sobą. - Skąd się biorą te wasze psycho-moce? - Nie myślałem o niczym innym, prócz tego, jak ją uratować, odkąd zdałem sobie sprawę, co planuje. Że jest gotowa umrzeć. Ale nie wiedziałem, jak się z Tobą skontaktować. Byłem pewien, że nie posłuchałbyś mnie, gdybym Cię wezwał. Niedługo sam zacząłbym Cię szukać, jeśli nie zjawiłbyś się tu dzisiaj. Ale ciężko mi ją zostawić, chociażby na kilka minut. Jej stan... Zmienia się tak szybko. To coś... rośnie. Bardzo szybko. Nie mogę się teraz od niej oddalać. - Co to w ogóle jest? - Nikt z nas nie ma pojęcia. Ale jest już dużo silniejsze od niej. Mogłem sobie to wyobrazić - widziałem tego małego potwora w mojej głowie, niszczącego ją od środka. - Pomóż mi to zatrzymać - wyszeptał. - Pomóż mi, zanim to się wydarzy. - Jak? Oferując się jako reproduktor? - Nawet nie skrzywił się, gdy to powiedziałem, Ja za to tak. Naprawdę oszalałeś. Ona nigdy tego nie zrobi. - Spróbuj. Nie ma już nic do stracenia. To nie sprawi jej bólu. Ale mi sprawi. Czy nie wystarczająco dużo już razy odrzuciła mnie i bez tego? - Odrobina bólu za uratowanie jej? Czy to tak wysoka cena? - Ale to nie zadziała. - Może nie. Może ją to zmiesza. Może zawaha się w swoim postanowieniu. Jeden moment wahania jest wszystkim, czego potrzebuję. - A co, jeśli uzna to za absurd? Jak będę się mógł wykręcić? Powiem: „Tylko żartowałem, Bello?" - Jeśli chce dzieci, będzie je mieć. Nie będę odmawiał. Nie mogłem uwierzyć, że w ogóle nad tym myślałem. Bella pobiłaby mnie - nie żebym się przejmował sobą, ale mogła prawdopodobnie znowu złamać sobie rękę. Nie powinienem był pozwalać mu na tą rozmowę, na mieszanie mi w głowie. Powinienem go zabić w tym momencie. - Nie teraz - wyszeptał. - Nie teraz. Tak czy siak, zniszczy ją to i dobrze o tym wiesz. Nie ma potrzeby się z tym spieszyć. Jeśli Cię nie posłucha, dostaniesz swoją szansę. W momencie, kiedy serce Belli przestanie bić, będę Cię błagał żebyś mnie zabił. - Nie będziesz musiał błagać długo. Kąciki jego ust zadrżały lekko. - Liczę na to. - Więc mamy umowę. Skinął głową i wyciągnął w moją stroną swoją zimną rękę. Powstrzymując obrzydzenie sięgnąłem po jego dłoń. Czułem, jakby moje palce trzymały kamień, kiedy nią potrząsnąłem. - Mamy umowę. - zgodził się. tłumaczenie: Evergreen 10. Dlaczego po prostu nie odszedłem? Och tak. Bo jestem idiotą. Czułem się.. Sam nie wiem. Jakbym nie był prawdziwy. Jakbym był jakąś gotycką wersją kiepskiego sitcomu. Jednak zamiast być zwykłym frajerem, zapraszającym najładniejszą cheerleaderkę na bal, byłem zwykłym wilkołakiem, mającym zamiar prosić żonę wampira o usunięcie ciąży i rozmnażanie ze mną. Nieźle. Nie, nie zrobię tego. To złe i pokręcone. Chciałem zapomnieć o wszystkim, co powiedziała pijawka. Ale porozmawiam z nią. Spróbuję zrobić coś, żeby mnie posłuchała. A ona i tak nie posłucha. Jak zawsze. Edward nie odpowiadał ani nie komentował moich myśli, odkąd skierował się z powrotem do domu. Zastanawiałem się nad miejscem, w którym się wtedy zatrzymaliśmy. Czy było wystarczająco daleko od domu, żeby inni nie mogli słyszeć o czym rozmawialiśmy? To dlatego zaciągnął mnie tak daleko? Możliwe. Kiedy przeszedłem przez drzwi, wszyscy Cullenowie byli nieco zmieszani i nieufni. Nie wyglądali na złych czy oburzonych. Więc musieli nie słyszeć ani słowa z tego, o co prosił mnie Edward. Z wahaniem stanąłem we framudze, nie będąc pewnym, co teraz zrobić. Tu było mi najlepiej, z odrobiną świeżego powietrza napływającą z zewnątrz. Edward wszedł w głąb tego zgromadzenia, ze sztywnymi ramionami. Bella patrzyła na niego z zatroskaniem, po czym na ułamek sekundy przeniosła wzrok na mnie. A potem znów wpatrywała się tylko w niego. Jej twarz przybrała lekko szarawy odcień i zrozumiałem, co pijawka miała na myśli, mówiąc o tym, że stres tylko pogarsza jej stan. - Pozwolimy teraz Belli i Jacobowi porozmawiać na osobności. - powiedział Edward. Jego głos był beznamiętny, pozbawiony emocji. Jak u robota. - Po moim trupie - syknęła Rosalie. Wciąż krążyła przy głowie Belli. Jedną ze swoich zimnych dłoni zaborczo dotykała poszarzałego policzka dziewczyny. Edward nie patrzył na nią. - Bello - powiedział tym samym, wypranym z emocji tonem - Jacob chce z Tobą porozmawiać. Boisz się być z nim sama? Bella spojrzała na mnie zmieszana. Potem przeniosła wzrok na Rosalie. - Rose, wszystko w porządku. Jake nie ma zamiaru nas skrzywdzić. Idź z Edwardem. - To może być sztuczka. - ostrzegła blondyna. - Niby jakim cudem... - powiedziała Bella. - Carlisle i ja będziemy cały czas w zasięgu twojego wzroku, Rosalie - powiedział Edward. Jego pozbawiony uczuć ton zmieniał się powoli, ukazując gniew. - To nas przecież się boi. - Nie - szepnęła Bella. Jej oczy rozbłysły, a rzęsy stały się mokre. - Nie, Edwardzie, ja nie.. Potrząsnął głową, uśmiechając się odrobinę. Trudno było patrzeć na jego wykrzywione wargi. - Nie to miałem na myśli, Bello. Wszystko w porządku. Nie martw się o mnie. Mdławe. Miał racje - zarzucała sobie, że rani jego uczucia. Ta dziewczyna to prawdziwa męczennica. Urodziła się totalnie nie w tym stuleciu, co trzeba. Powinna żyć w czasach, kiedy mogła swobodnie rzucić się na pożarcie lwom dla dobra sprawy. - Wszyscy - powiedział Edward, jego ręka sztywno wskazywała drzwi. - Proszę. Zimna krew, którą próbował utrzymywać przez wzgląd na Bellę, była na wyczerpaniu. Widziałem, jak niedużo mu znów brakowało do tego płonącego żywcem człowieka, którym był na zewnątrz. Inni też to zobaczyli. Cicho ruszyli w stronę drzwi, a ja zszedłem im z drogi. Poruszali się szybko; moje serce zdążyło zabić dwukrotnie, a pokój był już pusty. No, prócz Rosalie, z wahaniem stojącej na środku, i Edwarda, czekającego na nią przy drzwiach. - Rose - powiedziała cicho Bella. - Chcę, żebyś wyszła. Blondyna posłała Edwardowi piorunujące spojrzenie i gestem nakazała mu iść pierwszym. Zniknął za drzwiami. Popatrzyła na mnie z ostrzeżeniem w oczach, po czym również zniknęła. Kiedy już byliśmy sami, przeszedłem przez pokój i usiadłem na kanapie obok Belli. Ująłem obie jej lodowate dłonie w swoje, pocierając je delikatnie. - Dzięki Jake. Przyjemne uczucie. - Nie będę Cię okłamywał, Bells. Wyglądasz okropnie. - Wiem - szepnęła. - Jestem straszna. - Coś jak potwór z bagien - przytaknąłem. Zaśmiała się. - Dobrze Cię tu mieć przy sobie. Dobrze się uśmiechać. Nie wiem ile jeszcze tego dramatu jestem w stanie znieść. Przewróciłem oczyma. - Okej, okej - zgodziła się. - Sama jestem sobie winna. - Tak, jesteś. Co ty sobie myślisz Bells? Serio! - Czy on prosił Cię, żebyś na mnie krzyczał? - Coś w tym stylu. Ale nie wiem, skąd mu przyszło do głowy, że mnie posłuchasz. Nigdy mnie nie słuchałaś! Westchnęła. - A nie mó... - zacząłem. - Czy wiesz, że "A nie mówiłem" ma brata, Jacob? - zapytała przerywając mi. - Ma na imię "Zamknij się, do cholery". - Dobre. Obrzuciła mnie piorunującym spojrzeniem. Jej skóra rozciągnęła się na kościach policzkowych. - Nie mam do tego praw autorskich. Oglądałam powtórki "The Simpsons". - Chyba przegapiłem ten odcinek. - Był całkiem niezły. Nie odzywaliśmy się przez minutę. Jej dłonie zaczęły się odrobinę ogrzewać. - Naprawdę poprosił Cię, żebyś ze mną porozmawiał? Skinąłem głową. - Żebym przemówił Ci trochę do rozsądku. Ale to od samego początku przegrana bitwa. - Więc dlaczego się zgodziłeś? Nie odpowiedziałem. Nie byłem pewien, czy wiem. Wiedziałem natomiast jedno - każda sekunda, którą z nią spędzałem, przybliżała mnie do bólu, mającego mnie później dręczyć. Moment ostateczny nadchodził. Im więcej uderzeń przyjmowałem, tym ciężej było mi to znosić. - To się uda, wiesz? - powiedziała po minucie ciszy. - Wierzę w to. Znowu ogarnął mnie gniew. - Czy obłęd to jeden z symptomów? - zawarczałem. Zaśmiała się, przez co moje rozdrażnienie wzrosło tak gwałtownie, że ręce trzymające jej dłonie zaczęły dygotać. - Może - powiedziała. - Nie mówię, że to będzie łatwe, Jake. Ale jak mogłabym przeżyć to wszystko, przez co przeszłam i nie wierzyć w magię? - Magię? - Zwłaszcza w Twoim przypadku - powiedziała. Na jej twarzy gościł uśmiech. Oswobodziła jedną ze swoich dłoni, po czym musnęła mnie nią po policzku. Była cieplejsza niż wcześniej, ale mimo to na mojej skórze wydawała się być zimna, jak większość rzeczy zresztą. - Bardziej niż ktokolwiek inny, masz tę odrobinę magii, która czeka tylko, żeby wszystko naprawić. - O czym Ty bredzisz? Ciągle się uśmiechała. - Edward opowiadał mi raz jak to jest - to wasze wpojenie. Powiedział, że to było jak "Sen nocy letniej", jak magia. Znajdziesz tego kogoś, kogo naprawdę szukasz, Jacob, i może wtedy wszystko to będzie miało swój sens. Gdyby nie to, że wyglądała tak krucho, nawrzeszczałbym na nią porządnie. Chociaż w sumie i tak na nią krzyknąłem. - Jeśli myślisz, że to wpojenie mogłoby nadać jakiś sens temu szaleństwu... - zmagałem się ze słowami. Naprawdę myślisz, że mogę pewnego dnia wpoić się w kogoś nieznajomego i sprawić, że wszystko będzie w porządku? - dźgnąłem palcem jej opuchnięte ciało. - Powiedz mi, jaki to by miało sens, Bella!? Jaki sens ma to, że Cię kocham? Jaki sens ma to, że ty kochasz jego? Kiedy umrzesz - moje słowa zmieniły się w warkot - jak cokolwiek mogłoby mieć wtedy sens? Jaki sens ma to całe cierpienie? Moje, twoje, jego! Jego też zabijesz. Nie żeby mnie to obchodziło. - Skrzywiła się, ale ciągnąłem dalej. - Więc jaki sens ma ta Twoja pokręcona miłosna historia, tak w rozrachunku? Jeśli jest jakikolwiek sens, to proszę pokaż mi go, Bella, bo jak na razie go nie widzę! Westchnęła. - Jeszcze nie wiem, Jake. Ale ja po prostu.. czuję.. że to wszystko idzie w dobrym kierunku, tylko ciężko jeszcze powiedzieć w jakim. Wydaje mi się, że możesz to nazwać wiarą. - Umierasz w imię niczego, Bella! Niczego! Przeniosła dłonie z mojej twarzy na swój napęczniały brzuch, głaszcząc go. Nie musiała nic mówić, żebym wiedział o czym myśli. Umierała dla tego czegoś. - Nie mam zamiaru umierać - powiedziała przez zaciśnięte zęby i mógłbym przysiąc, że mówiła coś, co powtarzała w niedalekiej przeszłości już nie jeden raz. - Moje serce nie przestanie bić. Jestem na to wystarczająco silna. - To kupa bzdur, Bella. Próbujesz utrzymać to coś już zbyt długo. Normalna osoba sobie nie poradzi. Nie jesteś wystarczająco silna - ująłem jej twarz w dłonie. Nie musiałem przypominać sobie, aby być delikatnym. Wszystko w niej aż wrzeszczało, że jest kruche. - Mogę to zrobić. Mogę - bełkotała. - Nie sądzę. Jaki jest plan? Mam nadzieję, że w ogóle masz jakiś. Skinęła głową, unikając mojego wzroku. - Wiedziałeś, że Esme skoczyła z klifu? To znaczy, kiedy była jeszcze człowiekiem. - No i? - No i była tak blisko śmierci, że nawet nie zawracali sobie głowy, żeby zabrać ją na pogotowie - zawieźli ją prosto do kostnicy. Jednak jej serce wciąż biło, gdy Carlisle ją znalazł... Więc to miała na myśli, mówiąc, że jej serce nie przestanie bić. - Nie masz zamiaru przetrwać tego jako człowiek... - powiedziałem bezbarwnie. - Nie. Nie jestem idiotką. - Zauważyła, że się na nią gapię. - Chociaż ty pewnie masz na ten temat inne zdanie. - Ewentualna wampiryzacja - wymamrotałem. - Zadziałało u Esme i Emmetta, i Rosalie, a nawet w przypadku Edwarda. Nikt z nich nie był w tak dobrej formie. Carlisle zmienił ich, bo do wyboru było tylko to lub śmierć. On nie odbiera życia, tylko je ratuje. - Poczułem nagłe ukłucie wyrzutów sumienia na myśl o dobrym wampirzym doktorku, tak jak poprzednio. Odsunąłem ją od siebie i zacząłem błagać. - Posłuchaj mnie, Bella. Nie rób tego w ten sposób - zupełnie jak poprzednio, kiedy zadzwonił Charlie, zorientowałem się, jak wiele to dla mnie znaczyło. Zrozumiałem, że potrzebuję jej żywej, w tej formie. Wziąłem głęboki wdech. Mój głos stał się donośniejszy i bardziej szorstki. - Wiesz przecież, co on ma zamiar zrobić, gdy umrzesz. Widziałaś to wcześniej. Chcesz, żeby wrócił do tych włoskich zabójców? - Skuliła się bardziej na sofie. Opuściłem fragment, że teraz nie będzie musiał się udawać aż do Włoch. Próbując przybrać odrobinę miększy ton głosu, zapytałem - Pamiętasz, kiedy zostałem okaleczony przez nowonarodzonych? Co mi wtedy powiedziałaś? Czekałem, ale najwyraźniej nie miała zamiaru mi odpowiadać. Zacisnęła usta. - Powiedziałaś mi, żebym był grzeczny i słuchał się Carlisle'a. - przypomniałem jej - A ja co zrobiłem? Słuchałem się wampira. Dla Ciebie. - Słuchałeś go, bo tak powinieneś zrobić. - Okej, wybierz inny przykład. Wzięła głęboki wdech. - To nie jest odpowiednia chwila. - Przyglądała się swojemu wielkiemu, okrągłemu brzuchowi i wyszeptała cicho - Nie zabiję go. Moje ręce znowu się zatrzęsły. - Ach, widzę, że nie słyszałem jeszcze dobrej nowiny. Pełen życia chłopiec, co? Powinienem chyba przynieść niebieskie baloniki. Jej twarz zmieniła barwę na różową. Ten kolor był tak piękny - wbił się w mój brzuch niczym nóż. Zardzewiały i obszarpany cóż. Stracę to. Znów. - Nie wiem, czy to chłopiec. - przyznała nieśmiało. Nic nie widać, bo błona wokół dziecka jest zbyt gruba - jak skóra. Więc jest małą zagadką. Ale w swojej głowie zawsze widzę chłopca. - Tam nie ma żadnego ślicznego bobasa, Bella. - Przekonamy się. - powiedziała niemal zadowolona z siebie. - Ty nie - warknąłem. - Jesteś bardzo pesymistycznie nastawiony, Jacob. Zdecydowanie jest szansa, że to się uda. Nie mogłem nic odpowiedzieć. Patrzyłem w dół i oddychałem powoli, próbując trzymać wściekłość na wodzy. - Jake - powiedziała, głaszcząc mnie po policzku. - Wszystko będzie w porządku. Cii. Będzie dobrze. Nie spojrzałem na nią. - Nie. Nie będzie dobrze. Wytarła coś mokrego z mojego policzka. - Cii... - O co w tym chodzi, Bella? - gapiłem się na jasny dywan. Moje stopy były brudne i zostawiały na nim wielkie plamy. I dobrze. - Myślałem, że chcesz tego swojego wampira bardziej niż cokolwiek innego. A teraz po prostu go odstawiasz? To nie ma najmniejszego sensu. Od kiedy jesteś taka zdesperowana, żeby zostać matką? Jeśli tak bardzo tego pragnęłaś, to dlaczego wyszłaś za wampira? Byłem niebezpiecznie blisko złożenia jej propozycji, którą on chciał, abym jej złożył. Wiedziałem, że to, co mówię, powoli zbliża mnie w tym kierunku, ale nie umiałem tego powstrzymać. Westchnęła. - To nie tak. Nigdy nie obchodziło mnie posiadanie dziecka. Nawet o tym nie myślałam. Ale to nie jest zwykłe dziecko. To jest... to jest to dziecko. - To morderca, Bella. Spójrz na siebie. - Nie jest mordercą. To przeze mnie. Jestem po prostu słabym człowiekiem. Ale poradzę sobie Jake, dam radę... - No daj spokój! Zamknij się, Bella. Możesz wciskać te bzdury swojemu krwiopijcy, ale mnie nie oszukasz. Dobrze wiesz, że nie dasz rady. Obrzuciła mnie piorunującym spojrzeniem. - Tego nie wiem. Martwię się, to oczywiste. Z trudem zaczerpnęła powietrze i złapała się za brzuch. Moja wściekłość momentalnie zniknęła, jak jasne światło, które dopiero co zostało wyłączone. - Nic mi nie jest - wydyszała - to nic takiego. Ale nie słyszałem, co powiedziała; jej dłonie szarpnęły za koszulkę tak, że wpatrywałem się teraz przerażony w odkryty fragment jej skóry. Jej brzuch wyglądał, jakby był poplamiony wielkimi kleksami ciemnofioletowego atramentu. Zauważyła moje spojrzenie i pociągnęła materiał z powrotem na swoje miejsce. - Jest silny, to wszystko. - powiedziała obronnym tonem. Plamy atramentu były siniakami. Teraz zrozumiałem co miał na myśli, mówiąc o patrzeniu, jak to ją krzywdzi. Sam poczułem się trochę obłąkany. - Bella - powiedziałem. Usłyszała zmianę w moim głosie. Spojrzała na mnie, wciąż oddychając ciężko, jej oczy wyrażały zmieszanie. - Bella, nie rób tego. - Jake... - Posłuchaj mnie. Nie odmawiaj od razu. Ok? Po prostu posłuchaj. A co jeśli... - Jeśli co? - Co jeśli to nie byłaby przesądzona sprawa? Co jeśli to nie byłoby wszystko albo nic? Co jeśli posłuchałabyś Carlisle'a jak dobra dziewczynka i zatrzymała siebie przy życiu? - Nie zrobię tego. - Jeszcze nie skończyłem. Więc zostaniesz przy życiu. I wtedy będziesz mogła zacząć od nowa. To się nie udało, więc spróbujesz jeszcze raz. Zmarszczyła brwi. Podniosła rękę i dotknęła miejsca, gdzie łączyły się moje brwi. Jej palce przejechały po moim czole i przez chwilę próbowała pojąć, o co mi chodzi. - Nie rozumiem... Co masz na myśli, mówiąc: spróbować jeszcze raz? Nie sądzisz chyba, że Edward pozwoliłby mi na... I jaką różnicę by to zrobiło? Jestem pewna, że każde dziecko byłoby... Jej zmęczona twarz przybrała jeszcze bardziej zmieszany wyraz. - Więc co? Ale nie potrafiłem powiedzieć nic więcej. To nie miało sensu. Nigdy nie będę w stanie obronić jej przed nią samą. I nigdy nie byłem. Nagle mrugnęła szybko i pojąłem, że wreszcie zrozumiała o co mi chodziło. - Och. Ygh. Proszę Cię, Jacob. Myślisz, że powinnam zabić moje dziecko i zastąpić je jakimś z próbówki? Sztuczne zapłodnienie? - Była wściekła. - Dlaczego miałabym chcieć mieć dziecko z kimś obcym? Myślisz, że to nie robi żadnej różnicy? - Nie to miałem na myśli - wybełkotałem. - Nie z kimś obcym. Pochyliła się do przodu. - Więc o co Ci chodzi? - O nic. O nic mi nie chodzi. Jak zwykle. - Więc skąd to się wzięło? - Zapomnij o tym, Bella. Spojrzała na mnie podejrzliwie. - Czy on kazał Ci to powiedzieć? Zawahałem się, zaskoczony, że tak szybko się domyśliła. - Nie. - Kazał, prawda? - Nie, naprawdę. Nie wspominał nic o tym sztucznym czymśtam. Jej twarz złagodniała. Bella zatopiła się z powrotem w poduszkach, wyglądając na zmęczoną. Wpatrywała się przez chwilę w przestrzeń i nagle przemówiła, nie do mnie ale raczej do siebie samej. - Zrobiłby dla mnie wszystko. A ja tak bardzo go ranię... Ale co on sobie myśli? Że mogłabym wymienić to - przejechała dłonią wokół swojego pępka - na kogoś obcego... - Ostatnie słowa wymamrotała cicho, a potem jej głos całkiem się załamał. Jej oczy były mokre. - Nie musisz go ranić. - wyszeptałem. To było jak trucizna w moich ustach. Błagać o jego dobro. Ale wiedziałem, że ten punkt widzenia był prawdopodobnie najlepszy żeby utrzymać ją przy życiu. - Możesz znów uczynić go szczęśliwym. Bo naprawdę myślę, że utracił już wszystko. Szczerze. Wydawało się jakby w ogóle mnie nie słuchała; zataczała ręką małe koła na zmaltretowanym brzuchu i przygryzała wargi. Cisza panowała przez długi czas. Zastanawiałem się, czy Cullenowie byli daleko stąd. A może przysłuchiwali się moim dramatycznym wywodom? - Nie obcego? - wyszeptała do siebie. Skrzywiłem się. - Co dokładnie Edward ci powiedział? - zapytała niskim głosem. - Nic. Po prostu pomyślał, że może mnie posłuchasz. - Nie to. Mam na myśli to próbowanie jeszcze raz. Patrzyła mi głęboko w oczy i zorientowałem się, że posunąłem się jednak za daleko. - Nic takiego. Jej usta otworzyły się w zdumieniu. - Wow. Przez kilka uderzeń serca w pokoju panowała cisza. Patrzyłem w dół na swoje stopy, nie chciałem widzieć wyrazu jej twarzy. - Naprawdę zrobiłby wszystko, prawda? - wyszeptała. - Mówiłem Ci, że mu odbija. Dosłownie, Bells. - Jestem zaskoczona, że nie wydałeś go od razu. Żeby wpakować go w kłopoty. Kiedy podniosłem głowę uśmiechała się szeroko. - Myślałem nad tym - spróbowałem również się uśmiechnąć, ale czułem tylko, jak dziwny grymas wykrzywia mi twarz. Wiedziała już, co jej proponowałem i nie miała zamiaru nawet tego przemyśleć. Wiedziałem o tym. Ale mimo to ciągle mnie bolało. - Nie ma zbyt wielu rzeczy których i ty byś dla mnie nie zrobił, prawda? - wyszeptała. - Naprawdę nie wiem, czym się zadręczasz. Nie zasługuję na żadnego z was. - To nie robi żadnej różnicy, prawda? - Nie tym razem - westchnęła. - Chciałabym dobrze Ci to wszystko wytłumaczyć. Tak, żebyś zrozumiał. Nie mogę go skrzywdzić - spojrzała na swój brzuch - tak samo, jak nie mogłabym wziąć w tym momencie strzelby i zastrzelić Ciebie. Kocham go. - Dlaczego zawsze musisz kochać to, czego nie trzeba, Bella? - Nie uważam, że tak jest. Przełknąłem gulę zalegającą mi w gardle, żeby mój głos zabrzmiał mocniej. - Wierz mi, jest. - Zacząłem się podnosić. - Dokąd idziesz? - Nie zrobię tu nic dobrego. Wyciągnęła ku mnie swoją chudziutką rękę w proszącym geście. - Nie idź jeszcze. Czułem palące mój żołądek uzależnienie, które kazało mi zostać przy niej. - Nie pasuję tu. Muszę wracać. - Dlaczego dziś przyszedłeś? - zapytała, próbując mnie dosięgnąć. - Tylko żeby sprawdzić, czy aby na pewno żyjesz. Nie wierzyłem, że jesteś chora, jak mówił Charlie. Nie potrafiłem wyczytać z jej twarzy, czy mi uwierzyła. - Odwiedzisz mnie jeszcze? Zanim... - Nie mam zamiaru być w pobliżu i patrzeć jak umierasz, Bello. Skrzywiła się. - Masz racje, masz rację. Powinieneś iść. - Żegnaj - wyszeptała za mną. - Kocham Cię, Jake. Niemalże zawróciłem. Niemalże zawróciłem, padłem na kolana i zacząłem błagać ją ponownie. Ale wiedziałem, że muszę zrezygnować z Belli, zrezygnować z tego zimnego czegoś, zanim ona mnie zabije, tak jak miała zamiar zabić jego. - Jasne, jasne. - wybełkotałem wychodząc. Na zewnątrz nie widziałem żadnych wampirów. Zignorowałem mój motor stojący samotnie na środku trawnika. Nie był dla mnie teraz wystarczająco szybki. Tata pewnie świruje - tak samo Sam. Co pomyślała sfora czując, że jeszcze się nie przemieniłem? Pomyśleli, że Cullenowie dopadli mnie zanim miałem ku temu okazję? Rozebrałem się, nie zwracając uwagi na to, że ktoś może patrzeć i zacząłem biec trzęsąc się na całym ciele. A oni już czekali. Oczywiście, że czekali. Jacob, Jake, osiem głosów odzywało się z ulgą. Wracaj do domu, zażądała nasza Alfa. Sam był wściekły. Poczułem, że Paul się odmienił i domyśliłem się, że Billy i Rachel czekali na jakieś wiadomości, co ze mną. Paul za bardzo rwał się do tego, aby przekazać im, że nie byłem już tylko wampirzą papką, żeby wysłuchać całej historii. Nie musiałem przekazywać sforze tego, że byłem już w drodze do domu - widzieli las migający dookoła mnie. Nie musiałem im też mówić, dlaczego jestem taki oszalały. Szaleństwo w mojej głowie było oczywiste. Zobaczyli cały ten horror - posiniaczony brzuch Belli; jej chrapliwy głos: jest silny, to wszystko, tą minę przypalanego żywcem człowieka na twarzy Edwarda: patrzeć na jej chorobę a potem jak odchodzi... widzieć jak to coś ją krzywdzi; Rosalie kucająca obok wiotkiego ciała Belli: życie Belli nic dla niej nie znaczy - i po raz pierwszy nikt z nich nie miał nic do powiedzenia. Ich szok był po prostu ciszą dzwoniącą mi w głowie. Brakowało im słów. !!!! Byłem już w połowie drogi do domu, zanim ktokolwiek z nich zaczął normalnie reagować. Gdy tylko się otrząsnęli wybiegli mi na przeciw. Było już prawie ciemno - chmury zasłoniły całe słońce. Zaryzykowałem i przebiegłem przez autostradę, co na szczęście odbyło się bez świadków. Spotkaliśmy się dziesięć kilometrów od La Push, na polanie pozostawionej przez drwali. Daleko od drogi, gdzie nikt nas nie widział. Paul znalazł ich w tym samym momencie, co ja, tak wiec sfora była w komplecie. Ta paplanina w mojej głowie była totalnym chaosem. Wszyscy na raz krzyczeli. Oczy Sama utkwione były gdzieś w przestrzeni, warczał nieprzerwanym strumieniem i kroczył dookoła. Paul i Jared poruszali się za nim jak cienie, z oklapniętymi uszami. Na początku powód ich gniewu było trudno określić, więc myślałem, że to ja jestem jego przyczyną. Byłem jednak zbyt przygnębiony, żeby się tym przejąć. Mogli ze mną zrobić cokolwiek zechcą za moje odrzucenie rozkazów. I nagle te wszystkie pogmatwane myśli zaczęły zbiegać się w jedną całość. Jak to możliwe? Co to oznacza? Co TO będzie? Niebezpieczne. Złe. Bardzo niebezpieczne. Nienaturalne. Ohydne. Obrzydliwe. Nie możemy na to pozwolić. Myśli sfory zaczęły się synchronizować, wszyscy razem i każdy z osobna. Usiadłem obok któregoś z braci, zbyt oszołomiony aby spojrzeć kim on był, podczas gdy reszta sfory krążyła dookoła. Pakt tego nie obejmuje. To wystawia wszystkich na niebezpieczeństwo. Starałem się zrozumieć krążące dookoła głosy, zrozumieć, ale nie miało to dla mnie najmniejszego sensu. Obrazy w ich głowach były moimi obrazami - tymi najgorszymi. Siniaki Belli, cierpiąca twarz Edwarda. Oni też się boją. Ale niczego nie zrobią Ochraniają Belle Swan. Nie możemy pozwolić, żeby to jakoś na nas wpłynęło. Bezpieczeństwo naszych rodzin, wszystkich tutaj, jest ważniejsze niż jeden człowiek. Jeśli oni tego nie zabiją, to my będziemy musieli to zrobić. Broniąc plemienia. Broniąc naszych rodzin. Kolejne wspomnienie, tym razem głos Edwarda: To coś rośnie. Bardzo szybko. Nie ma czasu do stracenia, pomyślał Jared. To będzie oznaczać walkę, ostrzegł Embry. Dużą bitwę. Jesteśmy gotowi, nalegał Paul. Będziemy musieli ich jakoś zaskoczyć, pomyślał Sam. Jeśli ich rozdzielimy, będziemy mogli ich wykończyć po kolei. To zwiększy naszą szansę na zwycięstwo, Jared zaczął planować strategię. Potrząsnąłem głową, powoli podnosząc się z miejsca. Czułem się niepewnie - jakby krążące dookoła wilki mnie odurzały. Wilk siedzący obok mnie też się podniósł. Jego ramię oparło się o moje, podtrzymując mnie w pozycji pionowej Czekajcie, pomyślałem. Na chwilę przystanęli. Mamy mało czasu, powiedział Sam. Ale.. Co wy sobie myślicie? Nie chcieliście ich zaatakować za złamanie paktu tego ranka. Planujecie się przyczaić teraz, kiedy pakt wciąż jest nienaruszony? To nie jest coś, co nasz pakt przewiduje, odpowiedział Sam. To niebezpieczne dla każdego człowieka znajdującego się w okolicy. Nie mamy pojęcia, co za kreaturę stworzyli Cullenowie, ale wiemy, że jest silna i bardzo szybko rośnie. I będzie za młoda, żeby przestrzegać jakiegokolwiek paktu. Pamiętacie nowonarodzonych, z którymi walczyliśmy? Dzikie, gwałtowne, bez żadnych zahamowań. Wyobraźcie sobie takiego, ochranianego przez Cullenów. Tego nie wiemy... próbowałem mu przerwać. Nie wiemy, zgodził się ze mną. I w tym przypadku nie możemy czekać aż się dowiemy. Możemy pozwolić Cullenom żyć tylko wtedy, gdy jesteśmy absolutnie pewni, że możemy im zaufać, że nikogo nie ranią. Ale teraz... To nie czas na zaufanie. Im też się to nie podoba. Sam wydobył z moich wspomnieć twarz Rosalie, jej obronną pozycję i ukazał wszystkim innym. Niektórzy są gotowi walczyć za to coś, niezależnie od wszystkiego. To tylko dziecko, głośno płaczące dziecko. Nie na długo, wyszeptała Leah. Jake, stary, to duży problem, powiedział Quil. Nie możemy tego zignorować. Robicie z igły widły, spierałem się. Jedyną osobą w niebezpieczeństwie jest Bella. I znów ze swojej własnej woli, powiedział Sam. Ale tym razem jej wybór wpłynie na nas wszystkich. Nie sądzę. Nie mamy pewności. Nie możemy pozwolić krwiopijcy polować na naszych ziemiach. Więc każmy im się wynieść, powiedział wilk który mnie podtrzymywał. To był Seth. No tak. I narażać na niebezpieczeństwo innych ludzi? Jak tylko krwiopijcy wkroczą na nasz teren zniszczymy ich, niezależnie od tego, na co planują polować. Chronimy kogo tylko możemy. To szaleństwo, powiedziałem. Jeszcze tego ranka bałeś się narazić pakt. Tego ranka nie wiedziałem, że nasze rodziny są w niebezpieczeństwie. Nie mogę w to uwierzyć! Jak zamierzasz zabić to coś bez zabijania Belli? Nie odpowiedział więc zrozumiałem od razu. Zawyłem. Ona też jest człowiekiem! Czy Twoja ochrona jej nie obejmuje? Ona i tak umiera, pomyślała Leah. My tylko skrócimy jej cierpienia. Tego było już za wiele. Odsunąłem się od Setha i doskoczyłem do jego siostry z obnażonymi zębiskami. Już miałem zatopić kły w jej lewej łapie, kiedy poczułem zęby Sama zaciśnięte na moim boku, próbujące zaciągnąć mnie z powrotem na miejsce. Zawyłem z bólu i z wściekłością odwróciłem się w jego stronę. Stój! rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Chwiałem się na nogach. Odwrócił swój wzrok ode mnie. Nie bądź dla niego okrutna, Leah, rozkazał. Poświęcenie Belli to wysoka cena i wszyscy o tym wiemy. To będzie przeciwne wszystkiemu, co robiliśmy. Ale nie mamy wyjścia. Wszyscy będziemy opłakiwać to, co zrobimy tej nocy. Tej nocy?, powtórzył zaszokowany Seth. Sam... Myślę, że powinniśmy najpierw bardziej to przemyśleć. Skonsultować się ze starszyzną. Nie możesz serio kazać nam żeby... Nie będziemy teraz omawiać Twojej sympatii do Cullenów. Nie ma czasu na dyskusje. Zrobisz to, co zostanie Ci rozkazane, Seth. Przednie łapy Setha ugięły się, a jego głowa pochyliła się pod ciężarem rozkazu Alfy. Sam krążył między nami dwoma. Potrzebujemy do tego całej sfory. Jacob, jesteś najsilniejszy z nas. Będziesz tej nocy walczył u naszego boku. Rozumiem, że to dla Ciebie trudne, więc skoncentrujesz się na najsilniejszych z nich Emmecie i Jasperze. Nie musisz mieszać się w tą... drugą sprawę. Quil i Embry będą walczyć z Tobą. Teraz to moje łapy się ugięły. Szamotałem się z samym sobą, aby pozostać w pozycji pionowej, kiedy rozkaz Alfy narzucił mi swoją wolę. Paul, Jared i ja zajmiemy się Edwardem i Rosalie. Z informacji które przyniósł dzisiaj Jacob można wywnioskować, że to oni będą chronić Bellę. Carlisle i Alice będą blisko, Esme prawdopodobnie też. Brady, Collin, Seth i Leah - skoncentrujecie się na nich. Ktokolwiek będzie miał szansę... - wszyscy doskonale usłyszeliśmy niewypowiedziane imię Belli - ma zniszczyć tą kreaturę. To nasze najważniejsze zadanie. Sfora pomrukiwała nerwowo, przyznając mu rację. Napięcie spowodowało, że wszystkim zjeżyły się futra. Krążyli coraz szybciej i dźwięk łap uderzających o podłoże był coraz głośniejszy. Rozrywali pazurami ściółkę. Tylko ja i Seth siedzieliśmy nieruchomo, oko cyklonu, z obnażonymi zębami i oklapniętymi uszami. Nos Setha niemal dotykał ziemi, wciąż pochylony pod ciężarem rozkazu Sama. Czułem jego ból związany z tą nadchodzącą nielojalnością. Dla niego to była zdrada - podczas tego jednego dnia przymierza, walcząc ramię w ramię z Edwardem Cullenem, Seth naprawdę został przyjacielem wampirów. Nie mógł jednak się sprzeciwić. Musiał być posłuszny, nieważne, jak bardzo go to raniło. Nie miał innego wyjścia. A jaki ja miałem wybór? Kiedy Alfa przemawia, sfora podąża za nim. Sam nigdy nie posuwał się ze swoim autorytetem tak daleko; wiedziałem, że wcale nie podoba mu się widok Setha, klęczącego przed nim jak niewolnik przed swoim panem. Nie robiłby tego, gdyby wierzył, że istnieje jakieś inne wyjście. Nie mógł nas okłamać, kiedy byliśmy tak złączeni umysłami, jak teraz. Naprawdę wierzył, że naszym obowiązkiem było zniszczenie Belli i tego czegoś, co w sobie nosi. Naprawdę wierzył, że nie mamy chwili do stracenia. Naprawdę wierzył, że warto byłoby za to zginąć. Wiedziałem, że sam zmierzy się z Edwardem. Umiejętność czytania w naszych myślach przed Edwarda była dla Sama największym zagrożeniem. Nie pozwoliłby komuś innemu na podjęcie takiego ryzyka. Jasper był dla niego kolejnym groźnym przeciwnikiem, dlatego przydzielił go mnie. Wiedział, że mam większe szanse niż ktokolwiek inny ze sfory na wygraną w tym pojedynku. Łatwiejsze cele pozostawił młodszym wilkom i Leah. Mała Alice nie była groźna bez swoich wizji i wiedzieliśmy też z czasów naszego krótkiego przymierza, że Esme nie była typem wojownika. Carlisle mógł być większym wyzwaniem, ale jego niechęć do przemocy będzie go powstrzymywać. Czułem się jeszcze gorzej niż Seth, gdy patrzyłem na Sama, próbującego sformułować takie rozkazy dla każdego z członków sfory, aby mieli jak największe szanse na przeżycie. Wszystko było widać jak na dłoni. Jeszcze tego ranka rwałbym się do walki. Ale Seth miał rację - to nie będzie walka na jaką byłem przygotowany. Wcześniej zaślepiła mnie nienawiść. Nie pozwoliłem sobie na to, aby przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej. Wiedziałem, że to, co zobaczę, nie będzie mi odpowiadać. Carlisle Cullen. Patrząc na niego, bez tej nienawiści przysłaniającej mi oczy, nie mogłem zaprzeczyć, że zabicie go będzie mordęgą. On był dobry. Tak dobry, jak każdy inny człowiek, którego kiedykolwiek broniliśmy. Może nawet lepszy. Inni pewnie też, ale w ich wypadku nie czułem tego tak intensywnie. Nie znałem ich tak dobrze. To Carlisle czuł niechęć do jakiejkolwiek walki, nawet jeśli musiał ratować własne życie. To dlatego łatwo będziemy w stanie go zabić - ponieważ on nie chciał żebyśmy my, jego wrogowie, zginęli. To było złe. I nie tylko dlatego, że zabicie Belli będzie zupełnie jak zabicie mnie, jak samobójstwo. Weź się w garść, Jacob, rozkazał Sam. Plemię jest najważniejsze. Myliłem się dzisiaj, Sam. Wtedy Twoje powody do ataku były niewłaściwe. Ale teraz mamy obowiązek zainterweniować. Szamotałem się z samym sobą. Nie. Sam burknął i zatrzymał się dokładnie przede mną. Wpatrywał się prosto w moje oczy gdy zza jego obnażonych zębów dobiegło głębokie warknięcie. Tak, zarządziła Alfa, jego głos buchał autorytetem. Tej nocy nie ma żadnych wyjątków. Jacob, będziesz walczył z Cullenami razem z resztą. Ty, z Quilem i Embrym zajmiecie się Jasperem i Emmettem. Jesteś zobowiązany do chronienia paktu. Właśnie po to istniejesz. I wykonasz swój obowiązek. Moje barki pochyliły się, stłamszone rozkazem. Runąłem na ziemię. Żaden członek sfory nie mógł sprzeciwić się Alfie. tłumaczenie: Evergreen 11. Dwie szczytowe pozycje z Listy Rzeczy, Których Nigdy Nie Chcę Zrobić. Sam zaczął ustawiać pozostałych w formacji, podczas gdy ja wciąż leżałem na ziemi. Embry i Quil byli przy mnie, czekając aż odzyskam siły i wezmę na siebie ciężar walki. Czułem to pragnienie, tę potrzebę wstania i poprowadzenia ich. Presja rosła, a ja niepotrzebnie ją tłumiłem, kuląc się w miejscu, gdzie leżałem. Embry cicho zaskomlał do mojego ucha. Nie chciał pomyśleć żadnych słów, w obawie, że znów zwróci uwagę Sama na mnie. Poczułem jego bezgłośną prośbę o powstanie, o przejście nad tym do porządku rzeczy i pogodzenie się z sytuacją. W sforze panował strach, nie tyle w pojedynczych jednostkach, co w całości. Nie mogliśmy sobie wyobrażać, że wszyscy przetrwamy dzisiejszy wieczór. Których z braci stracimy? Które umysły opuszczą nas na zawsze? Czyje zrozpaczone rodziny będziemy pocieszać następnego ranka? Mój umysł zaczął współpracować z ich, myśleć jednomyślnie, gdy tak zmagaliśmy z tymi obawami. Automatycznie podniosłem się z ziemi i strząsnąłem moją sierść. Embry i Quil odetchnęli z ulgą. Quil dotknął swoim nosem mojego boku. Ich głowy wypełnione były naszym zadaniem, naszą misją. Przypomnieliśmy sobie wspólnie noc, kiedy razem z Cullenami ćwiczyliśmy przed walką z nowonarodzonymi. Emmett Cullen był najsilniejszy, ale to Jasper będzie większym problemem. Poruszał się jak błyskawica – moc i prędkość, i śmierć złączyły się w jedno. Ile to wieków doświadczenia miał za sobą? Wystarczająco dużo, by pozostali Cullenowie szukali u niego przywództwa. Wezmę środek, jeśli chcesz bok, zaoferował Quil. W jego mózgu było więcej podekscytowania niż u innych. Gdy Quil chłonął instrukcje Jaspera tamtej nocy, nie mogąc się doczekać, by wypróbować swoje umiejętności na wampirach. Dla niego był to konkurs. Nawet ze świadomością, że jego życie było stawką, wciąż widział to w ten sposób. Paul też był taki. I dzieciaki, które nigdy dotąd nie walczyły w bitwie, Collin i Brady. Seth prawdopodobnie zachowywałby się tak samo, gdyby przeciwnicy nie byli jego przyjaciółmi. Jake?, ponaglił mnie Quil. Jak chcesz zacząć? Potrząsnąłem głową. Nie mogłem się skoncentrować - presja wypełniania rozkazów była jak sznureczki marionetki, przyczepione do każdego z moich mięśni. Jedna stopa w przód, teraz druga. Seth wlókł się za Collinem i Bradym – to Leah była na czele. Zignorowała go podczas obmyślania planu z innymi i widziałem, że najchętniej nie angażowałaby go do walki. W jej uczuciach wobec młodszego brata tkwiło coś matczynego. Chciała, żeby Sam odesłał go do domu. Seth nie dostrzegł wątpliwości Leah. Też był przyczepiony do sznurków marionetki. Może gdybyś przestał się powstrzymywać... wyszeptał Embry. Po prostu skup się na naszym zadaniu. Najwięksi. Możemy ich zdjąć. Mamy ich w garści!, Quil podnosił się na duchu, jak w przemowie trenera do zawodników przed ważnym meczem. Widziałem, jak łatwo byłoby nie myśleć o niczym innym, prócz mojej części walki. Nietrudno było wyobrazić sobie atakowanie Jaspera i Emmetta. Już wcześniej byliśmy tego bliscy. Przez długi czas myślałem o nich jak o wrogach. Teraz też mogłem tak zrobić. Musiałem tylko zapomnieć, że chronili to samo, co i ja bym chronił. Musiałem zapomnieć o przyczynie, przez którą być może chciałem, żeby zwyciężyli... Jake, ostrzegł mnie Embry. Skup się na walce. Moje stopy poruszyły się flegmatycznie, wbrew sznurkom, które nimi sterowały. Nie ma się czego bać, znów wyszeptał Embry. Miał rację. I tak skończę robiąc to, czego chciał Sam, jeśli tylko będzie naciskał. A będzie. Oczywiście, że będzie. Przyczyna autorytetu, jakim był darzony przywódca, była słuszna. Nawet sfora tak silna, jak nasza, byłaby niczym bez lidera. Jeśli chcieliśmy być skuteczni, musieliśmy poruszać się razem i myśleć razem. A to wymagało od ciała używania głowy. A co, jeśli Sam tym razem był w błędzie? Nikt nie mógł nic zrobić. Nikt nie mógł podważyć jego decyzji. Z jednym wyjątkiem. I oto pojawiła się myśl, której nigdy, przenigdy nie chciałem do siebie dopuścić. Ale teraz, z nogami, do których przymocowane były sznurki, pomyślałem o tym wyjątku z ulgą – a nawet z czymś więcej - z radością. Nikt nie mógł podważyć decyzji przywódcy – z wyjątkiem mnie. Na nic nie zasłużyłem. Ale wewnątrz mnie były zrodzone rzeczy, z których nigdy nie skorzystałem. Nigdy nie chciałem przewodzić sforze. Teraz też nie. Nie chciałem odpowiedzialności za te losy, spoczywające na moich barkach. Nigdy nie byłbym w tym tak dobry, jak Sam. Ale dziś wieczorem był w błędzie. A ja nie urodziłem się po to, by padać przed nim na kolana. Więzy opadły ze mnie, gdy przypomniałem sobie o moim prawie urodzenia. Czułem, jak to zbiera się we mnie, zarówno wolność, jak i dziwna, pusta moc. Pusta, ponieważ siła przywódcy pochodziła od sfory, a ja nie miałem sfory. Przez moment przygniotła mnie samotność. Nie należałem już do watahy. Ale byłem wyprostowany i silny, gdy szedłem w stronę Sama, układającego plan z Paulem oraz Jaredem. Odwrócił się, gdy usłyszał, że przybyłem, a jego czarne oczy zwęziły się. Nie, powtórzyłem mu. Zrozumiał to we właściwy sposób, usłyszał wybór, jakiego dokonałem głosem przywódcy w moich myślach. Odskoczył do tyłu na pół kroku z okrzykiem szoku. Jacob! Coś ty narobił? Nie będę się ciebie słuchał, Sam. Nie w tak niesłusznej sprawie. Gapił się na mnie zaskoczony. Wybrałbyś... wybrałbyś wrogów zamiast swojej rodziny? Oni nie są..., pokręciłem głową, odchrząkując. Oni nie są naszymi wrogami. Nigdy nimi nie byli. Dopóki poważnie nie zastanowiłem się nad ich zniszczeniem, dopóki tego nie przemyślałem, nie rozumiałem tego. Tu nie chodzi o nich, warknął na mnie. Chodzi o Bellę. Nigdy nie była ci przeznaczona, nigdy cię nie wybrała, a ty uparcie niszczysz sobie dla niej życie! To były ostre, ale prawdziwe słowa. Zaczerpnąłem duży haust powietrza, wdychając je do środka. Może masz rację. Ale, Samie, przez nią zniszczysz sforę. Bez względu na to, ilu z nich przetrwa dzisiejszą noc, na zawsze już będą splamieni morderstwem. Musimy bronić naszych rodzin! Wiem, co postanowiłeś, Sam. Ale za mnie nie decydujesz, już nie. Jacob... Nie możesz się odwrócić od plemienia. Słyszałem podwójne echo komendy przywódcy, ale tym razem było bez znaczenia. Już mnie nie dotyczyło. Zacisnął szczęki, próbując zmusić mnie do udzielenia odpowiedzi na jego słowa. Patrzyłem w jego rozwścieczone oczy. - Syn Ephraima Blacka nie urodził się po to, by słuchać syna Leviego Uleya. W takim razie to koniec, Jacobie Black? Jego włosy stanęły dęba, a z pyska wyszczerzył zęby. Paul oraz Jared warknęli i zjeżyli się u boków Sama. Nawet, jeśli mnie pokonasz, sfora nigdy cię już nie posłucha! Teraz to ja cofnąłem się do tyłu, z pełnym zdumienia skomleniem wyrywającym mi się z gardła. Pokonać cię? Nie mam zamiaru cię pokonywać, Sam. Jaki masz zatem plan? Nie będę patrzył z boku, jak chronisz ten wampirzy skrzek kosztem plemienia. Nie każę ci trzymać się na uboczu. Jeśli rozkażesz im, aby podążyli za tobą... Nigdy nikomu nie odbiorę jego własnej woli. Jego ogon poruszył się tam i z powrotem, kiedy cofnął się, słysząc oskarżenie w moim głosie. Potem zrobił krok do przodu, tak, że staliśmy, stykając się łapami, jego odsłonięte zęby znajdowały się kilka centymetrów od moich. Dopiero w tym momencie zauważyłem, iż byłem już od niego wyższy . Nie może być więcej niż jeden przywódca. Grupa wybrała mnie. Rozdzielisz nas dzisiaj? Odwrócisz się od braci? Czy skończysz te szaleństwa i znów do nas dołączysz?, każde słowo miało w sobie coś z rozkazu, ale mnie to nie ruszało. Krew przywódcy niezmiennie płynęła w moich żyłach. Zrozumiałem, dlaczego w sforze nie było nigdy więcej niż jednego samca Alfa. Moja ciało odpowiadało na wyzwanie. Czułem rosnący instynkt, skłaniający mnie do bronienia mojego prawa. Prymitywny rdzeń wilkołaka naciskał na walkę o przywództwo. Skupiłem całą moją energię na opanowaniu tego odruchu. Nie rzucę się do bezsensownej, wyniszczającej walki z Samem. Wciąż był moim bratem, mimo tego, że go odrzucałem. W tej sforze jest tylko jeden lider. Nie kwestionuję tego. Po prostu decyduję się na pójście własną drogą. Czy należysz teraz do klanu wampirów, Jacobie? Wzdrygnąłem się. Nie wiem, Samie. Ale wiem na pewno, że to... Cofnął się, gdy usłyszał ton przywódcy w moim głosie. Uraził go on bardziej niż mnie dotknął uprzednio jego. Ponieważ ja byłem urodzony, by mu przewodzić. Stanę między wami, a Cullenami. Nie będę patrzył, jak sfora zabija niewinnych... - trudno było użyć tego słowa w stosunku do wampirów, ale taka była prawda. - ..ludzi. Sfora nie upadła tak nisko. Prowadź ich we właściwym kierunku, Samie. Odwróciłem się do niego plecami i chór ryków rozdarł powietrze wokół mnie. Wbijając pazury w ziemię, uciekłem od hałasu, który spowodowałem. Nie miałem dużo czasu. Ochotę na ściganie mnie miała co najmniej jedna Leah, ale ja miałem przewagę. Wycie zanikało wraz ze zwiększaniem się odległości i odczułem ulgę, gdy dźwięk dalej rozdzierał ciszę nocy. Jeszcze mnie nie gonili. Musiałem ostrzec Cullenów, nim sfora zbierze się do kupy i mnie powstrzyma. Jeśli Cullenowie będą przygotowani, być może zmusi to Sama do przemyślenia sprawy raz jeszcze, zanim będzie za późno. Rzuciłem się w kierunku białego domu, którego wciąż nienawidziłem, zostawiając za sobą własny. Mój dom już do mnie nie należał. Odwróciłem się od niego. Dzisiejszy dzień zaczął się jak każdy inny. Powrót do domu z patrolu o deszczowym wschodzie słońca, śniadanie z Rachel i Billym, kiepskie programy w telewizji, sprzeczki z Paulem… Jak to wszystko mogło się tak całkowicie zmienić, tak nierzeczywiście? Jak to wszystko mogło się posypać i pogmatwać tak, że byłem teraz całkiem sam, ja, przywódca niechętny przewodzeniu, odcięty od braci, wybierający zamiast nich wampiry? Dźwięk, którego się obawiałem, przerwał moje chaotyczne rozmyślania… Był to miękki odgłos dużych łap, uderzających o ziemię, goniących mnie. Rzuciłem się do przodu, mknąc jak rakieta przez czarny las. Wystarczyło tylko zbliżyć się na tyle, by Edward mógł usłyszeć ostrzeżenie w mojej głowie. Sama Leah nie byłaby w stanie mnie powstrzymać. I wtedy uchwyciłem nastrój myśli z tyłu. Nie złość, lecz entuzjazm. Nie pogoń, lecz... podążanie. Zgubiłem rytm biegu. Zataczałem się przez dwa kroki, zanim na nowo go wyrównałem. Czekaj. Nie mam tak długich nóg jak ty. SETH! Co ty sobie wyobrażasz? DO DOMU! Nie odpowiedział, ale mogłem wyczuć jego podekscytowanie, gdy podążał tuż za mną. Mogłem wejrzeć do jego wnętrza, a on mógł wejrzeć do mojego. Nocne otoczenie było dla mnie posępne, pełne rozpaczy. Dla niego - było obiecujące. Nie zauważyłem, żebym zwalniał, lecz nagle on znalazł się z boku, biegnąc przy mnie. Nie żartuję, Seth! To nie jest miejsce dla ciebie. Wynoś się stąd. Wilk o brązowej sierści prychnął. Trzymam twoją stronę, Jacob. Uważam, że masz rację. I nie będę słuchał Sama, gdy... Och, właśnie, że będziesz, do diabła, słuchał Sama! Zabieraj swój futrzany tyłek do La Push i rób, co ci Sam każe! Nie. Idź, Seth! Czy to rozkaz, Jacob? Jego pytanie mnie zaskoczyło. Poślizgnąłem się i zatrzymałem. Moje pazury wyżłobiły bruzdy w błocie. Nikomu nic nie rozkazuję. Mówię ci po prostu to, co sam już wiesz. Przysiadł na tylnych łapach obok mnie. Powiem ci, co wiem… Wiem, że jest okropnie cicho. Nie zauważyłeś? Mrugnąłem. Mój ogon świsnął nerwowo, gdy zdałem sobie sprawę, co Seth krył za tymi słowami. Nie było cicho. Wycie wciąż wypełniało powietrze, daleko na zachodzie. Nie przemienili się – powiedział Seth. Wiedziałem. Sfora miała teraz czerwony alarm. Będą używać połączenia między umysłami, żeby wyraźnie widzieć na wszystkie strony. Ale ja nie mogłem usłyszeć co myśleli. Słyszałem tylko Setha. Nikogo więcej. Wygląda na to, że rozdzielone sfory nie mają połączenia. Ha. Pewnie nasi ojcowie nie mieli okazji, by się o tym przekonać. Bo wcześniej nie było powodu do rozdzielenia sfory. Nigdy nie było wystarczająco dużo wilków do utworzenia aż dwóch. Wow. Jest naprawdę cicho. Trochę upiornie. Ale i całkiem przyjemnie, nie sądzisz? Założę się, że było łatwiej, ot tak, Ephraimowi i Quilowi i Leviemu. Leviemu. Z trzema nie ma takiego majdanu. Albo z dwoma. Zamknij się, Seth. Tak, kapitanie. Przestań! Nie ma dwóch sfor. Jest SFORA i jestem sobie ja. Wszystko. Więc teraz możesz iść do domu. Skoro nie ma dwóch sfor, jakim cudem my słyszymy się nawzajem, ale nie resztę? Myślę, że gdy odwróciłeś się od Sama, to było całkiem podniosłe wydarzenie. Zmiana. A kiedy za tobą podążyłem, to też było podniosłe. Dotarłeś do puenty, przyznałem. Ale wszystko da się odkręcić. Wstał i ruszył kłusem na wschód. Nie mamy teraz czasu, żeby się o to kłócić. Powinniśmy się ruszyć, zanim Sam... W tym wypadku miał rację. Nie było czasu, żeby się spierać. Zerwałem się do biegu, nawet nie zmuszając się do tego zbyt mocno. Seth deptał mi po piętach, utrzymując się na tradycyjnej pozycji po mojej prawej stronie. Mogę pobiec gdzie indziej, pomyślał, z lekko pochylonym ku ziemi nosem. Nie pobiegłem za tobą dlatego, że szukałem pocieszenia. Biegnij, gdzie sobie chcesz. Dla mnie to bez różnicy. Nie słyszeliśmy pogoni, ale obaj przyspieszyliśmy odrobinę w tym samym czasie. Byłem teraz zmartwiony. Skoro nie mogłem zanurzyć się w umysłach sfory, wszystko stawało się trudniejsze. Nie będę miał ani trochę wcześniejszego uprzedzenia o ataku niż Cullenowie. Będziemy patrolować, zasugerował Seth. A co, jeśli sfora nas wyzwie na pojedynek?, moje oczy zwęziły się. Zaatakujemy naszych braci? Twoją siostrę? Nie... Wyślemy ostrzeżenie i pryśniemy. Dobra odpowiedź. A potem co? Nie sądzę, żeby… Wiem, zgodził się. Mówił mniej pewnie niż wcześniej. Też nie sądzę, żebym mógł z nimi walczyć. Ale oni wcale nie będą bardziej zachwyceni tym pomysłem niż my. To może wystarczyć, żeby ich powstrzymać. Plus, jest ich teraz tylko ośmioro. Przestań być taki... - zajęło mi minutę wyszukanie dobrego słowa. - ...optymistycznie nastawiony. To działa mi na nerwy. Spoko. Chcesz, żebym był fatalistyczny i ponury, czy mam się zwyczajnie zamknąć? Zwyczajnie się zamknij. Da się zrobić. Poważnie? Bo nie zanosi się na to. W końcu był cicho. A potem znaleźliśmy się na drodze i w lesie otaczającym dom Cullenów. Czy Edward już mógł nas usłyszeć? Możemy powinniśmy myśleć coś w stylu „Przybywamy w pokoju”. No to dalej. Edward? , wywołał imię na próbę. Edwardzie, jesteś tam? Okej, teraz czuję się trochę głupio. I tak brzmisz. Myślisz, że nas słyszy? Zostało nam do pokonania mniej niż mila. Myślę, że tak. Hej, Edward. Jeśli mnie słyszysz… zwołaj rodzinkę. Masz problem. Mamy problem, poprawił mnie Seth. Wtedy przebiliśmy się przez ścianę drzew i wypadliśmy na wielki trawnik. Dom był ciemny, ale nie pusty. Edward stał na werandzie, pomiędzy Emmettem a Jasperem. W jasnym świetle byli śnieżnobiali. - Jacob? Seth? Co się dzieje? Zwolniłem i cofnąłem się o parę kroków. Z tym nosem smród był tak ostry, że wydawał się mnie palić. Seth zaskomlał cicho, z wahaniem, a potem upadł za moimi plecami. Żeby odpowiedzieć na pytanie Edwarda, pozwoliłem moim myślom przebiec konfrontację z Samem, zaczynając od końca. Seth myślał ze mną, uzupełniając luki, pokazując scenę z innego punktu widzenia. Zatrzymaliśmy się, gdy dotarliśmy do części o „odrazie”, ponieważ Edward wściekle zasyczał i zeskoczył z werandy. - Chcą zabić Bellę? – zawarczał bezbarwnym głosem. Emmett i Jasper, nie mając okazji do usłyszenia pierwszej części rozmowy, wzięli jego pytanie za stwierdzenie. W mgnieniu oka znaleźli się tuż za nim, z odsłoniętymi zębami przysuwając się do nas. Hej, wy, pomyślał Seth, cofając się. - Em, Jazz, nie oni! Inni. Nadchodzi sfora. Emmett i Jasper wycofali się na piętach. Emmett zwrócił się do Edwarda, podczas gdy Jasper wciąż miał na nas oko. - W czym tkwi ich problem? – zapytał Emmett. - W tym, co i mój – wysyczał Edward. – Ale oni mają swój własny plan. Zbierzcie resztę. Zawołajcie Carlisle’a! On i Esme muszą tu wrócić natychmiast! Zaskomlałem zaniepokojony. Jednak byli rozdzieleni. - Nie są daleko – powiedział Edward tym samym martwym głosem, co wcześniej. Idę rzucić okiem na zachodnią granicę, oznajmił Seth. - Czy będziesz w niebezpieczeństwie? – zapytał Edward. Wymieniliśmy z Sethem spojrzenia. Nie sądzę, pomyśleliśmy razem. Ale potem dodałem: Może też powinienem pójść. Na wszelki wypadek… Mniej prawdopodobne, że to mnie wyzwą na pojedynek, zauważył Seth. Dla nich jestem tylko dzieciakiem. Dla mnie też jesteś tylko dzieciakiem, dzieciaku. Spadam stąd. Ty musisz działać z Cullenami. Odwrócił się i dał nura w ciemności. Nie chciałem rządzić Sethem, więc pozwoliłem mu iść. Staliśmy z Edwardem twarzą w twarz na ciemnej łące. Słyszałem, jak Emmett mamrotał coś do swojego telefonu. Jasper przyglądał się miejscu, gdzie Seth zniknął pośród drzew. Na werandzie pojawiła się Alice i po długim spoglądaniu na mnie zaniepokojonymi oczami, przemknęła, by znaleźć się u boku Jaspera. Zgadłem, że Rosalie była w środku z Bellą. Wciąż jej strzegąc… przed niewłaściwym niebezpieczeństwem. - To nie pierwszy raz, gdy jestem ci winien podziękowania, Jacobie – wyszeptał Edward. – Nigdy bym cię o to nie poprosił. Pomyślałem, o co poprosił mnie dziś wcześniej. Kiedy chodziło o Bellę, nie było granicy, której by nie przekroczył. – Taa, poprosiłbyś. Pomyślał nad tym i przytaknął. – Przypuszczam, że masz rację. Westchnąłem ciężko. – Cóż, to nie pierwszy raz, gdy nie zrobiłem tego dla ciebie. - Racja – wymruczał. Przepraszam, że nic dziś nie wskórałem. Mówiłem, że nie posłucha. - Wiem. Tak naprawdę nigdy nie sądziłem, że mogłaby. Ale... Musiałeś spróbować. Łapię to. Lepiej z nią? Jego głos i oczy wypełniły się pustką. – Gorzej – wyszeptał. Nie chciałem, by to słowo dotarło do mojej świadomości. Byłem wdzięczny, gdy odezwała się Alice. - Jacob, czy masz coś przeciwko zmianie sposobu prowadzenia rozmowy? – zapytała Alice. – Chcę wiedzieć, co się dzieje. Potrząsnąłem głową, a w tym samym czasie Edward odpowiedział. - Musi pozostać w kontakcie z Sethem. - Cóż, w takim razie czy ty byłbyś tak uprzejmy i wyjaśnił mi, o co chodzi? Tłumaczył z wyższością, w wypranych z emocji zdaniach. – Sfora uważa, że Bella stała się problemem. Widzą w niej potencjalne niebezpieczeństwo, ze strony... tego, co w sobie nosi. Uważają za swój obowiązek usunięcie zagrożenia. Jacob i Seth odłączyli się od sfory, aby nas ostrzec. Tamci planują zaatakować dziś wieczorem. Alice syknęła, odsuwając się ode mnie. Emmett i Jasper wymienili spojrzenia, a potem ich oczy powędrowały między drzewa. Nie ma tam nikogo, zameldował Seth. Cisza na froncie zachodnim. Mogą krążyć w kółko. Zatoczę więc okrąg. - Carlisle i Esme już jadą – powiedział Emmett. – Będą za góra 20 minut. - Powinniśmy przybrać pozycję obronną – powiedział Jasper. Edward skinął głową – Chodźmy do środka. Przebiegnę się po granicach z Sethem. Jeśli oddalę się za bardzo, żebyś mógł usłyszeć moje myśli, nasłuchuj mojego wycia. - Będę. Wycofali się do domu, strzelając oczami na wszystkie strony. Zanim byli w środku, odwróciłem się i pobiegłem na zachód. Wciąż niewiele znajduję, powiedział mi Seth. Wezmę połowę okrążenia. Ruszaj się... Nie chcemy, żeby prześlizgnęli się obok nas. Seth skoczył do przodu w nagłym przypływie prędkości. Biegliśmy w ciszy, mijały minuty. Słuchałem odgłosów wokół niego, podwójnie sprawdzając jego osąd. Hej... coś szybko nadbiega! ostrzegł mnie po 15 minutach ciszy. Na mojej drodze. Zostań na swojej pozycji... Nie sądzę, by to była sfora. Brzmi inaczej. Seth... Ale on złapał zapach przyniesiony przez bryzę i przeczytałem w jego umyśle... Wampir. Założę się, że to Carlisle. Seth, cofnij się. To może być ktoś inny. Nie, to oni. Poznaję zapach. Czekaj, przemienię się, żeby im wyjaśnić. Seth, nie sądzę… Ale już go nie było. Niespokojnie pognałem wzdłuż zachodniej granicy. Czy nie byłoby wspaniale, gdybym mógł należycie zająć się Sethem, chociaż przez jeden wieczór? Co jeśli coś mu się stanie, kiedy będzie pod moją opieką? Leah rozdarłaby mnie na strzępy. Dzieciak przynajmniej załatwił to szybko. Nie minęły 2 minuty, gdy znów poczułem go w mojej głowie. Ta, Carlisle i Esme. Chłopcze, zaskoczeni to oni byli nieźle moim widokiem! Pewnie już są w środku. Carlisle dziękuje. Facet jest w porządku. Taa. To jeden z powodów dla których mamy pewność, że postępujemy słusznie. Mam nadzieję. Czemu jesteś taki przybity, Jake? Założę się, że Sam nie przyprowadzi sfory dzisiaj wieczorem. Nie chce misji samobójczej. Westchnąłem. To nie miało znaczenia, w żadnym przypadku. Och, nie chodzi tylko o Sama, prawda? Skręciłem pod koniec mojego patrolu. Uchwyciłem zapach Setha, gdy w końcu się pojawił. Nie zostawialiśmy żadnych luk. Myślisz, że Bella umrze, tak czy siak, szepnął Seth. Tak. Biedny Edward. Pewnie szaleje. Dosłownie. Imię Edwarda przyciągnęło na powierzchnię wrzącej wody inne wspomnienia. Seth odczytał je w zdumieniu. I wtedy to on zawył. O człowieku! Nie ma mowy! Nie zrobiłeś tego! To ssie po całości Jacob! I ty też o tym wiesz! Nie mogę uwierzyć, iż powiedziałeś mu, że go zabijesz. Co jest? Musisz mu odmówić! Zamknij się, zamknij się, idioto! Pomyślą, że sfora nadchodzi! Ups! wydał z siebie ciche wycie. Obróciłem się i susami zacząłem zbliżać się w kierunku domu. Zwyczajnie trzymaj się od tego z daleka, Seth. A teraz zrób całe kółko. Zawrzał ze złości ale zignorowałem go. Fałszywy alarm, fałszywy alarm, pomyślałem, gdy byłem coraz bliżej. Przepraszam. Seth jest młody. Zapomina o niektórych rzeczach. Nikt nie atakuje. Fałszywy alarm. Kiedy dotarłem na łąkę, zobaczyłem Edwarda wyglądającego przez ciemne okno. Wbiegłem, chcąc się upewnić, że dostał wiadomość. Nic tam nie ma – załapałeś to? Kiwnął głową. Byłoby o wiele prościej, gdyby to nie była jednostronna komunikacja. Z drugiej strony, byłem nawet zadowolony, że nie siedziałem w jego głowie. Obejrzał się przez ramię, w głąb domu i zobaczyłem dreszcz wstrząsający całą jego sylwetką. Odmachnął mi ręką, bez patrzenia w moim kierunku, i znikł z pola widzenia. Co się dzieje? Jakbym miał otrzymać odpowiedź. Siedziałem na łące bardzo spokojnie i nasłuchiwałem. Z tymi uszami mogłem prawie usłyszeć miękkie kroki Setha w lesie, oddalone o mile. Łatwo też było usłyszeć każdy dźwięk wewnątrz domu. - To był fałszywy alarm – wyjaśniał Edward tym martwym głosem, po prostu powtarzając to, co ja mu powiedziałem. – Seth był zdenerwowany czymś innym i zapomniał, że czekaliśmy na sygnał. Jest bardzo młody. - Miło, że berbecie pilnują fortu – mruknął niższy głos. Emmett, pomyślałem. - Wyświadczyli nam dziś wspaniałą przysługę, Emmett. Dużym kosztem własnym. - Taa, wiem. Jestem po prostu zazdrosny. Sam chciałbym tam być. - Seth nie sądzi, że Sam teraz zaatakuje – powiedział Edward mechanicznie. – Nie po tym, jak zostaliśmy uprzedzeni i nie bez dwóch brakujących członków sfory. - Co myśli Jacob? – zapytał Carlisle. - Nie jest tak optymistycznie nastawiony. Nikt się nie odezwał. Zabrzmiał cicho mokry dźwięk, którego nie mogłem skojarzyć. Usłyszałem ich płytkie oddechy... i zdołałem oddzielić oddech Belli od innych. Był ostrzejszy, zmęczony. Szarpał i łamał się w nierównym rytmie. Słyszałem jej serce. Wydawało się... zbyt szybkie. Porównałem je z moim własnym biciem serca, ale nie byłem pewien, czy to odpowiednia miara. Przecież nie byłem normalny. - Nie dotykaj jej! Obudzisz ją – wyszeptała Rosalie. Ktoś westchnął. - Rosalie... - wymamrotał Carlisle. - Nie zaczynaj ze mną, Carlisle. Pozwoliłyśmy ci mieć własne zdanie wcześniej, lecz to wszystko, na co się zgadzamy. Wyglądało na to, że Rosalie i Bella mówiły teraz o sobie w liczbie mnogiej. Jakby utworzyły własną, dwuosobową sforę. Spacerowałem spokojnie przed domem. Każde przejście niosło mnie odrobinę bliżej. Ciemne okna były jak telewizor w nudnej poczekalni – nie spoglądać na nie przez dłuższy czas było po prostu niemożliwym. Kilka minut później, kilka spacerów więcej i moja sierść dotykała ściany werandy. Mogłem zajrzeć przez okna, zobaczyć górę ścian i sufit oraz zgaszony żyrandol, który tam wisiał. Byłem wystarczająco wysoki i jedyne, co musiałem zrobić, to odrobinę wyprostować szyję… i może położyć jedną łapę na krawędzi werandy… Zajrzałem do dużego, przestronnego pokoju frontowego, spodziewając się, że zobaczę coś bardzo podobnego do dzisiejszej popołudniowej sceny. Ale wszystko zmieniło się tak bardzo, że na początku się pogubiłem. Przez sekundę myślałem, że pomyliłem pokoje. Nie było szklanej ściany – wyglądała teraz jak metalowa. I meble były porozsuwane na boki, z Bellą skuloną dziwnie na wąskim łóżku pośrodku otwartej przestrzeni. Nie było to normalne łóżko, ale z poręczami, jak w szpitalu. I tak jak w szpitalu, były monitory podłączone do jej ciała, rurki wciśnięte w jej skórę. Światełka na ekranach błyskały bezgłośnie. Kapiący odgłos pochodził z kroplówki połączonej z jej ramieniem, niosącej jakiś zawiesisty, biały, nieprzejrzysty płyn. Zadławiła się w swoim niespokojnym śnie, a oboje – Edward i Rosalie - przysunęli się do niej. Jej ciało drgnęło i zakwiliła. Rosalie dotknęła ręką czoła Belli. Ciało Edwarda zesztywniało – był odwrócony plecami do mnie, ale pewnie wyraz jego twarzy wiele mówił, bo Emmett wepchnął się między nich, nim zdążyłem mrugnąć. Podniesionymi rękami powstrzymał Edwarda. - Nie dziś, Edwardzie. Mamy inne zmartwienia na głowie. Edward odwrócił się od nich i znów był tym płonącym na stosie człowiekiem. Jego oczy na moment napotkały moje i wtedy spadłem do tyłu na cztery łapy. Wbiegłem z powrotem do ciemnego lasu, aby spotkać się z Sethem, uciekając od tego, co było za mną. Gorzej. Tak, było z nią gorzej. tłumaczenie: Noorey 12. Niektórzy nie rozumieją określenia „niemile widziany” Byłem na skraju wyczerpania. Słońce wzeszło ponad chmury jakąś godzinę temu i las nie był już czarny, a szary. Seth zwinął się w kłębek i odpłynął koło pierwszej. Obudziłem go o świcie, żeby mnie zmienił. Mimo, że biegłem całą noc, nie potrafiłem wyłączyć się i zasnąć. Rytmiczny bieg Setha trochę mi w tym pomagał. Raz, dwa-trzy, cztery, raz, dwa-trzy, cztery – dum dum-dum dum – głuche dudnienie łap o wilgotną ziemię, powtarzające się bez końca, podczas gdy mój towarzysz na nowo okrążał terytorium Cullenów. Przebyliśmy tę drogę już tak wiele razy, że wydeptaliśmy ścieżkę w lesie. Seth nie myślał o niczym: przez głowę przemykała mu jedynie rozmazana zieleń i szarość drzew, które mijał. Pozwalało mi się to uspokoić. Mogłem skupić się na tym, co on widział, zamiast na obrazach, których nie potrafiłem wyrzucić ze swojej pamięci. Nagle przeszywające wycie Setha przerwało ciszę poranka. Poderwałem się gwałtownie, wyciągając przednie łapy do biegu, podczas gdy tylne nie zdążyły się nawet wyprostować. Pognałem do miejsca, gdzie Seth zamarł bez ruchu, wsłuchując się wraz z nim w zbliżające się odgłosy wilczych kroków. Dzień dobry, chłopcy. Seth wydał z siebie cichy pomruk. Wsłuchaliśmy się obaj w myśli przybysza i zaczęliśmy warczeć niemal jednocześnie. Seth jęknął. No nie! Idź stąd, Leah! Umilkłem i stanąłem koło Setha, który odchylił już głowę do tyłu, gotowy zawyć jeszcze raz, tym razem, żeby wyrazić swoje niezadowolenie. Ucisz się, Seth. Ach, racja. Ech! Ech! Ech! Zaskomlał, drapiąc ziemię i zostawiając w niej głębokie ślady swoich pazurów. W końcu zobaczyliśmy Leah, kłusującą między drzewami. Jej szare ciało zlewało się z podszytem. Przestań wyć, Seth. Ale z ciebie dzieciak. Zawarczałem na nią, kładąc uszy po sobie. Wilczyca cofnęła się odruchowo. Leah, co ty wyprawiasz? Westchnęła poirytowana. To chyba widać, nie? Przyłączam się do waszej małej watahy buntowników, do psów obronnych wampirów. Wybuchła cichym sarkastycznym śmiechem. Nie, do nikogo się nie przyłączasz. Zawróć, zanim rozerwę ci któreś ścięgno. Musiałbyś mnie najpierw złapać. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu i przygotowała się do biegu. Chcesz się ścigać, o nieustraszony przywódco? Wziąłem głęboki oddech, wypełniając płuca taką ilością powietrza, jaką byłem w stanie nabrać, a gdy byłe już pewien, że nie krzyknę, wypuściłem je powoli. Seth, powiedz Cullenom, że to tylko twoja głupia siostra – pomyślałem te słowa tak szorstko, jak tylko się dało. Zajmę się nią. Już się robi! Seth tylko marzył, żeby uciec. W oka mgnieniu popędził w kierunku domu. Leah zawyła i pochyliła się w kierunku brata, strosząc sierść na karku. Pozwalasz mu iść do wampirów samemu? Jestem pewien, że wolałby już, żeby go tam wykończyli, niż spędzić z tobą kolejną minutę. Zamknij się, Jacob. O, przepraszam, zamknij się, najwyższa Alfo. Po jaką cholerę tu przyszłaś? Myślisz, że miałabym siedzieć w domu, wiedząc, że mój braciszek zgłosił się na ochotnika jako gryzak dla wampirów? Seth nie chce i nie potrzebuje twojej ochrony. Nikt cię tu nie chce. Oooch, to pewnie zostawi ogromny ślad w mojej psychice. Ha! Szczeknęła. Powiedz mi, kto by mnie chciał i już mnie nie ma. Więc nie chodzi o Setha, tak? Oczywiście, że chodzi. Twierdzę tylko, że bycie niechcianą, to dla mnie nic nowego i nie stanowi czynnika motywującego, jeśli wiesz, co mam na myśli. Zazgrzytałem zębami i spróbowałem myśleć logicznie. Sam cię tu przysłał? Gdybym była tu z rozkazu Sama, to byś mnie nie słyszał. Już nie jestem mu winna posłuszeństwa. Słuchałem uważnie myśli Lei, wymieszanych ze słowami. To mogła być jakaś sztuczka, pułapka. Musiałem być czujny. Nie znalazłem jednak nic niepokojącego. Leah mówiła prawdę. Gorzką prawdę, z której nie chciała się zwierzać. Więc teraz jesteś lojalna wobec mnie? Zapytałem z sarkazmem. Aha, oczywiście. Nie mam zbyt dużego wyboru. Muszę decydować między tymi opcjami, jakie mam. Wierz mi, nie podoba mi się to tak samo, jak tobie. To nie było prawdą. Leah była podekscytowana. Nie była szczęśliwa dlatego, że jest z nami, ale dało się u niej wyczuć podniecenie. Przeszukiwałem jej umysł, próbując to pojąć. Najeżyła się w odpowiedzi. Zawsze próbowałem ignorować Leę, nigdy nie próbowałem jej zrozumieć. Przerwał nam Seth, który w myślach wyjaśniał zajście Edwardowi. Leah zawyła zaniepokojona. Twarz Edwarda, widoczna przez to samo okno, co zeszłej nocy nie okazała żadnej reakcji na wieści Setha. Była pusta, martwa. Wow, facet kiepsko wygląda, Seth mruknął do siebie. Wampir na tę myśl też nie zareagował i zniknął w głębi domu. Seth zawrócił i zmierzał już do nas. Leah nieco odetchnęła. Co się dzieje? Zapytała. Oświeć mnie. Nie ma po co. Nie zostajesz z nami. Obawiam się, że nie ma pan racji, panie Alfa. Skoro najwidoczniej muszę do kogoś należeć, a nie myśl, że nie próbowałam życia w samotność - ty wiesz najlepiej jak zły to pomysł, wybieram ciebie. Leah, ty nie lubisz mnie, a ja ciebie. Dziękuję, Kapitanie Jasność. To nie ma dla mnie znaczenia. Zostaję z Sethem. Nie lubisz wampirów. Nie sądzisz, że to trochę sprzeczność interesów? Ty też nie lubisz wampirów. Ale ja jestem oddany przymierzu z nimi, a ty nie. Będę się trzymać od nich z daleka. Mogę sprawdzać teren tutaj, tak jak Seth. I miałbym ci zaufać? Wyciągnęła szyję i łapy, starając się dorównać mi wzrostem gdy spojrzała mi głęboko w oczy. Nie zdradzę swojej watahy. Chciałem odrzucić głowę do tyłu i zawyć, tak jak to wcześniej zrobił Seth. To nie jest twoja wataha! To w ogóle nie jest wataha. Po prostu odszedłem i działam na własną rękę! Co mają do tego Clearwaterowie? Dlaczego nie możecie zostawić mnie w spokoju? Seth, który właśnie do nas dotarł, zawył cicho. No pięknie, obraziłem go. Przydaję się na coś, nie, Jake? Ty nie jesteś uciążliwy, ale jeśli stanowicie z Leah komplet... jeśli jedynym sposobem, żeby się jej pozbyć jest odesłanie cię do domu... Cóż, w tym wypadku chyba nie możesz mnie winić, że chciałbym, żebyś odszedł? Leah! Wszystko psujesz! Tak, wiem odpowiedziała bratu, a jej myśl przesycona była rozpaczą. Poczułem większy ból, jaki towarzyszył tym dwóm słowom, niż mogłem się spodziewać. Nie chciałem tego czuć. Nie chciałem współczuć Leah. Jasne, sfora była dla niej niemiła, ale to ona zawiniła goryczą i złośliwością, jakie towarzyszyły każdemu jej słowu, i które uczyniły z czytania jej myśli prawdziwy koszmar. Seth też poczuł się winny. Jake... nie wygonisz mnie, prawda? Leah nie jest taka zła. Z nią moglibyśmy poszerzyć nasz obszar. No i dzięki niej Sam zostałby z siedmioma wilkami. Nie ma mowy, żeby wszczął atak, gdy nie ma przewagi liczebnej. To chyba dobrze... Dobrze wiesz, że nie chcę przewodzić sforze, Seth. Więc nie przywódź. Zaproponowała Leah. Prychnąłem. Świetnie. W takim razie biegnijcie do domu. Jake, pomyślał Seth. Powinienem tu zostać. Ja naprawdę lubię wampiry, a przynajmniej Cullenów. Są dla mnie ludźmi i zamierzam ich chronić, bo po to w końcu jesteśmy. Może i ty powinieneś, ale twoja siostra nie, a ona ma zamiar być tam, gdzie ty... Urwałem, bo zobaczyłem coś, gdy to mówiłem. Coś, o czym Leah starała się nie myśleć. Ona nie miała zamiaru gdziekolwiek się ruszać. Myślałem, że tu chodzi o Setha, pomyślałem kwaśno. Oczywiście, że jestem tu dla niego, broniła się. I żeby być jak najdalej od Sama. Zacisnęła szczęki. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć. Muszę robić tylko to, co mi się karze. Należę do twojej watahy, Jacob. Koniec, kropka. Odszedłem, powarkując. Cholera. Nigdy się jej nie pozbędę. Nie lubiła ani mnie, ani Cullenów, najchętniej pozabijałaby wszystkie wampiry, wkurzało ją, że ma je chronić, zamiast niszczyć... ale to wszystko to było nic w porównaniu z tym, jak się czuła, uwolniwszy się od Sama. Leah nie pałała do mnie sympatią, więc świadomość, że jej nie chcę nie będzie dla niej ciężarem. Wciąż kochała Sama i świadomość, że on jej nie chce była dla niej bardziej bolesna. Teraz miała wybór. Zrobiłaby wszystko, żeby przerwać swoje męki. Nawet jeśli wiązało się to z zostaniem pieskiem kanapowym Cullenów. Nie wiem, czy posunęłabym się tak daleko, pomyślała. Chciała, żeby te słowa brzmiały szorstko i agresywnie, ale nie udało się. Myślę, że najpierw kilka razy spróbowałabym się zabić. Leah, zrozum... Nie, to ty zrozum, Jacob. Przestań się ze mną kłócić, bo to nie przyniesie nic dobrego. Nie będę wchodzić ci w drogę. Zrobię wszystko, co zechcesz, bylebyś nie kazał mi wrócić do Sama i być jego żałosną ex, której nie może się pozbyć. Jeśli chcesz, żebym odeszła, usiadła i spojrzała mi w oczy, to będziesz musiał mnie do tego zmusić. Warczałem wściekle przez dobrą minutę. Zacząłem współczuć Samowi, mimo tego, co zrobił mnie i Sethowi. Nic dziwnego, że wciąż rozkazywał. W jaki inny sposób mógł dopilnować, żeby coś zostało zrobione? Seth, będziesz zły, jeśli zabiję twoją siostrę? Przez chwilę udawał, że się zastanawia. Cóż... raczej tak. Westchnąłem. Dobrze, panno Zrobięcozechcesz. Przydaj się na coś i powiedz, co wiesz. Co się stało po tym, jak odeszliśmy? Najpierw było dużo wycia, ale to pewnie słyszeliście. Było tak głośno, że dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że was nie słyszymy. Sam był... nie znalazła odpowiedniego słowa, ale widzieliśmy w jej głowie, co ma na myśli. Potem stało się jasne, że będziemy musieli jeszcze raz przemyśleć parę rzeczy. Sam zamierzał porozmawiać z resztą starszyzny dziś rano. Mieliśmy się spotkać i omówić plan działania. Raczej nie planował natychmiastowego ataku. To byłoby samobójstwo, biorąc pod uwagę, że wy dwaj się odłączyliście, a krwiopijcy zostali ostrzeżeni. Nie wiem, co teraz zrobią, ale na miejscu pijawek nie spacerowałabym sama po lesie. Zaczął się sezon na wampiry. Postanowiłaś odpuścić sobie dzisiejsze spotkanie? Zapytałem. Gdy zeszłej nocy rozdzieliliśmy się na patrole poprosiłam o pozwolenie na powrót do domu, żeby powiedzieć matce, co się stało. Cholera! Powiedziałaś mamie? Seth warknął. Seth, wstrzymaj się na chwilę z kłótniami z siostrą. Mów dalej, Leah. Więc gdy byłam człowiekiem, przemyślenie wszystkiego zajęło mi minutę. Cóż, właściwie, to zajęło całą noc. Założę się, że pozostali myślą, że zasnęłam. Cała ta sprawa z oddzielnymi umysłami oddzielnej watahy dała mi wiele do myślenia. W końcu położyłam na jednej szali bezpieczeństwo Setha i te... inne korzyści, a na drugiej zostanie zdrajcą i konieczność wąchania wampirzego smrodu Bóg wie, jak długo. Wiesz, jaką podjęłam decyzję. Zostawiłam list dla mamy. Podejrzewam, że usłyszymy, kiedy Sam o wszystkim się dowie... Leah przekręciła ucho na zachód. Tak, pewnie usłyszymy, zgodziłem się. Więc to by było na tyle. Co robimy? Spytała. Razem z Sethem patrzyli na mnie wyczekująco. To było dokładnie to, czego nie chciałem – wydawanie poleceń. Myślę, że musimy po prostu mieć wszystko na oku. Tylko tyle możemy zrobić. A ty, Leah, chyba powinnaś się zdrzemnąć. Spałeś dokładnie tyle, co ja. Podobno miałaś robić to, o co cię poproszę. Tak, chociaż to trochę denerwujące, mruknęła, po czym ziewnęła. A z resztą, jak chcesz. Przebiegnę się wzdłuż granicy, Jake. Nie jestem zmęczony. Seth był szczęśliwy, że nie odesłałem ich do domu. Aż podskakiwał z zadowolenia. Jasne. Ja pójdę sprawdzić, co u Cullenów. Seth po chwili zniknął między drzewami. Leah patrzyła za nim zamyślona. Może rundka albo dwie przed snem... Hej, Seth! Chcesz sprawdzić, ile razy cię prześcignę? NIE! Leah rzuciła się za bratem, chichocząc cicho. Warknąłem, ale nie miało to zupełnie sensu. No to to by było na tyle, jeśli chodzi o ciszę i spokój. Nie powiem, Leah starała się jak mogła. Ograniczała swoje złośliwe uwagi do minimum, okrążając teren., ale nie była w stanie ukryć przede mną swojego samozadowolenia. Zastanawiałem się nad prawdziwością stwierdzenia, że w dwójkę raźniej. Nie mogłem odnieść tego do siebie, bo nawet jeden towarzysz, to już było dla mnie za dużo, a co dopiero dwoje? Poza ty, skoro miałaby być nas trójka, trudno mi było znaleźć kogoś, kogo nie wymieniłbym za Leah. Może Paul? Zasugerowała. Może. Leah zaśmiała się do siebie. Była zbyt podekscytowana, żeby się obrazić. Zastanawiałem się, jak długo będzie trwać ta radość z opuszczenia Sama. W takim razie to będzie mój cel: być mniej wkurzającą niż Paul. Tak, pracuj nad tym. Przybrałem ludzką postać, gdy byłem już kilka metrów od trawnika Cullenów. Nie miałem zamiaru spędzić tu dużo czasu jako człowiek, ale nie chciałem też, żeby Leah siedziała mi w głowie. Założyłem swoje podarte szorty i ruszyłem w kierunku domu. Drzwi otworzyły się zanim doszedłem do schodów. Ku mojemu zaskoczeniu, to Carlisle, a nie Edward wyszedł mnie przywitać. Jego twarz wyrażała wyczerpanie i porażkę. Serce stanęło mi na chwilę. Zatrzymałem się niepewnie, nie mogłem dobyć głosu. - Wszystko w porządku, Jacob? - Co z Bella? – zdołałem wykrztusić. - Właściwie... jest tak samo, jak zeszłej nocy. Przestraszyłem cię? Przepraszam, nie chciałem. – tłumaczył Carlisle – Edward powiedział, że przyjdziesz w ludzkiej postaci, więc wyszedłem cię powitać. On nie chciał zostawiać Belli. Niedawno się obudziła. Edward nie chciał tracić tych ostatnich chwil, jakie mógł z nią spędzić. Carlisle nie powiedział tego głośno, ale i tak wiedziałem, że mam rację. Sporo czasu minęło, odkąd ostatni raz spałem. Byłem potwornie zmęczony. Zrobiłem kilka kroków naprzód i usiadłem na schodach werandy, opierając się o poręcz. Carlisle bezszelestnie, jak na wampira przystało, usiadł na tym samym stopniu, przy drugiej poręczy. - Nie miałem okazji podziękować ci wczoraj. – zaczął. – Bardzo doceniam twoje... współczucie. Wiem, że robisz to, żeby chronić Bellę, ale reszta rodziny także zawdzięcza ci teraz swoje bezpieczeństwo. Edward powiedział mi, co musiałeś zrobić... - Nie mówmy o tym – mruknąłem. - Jeśli tak wolisz. Siedzieliśmy w milczeniu. Słyszałem pozostałych w domu. Emmett, Alice i Jasper rozmawiali cicho, a ich głosy były pełne powagi. Esme nuciła coś w innym pokoju. Rosalie i Edward byli gdzieś blisko. Słyszałem ich oddechy. Nie byłem w stanie stwierdzić, który był czyj, ale słyszałem różnicę między nimi, a ciężkim dyszeniem Belli. Słyszałem też jej serce. Było bardzo niespokojne. Los chciał mnie zmusić, żebym zrobił wszystko, przed czym zawsze tak się wzbraniałem w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Siedziałem bezczynnie i czekałem na jej śmierć. Nie chciałem dłużej tego słuchać. Rozmowa była lepsza niż te dźwięki. - Jest dla ciebie członkiem rodziny? – spytałem Carlisle’a. Zwróciłem uwagę, że wcześniej powiedział, że pomogłem też „reszcie rodziny”. - Tak – odpowiedział. – Bella już jest dla mnie moją córką. Ukochaną córką. - I mimo to, pozwolisz jej umrzeć. Na chwilę zapadła cisza. Podniosłem głowę, by spojrzeć mojemu rozmówcy w oczy. Miał bardzo zmęczoną twarz. Dobrze wiedziałem, co czuje. - Wiem, co o mnie myślisz, Jacob – powiedział w końcu – ale nie mogę zrobić nic wbrew jej woli. Nie wolno mi podejmować decyzji za nią, zmuszać ją. Powinienem być na niego wściekły, ale nie potrafiłem. Słyszałem w jego tłumaczeniu swoje własne słowa, trochę tylko zmienione. Wcześniej brzmiały właściwie, ale teraz już nie. Nie kiedy Bella umierała. A jednak... pamiętałem, jak to jest być zmuszonym do czegoś, czego się nie chce, jak to jest, gdy po rozkazie nie ma się wyboru i trzeba brać udział w morderstwie ukochanej osoby. Z drugiej strony to nie było to samo. Sam nie miał racji, a Bella kocha to, czego nie powinna... - Myślisz, że są jakieś szanse, że jej się uda? – spytałem cicho. - No wiesz, że zdąży z przemianą i w ogóle. Mówiła mi wcześniej jak to było z Esme. - Szansa jest. Wampirzy jad potrafi zdziałać cuda, ale są przeszkody, których nawet on nie pokona. Jej serce już jest słabe. Jeżeli przestanie bić... to nic już nie będę mógł zrobić. Za ścianą serce Belli trzepotało nierówno, jakby na potwierdzenie słów Carlisle’a. Może nagle Ziemia zaczęła obracać się w złą stronę? To by tłumaczyło, dlaczego dzisiaj wszystko jest dokładnie odwrotnie niż było wczoraj – pokładałem nadzieje w czymś, co jeszcze niedawno wydawało mi się najgorszą rzeczą na świecie. - Co to coś jej robi? – szepnąłem. – Jej stan tak nagle się pogorszył. Wczoraj przez okno widziałem te wszystkie kroplówki... - Płód nie jest zgodny z jej ciałem. Jest zbyt silny, to po pierwsze, ale z tym mogłaby dać sobie radę. Większym problemem jest to, że nie pozwala jej pobierać niezbędnych substancji. Jej organizm odrzuca wszelkie formy pożywienia. Próbuję karmić ją dożylnie, ale Bella nie absorbuje tej energii. Cały proces jest w jej przypadku przyspieszony. Patrzę jak i ona i płód umierają z głodu. Nie mogę tego powstrzymać, ani nawet spowolnić. Nie wiem, czego to stworzenie chce – głos mu się załamał. Poczułem taką samą furię i szaleństwo jak wczoraj, gdy zobaczyłem ciemne sińce na brzuchu Belli. Zacisnąłem pięści, żeby powstrzymać drżenie. Nienawidziłem tego czegoś, co ją krzywdziło. Temu potworowi nie wystarczało, że bije ją od środka. Chciał ją jeszcze zagłodzić. Pewnie szuka tylko miejsca, żeby wbić zęby, jakiegoś gardła, z którego można by wyssać krew. Skoro nie jest jeszcze na tyle duży, żeby zabić kogoś innego, postanowił pozbawić życia Bellę. Ja tam wiedziałem, czego chce to coś: śmierci i krwi, krwi i śmierci. Uderzyła mnie fala gorąca. Oddychałem powoli, żeby się uspokoić. - Może gdybym wiedział, z czym mam do czynienia... – mruknął Carlisle. – Płód jest dobrze chroniony. Ultrasonograf jest w tym przypadku zupełnie bezużyteczny. Wątpię też, żeby udało się przebić igłą worek owodniowy, ale Rosalie i tak nie pozwoli mi spróbować. - Igłą? – wyjąkałem. – A co by to dało? - Im więcej będę wiedział o płodzie, tym lepiej będę mógł ocenić, do czego jest zdolny. Wiele bym dał za odrobinę płynu owodniowego. Gdybym znał ilość chromosomów... - Nie nadążam, doktorze. Można prosić po ludzku? Carlisle zaśmiał się krótko. - Dobrze, co przerabiałeś na biologii? Uczyłeś się o parach chromosomowych? - Chyba tak. Mamy dwadzieścia trzy, tak? - Ludzie tyle mają. - Ile wy macie? - Dwadzieścia pięć. Zmarszczyłem brwi – Co to znaczy? - Myślałem, że to oznacza, że nasze gatunki są zupełnie różne, że mają z sobą mniej wspólnego niż lew z kotem domowym, ale to nowe życie... cóż, to by sugerowało, że jest między nami większe pokrewieństwo genetyczne, niż przypuszczałem. – westchnął ze smutkiem. – Nie miałem pojęcia, że powinienem ich ostrzec. Też westchnąłem. Łatwo mi było nienawidzić Edwarda za tę niewiedzę. Wciąż go za to nienawidziłem. Ale nie potrafiłem czuć tego wobec Carlisle’a. Może dlatego, że w jego przypadku nie wchodziła w grę zazdrość. - Gdybym wiedział, ile par chromosomów ma ten płód, to mogłoby pomóc. Wiedziałbym, czy bliżej mu do nas, czy do Belli, wiedziałbym, czego oczekiwać – Carlisle przerwał na chwilę i wzruszył ramionami – A może nic by to nie pomogło. Pewnie szukam po prostu jakiegoś materiału do badań, żeby czymś się zająć. - Ciekawe, ile ja mam chromosomów. – mruknąłem od niechcenia. Znów pomyślałem o olimpijskich testach na doping. Ciekawe, czy badają też DNA zawodników. Carlisle chrząknął. - Masz dwadzieścia cztery pary. – powiedział. Odwróciłem się powoli, w jego stronę, unosząc brwi. Był nieco zmieszany. - Byłem ciekaw – przyznał – i pozwoliłem sobie pobrać próbkę, gdy cię leczyłem w czerwcu. Zamyśliłem się na moment. - Powinienem się wkurzyć, ale właściwie, to mnie to nie obchodzi. - Przepraszam, powinienem był poprosić cię o zgodę. - W porządku. Nie chciałeś mi przecież zrobić nic złego. - Skąd. Przyrzekam, że nie chciałem cię skrzywdzić. – odpowiedział szybko Carlisle. – Ja po prostu... wasz gatunek mnie fascynuje. Wygląda na to, że po kilkuset latach elementy wampirzej natury mi spowszedniały. Odstępstwa od człowieczeństwa w przypadku twojej rodziny są dużo bardziej interesujące. Niemalże magiczne. - Abra-kadabra – mruknąłem. Już nasłuchałem się tych bzdur o magii od Belli. Carlisle znów się zaśmiał, ale mimo to wciąż wyglądał na przybitego. Wtedy za ścianą usłyszeliśmy głos Edwarda i obaj umilkliśmy, żeby posłuchać. - Zaraz wrócę, Bello. Chciałbym zamienić parę słów z Carlislem. Rosalie, zechciałabyś mi towarzyszyć? – Edward brzmiał jakoś inaczej. W jego dotychczas martwym głosie słychać było trochę więcej życia. Był w nim cień jakiegoś uczucia. Może nie samej nadziei, ale marzenia o niej. - Edward, o co chodzi? – głos Belli był cichy i chrapliwy. - O nic, czym miałabyś się martwić, kochanie. To nam zajmie tylko sekundę. Rose, proszę. - Esme? – zawołała siostra Edwarda – Zajmiesz się na chwilę Bellą? Usłyszałem szum powietrza, gdy Esme zbiegała po schodach. - Oczywiście – odpowiedziała, gdy była już na dole. Carlisle wyprostował się i utkwił wzrok w drzwiach. Edward wyszedł pierwszy, Rosalie tuż za nim. Jego twarz, podobnie jak głos, nie była już tak martwa, jak wcześniej. Wyglądał na niezwykle skoncentrowanego, Rosalie z kolei była bardzo podejrzliwa. Edward zamknął za nią drzwi. - Carlisle – zaczął niepewnie. - O co chodzi, Edwardzie? - Może robimy to wszystko nie tak. Podsłuchiwałem was przed chwilą i kiedy mówiliście o potrzebach... płodu, Jacob miał interesującą myśl. Ja? A co ja niby pomyślałem poza tym, jak bardzo nienawidzę tego stwora? Cóż, przynajmniej nie byłem sam. Widziałem, że Edwardowi też przychodziło z trudem używanie tak delikatnego określenia jak „płód”. - Nie próbowaliśmy podejść do tego z tej strony. – kontynuował Edward. – Próbowaliśmy dawać Belli to, czego ona potrzebuje, na co jej ciało reaguje tak, jak zareagowałyby nasze. W takim razie może powinniśmy najpierw zaspokoić potrzeby... płodu. Może gdy je zaspokoimy, będziemy w stanie zająć się Bellą. - Nie rozumiem, co masz na myśli – przyznał Carlisle. - Pomyśl. Jeśli to stworzenie jest bardziej wampirem niż człowiekiem, to czego może się domagać? Jacob się domyślił. Doprawdy? Spróbowałem przypomnieć sobie całą rozmowę i wszystkie moje myśli w jej trakcie. Znalazłem rozwiązanie dokładnie w tym samym momencie, co Carlisle. - Och – powiedział zaskoczony. – Myślisz, że domaga się... krwi? Rosalie syknęła. Nie była już podejrzliwa. Jej idealna twarz pojaśniała, a oczy zabłysnęły z podekscytowania. - Oczywiście – wymamrotała. – Carlisle, mamy odłożone zapasy 0 rh- dla Belli. To dobry pomysł. – dodała, nie patrząc na mnie. - Hmm – Carlisle zamyślił się. – Sam nie wiem... i w jaki sposób powinniśmy jej to zaaplikować... Rosalie potrząsnęła głową. – Nie mamy czasu na zastanawianie się. Myślę, że będzie trzeba to zrobić tradycyjnymi sposobami. - Chwilę – szepnąłem zszokowany – Rozmawiacie o tym, w jaki sposób zmusić Bellę do wypicia krwi? - Sam to wymyśliłeś, psie. – warknęła Rosalie, wciąż nie patrząc w moim kierunku. Nie zwróciłem na nią uwagi i obserwowałem Carlisle’a. Przez jego twarz też przemknął cień nadziei. Zacisnął usta zastanawiając się. - To jest... – nie mogłem znaleźć odpowiedniego słowa. - Potworne? – zasugerował Edward. – Obrzydliwe? - I to jak. - Ale jeśli może jej pomóc? – szepnął. Pokręciłem głową ze złością. – Co chcesz zrobić? Wcisnąć jej rurę do gardła? - Zapytam ją, co o tym myśli. Chciałem tylko najpierw powiedzieć o tym pomyśle Carlisle’owi. Rosalie przytaknęła. – Jeśli powiesz jej, że to pomoże dziecku, to na pewno się zgodzi. Nawet jeśli będzie trzeba karmić ją przez rurę. Gdy usłyszałem, w jaki sposób powiedziała o „dziecku”, zdałem sobie sprawę, że ta blondynka zgodzi się na wszystko, co mogłoby pomóc temu małemu krwiopijczemu potworowi. Więc to o to chodziło w tej dziwnej więzi między nią, a Bellą? Rosalie chciała dziecka? Kątem oka zobaczyłem, że Edward kiwnął głową, niby od niechcenia, nie patrząc w moim kierunku, ale wiedziałem, że odpowiedział w ten sposób na moje pytania. W tej oziębłej Barbie odezwał się instynkt macierzyński? Miała gdzieś chronienie Belli. Pewnie osobiście wcisnęłaby jej tę rurę do gardła. Edward zacisnął usta i wiedziałem, że znów mam rację. - Nie mamy czasu na dyskusje. – Rosalie była niecierpliwa – Co o tym myślisz, Carlisle? Możemy spróbować? Carlisle wziął głęboki oddech i wstał. - Spytamy Bellę. – powiedział. Blondynka uśmiechnęła się triumfalnie. Jeżeli to miało zależeć tylko od Belli, to wszystko pójdzie po jej myśli. Podniosłem się ze schodów i powlokłem za trójką wampirów do domu. Nie wiedziałem, dlaczego to robię. Może z czystej ciekawości. To wszystko było jak film grozy. Wszędzie krew i potwory. Bella leżała na łóżku szpitalnym. Jej ogromny brzuch przykryto prześcieradłem. Wyglądała jak woskowa figura: pozbawiona kolorów i niemalże przezroczysta. Gdyby nie nieznaczny ruch klatki i płytkie oddechy, można by pomyśleć, że jest martwa. Obserwowała nas podejrzliwie zmęczonymi oczami. Wszyscy, poza mną w oka mgnieniu znaleźli się przy niej. Powlokłem się za nimi w powolnym ludzkim tempie. - Co się dzieje? – spytała Bella szeptem. Uniosła woskową dłoń tak, jakby chciała chronić swój brzuch. - Jacob wpadł na pomysł, który może ci pomóc – powiedział Carlisle. Wolałbym, żeby zostawiono mnie w spokoju. Niczego nie zaproponowałem. Niech jej krwiopijczy mężulek zbiera pochwały. – To nie będzie... przyjemne, ale... - Ale pomoże dziecku – Rosalie weszła Carlisle’owi w słowo. – Chyba znaleźliśmy lepszy sposób, żeby je nakarmić. Bella przymknęła oczy i zaśmiała się cicho. - Nie będzie przyjemne? – wyszeptała. – Cóż za odmiana. – zerknęła na kroplówkę podłączoną do jej przedramienia i zaśmiała się znowu. Blondynka także zachichotała. Bella wyglądała, jakby zostało jej kilka godzin życia, cierpiała, a mimo to wciąż siliła się na żarty. To było bardzo w jej stylu. Zmniejszyć napięcie, sprawić, by inni poczuli się lepiej. Edward podszedł do niej bliżej. Jemu nie było do śmiechu, co mnie cieszyło. Dobrze wiedzieć, że ktoś cierpiał w tym momencie bardziej niż ja. Wziął ją za rękę – drugą wciąż trzymała na brzuchu. - Bello, kochanie, chcielibyśmy poprosić cię, żebyś zrobiła coś potwornego – powiedział, używając tych samych przymiotników, co w naszej wcześniejszej rozmowie. – coś obrzydliwego. Cóż, przynajmniej nie owijał w bawełnę. Bella wzięła płytki, niespokojny oddech. - Jak bardzo? – spytała. Tym razem Carlisle pospieszył z odpowiedzią. – Uważamy, że potrzeby płodu mogą być bliższe naszym niż twoim. Myślimy, że jest głodny. Bella zmrużyła oczy. - Och... och – wyjąkała. - Twój stan... stan was obojga gwałtownie się pogarsza. Nie mamy czasu, żeby obmyślać jakieś mniej odpychające sposoby. Najszybciej sprawdzimy naszą teorię jeśli... - Jeśli wypiję krew – szepnęła. Nieznacznie kiwnęła głową, nawet na to ledwo starczyło jej sił. – Zrobię to. Poćwiczę na przyszłość. – uśmiechnęła się, spoglądając na Edwarda, ale ten nie odwzajemnił uśmiechu. Rosalie zaczęła niecierpliwie pukać butem w podłogę. Dźwięk był bardzo irytujący. Zastanawiałem się, co by zrobiła, gdybym wyrzucił ją zaraz przez ścianę. - Kto pójdzie złapać jakiegoś grizzly? – wyszeptała Bella. Carlisle i Edward wymienili krótkie spojrzenia, a Rosalie przestała tupać. - Co? – spytała Bella niespokojnie. - Test będzie bardziej miarodajny, jeśli nie wprowadzimy ograniczeń. – odpowiedział Carlisle. - Jeżeli płód domaga się krwi – dodał Edward – to nie chodzi mu o zwierzęcą krew. - Tobie nie zrobi to różnicy – zachęciła Rosalie. Bella otworzyła szeroko oczy. - Kto? – wyjąkała, patrząc na mnie. - Nie jestem tu w charakterze dawcy – odpowiedziałem – Poza tym tu chodzi o ludzką krew, więc moja chyba i tak się nie nadaje. - Mamy zapas krwi, Bello. – Rosalie przerwała mi, udając, że nie ma mnie w pokoju. – Dla ciebie, tak na wszelki wypadek. O nic się nie martw, wszystko będzie dobrze. Czuję to. Dziecko na pewno poczuje się lepiej. Bella pogłaskała czule swój brzuch. - Cóż – szepnęła tak cicho, że ledwo było ją słychać – Umieram z głodu. Założę się, że on też. – znów próbowała żartować. – Spróbujmy. To będzie mój pierwszy wampirzy czyn. tłumaczenie: Atrivie 13. Dobrze, że mam silny żołądek Carlisle i Rosalie stali na szczycie schodów. Mogłem usłyszeć jak debatowali czy wypadałoby to było dobre rozwiązanie. Byłem zdziwiony, wszyscy mieszkańcy tego domu pozostawali przy niej. Lodówka pełna krwi- jest. Co jeszcze? Pokój tortur czy miejsce ukrycia trumien? Edward stał, trzymając rękę Belli. Jego twarz znów była martwa. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby wykrzesać w sobie energię na posiadanie choćby najmniejszej iskierki nadziei. Uporczywie wpatrywał się w resztę rodziny. Wyglądało, jakby z nimi rozmawiał. To było ciężkie do oglądania. Wiedziałem, jakie to było ciężkie do oglądania przez cały czas dla Leah. Słyszeć to ciągle w głowie Sama. Oczywiście wszyscy czuliśmy się źle, nie byliśmy potworami- w tym sensie. Nie mieliśmy jej za złe jak chciała się z tym uporać. Chciała nas uczynić tak samo nieszczęśliwymi jak ona była. Nie powinienem już nigdy więcej jej obwiniać. Jak ktokolwiek może rozsiewać taki rodzaj cierpienia wokół? Jak ktokolwiek może nie próbować zelżeć wszystkim z ciężaru? I jeśli to ma znaczenie, że kantowałem dla posiadania tego, jak mógłbym obwiniać ją o podkradanie mojej wolności. Zrobiłbym to samo, jeśli jest to droga do uniknięcia bólu. Rosalie zmaterializowała się na dole w sekundę, przecinając pokój niczym bryza, przynosząc za sobą ten palący zapach. Zatrzymała się w kuchni, słyszałem trzaśnięcie drzwiczek kuchennych. - Nie całkiem, Rosalie - powiedział Edward przewracając oczyma. Bella wyglądała zaciekawiona, ale Edward po prostu potrząsnął głową. Rosalie wycofała się do pokoju i ponownie zniknęła drzwi. - To był twój pomysł? - wyszeptała Bella, jej głos był nierówny, jakby starała się uczynić go dla mnie wystarczająco głośnym. Zapomniała, że mam całkiem dobry słuch. Większość czasu zachowywała się tak, jakby zapomniała, że nie jestem do końca człowiekiem. Podszedłem bliżej by nie musiała się już tak wysilać. - Nie wiń mnie za to. Twój wampir wybiera uszczypliwe komentarze z mojej głowy. - uśmiechnęła się odrobinę. - Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek Cię zobaczę. - Ja także. - odpowiedziałem. Dziwnie się czułem tak po prostu stojąc, ale wampiry przepchnęły całe wyposażenie z drogi do punktu medycznego. Doszedłem do wniosku, że nie będę się im naprzykrzał siedząc czy stojąc, nie robi to dużej różnicy, kiedy jesteś jak z kamienia. Zrozumieli to, że jestem wyczerpany. - Edward powiedział mi, co musisz zrobić. Przykro mi. - W porządku. To pewnie była tylko kwestia czasu, kiedy przeciwstawię się Samowi – skłamałem. - I Seth. Cieszy się, że może pomóc. - Nie chciałabym przysporzyć ci kłopotów.. Zaśmiałem się raz – bardziej był to szczek niż śmiech. Westchnęła - Sadzę, ze to żadna nowość? - Żadna. - Nie musisz zostawać i na to patrzeć. - Mogłem odejść. Prawdopodobnie był to dobry pomysł, ale co jeśli miałem stracić ostatnie piętnaście minut jej życia? - Naprawdę nie muszę nigdzie iść. - powiedziałem, starając się trzymać swoje emocje w ryzach. - Wilki coraz mniej naciskają odkąd Leah przyłączyła się do nas. - Leah? - Nie powiedziałeś jej? - Odwróciłem głowę w stronę Edwarda. Tylko wzruszył ramionami nie odrywając oczu od jej twarzy. Widziałem, ze nie jest to dla niego ważna wiadomość, nie była godna większej uwagi, istniały ważniejsze sprawy. Jednak Bella nie przyjęła tego tak lekko. Wyglądała jakby dla niej były to bardzo złe wiadomości. - Dlaczego?- wyszeptała. Nie chciałem wciągać ją w całą tą długa historię. - By mieć na oku Setha. - Ale przecież ona nas nienawidzi. Nas. Pięknie. Widziałem, ze była zaniepokojona. - Leah nie jest tu na przeszpiegach. Ona jest w mojej... sforze. – wycedziłem - Należy do moich... zwolenników. Bella nie wyglądała na przekonaną. - Martwisz się Leah tymczasem masz w sobie to coś i psychopatyczną blondynkę przy swoim boku. Natychmiast się zjawiła. Świetnie, usłyszała mnie. Belli nie spodobało się to, co powiedziałem. - Nie Rose... zrozum. - Tak – odchrząknąłem. - Ona rozumie, ze prawdopodobnie umrzesz, że wkrótce dostanie ta swoją zmutowaną ikrę. - Przestań Jake. - wyglądała na zbyt słabą by się zdenerwować. Uśmiechnąłem się w zamian - Mówisz jakby było to możliwe. - Bella próbowała nie uśmiechać się przez sekundę, ale nie mogła wytrzymać. Kąciki jej ust poszły w górę. I wtedy pojawił się Carlisle z ta psychopatką. Doktor miał biały, plastikowy kubek w swojej ręce. Edward nie chciał, by Bella myślała, ze musi zrobić coś, co nie jest konieczne. Nie widziałem co jest w środku, ale mogłem to poczuć. Carlisle zawahał się, kiedy wyciągnął rękę z kubkiem. Bella zobaczyło to i znów się zaniepokoiła. - Możemy spróbować innej metody - zastanowił się chwile doktor. - Nie - wyszeptała Bella. - Spróbuje. Nie mamy zbyt wiele czasu. Z początku myślałem, że w końcu dostała bóli i boi się o siebie, i wtedy jej drżąca, anemiczna ręka powędrowała na jej brzuch. Bella sięgnęła po kubek. Jej dłoń zatrzęsła się odrobinę i mogłem usłyszeć chrzęst w środku. Próbowała podeprzeć się na jednym łokciu, ale ledwo mogła unieść głowę. Fala gorąca popłynęła w dół mego kręgosłupa, kiedy zobaczyłem jak słabnie coraz bardziej. Rosalie przytrzymała ręką ramiona Belli, opierając o siebie jej głowę, tak jak to się robi z noworodkiem. Blondynka najwidoczniej wiedziała całkiem dużo o dzieciach. - Dziękuje. - wyszeptała Bella. Jej wzrok przeleciał po każdym z kolei. Wciąż była wystarczająco świadoma by czuć. Jeśli nie była zdenerwowana, to mogę się założyć, że była zawstydzona. - Nie myśl o tym - powiedziała Rosalie. Poczułem się niezręcznie. Powinienem był odejść, kiedy Bella mi to zaproponowała. Nie należałem do niej, do tego wszystkiego. Pomyślałem, że mógłbym jeszcze wyjść, ale to tylko pogorszyłoby stan Belli wszystko mogłoby się stać dla niej jeszcze cięższe. Byłem zbyt zniesmaczony by tu zostać. Co było prawie cała prawdą. Trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Bella podniosła kubek do swojej twarzy i wypiła resztę jego zawartości tylko lekko się skrzywiając. - Bello, kochanie, możemy znaleźć łatwiejsze wyjście - powiedział Edward, próbując wyciągnąć jej kubek z rąk. - Zatkaj nos - zasugerowała Rosalie. Utkwiła wzrok w rękach Edwarda, jakby chciała je połamać. Miałem taką nadzieję. Mógłbym się założyć, że Edward tak by tego nie zostawił, a jak tak pragnąłem zobaczyć jak blondynka traci kończynę. - Nie, to nie to, tylko... - Bella wzięła głęboki wdech. - Pachnie całkiem nieźle. - dodała cienkim głosem. Walczyłem ze zdegustowaniem widocznym na mojej twarzy. - To jest naprawdę dobre - powiedziała ochoczo Rosalie do Belli. - To znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze. - Bella wetknęła kubek pomiędzy swoje wargi i zamknęła oczy, na jej nosie pojawiły się zmarszczki. Słyszałem chlupot krwi w kubku, kiedy zadrżała jej ręka. Wypiła to w kilka sekund, jęknęła cicha, a jej oczy wciąż pozostawały zamknięte. Edward i ja wstaliśmy w tym samym momencie. On dotknął jej twarzy, a ja zacisnąłem rękę za moimi plecami. - Bella, skarbie... - Wszystko w porządku - wyszeptała. Otworzyła oczy i wpatrywała się w niego. Wyraz jej twarzy był... przepraszający. Błagalny. Wystraszony. - Smakuje całkiem dobrze. Kwas przelewał mi się w żołądku. Odruchowo mocniej zacisnąłem szczęki. - To dobrze - odparła blondynka. - To dobry znak. Edward po prostu gładził ręką jej policzek, wodził palcem po jej kruchych kościach. Bella ponownie przyłożyła kubek do ust. Tym razem wzięła prawdziwy łyk. Nie było to już tak anemiczne, jak wszystko pozostałe, co robiła. Jakby włączył się w niej jakiś instynkt. - Jak twój żołądek? Mdli Cię? - zapytał Carlisle. Bella potrząsnęła przecząco głową - Nie czuje się chora. - Świetnie - powiedziała z entuzjazmem Rosalie. - Myślę Rose, że jeszcze trochę za wcześnie na radość. Bella wzięła kolejny łyk krwi. Przelotnie spojrzała na Edwarda - Czy to mnie zrujnuje? - wyszeptała. - Czy też musimy się zacząć z tym liczyć po tym, jak zostanę wampirem? - Nikt nie musi się z tym liczyć i w żadnym wypadku nikt przez to nie umrze. - uśmiechnął się martwo. Twoje akta wciąż są czyste. Spojrzeli na mnie. - Wytłumaczę Ci to później. - Edward powiedział to tak cicho jakby jego słowa były tylko oddechem. Czemu? - zapytała Bella zaniepokojona. - Po prostu mi zaufaj. - skłamał bez zawahania. Jeśli osiągnie sukces i Bella przeżyje... Edward nie będzie mógł wyjeżdżać na polowania, kiedy ona stanie się.. taka jak on. Będzie musiał pracować nad przywróceniem jej do normalności. Wargi Edwarda zadrżały, walcząc z uśmiechem. Bella westchnęła, gapiąc się w coś za oknem. Może udawała, że nas tu po prostu nie ma, albo, że nie ma tylko mnie. Nikt inny nie wydawał się poirytowany jej zachowaniem. Mieli wystarczająco dużo czasu by wziąć ten kubek z dala od niej. Edward wywrócił oczami. To było bardzo nie na rękę, że ni mógł słyszeć jej myśli. Zachichotał. Wzrok Belli natychmiast powędrował w jego kierunku, nawet uśmiechnęła się w połowie widząc wyraz jego twarzy. Mogłem tylko przypuszczać, że czegoś nie zauważyła. - Coś śmiesznego? - zapytała zaskoczona „ - Jacob. - odpowiedział. Spojrzała na mnie z tym samy zmęczonym uśmiechem na twarzy. - Jake wygląda na załamanego. potwierdziła. Świetnie, musiałem zacząć robić dobra minę do złej gry. Uśmiechnęła się i wzięła kolejny łyk. Skrzywiłem się tylko. - Skończyłam. - powiedziała zadowolona. Jej głos był bardziej wyraźny- zachrypnięty, ale pierwszy raz dzisiaj nie był to szept. - Jeśli wytrzymam tak dalej, Carlisle, to czy wtedy wyjmiesz go ze mnie? - Tak szybko jak to tylko będzie możliwe. - obiecał. Rosalie pogłaskała Bellę po jej czole, wymieniły pomiędzy sobą spojrzenia pełne nadziei. Nikt nie mógł tego nie zauważyć - kubek pełen ludzkiej krwi zrobił ogromna różnicę. Powoli powracał jej naturalny kolor - rumieńce zaczęły wstępować na jej policzki. Nie potrzebowała już tak bardzo pomocy Rosalie. Jej oddech się wyrównał, i mogłem usłyszeć jak bije jej serce, mocniej niż kiedykolwiek przedtem. Iskierka nadziei ponownie zawitała w oczach Edwarda. - Chcesz więcej? - zapytała Rosalie gdy Bella osunęła się powoli na łóżko. Edward rzucił jej piorunujące spojrzenie, po czym zwrócił się do Belli. - Póki co nie musisz pić więcej. - Wiem, ale... chcę. - dodała markotnie. Rosalie wplotła palce w jej włosy. - Nie musisz być z tego powodu zakłopotana Bello. Twoje ciało tego potrzebuje. Wszyscy to rozumiemy. - Po czym dodało hardo - A kto tego nie rozumie powinien jak najszybciej opuścić to miejsce. - Aluzja rzucona była w moim kierunku. Słowa blondynki przestały mieć znaczenie. Najważniejsze jest to, ze Bella poczuła się lepiej. Nie odezwałem się słowem. Carlisle wziął kubek z ręki Belli - Zaraz wracam. - i zniknął. - Jake wyglądasz strasznie. - stwierdziła patrząc w moja stronę - I kto to mówi. - Poważnie. Kiedy ostatni raz spałeś? - zastanowiłem się chwilę. - Nie jestem całkiem pewny. - Jake, zaczynam się o ciebie poważnie martwić. Nie bądź głupi. Zacisnąłem zęby. Pozwoliła by ten potwór ją zabijał, a ja nie chciałem stracić tych kilku, być może ostatnich dla niej nocy. - Odpocznij, proszę. Jest parę łóżek u góry rozgość się, w którym tylko chcesz. Jednak wyraz twarzy Rosalie mówił co innego. Byłem bardzo niepożądanym gościem, szczególnie w jednym z tych łóżek. Czy ona była aż tak zaborcza o miejsce swojego wypoczynku? - Dzięki Bello, ale wolę spać na ziemi. Z dala od tego smrodu. Rozumiesz. - Racja. - przyznała. Wrócił Carlisle. Gdy Bella sięgnęła ręką po kubek z krwią, była trochę roztargniona, jakby myślała o czymś zupełnie innym. Z tym samym przejawem roztargnienia zaczęła pić. Wyglądała już dużo lepiej. Podniosła się powoli do pozycji siedzącej. Rosalie podniosła ręce by, w razie czego, móc złapać Belle. Jednak wcale nie było to potrzebne. Brała głębokie wdechy pomiędzy łykami. Zawartość drugiego kubka szybko zniknęła. - Jak się czujesz? - zapytał Carlisle. - Całkiem nieźle. Tylko jestem głodna. Tak właściwie to nie wiem czy jestem głodna czy spragniona, może ty wiesz? - Carlisle, spójrz na nią - wyszeptała Rosalie zadowolona z siebie. Zaraz miała obrosnąć w piórka. - To jest to, czego jej ciało potrzebuje. Powinna pić więcej. - Rose, Bella jest ciągle człowiekiem i potrzebuje także jedzenia. Dajmy jej chwilkę, żeby mogła ochłonąć, a później spróbujemy dać jej coś do jedzenia. Na co miałabyś ochotę? Na jajka. - odpowiedziała natychmiast i uśmiechnęła się do Edwarda. Jego uśmiech był wciąż bez wyrazu, jednak widać było, że miał w sobie odrobinę więcej życia. Zamrugałem oczami i prawie zapomniałem ich otworzyć. - Jacob - usłyszałem głos Edwarda. - Naprawdę powinieneś pójść spać. Oczywiście możesz zostać i pójść do któregokolwiek pokoju, albo, jeśli będzie to dla ciebie wygodniejsze, wyjść na dwór. Jeśli tylko będzie taka potrzeba, znajdę cię. - Jasne. - teraz, kiedy Bella dostała kilka dodatkowych godzin, mogłem wyjść. Ułożyłbym się wygodnie gdzieś pod jakimś drzewem, na tyle daleko by nie czuć tego zapachu. Pijawka mogłaby mnie znaleźć i obudzić, gdyby tylko coś było nie tak. - Tak będzie lepiej. - dokończył Edward. Położyłem swoją dłoń na dłoni Belli. Była zimna jak lód. - Wracaj do zdrowia. - Dzięki, Jacob - położyła swoją rękę na mojej. Mogłem poczuć na swojej skórze jej obrączkę. - Dajcie jej jakiś koc. - powiedziałem, odwracając się w stronę drzwi. Miałem już minąć próg, kiedy nagle to usłyszałem, wycie, które rozchodziło się wraz ze świeżym, porannym powietrzem. Z całą pewnością było to ostrzeżenie. Cholera, pomyślałem i pędem ruszyłem w kierunku drzwi. Wyleciałem na zewnątrz. Moim ciałem zapanował ogień. Usłyszałem tylko dźwięk rozrywania moich spodni. To były moje jedyne ciuchy, ale teraz nie było to ważne. Wylądowałem na łapach i spojrzałem na zachód. Co jest?, wykrzyczałem w swojej głowie. Oni nadchodzą, odpowiedział Seth. Co najmniej trzech. Rozdzielili się? Już biegnę do Setha, odezwał się głos Leah w mojej głowie. Mogłem poczuć uderzenie powietrza na jej ciele, kiedy pędziła z niesamowitą szybkością. Las wirował wokół niej. Za daleko, nie ma szans na atak. Seth nie prowokuj ich. Czekaj na mnie. Zwolnili, ciężko ich usłyszeć. Myślę, że... Co? Myślę, że się zatrzymali? Czekają na pozostałych? Czujesz to? Zastanowiły mnie jego odczucia. To bezdźwięczne migotanie w powietrzu. Ktoś tam jest. Tak mi się wydaje, potwierdził Seth. Leah wyskoczyła na mała polane, na której się znajdował. Wbiła swoje pazury w ziemię, wirując przy tym. Cofnij się. Oni nadchodzą, powoli... idą. W głosie Setha dało się słyszeć zdenerwowanie Próbowałem pędzić tak jak Leah. Czułem się z tym nieswojo. Seth i Leah byli teraz w potencjalnym niebezpieczeństwie, które było bliżej niż ja. Powinienem być tam teraz z nimi. Pomiędzy nimi, a tym, co się zbliżało. Zaczyna się, powiedziała Leah. Trzymajcie się, zaraz tam będę. Czterech, powiedział zdecydowanie Seth. Trzy wilki i człowiek. Wskoczyłem na polanę. Seth stał po mojej prawej stronie, wyprostowany i gotowy. Leah stała po mojej lewej z odrobinę mniszym entuzjazmem. Czyli jestem pod moim bratem, powiedziała sama do siebie. Pierwszy się przyłączyłem, odpowiedział Seth. Ciesz się, że jesteś trzecia. Bycie pod młodszym bratem, to nie bycie wyżej. Nie obchodzi mnie to. Uciszcie się i bądźcie gotowi. Pojawili się po kilku sekundach. Przyszli tak, jak mówił Seth. Jared na przedzie, jako człowiek. Za nim Paul, Quil i Colin już na czterech łapach. Trzymali się za Jaredem, w pełnej gotowości. Nie było agresji w ich postawie. Jednak coś mnie zdziwiło. Dlaczego zamiast Embry’ego Sam wysłał tutaj Collina? Ja nigdy nie wysłałbym ich samych na teren wroga, nigdy nie wysłałbym dziecka, jeśli już to najbardziej doświadczonych z nas. Dywersja, zamyśliła się Leah. Czemu Sam, Embry i Brady wysłali ich samych? Nie wyglądało to obiecująco. Mam sprawdzić? Mogę pobiec i wrócić za dwie minuty. Powinienem powiadomić Cullenów, powiedział Seth. Co jeśli zależy im na tym, byśmy się rozdzielili?, zapytałem. Oni na pewno już wiedzą. Są gotowi. Sam nie jest głupi, pomyślała Leah. Wyobraziła sobie, że atakuje Cullenów z dwoma innymi wilkami przy boku. Nie zrobi tego, odpowiedziałem. Poczułem się słabo kiedy zobaczyłem taką możliwość w głowie Leah. Cały ten czas Jared i trzy pozostałe wilki stały naprzeciwko nas i czekały. To było niesamowite nie słyszeć, co Quil, Paul i Collin mówią do siebie. Wyrazy ich pysków były niewyraźne, nie do odczytania. Jared przerwał milczenie. - Wywieszamy białą flagę Jake, jesteśmy tu by porozmawiać. Myślisz, ze to prawda?, zapytał Seth. To ma sens, ale... Tak, dodała Leah. Ale... - Byłoby wygodniej Jacob, gdybyś zmienił się w człowieka, tak, żebym i ja mógł Cię usłyszeć. - dodał Jared po chwili milczenia. Nie czułem się w tej sytuacji najlepiej, nie wiedziałem, co robić. I jeszcze Collin na dodatek. Dziwna sprawa. - Rozumiem, widzę, że nie porozmawiamy. W takim razie tylko ja będę mówił – kontynuował. - Chcemy, żebyś wrócił. - Quil zaskomlał za nim. Był to taki rodzaj deklaracji. - Podzieliłeś nasze plemię. Nie sądzę, by była to dobra droga. Myślałem bardzo podobnie, ale w obecnej sytuacji zbyt wielkie były różnice w zdaniach pomiędzy mną, a Samem. - Wiemy, co czujesz. Ta sprawa z Cullenami jest... ciężka. Wiemy, że to problem. Jednak to jest ponad nasze siły. Seth burknął. Ponad wasze siły... ale atakowanie naszych sojuszników bez ostrzeżenia to już nie?! Seth, słyszałeś kiedykolwiek o pokerowej twarzy? Spokojnie. Przepraszam. Wzrok Jareda przeniósł się na chwilę Setha po czym znów zwrócił się do mnie. - Sam chce z tym wszystkim zwolnić, rozmawiał ze starszyzną, zdecydowali, że musimy się jeszcze wstrzymać. W wolnym tłumaczeniu: zgubiliśmy gdzieś po drodze element zaskoczenia, pomyślała, Leah. Aż dziwne jak nasze myśli były w tej sprawie były jednomyślne. Ta sfora, teraz sfora Sama, była dla nas dziwnie obca. Czymś innym, z zewnątrz. Najbardziej niesamowite było, to, że Leah myślała dokładnie tak jak my- nie udawała, naprawdę była częścią nas. - Billy i Sue zgadzają się z tobą, Jacob. Możemy poczekać na Bellę... Odciąć ją od problemów. Zabicie jej nie byłoby dla nas miłe. To wszystko to były totalne bzdury. Już miałem dawać Sethowi znak. Zabijając ją nie czuli by się całkiem komfortowo? Jared podniósł powoli rękę. - Spokojnie Jake, wiesz, co mam na myśli. Musimy wszyscy wyjść jakoś z tej niezręcznej sytuacji. Problem pojawi się później, wraz z tym czymś. Ha, usłyszałem myśli Leah. Ale Ci brzemię. Nie kupujesz tego. Wiem o czym oni myślą Jake. O czym myśli Sam. Myślą, że Bella umrze, tak czy inaczej, a wtedy ty naprawdę wpadniesz w furię. I sam zaatakuje... Rozbolała mnie czaszka. Sugestia Leah nie była odkryciem, była wręcz całkiem możliwa. Jeśli to coś zabiłoby Bellę, prawdopodobnie zapomniałbym, co czułem w tej chwili do rodziny Carlisle’a. Prawdopodobnie znów byli byśmy wrogami - znów byliby dla mnie tylko pijawkami- byłby to już koniec. Będę ci przypominał, wyszeptał Seth. Wiem, że będziesz. Pytanie tylko, czy będę cię w stanie posłuchać. - Jake - z rozmyślań wyrwał nas głos Jareda. Zirytowało mnie to. Leah, okrąż ich dookoła - tak dla pewności. Muszę z nim porozmawiać i chcę być przekonany, że nic się nie stanie, kiedy się przemienię. Daj mi chwile Jake, możesz stanąć przede mną. Widział cię już wcześniej nagiego – nie musisz się obawiać. Nie próbuję chronić twoich oczu przed tym widokiem, tylko nasze plecy. Tak, więc idź i rób, co powiedziałem. Leah tylko parsknęła i rzuciła się w stronę lasu. Słyszałem jak jej pazury przecinają glebę. Naprawdę była szybka. Nagość była uciążliwa i nieunikniona, kiedy było się częścią sfory. Nie mieliśmy nic do ukrycia, zanim nie przyłączyła się do nas Leah. Wtedy zaczęło się robić niezręcznie. Leah kontrolowała się przeciętnie. Przy takim usposobieniu, jakie posiadała często zmieniała się w ciuchach. Zazwyczaj zdarzało się zerknąć. Nie byłoby problemu, gdyśmy później o tym nie rozmyślali. Jared i pozostali gapili się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się Leah. - Dokąd ona poszła? - zapytał zaskoczony Jared. Zlekceważyłem go. Zamknąłem oczy, starając się ponownie przeobrazić. Czułem się jakby wiatr wirował wokół mojej osoby. Drżał wywołując w moim ciele fale. Przemiana dobiegła końca. Stałem przed nimi w ludzkiej postaci. - Och - wyrwało się Jaredowi. - Witaj Jake. - Cześć Jared. - Dziękuję, że zechciałeś ze mną porozmawiać. - Taa. - Chcemy, żebyś wrócił do domu. - Quil ponownie zaskomlał. - Nie wiem czy to takie proste, Jared. - Wróć do domu - powtórzył pochylony w moją stronę. - Możemy to zakończyć. Nie należysz do niej. Niech Leah i Seth również z nami wrócą. Zaśmiałem się. - Tak, jakby nic się nie stało. W jedną godzinę wszystko zostało wymazane? Seth parsknął za mną. Jared zauważył to, jego oczy zrobiły się bardziej czujne. - W takim razie, co teraz? - Nie wiem, ale z całą pewnością nie jestem przekonany do tego, że mogę wracać. Nie mogę po prostu tak wykluczyć tego o Alfie i nie mogę tak po prostu powrócić do normalności. Czuję, jakbym nie mógł nic z tym zrobić. - Wciąż do nas przynależysz. Ze zdumienia podniosłem brwi. - Dwaj Alfa nie mogą być w tym samym miejscy Jared. Pamiętasz jak blisko było zeszłej nocy? To nasz instynkt. - Czyli chcesz resztę życia spędzić z tymi pasożytami? - ciągnął. - Nie masz tutaj domu, w tej chwili nie masz nawet ciuchów - ton jego głosu był pełen jadu. - Chcesz cały czas żyć jak wilk? Wiesz, że Leah nie lubi się tak pożywiać. - Leah może zrobić cokolwiek jej się podoba, kiedy jest głodna. Jej wybór. Ja nie będę nikomu narzucał mojej woli. - Sam nie czuje się najlepiej z tym, co tobie zrobił. - Nie jestem zły. - Ale…? - Ale nie jestem gotów by wrócić, nie teraz. Zobaczymy jak to wszystko się potoczy. I będziemy przy Cullenach tak długo, jak będzie to konieczne. I nie myśl, ze tu chodzi tylko o Bellę. Chronimy tych, którzy potrzebują ochrony i tyczy się to także ich. Seth zaszczekał by to potwierdzić. Jared kontynuował. - Widzę, że nie mogę już nic więcej zrobić. - Teraz nie. Zobaczymy, co przyniesie ze sobą przyszłość. Jared odwrócił się w stronę Setha. - Sue prosiła abym Ci przekazał, żebyś wracał do domu. Ma złamane serce. Nie wiem jak ty i Leah mogliście je to w ogóle zrobić. Została sama. Obraliście tą drogę właśnie teraz, kiedy pożegnała swojego męża. - Seth zaskomlał. - Spokojnie Jared. - On chyba powinienem wiedzieć jak to wygląda. Prawda? - Racja. - przyznałem i spuściłem wzrok. Było to dla niej cięższe dla zniesienia niż dla innych. Niż dla mojego taty, dla mnie. Wystarczająco ciężkie by prosić o powrót jej dzieci do domu. Nie była jednak powrotu dla Setha. Jak długo Sue wie o tym wszystkim? Większość tego czasu zapewne spędziła z Billym, starym Quilem i Samem, racja? Tak jest bardzo osamotniona, na pewno. - Oczywiście Seth, jeśli chcesz możesz odejść. Wiesz o tym.’ Seth coś zwęszył. Chwilę potem nadstawił uszy w kierunku północy. Leah musiała być już blisko. Była bardzo szybka. Wpadła w poślizg kilka jardów dalej. Nie czekała na moje pozwolenie, a ja zdawałem sobie z tego doskonale sprawę. -Leah? - zapytał Jared. Odsłoniła swoje kły. Nie wyglądał na zaskoczonego jej wrogością. - Leah, przecież wiesz, że wcale nie chcesz tutaj być. Tylko na niego zawarczała. Dałem jej znak ostrzegawczy- nie zauważyła tego. Seth zaskomlał i przytrzymał ją. - Przepraszam - ciągnął Jared. - Powinienem był przewidzieć twoją reakcje, ale przecież ty nie odczuwasz żadnego przywiązania do tych pijawek. - Spojrzała najpierw na swojego brata później na mnie. - Musisz to wpierw obgadać z Sethem. Rozumiem. - Przyglądał mi się uważnie, po czym znów zwrócił się w jej kierunku. - Jake’a nie obchodzi, co się z nim stanie, nie boi się tutaj zostać. Tak czy inaczej, Leah, proszę przemyśl to. Wróć. Sam chce żebyś wróciła. - Ogon Leah zadrgał. - Sam kazał Ci przekazać, że błaga żebyś wracała. Powiedział, żebym padł przed Tobą na kolana, jeśli to będzie konieczne. On naprawdę chce żebyś wróciła, Lee-lee, wróciła tam gdzie jest twoje miejsce. Widziałem reakcje Leah, kiedy Jared użył jej starego pseudonimu używanego przez Sama. I wtedy, kiedy wypowiedział trzy ostatnie słowa nastroszyła grzbiet i zawyła. Zza jej kłów dobiegał charkot. Nie mogłem być w tej chwili w jej głowie, ale zdawałem sobie sprawę, jakie przekleństwa ma na myśli. Zdecydowanie są to najbardziej wulgarne słowa, jakich kiedykolwiek użyła. Poczekałem, aż skończy. - Nie zapominaj, że to ona decyduje, gdzie należy. - Leah zawarczało wrogo na Jareda. Wiedziałem, że jest to tylko potwierdzenie. - Zrozum Jared, wciąż jesteśmy rodziną, ok? Nie zaczniemy wojny, jeśli wy sami nie dacie nam ku temu powodów. Po prostu wróćcie do siebie. To chyba nie jest takie trudne? Nikt nie chce przecież większego rozłamu. Sam na pewno nie, i przypuszczam, że pozostali również. - Oczywiście, ze nie - odpowiedział Jared. - My wrócimy do siebie. Ale gdzie jest twoje miejsce Jacob? Czy jest nim wampirza ziemia? - Nie Jared. W tej chwili jestem bezdomny - ale nie bój się, wkrótce się to zmieni. Musiałem wziąć głęboki wdech. - Nie zostało dużo czasu. Odejdźcie. Cullenowie prawdopodobnie stąd odejdą, a wtedy Leah i Seth wrócą do domu. - A co z tobą Jake? - Wrócę do lasu- tak sadze. Nie mogę kręcić się wokół La Push. Dwóch Alfa równe jest zbyt dużemu napięciu. Byłaby to droga donikąd, przynosząca tylko niedomówienia. - Co jeśli będziemy chcieć porozmawiać? - Zawyjcie, ale nie przekraczajcie granicy. Przyjdziemy do was. Sam nie musi przysyłać aż tak wielu z was. Nie rwiemy się do bitki. Widać, że nie był zadowolony z tego, co miał przekazać Samowi. - Do zobaczenia Jake, albo i nie. - Dodał hardo. - Zaczekaj. Czy z Embrym wszystko w porządku? - Zdumienie wstąpiło na jego twarz. - Tak, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Czemu pytasz? - Zastanawiałem się, czemu Sam wysłał Colina zamiast niego. Przyglądałem się jego reakcji. Był skupiony, jakby nie wiedział, o co za bardzo mi chodzi. Widziałem w jego oczach, ze nie udzieli mi odpowiedzi na to pytanie. - To chyba nie twój biznes. Prawda Jake? - Tak sadze. Po prostu byłem ciekaw. - Czułem drganie w kąciku oka. Nie chciałem pozwolić Quilowi, żeby odszedł. - Przekaże Samowi twoje... instrukcje. Do zobaczenia Jacob. - Taa, cześć. Jared mógłbyś przekazać mojemu ojcu, ze wszystko u mnie w porządku. I że mi przykro, i że bardzo go kocham? - Przekażę. - Dzięki. - Chodźcie chłopaki. - odwrócił się do nas tyłem w kierunku Lasu. Paul i Colin szli po jego bokach. Quil za nim. Słyszałem jego ciche skomlenie. - Mi też Cię brakuje. Podbiegł do mnie, ze spuszczoną głową. Pogłaskałem go po ramionach. - Wszystko będzie w porządku. Przekaż Embremu, że bardzo mi was brakuje, was dwóch. - znowu zaskomlał. Podniósł swój nos do mojego czoła. Leah parsknęła. Quil miał się na baczności, ale nie chodziło mu o Leah. Jego towarzysze zniknęli już gdzieś w lesie. - Znikaj, wracaj do domu. - Znów mogłem usłyszeć ciche pojękiwania Quila. Rzucił się w stronę lasu, a i ja nie myśląc wiele zacząłem się przeobrażać. Znów byłem na czterech nogach. Jesteś do niego bardzo przywiązany, zauważyła Leah. Zignorowałem ją. Czy to źle?, zapytałem. Byłem trochę zaniepokojony. Rozmawiając z nimi w ten sposób nie mogłem usłyszeć, co tak naprawdę myśleli. Nie chciałem być za cokolwiek odpowiedzialny i na pewno nie chciałem iść tą samą drogą, co Jared. Czy powiedziałem coś, czego nie powinienem był powiedzieć, czy też powiedziałem czegoś istotnego?, zapytałem. Byłeś świetny, odpowiedział bez zastanowienia Seth. Powinieneś był uderzyć Jareda. Za to wszystko, co mówił, dodała Leah. Myślę, że wiemy, dlaczego Embry nie przyszedł, przerwał Leah brat. Nie zrozumiałem, o co mu chodziło. Jake, nie widziałeś Quila? Nie widziałeś, jaki był rozdarty? A zakładam, ze Embry jest w jeszcze gorszym stanie, bo nic go nie trzyma, tak jak Quila Clarie. Quil nie mógłby po prostu odejść z La Push. Embry tak. Więc Sam nie chce dać im szansy na wyskoczenie z tonącego statku. On nie chce widzieć twojej sfory większej niż jest obecnie. Naprawdę tak myślisz? Nie sądzę, żeby Embry był uszczęśliwiony towarzystwem Cullenów. Ale jesteś jego najlepszym przyjacielem Jake. On i Quil prędzej stanęliby po twojej stronie niż dali Ci w twarz podczas bitwy. Więc cieszę się, że Sam trzyma go w domu. Paczka potępieńców jest już wystarczająco duża. Zamyśliłem się. Seth, mógłbyś przez chwile mieć oczy szeroko otwarte? Leah i ja potrzebujemy chwilkę odpocząć. Wydaje się być spokojnie, ale może to tylko pozory. Nie chciałem popadać w paranoję, ale widziałem Sama w akcji. Był naprawdę niebezpieczny, a nie sądzę by w takiej sytuacji mógł nas zostawić w spokoju. Jasne nie ma problemu. Czy mam wszystko wytłumaczyć Cullenom? Wciąż pewnie są spięci. To może chwilkę zaczekać. Tysiące myśli i wyobrażeń waliło się po mojej głowie. Seth zawył. Leah trzęsła głową, tak, jakby chciała wyrzucić z niej wszystkie te myśli. To najbardziej obrzydliwy wymysł, jaki kiedykolwiek słyszałam w swoim życiu. Ohyda. Jeśli coś było by w tej chwili w moim żołądku, z całą pewnością bym to zwróciła. W końcu są wampirami, no nie?, powiedział Seth po chwili. Mam na myśli, że to ma sens. I jeśli to pomoże Belli, to chyba dobrze. Racja? Leah i ja zaczęliśmy w niego wpatrywać się. Że co? Mama upuściła go parę razy jak był dzieckiem, odpowiedziała z przekąsem Leah. Zapewne upadł na głowę. I jeszcze gryzł jakiś metalowy pręt. Ołowiany zapewne? Na to wygląda. Seth tylko parsknął. Zabawne. Czy wy dwoje nie możecie się po porostu zamknąć i iść spać? tłumaczenie: S.Mapet 14. Jeśli dręczą Cię wyrzuty sumienia za to, że byłeś niemiły w stosunku do wampirów, to naprawdę zły znak. Przed domem nie zastałem nikogo czekającego na mój raport. Wszystko w porządku, pomyślałem. Zauważyłem małą zmianę w znajomym mi już otoczeniu. Na najniższym stopniu werandy leżała sterta kolorowego materiału. Podszedłem bliżej, żeby to zbadać. Wstrzymując oddech, bo tkanina cała przesiąknięta była zapachem wampirów, trąciłem stos nosem. Ktoś wyłożył przed dom ubrania. Uch, Edward pewnie widział, jaki byłem wściekły, gdy ostatnio wybiegałem z domu. Cóż, to... miło z jego strony. Miło i dziwne. Ostrożnie wziąłem ubrania w zęby i wróciłem z nimi do lasu, na wypadek gdyby okazało się, że to jakiś dowcip blond psychopatki i dostałem zestaw damskich ciuchów. Założę się, że chciałaby zobaczyć, jak stoję przed domem nago, bezradnie trzymając w rękach sukienkę na ramiączka. Pod osłoną drzew rzuciłem cuchnącą tkaninę na ziemię i wróciłem do ludzkiej postaci. Wytrzepałem ubrania o pnie, chcąc choć trochę je wywietrzyć. To zdecydowanie były męskie ciuchy: beżowe spodnie i biała zapinana koszula. Jedno i drugie było trochę za krótkie, ale powinienem się w nie wcisnąć. Pewnie należały do Emmetta. Podwinąłem mankiety koszuli, ale niewiele mogłem zrobić ze spodniami. No trudno. Musiałem przyznać, że czułem się lepiej mając jakiekolwiek ciuchy na sobie, nawet jeśli na mnie nie pasowały i śmierdziały. Szkoda, że nie mogłem w razie potrzeby wrócić do La Push i zabrać kolejną parę dresów. Znowu ta bezdomność – nigdzie nie mogłem wrócić. Nic też nie miałem. Na razie mi to co prawda nie przeszkadzało, ale pewnie wkrótce zacznie być denerwujące. Podszedłem powoli do werandy w moich nowych używanych ciuchach, ale zawahałem się przed drzwiami. Powinienem zapukać? To głupie, skoro i tak wiedzą, że tu jestem. Zastanawiało mnie, dlaczego nikt nie zareagował i albo zaprosił mnie do środka, albo kazał się wynosić. A mniejsza z tym. Wzruszyłem ramionami i wszedłem do środka. Kolejne zmiany. W dwadzieścia minut przywrócono pokój do normalności. Wielki płaski telewizor był włączony, dźwięk ustawiony bardzo cicho i pokazywał jakiś głupawy babski film, którego i tak nikt nie oglądał. Carlisle i Esme stali przy oknach, które znów były otwarte. Alice, Jaspera i Emmetta nigdzie nie było widać, ale słyszałem ich na górze. Bella była na kanapie, tak jak wczoraj, ale miała podłączoną tylko jedną kroplówkę i jakąś aparaturę monitorującą. Cała zawinięta była w grubą kołdrę, więc przynajmniej w tej kwestii mnie posłuchali. Rosalie siedziała na podłodze, przy głowie Belli, Edward na kanapie, trzymając na kolanach jej stopy. Gdy wszedłem, spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko, jakby coś sprawiło mu przyjemność. Bella mnie nie słyszała, ale podążyła za wzrokiem Edwarda i też się uśmiechnęła. Twarz pojaśniała jej radością. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby tak ucieszyła się na mój widok. Co się z nią działo? Na litość boską, była przecież mężatką! Szczęśliwą żoną, bo nie miałem wątpliwości, że kochała swojego wampira, nawet wbrew rozsądkowi. Jakby tego było mało, była jeszcze w ciąży! Dlaczego więc, widząc mnie tak strasznie się cieszyła? Tak, jakbym zrobił jej jakąś niesamowicie miłą niespodziankę, przechodząc przez drzwi. Gdyby nie zwróciła na mnie uwagi... albo więcej, gdyby nie chciała mnie widzieć, łatwiej byłoby mi trzymać się od niej z daleka. Edward chyba zgadzał się z moim zdaniem. Coś ostatnio za często nadawaliśmy na tych samych falach. Zmarszczył brwi, próbując odczytać coś z wyrazu twarzy Belli, gdy ta wciąż promieniała na mój widok. - Chcieli tylko pogadać – wymamrotałem zmęczonym głosem. – Póki co nie zanosi się na atak. - Wiem – odpowiedział Edward. – Większość sam słyszałem. Ocknąłem się, zdziwiony. Byliśmy przecież dobre trzy mile stąd. - Jak? – zapytałem. - Słyszę cię wyraźniej. To kwestia znajomości głosu i koncentracji. No i trochę łatwiej czytać ci w myślach, gdy jesteś w ludzkiej postaci. W każdym razie usłyszałem prawie całą rozmowę. - Och – trochę mnie to zaniepokoiło, ale nie mogłem znaleźć w tym powodu do zmartwień – To dobrze. Nie lubię się powtarzać. - Kazałabym ci iść spać – powiedziała Bella – ale podejrzewam, że za chwilę i tak legniesz na podłogę, więc nie ma to sensu. Niesamowite, jak jej głos stał się znów mocny i wyraźny, ile sił jej przybyło. Wyczułem zapach świeżej krwi i zobaczyłem, że trzyma w rękach kubek. Ile krwi będzie jeszcze potrzeba, żeby przeszła przez to wszystko? Czy Cullenowie zaczną w końcu polować na sąsiadów? Skierowałem się do wyjścia, odliczając sekundy, żeby się uspokoić. - Jeden – Mississippi... dwa – Mississippi... - Gdzie ta powódź, kundlu? – mruknęła Rosalie. - Wiesz, jak utopić blondynkę? – zapytałem nie zatrzymując się, ani nie patrząc na nią. – Wystarczy przykleić lustro do dna basenu. Zamykając drzwi, usłyszałem chichot Edwarda. Najwyraźniej jego humor poprawiał się proporcjonalnie do stanu Belli. - Ten już słyszałam – zawołała za mną Rosalie. Zeskoczyłem ze schodów, śpiesząc się, żeby jak najszybciej znaleźć się wśród drzew, na świeżym powietrzu. Miałem zamiar zostawić ubrania gdzieś niedaleko domu, zamiast przywiązywać je do nogi. Jeszcze tego brakowało, żebym przez cały czas miał je wąchać. Próbując uporać się z guzikami u koszuli doszedłem do wniosku, że guziki nigdy nie będą modne wśród wilkołaków. Gdy szedłem przez trawnik, usłyszałem za sobą głosy. - Dokąd idziesz? – spytała Bella. - Zapomniałem mu czegoś powiedzieć. - Daj Jacobowi spać. To może poczekać. Właśnie, daj Jacobowi spać. - To zajmie tylko chwilę. Gdy odwróciłem się powoli, Edward stał już przed drzwiami. Podszedł bliżej, patrząc na mnie przepraszająco. - No co znowu? – jęknąłem. - Przepraszam – zawahał się, jakby nie wiedział, jak się wyrazić. O co ci chodzi? - Gdy rozmawiałeś z wysłannikami Sama – odpowiedział – zdawałem na bieżąco relację Carlisle’owi, Esme i reszcie. Bardzo się zmartwili... - Nie przestajemy was chronić. Nie musicie wierzyć Samowi, tak jak my. Wciąż mamy oczy otwarte, na wszelki wypadek. - Nie, nie, Jacob, nie to miałem na myśli. Dajemy wiarę waszym osądom. Chodzi o to, że Esme martwi się trudnościami, na jakie narażona jest wasza sfora. Prosiła, żebym o tym z tobą porozmawiał. - Trudnościami? – trochę zbił mnie z tropu. - Konkretnie tą bezdomnością. Zasmuciło ją, że jesteście wszyscy tacy... osieroceni. Prychnąłem. Troskliwa wampirza mamusia. Niesamowite. - Jesteśmy twardzi. Powiedz, żeby się o nas nie martwiła. - I tak chciałaby zrobić wszystko, co w jej mocy. Odniosłem wrażenie, że Leah nie lubi pożywiać się w wilczy sposób. - I co z tego? - Mamy tu normalne jedzenie. Musimy przecież sprawiać pozory normalności, no i Bella musi coś jeść – odpowiedział Edward. – Leah może skorzystać w każdej chwili. Wszyscy możecie. - Przekażę im. - Leah nas nienawidzi. - Więc? - Więc przekaż to tak, żeby rozważyła tę propozycję – poprosił. – Możesz to zrobić? - Postaram się. - Poza tym jest jeszcze kwestia ubrań – ciągnął Edward. Zerknąłem na to, co miałem na sobie. – No tak, dzięki. – Chyba nie wypadało wspominać, jak okropnie te ciuchy cuchną. Uśmiechnął się nieznacznie. – Cóż, możemy wam pomóc. Alice rzadko kiedy pozwala nam założyć dwa razy tę samą rzecz. Mamy całe stosy praktycznie nowych ubrań, przeznaczonych już dla biednych. Podejrzewam, że Leah nosi taki rozmiar jak Esme... - Nie sądzę, żeby Leah była zainteresowana donaszaniem ubrań po pijawkach. Nie jest tak praktyczna, jak ja. - Wierzę, że potrafisz przedstawić jej tę ofertę w jak najlepszym świetle. Jeśli będziecie potrzebowali jakiejś rzeczy, albo transportu, albo czegokolwiek, to wszystko jest do waszej dyspozycji. Wiem, że wolicie spać na zewnątrz, ale możecie się u nas wykąpać. Proszę, nie uważajcie się, za wyrzutków pozbawionych domu. – powiedział miękkim, aksamitnym głosem. Gapiłem się na niego, mrugając ze zmęczenia. - To bardzo... eee... miło z waszej strony. Powiedz Esme, że doceniamy, że o nas... pomyślała. Nasz szlak przecina w kilku miejscach rzekę, więc mamy okazję do kąpieli kilka razy dziennie, także dzięki. - Gdybyś jednak mógł przekazać naszą propozycję... - Jasne, jasne – zapewniłem sennie. - Dziękuję. Odwróciłem się od niego tylko po to, żeby za moment zastygnąć w bezruchu. Z domu dobiegł przepełniony bólem krzyk. Zanim zdążyłem obejrzeć się za siebie, Edwarda już nie było. Co tym razem? Bez zastanowienia poszedłem za nim, powłócząc nogami jak zombie. Raczej nie miałem innego wyboru. Coś było nie tak i musiałem sprawdzić, co. Okaże się, że nic nie mogę poradzić i będę czuł się jeszcze gorzej. Taki scenariusz wydawał się nieunikniony. Wróciłem do domu. Bella dyszała ciężko i zwijała się z bólu. Rosalie ją trzymała, podczas gdy Edward, Carlisle i Esme stali obok, dziwnie niezdecydowani. Dostrzegłem kątem oka jakiś ruch na szczycie schodów. Alice stała tam i wpatrywała się w pokój, przyciskając sobie dłonie do skroni. Dziwne... zupełnie, jakby coś blokowało ją przed zejściem na dół. - Daj mi chwilę, Carlisle – wyjąkała Bella. - Słyszałem jakiś trzask – doktor był bardzo zaniepokojony. – Musimy to sprawdzić. - Jestem pewna, że to żebro – wydyszała w odpowiedzi. – Au! Tak, na pewno. O, tu. – wskazała na swój lewy bok, ostrożnie, żeby dotknąć bolącego miejsca. Więc teraz to coś miało jej jeszcze łamać kości. - Musimy to prześwietlić. Mogą być jakieś odłamki. Nie chcę, żeby coś ci przebiły. Bella spróbowała wziąć głęboki oddech. – Ok. – wyjąkała. Rosalie podniosła ją ostrożnie. Edward chciał zaprotestować, ale Rosalie odsłoniła zęby i warknęła – Ja już ją wzięłam. Bella była teraz silniejsza, ale ten stwór także. Nie dało się zagłodzić jednego bez głodzenia drugiego i tak samo było z leczeniem. Ta bitwa była nie do wygrania. Blond wampirzyca szybko wniosła Bellę po schodach, Carlisle i Edward ruszyli tuż za nią. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że stoję w drzwiach. Mieli pod ręką bank krwi i sprzęt rentgenowski? Wygląda na to, że doktorek dosłownie zabiera robotę do domu. Byłem zbyt zmęczony, by za nimi iść, a nawet żeby w ogóle się ruszyć. Oparłem się o ścianę i ześlizgnąłem po niej na podłogę. Odwróciłem głowę w kierunku lekkiego wiatru wiejącego przez otwarte drzwi, oparłem ją o ościeżnicę i nasłuchiwałem. Słyszałem pracę rentgena na górze, a może tylko wmówiłem sobie, że to dźwięki maszyny. Chwilę później dobiegł mnie cichy dźwięk czyichś kroków po schodach. Nie spojrzałem nawet, żeby sprawdzić, kto schodzi. - Chcesz poduszkę? – poznałem głos Alice. - Nie – wymamrotałem. Ta ich nachalna gościnność zaczynała działać mi na nerwy. - Chyba trochę ci niewygodnie – zauważyła. - Trochę. - To dlaczego się stamtąd nie ruszysz? - Jestem zmęczony. A ty dlaczego nie jesteś z innymi na górze? – odszczeknąłem. - Głowa mnie boli. Odwróciłem wzrok w jej stronę. Alice była taka drobna – niewiele większa niż moja ręka. Teraz wyglądała na jeszcze mniejszą, jakby zapadła się w sobie. Jej drobna twarz wykrzywiona była w grymasie. - To wampiry mogą cierpieć na bóle głowy? – spytałem. - Normalne, nie. Prychnąłem. Normalne wampiry. - Dlaczego nie jesteś z Bellą? – zapytałem oskarżycielsko. Wcześniej tego nie zauważyłem, bo głowę miałem zajętą czym innym, ale teraz wydało mi się dziwne, że Alice trzymała się z dala od Belli. A przynajmniej odkąd zacząłem tu przychodzić. Może gdyby Alice trzymała z Bellą, to Rosalie by się odczepiła. – Myślałem, że jesteście nierozłączne. - Jak już mówiłam, - usiadła na podłodze niedaleko mnie i objęła rękoma nogi. – boli mnie głowa. - Przez Bellę cię boli? – spytałem zdziwiony. - Tak. Zmarszczyłem brwi. Zdecydowanie, byłem zbyt zmęczony na takie zagadki. Odwróciłem twarz z powrotem do świeżego powietrza - Właściwie to nie przez Bellę. – przyznała Alice po chwili. – Przez... płód. No, widzę, że ktoś myśli podobnie, jak ja. Nietrudno było zauważyć, że o tym małym stworze wyrażała się z taka samą niechęcią, co Edward. - Nie widzę go – oznajmiła, ale równie dobrze mogła tak mówić sama do siebie, a ja mogłem być już daleko stąd. Nawet na mnie nie spojrzała. – Nic o nim nie wiem, tak samo, jak o tobie. Wzdrygnąłem się mimowolnie. Nie lubiłem być porównywany do tego potwora. - Przez to, że jest tak mocno związany z Bellą, jej obraz jest rozmazany. To tak, jakbyś próbował skupić wzrok na zamglonych twarzach ludzi na ekranie źle odbierającego telewizora. Od patrzenia w przyszłość Belli boli mnie głowa, a i tak widzę najwyżej pięć minut naprzód. Jej przyszłość jest za bardzo związana z tym.. płodem. – ciągnęła Alice wciąż nie zwracając na mnie uwagi. – Kiedy Bella podjęła decyzję, kiedy wiedziała, że chce to coś urodzić, jej obraz całkowicie się zamazał. Wystraszyła mnie tym wtedy nie na żarty. – na chwilę zapadła cisza, po czym dodała. – Muszę przyznać, że twoja obecność przynosi mi ulgę, mimo, że cuchniesz jak mokry pies. Wszystkie wizje odchodzą. To tak, jakbym zamknęła oczy. Trochę tłumisz ten ból. - Do usług – mruknąłem. - Ciekawe, co to stworzenie ma z tobą wspólnego... dlaczego też go nie widzę. Uderzyła mnie fala gorąca. Zacisnąłem pięści, żeby powstrzymać drżenie rąk. - Nie mam nic wspólnego z tym, co wysysa życie z Belli – wycedziłem przez zęby. - No cóż, coś jednak musi w tym być. Nie odpowiedziałem. Gorąco i drżenie już ustępowało. Byłem widocznie zbyt wykończony, żeby się denerwować. - Nie przeszkadza ci, że tak z tobą siedzę, nie? – zapytała. - Nie. Smród leci w drugą stronę. – powiedziałem sennie. - Dzięki. To chyba dla mnie najlepsze lekarstwo, skoro nie mogę wziąć aspiryny. - Mogłabyś się uciszyć? Próbuję zasnąć. Nie odezwała się już więcej, a ja odpłynąłem po kilku sekundach. Śniło mi się, że bardzo chciało mi się pić, a przede mną stała szklanka zimnej wody. Chwyciłem ją i wziąłem duży łyk, ale okazało się, że to nie woda, a jakiś żrący wybielacz. Wykrztusiłem to szybko, plując naokoło, trochę wyleciało mi nosem, wżerając się w nozdrza. Czułem, jakby nos mi się palił... Ten ból obudził mnie i przypomniał mi, gdzie jestem. Zapach był bardzo uciążliwy, biorąc pod uwagę, że właściwie, mój nos nie był w domu, a na zewnątrz. Uch, było też bardzo głośno. Ktoś śmiał się do rozpuku. Głos był znajomy, ale nie pasował mi do zapachu. Jęknąłem i otworzyłem oczy. Niebo było szare. Był dzień, ale nie miałem pewności co do pory. Może jakoś pod wieczór, bo było dość ciemno. - No, w końcu – Rosalie była gdzieś blisko. – Myślałam, że to chrapanie nigdy się nie skończy. Przeturlałem się na plecy i usiadłem. W międzyczasie namierzyłem źródło zapachu. Ktoś podłożył mi pod głowę dużą poduszkę. Pewnie chciał być miły... no, chyba, że to sprawka blondyny. Gdy tylko uwolniłem się od cuchnącego pierza, wyłapałem w powietrzu też inne zapachy. Coś jakby bekon i cynamon, no i oczywiście woń innych wampirów. Mrugając, rozejrzałem się wokół. Niewiele się zmieniło poza tym, że Bella siedziała na kanapie i nie była już podłączona do żadnej aparatury. Blondyna siedziała koło niej na podłodze, opierając głowę o jej kolana. Wciąż przechodziły mnie dreszcze na widok swobody, z jaką dotykały ją te pijawki, chociaż to było trochę bez sensu, biorąc pod uwagę sytuację. Edward siedział obok Belli i trzymał ja za rękę. Alice także siedziała na podłodze. Nie wyglądała na cierpiącą i nietrudno było zauważyć, dlaczego – znalazła sobie inny środek przeciwbólowy. - Hej Jake! Witamy wśród żywych! – zawołał Seth. Siedział z drugiej strony Belli, rękę zarzucił jej niedbale na ramiona. Na kolanach trzymał talerz z jedzeniem. Co u licha? - Przyszedł cię szukać – powiedział Edward, gdy wstawałem – i Esme przekonała go, żeby został na śniadanie. Seth, widząc moją minę, pośpieszył z wyjaśnieniami – Tak Jake, sprawdzałem, czy wszystko u ciebie w porządku, bo długo się nie przemieniałeś. Leah zaczęła się martwić. Mówiłem jej, że pewnie usnąłeś w ludzkiej formie, ale wiesz, jaka ona jest. No a oni tu mieli jedzenie i... kurcze, - odwrócił się do Edwarda – nieźle gotujesz, stary. - Dziękuję – mruknął Edward. Nabrałem powietrza, próbując się uspokoić. Nie mogłem oderwać oczu od ramienia Setha. - Belli było zimno – powiedział Edward cicho. No jasne. I tak nic mi do tego. Ona nie była moja. Seth usłyszał wyjaśnienie Edwarda, spojrzał na mnie i nagle doszedł do wniosku, że do jedzenia potrzebne mu są obie ręce. Podszedłem bliżej, wciąż próbując odzyskać panowanie nad sobą. - Leah jest na patrolu? – zapytałem. Głos wciąż miałem senny. - Tak – powiedział z pełnymi ustami. On też miał na sobie nowe ubrania. Pasowały na niego lepiej niż na mnie – Nie martw się, ma wyć, jeśli coś będzie się działo. Zeszliśmy ze szlaku koło północy. Biegłem przez dwanaście godzin – z tonu głosu wynikało, że był z tego bardzo dumny. - Północy? Chwilę, to która jest teraz godzina? – zapytałem. - Świta – odpowiedział, zerkając przez okno. O cholera. Przespałem resztę wczorajszego dnia i całą noc – Kurde, przepraszam, Seth. Mogłeś mnie obudzić. - Przydało ci się trochę snu. Przyznaj, kiedy ostatnio zrobiłeś sobie przerwę? Noc przed ostatnim patrolem dla Sama? Jake, nie jesteś robotem. Poza tym, nic nie przegapiłeś. Nic? Zerknąłem na Bellę. Kolor miała taki, jak pamiętałem: blady, ale lekko zarumieniony. Usta znów były różowe. Nawet włosy miały więcej blasku. Zobaczyła, że na nią patrzę i uśmiechnęła się szeroko. - Co z żebrem? – spytałem. - Elegancko usztywnione – odpowiedziała wesoło – nawet go nie czuję. Wywróciłem oczami. Słyszałem, jak Edward zgrzyta zębami. Widocznie jego też drażniło to lekkie podejście do problemów. - Co na śniadanie? – zapytałem, nie ukrywając sarkazmu. – 0 rh-, czy AB rh+? Bella pokazała mi język. Znów była sobą. – Omlety – odpowiedziała, ale spuściła wzrok i zobaczyłem kubeczek z krwią wciśnięty między nogę jej, a Edwarda. - Weź sobie coś na śniadanie – zaproponował Seth. – Mają sporo jedzenia w kuchni. Musisz być głodny. Rzuciłem okiem na zawartość jego talerza. Wyglądało to na połowę serowego omleta i jedną czwartą cynamonowej bułki wielkości frisbee. Burczało mi w brzuchu, ale nie zwróciłem na to uwagi. - A co Leah ma na śniadanie? – spytałem Setha karcąco. - Hej no, zaniosłem jej trochę zanim sam zabrałem się za jedzenie – bronił się. – Powiedziała, że prędzej pożywi się jakąś ofiarą wypadku drogowego, ale założę się, że zmieni zdanie. Te bułeczki... – brakło mu słów. - Wybiorę się z nią na polowanie – powiedziałem. Seth westchnął, gdy skierowałem się do wyjścia. - Jacob, zaczekaj chwilę – tym razem odezwał się Carlisle, więc odwróciłem się natychmiast. Moja twarz pewnie nie wyrażałaby takiego szacunku, gdyby zatrzymał mnie ktokolwiek inny. - Tak? Carlisle podszedł do mnie, podczas gdy Esme przeszła do innego pokoju. Zatrzymał się w pewnej odległości ode mnie - niewiele większej niż w przypadku zwykłej rozmowy. Doceniłem, że zostawił mi trochę przestrzeni. - Jeśli mowa o polowaniu – zaczął ponuro – to dość ważna kwestia dla mojej rodziny. Domyślam się, że nasz stary pakt stracił teraz znaczenie, więc chciałbym prosić cię o radę. Czy Sam będzie polował na nas, jeśli opuścimy bezpieczny obszar, jaki nam zapewniliście? Nie chcemy, żeby komuś z twojej lub mojej rodziny stała się krzywda. Co byś zrobił na naszym miejscu? Cofnąłem się, zaskoczony sposobem, w jaki zadał to pytanie. A co ja niby wiedziałem o byciu na miejscy krwiopijców? No ale z drugiej strony, znałem Sama. - To ryzykowne – powiedziałem, próbując nie zwracać uwagi na to, że byłem pod obstrzałem spojrzeń i mówić tylko do Carlisle’a – Sam trochę się uspokoił, ale jestem pewien, że, tak jak powiedziałeś, dla niego pakt stracił ważność. Jeżeli stwierdzi, że plemię, albo jakikolwiek człowiek jest w niebezpieczeństwie, to nie będzie zadawał zbędnych pytań, jeśli wiesz, co mam na myśli. Mimo wszystko jednak, skupi się głównie na La Push. Jest ich zbyt mało, żeby mogli pilnować całej okolicy. Założę się, że będą trzymać się blisko domu. Carlisle kiwnął głową, zamyślony. - Więc, na wszelki wypadek, radziłbym wam iść w grupie. – ciągnąłem. - No i lepiej byłoby, gdybyście wybrali się na polowanie w dzień, bo na miejscu Sama, spodziewałbym się, że wyjdziecie w nocy, jak na wampiry przystało. Jesteście szybcy, więc idźcie w góry i polujcie z dala od domu. Nie sądzę, żeby Sam wysłał kogoś za wami tak daleko. - I mielibyśmy zostawić Bellę bez opieki? - A my to co? – prychnąłem. Carlisle zaśmiał się, ale po chwili znów spoważniał. – Jacob, nie możesz walczyć z własnymi braćmi. - Nie mówię, że będzie łatwo – powiedziałem mrużąc oczy. – ale jeśli któryś z nich będzie chciał skrzywdzić Bellę, to będę w stanie go powstrzymać. Carlisle potrząsnął przecząco głową. – Nie miałem na myśli, że nie będziesz w stanie tego zrobić, ale to niewłaściwe. Nie chcę mieć czegoś takiego na sumieniu. - Twoje sumienie pozostanie czyste. To będzie mój problem i dam sobie z nim radę. - Nie, Jacob. Muszę mieć pewność, że do niczego takiego nie dojdzie. – doktor zamyślił się. – Będziemy polować trójkami – zadecydował po chwili. – tak chyba będzie najlepiej. - No nie wiem. – powiedziałem – dzielenie się na pół, to chyba nie jest dobry pomysł. - Mamy dodatkowe zdolności, które wyrównają szanse. Grupa z Edwardem będzie w porę wiedziała o niebezpieczeństwach w promieniu kilku mil. Obaj spojrzeliśmy na Edwarda. To, jak na nas patrzył, sprawiło, że Carlisle szybko zaczął wycofywać się z tego, co powiedział. - Jestem pewien, że są też inne sposoby – dodał. Najwyraźniej żadna siła nie była teraz w stanie oderwać Edwarda od Belli – Alice, widziałabyś, którymi szlakami nie powinniśmy iść, prawda? - Jasne – Alice przytaknęła. - Tymi, które znikają. Edward, który cały się spiął, słysząc pierwszy plan Carlisle’a, rozluźnił się nieco. Bella wpatrywała się w Alice, niezadowolona i zdenerwowana. - No to w porządku – powiedziałem. – Wszystko ustalone. Wychodzę. Seth, spodziewam się ciebie o zmierzchu. Zdrzemnij się gdzieś, dobra? - Jasne, Jake. Przemienię się jak tylko będę mógł. No chyba że... – zawahał się i spojrzał na Bellę. – Potrzebujesz mnie? - Ona ma koce – warknąłem. - Nie, Seth, wszystko w porządku, dzięki. – odpowiedziała Bella szybko. W tym samym momencie do pokoju wróciła Esme, niosąc duży, przykryty talerz. Stanęła niepewnie tuż za Carlislem. Wpatrywała się we mnie dużymi, ciemno złotymi oczyma. Wyciągnęła talerz przed siebie i nieśmiało zrobiła krok do przodu. - Jacob, - powiedziała cicho. Jej głos nie był tak przejmujący, jak innych wampirów. – wiem, że to dla ciebie... mało zachęcające. Mam na myśli jedzenie tutaj, gdzie męczą cię te przykre zapachy ale czułabym się lepiej, gdybyś zabrał ze sobą coś na śniadanie. Wiem, że przez nas nie możesz wrócić do domu. Proszę, zrób to dla mnie i weź to. – podsunęła mi talerz jeszcze bliżej. Miała bardzo przyjacielski i troskliwy wyraz twarzy. Nie wiem, jak to zrobiła, bo wyglądała na nie więcej niż dwadzieścia kilka lat i była niesamowicie blada, ale to, jak na mnie spojrzała przypomniało mi moją mamę. - Ech, tak, jasne – wyjąkałem – Może... Leah jest ciągle głodna... Wziąłem od niej talerz z jedzeniem i trzymałem go na wyciągniętych rękach, z dala od twarzy. Mogłem przecież rzucić to gdzieś pod drzewem, albo coś. Nie chciałem sprawić Esme przykrości. Przypomniałem sobie słowa Edwarda. Nic jej nie powiem. Niech myśli, że to zjadłem. Nie spojrzałem na niego, żeby sprawdzić, czy się ze mną zgadza. Niech lepiej się zgadza, w końcu był mi cos winien. - Dziękuję, Jacob – Esme uśmiechnęła się. Jakim cudem kamienna twarz mogła mieć dołeczki w policzkach? - Eee... to ja dziękuję – odpowiedziałem i poczułem, że się czerwienię. To był właśnie problem w zadawaniu się z wampirami. Łatwo się było do nich przyzwyczaić. Wywracały ci świat do góry nogami i nagle zaczynałeś postrzegać ich jako swoich przyjaciół. - Przyjdziesz później? – Bella zapytała zanim zdążyłem uciec. - Sam nie wiem. Zacisnęła usta tak, jakby próbowała się nie uśmiechnąć. – Proszę. Może być mi później zimno. Wziąłem głęboki wdech nosem i po chwili zorientowałem się, że nie był to najlepszy pomysł. – Może przyjdę – powiedziałem, krzywiąc się. - Jacob? – zawołała Esme, gdy szedłem już do drzwi – zostawiłam kosz z ubraniami koło werandy. To dla Leah. Są świeżo wyprane. Starałam się jak najmniej ich dotykać – zmarszczyła brwi. – Mógłbyś je jej zanieść? - Oczywiście – wymamrotałem i wybiegłem zanim ktoś jeszcze zdążyłby wzbudzić we mnie poczucie winy. tłumaczenie: Atrivie 15. Tik tak tik tak tik tak Hej Jake, o ile pamiętam, to mówiłeś, że będę ci potrzebny o zmierzchu. Dlaczego nie kazałeś Lei mnie obudzić zanim poszła spać? Bo cię nie potrzebowałem. Radzę sobie. Seth okrążał już teren od północy. Masz coś? Nie, nic a nic. Urządzałeś sobie wycieczki? Znalazł widocznie mój trop, oddalający się od głównego szlaku i ruszył nim. Tak, odbiłem w bok parę razy. Sprawdzałem, czy wszystko w porządku. Wiesz, skoro Cullenowie wybierają się na polowanie... Dobra myśl. Seth powrócił do głównego szlaku. Z nim było mi łatwiej biec niż z jego siostrą. Dziewczyna bardzo się starała, ale nie udawało jej się do końca wyczyścić myśli z goryczy. Nie chciała być z nami. Nie chciała ani czuć do wampirów sympatii, która rodziła się w mojej głowie, ani zawracać sobie głowy przyjaźnią, jaka łączyła z nimi Setha – przyjaźnią, która z dnia na dzień stawała się coraz silniejsza. Dziwne. Przypuszczałem, że jej największym problemem będzie sama moja obecność. W sforze Sama zawsze działaliśmy sobie na nerwy, ale teraz nie miała nic przeciwko mnie, tylko Cullenom i Belli. Ciekawiło mnie, dlaczego. Może po prostu była wdzięczna, że nie zmuszałem jej do powrotu, a może dlatego, że teraz lepiej rozumiałem jej wrogość. W każdym razie, bieganie z Leą nie było aż tak straszne, jak się obawiałem. Oczywiście, nie odpuściła zupełnie. Jedzenie i ubrania, które kazała przekazać jej Esme odbywały właśnie samotną podróż w dół rzeki. Zjadłem swoją część nie dlatego, że pachniała wyśmienicie z dala od wampirów, ale żeby dać Lei przykład poświęcenia i tolerancji, ale ona i tak odmówiła. Mały łoś, którego upolowała w południe nie zaspokoił jej apetytu, a w dodatku pogorszył jej nastrój. Leah nienawidziła surowego mięsa. Może powinniśmy sprawdzić teren na wschodzie? Zasugerował Seth. Pójdziemy w głąb lasu i zobaczymy, czy tamci będą tam czekać Myślałem o tym, ale zrobimy to, gdy będziemy w komplecie. Nie chcę zostawiać naszego terenu bez ochrony. Chociaż z drugiej strony, musimy to zrobić jak najszybciej, przed polowaniem Cullenów. Racja. To dało mi do myślenia. Skoro Cullenowie byli w stanie bezpiecznie opuścić swoje terytorium, to powinni iść dalej. Ostrzeżenie ich w razie niebezpieczeństwa zajęłoby nam pewnie sekundę. Pewnie byliby w stanie ominąć pułapki. Podobno mają przyjaciół na północy. Niech biorą Bellę i uciekają. Dla mnie to było oczywiste rozwiązanie ich problemów. Powinienem im to zaproponować, ale bałem się, że mnie posłuchają. Nie chciałem, żeby Bella zniknęła, nie wiedzieć, czy udało im się bezpiecznie dotrzeć na miejsce, czy nie. Nie, to głupie. Powiem im, żeby uciekali. Pobyt w Forks nie miał dla nich sensu, a i dla mnie byłoby lepiej, gdyby Bella wyjechała. Byłoby to bolesne, ale na pewno zdrowsze. Łatwo powiedzieć, gdy nie ma się jej przed oczami: uszczęśliwionej na mój widok, a jednocześnie balansującej na granicy śmierci... Pytałem już o to Edwarda, pomyślał Seth. O co? Spytałem go, dlaczego jeszcze się stąd nie wynieśli do Tanyi albo gdzieś indziej, gdzieś, gdzie Sam by ich nie szukał. Musiałem przypomnieć sobie, że właśnie przed chwilą zdecydowałem, że to najlepsze rozwiązanie i że sam chciałem podsunąć je Cullenom. W takim razie nie powinienem być zły na Setha, że mnie wyręczył. Wcale nie powinienem się wściekać. I co powiedział? Czekają, aż niebezpieczeństwo będzie mniejsze? Nie. Zostają w Forks. A to nie powinno brzmieć dla mnie jak dobre wieści. Dlaczego? To głupie. Niekoniecznie, Seth zaczął bronić Cullenów. Zbudowanie takiego zaplecza medycznego, jak Carlisle ma tutaj zabiera sporo czasu. Teraz ma wszystko, czego potrzebuje, żeby zająć się Bellą no i listy uwierzytelniające potrzebne, gdyby potrzebował czegoś więcej. To jedna z przyczyn, dla których zamierzają wybrać się na polowanie. Carlisle uważa, będą potrzebować więcej krwi dla Belli. Zużyła już prawie cały zapas 0 rh-, który dla niej trzymali. Carlisle chce mieć pod ręką więcej, na wszelki wypadek i zamierza trochę kupić. Wiedziałeś, że można kupić sobie krew, jak jest się lekarzem? Nie czułem się gotowy na logiczne myślenie. To i tak głupie. Większość z tego, o czym mówiłeś mogą zabrać ze sobą, nie? A jakby potrzebowali czegoś więcej, to zawsze mogą ukraść. Co ich obchodzi prawo? Są wampirami. Edward nie chce ryzykować przenoszenia Belli. Przecież czuje się lepiej. Nie da się ukryć. Seth porównywał właśnie swoje wspomnienia o Belli podłączonej pod kroplówki z ostatnim razem, gdy ją widział. Uśmiechała się pomachała do niego. Ale wiesz, nie może się za bardzo ruszać. To coś kopie coraz mocniej. Przełknąłem ciężko. Tak, wiem. Znowu złamało jej żebro, oznajmił ponuro. Zachwiałem się i zgubiłem rytm w biegu. Carlisle ją usztywnił. Powiedział, że to tylko kolejne pęknięcie, Seth kontynuował. Wtedy Rosalie stwierdziła, że normalne ludzkie dzieci też czasem łamią żebra matkom. Edward wyglądał, jakby miał ochotę urwać jej głowę. Szkoda, że tego nie zrobił Seth rozkręcił się w zdawaniu raportów. Wiedział, jak bardzo mnie one interesują, choć nigdy my tego nie mówiłem. Bella ma dzisiaj ataki gorączki. Na przemian poci się i drży z zimna. Carlisle nie wie, co o tym myśleć. Możliwe, że po prostu jest chora. Jej układ odpornościowy nie działa teraz najlepiej. Tak, to pewnie zbieg okoliczności. Poza tym ma się dobrze. Rozmawiała dzisiaj z Charliem, śmiała się i... Co takiego? Co masz na myśli mówiąc, że rozmawiała z Charliem? Seth zwolnił. Mój wybuch wyraźnie go zaskoczył. Rozmawiają przez telefon prawie codziennie. Czasem jej mama tez dzwoni. Bella brzmi teraz znacznie lepiej, więc zapewnia ich, że wszystko zmierza ku lepszemu... Ku lepszemu? Co oni sobie do cholery myślą? Chcą wzbudzić w Charliem nadzieję, żeby już zupełnie się załamał, gdy Bella umrze? Myślałem, że chcą go na to przygotować! Dlaczego ona mu to robi? Ona nie musi umrzeć, Seth pomyślał nieśmiało. Wziąłem głęboki oddech, żeby się uspokoić. Seth, nawet jeśli uda jej się przez to wszystko przejść, to nie zrobi tego jako człowiek. Dobrze o tym wie, podobnie, jak Carlisle i pozostali. Jeżeli nie umrze, to będzie musiała bardzo przekonywująco odegrać rolę trupa, ewentualnie przepaść bez wieści. Myślałem, że chcą oszczędzić Charliemu niepotrzebnego bólu... Myślę, że to pomysł Belli. Nikt nic nie mówił, ale wyraz twarzy Edwarda zgadzał się z tym, co właśnie przed chwilą powiedziałeś. No i znowu jadę na jednym wózku z tym krwiopijcą. Biegliśmy w milczeniu kilka minut. Odbiłem nieco na południe. Nie odchodź za daleko. Dlaczego? Bella prosiła, żebyś został. Zacisnąłem szczękę. Alice też wolałaby, żebyś był w pobliżu. Ma dość siedzenia na strychu jak nietoperz na dzwonnicy. Seth zaśmiał się. Ostatnio zmienialiśmy się z Edwardem, żeby utrzymać temperaturę Belli na stałym poziomie. Wiesz, raz zimne, raz gorące. Jeśli nie chcesz się tym zająć, to mogę tam wrócić... Dobra, zrozumiałem, przerwałem mu. Ok. Seth nic już nie dodał. Skoncentrował się na przeczesywaniu pustego lasu. Utrzymywałem kurs na południe, szukając jakiś nowych zapachów. Zawróciłem, gdy tylko zbliżyłem się do pierwszych siedzib ludzkich. Byłem jeszcze daleko od miasta, ale nie chciałem znów stać się przyczyną plotek o ogromnych wilkach. Od dłuższego czasu byliśmy grzeczni i nikomu się nie pokazywaliśmy. Minąłem nasz główny szlak i pobiegłem w kierunku domu. Wiedziałem, że to, co robię jest głupie, ale nie mogłem się powstrzymać. Jestem chyba masochistą. Wszystko z tobą w porządku, Jake. Ta sytuacja jest po prostu nie zbyt normalna. Proszę Seth, zamknij się. Już się robi. Tym razem nie zatrzymałem się przed drzwiami, ale wszedłem do domu tak, jakby był mój. Myślałem, że zdenerwuję w ten sposób Rosalie, ale nie udało mi się tym razem. Ani jej, ani Belli nie było w zasięgu wzroku. Rozejrzałem się, mając nadzieję, że gdzieś je przeoczyłem. Serce ścisnęło mi się w piersi. - Wszystko z nią w porządku – szepnął Edward. – Albo raczej wszystko bez zmian. Edward siedział na kanapie, ukrywając twarz w dłoniach. Nie podniósł głowy nawet, gdy mówił. Esme była przy nim, trzymała mu rękę na ramionach. - Witaj, Jacob – powiedziała – Cieszę się, że wróciłeś. - Ja też – dodała Alice wzdychając. Zbiegła po schodach tanecznym krokiem, krzywiąc się, jakbym spóźnił się na umówione spotkanie. - Eee... cześć – odpowiedziałem. Czułem się dziwnie gdy starałem się być uprzejmy. – Gdzie Bella? - W łazience – wyjaśniła Alice. – Jej dieta składa się głównie z płynów, no i cała ta ciąża... no wiesz. Czekałem niecierpliwie, kołysząc się w przód i w tył. - Cudownie – warknęła Rosalie gdzieś za moimi plecami. Obróciłem głowę i zobaczyłem ją, wychodzącą z korytarza za schodami. Trzymała Bellę na rękach i uśmiechała się szyderczo na mój widok. – Czułam, że coś tu śmierdzi. Bella natomiast, tak jak ostatnim razem rozpromieniła się, widząc mnie. Zupełnie, jakby była dzieckiem, a ja kupiłem jej najwspanialszy prezent na gwiazdkę. To nie było fair. - Jacob – szepnęła. – Przyszedłeś. - Cześć Bells. Esme i Edward wstali, robiąc dla Belli miejsce na kanapie. Patrzyłem, jak delikatnie kładzie ją tam Rosalie i jak, mimo to, Bella robi się blada i wstrzymuje oddech. Zupełnie, jakby przysięgła sobie być cicho, bez względu na ból. Edward musnął dłonią jej czoło, a potem szyję. Chciał, żeby wyglądało to, jakby odgarniał jej włosy, ale mi przypominało to raczej badanie lekarskie. - Zimno ci? – zapytał czule. - Nie, wszystko w porządku. - Bello, wiesz, co mówił Carlisle – powiedziała Rosalie. – Nie ukrywaj niczego. To nie pomaga nam w opiece na tobą ani nad dzieckiem. - No dobrze. Jest mi trochę zimno. Edward, mógłbyś mi podać tamten koc? Wywróciłem oczami. – Chyba po to właśnie miałem przyjść, nie? - Dopiero co wszedłeś – odpowiedziała Bella. – Założę się, że biegałeś cały dzień. Odpocznij chwilę. Ja pewnie rozgrzeję się w jednej chwili. Zignorowałem ją i ruszyłem ku kanapie, zanim jeszcze skończyła mówić. Usiadłem na podłodze i... nie wiedziałem co dalej zrobić. Była taka krucha, że bałem się jej ruszyć. Bałem się ją nawet objąć. W końcu oparłem się ostrożnie o jej bok, kładąc rękę wzdłuż jej ramienia i chwyciłem jej dłoń. Drugą rękę przyłożyłem jej do twarzy. Trudno powiedzieć, czy była chłodniejsza niż zwykle. - Dzięki, Jake – powiedziała. Poczułem, że zadrżała. - Nie ma sprawy. Edward usiadł z boku kanapy, przy stopach Belli. Nawet na chwilę nie spuścił wzroku z jej twarzy. Nie było co marzyć, że przy tylu obdarzonych super słuchem istotach nikt nie zorientuje się, że burczy mi w brzuchu. - Rosalie, może pójdziesz do kuchni i przyniesiesz coś Jacobowi. – Alice odezwała się zza kanapy. Rosalie spojrzała z niedowierzaniem w miejsce, z którego dochodził głos jej siostry. - Dzięki Alice, ale mam ochoty próbować czegoś, do czego ta blondyna napluje. Raczej nie zareaguję dobrze na taką dawkę jadu. - Rosalie nigdy nie przyniosłaby Esme wstydu takim pokazem braku gościnności. - Ależ oczywiście, że nie – blondyna powiedziała to tak słodkim głosem, że natychmiast straciłem resztki zaufania. Wstała i wybiegła z pokoju. Edward westchnął. - Powiedziałbyś mi jeśliby coś zatruła, nie? – upewniłem się. - Tak – obiecał. Z jakiegoś powodu mu uwierzyłem. Z kuchni dobiegły dziwne trzaski i zgrzyt metalu. Edward znów westchnął, ale też uśmiechnął się lekko. Rosalie wróciła, zanim zdążyłem się nad tym zastanowić. Ze złośliwym uśmiechem na twarzy postawiła przede mną na podłodze srebrną miskę. - Smacznego kundlu. Kiedyś to pewnie była kuchenna miska do mieszania, ale wampirzyca powyginała ją tak, że wyglądała prawie jak typowa psia micha. Byłem pod wrażeniem jej zdolności i dbałości o szczegóły. Na boku schludnym pismem wydrapała nawet słowo Burek. Jako że jedzenie w środku wyglądało nieźle: stek i pieczone ziemniaki, podziękowałem jej grzecznie. Prychnęła w odpowiedzi. - Ej, wiesz, jak nazywa się blondynka mająca mózg? – spytałem i nie czekając na odpowiedź, udzieliłem jej sam. – Golden retriver. - Ten też już słyszałam – powiedziała. Uśmiech zszedł jej z twarzy. - Będę próbował dalej – obiecałem i zająłem się jedzeniem. Rozalie skrzywiła się i wywróciła oczami, po czym usiadła przed wielkim telewizorem w jednym z foteli i zaczęła skakać po kanałach tak szybko, że nie było możliwości, żeby naprawdę chciała coś oglądać. Jedzenie było niezłe, nawet mimo wampirzego smrodu wokół. Chyba zaczynałem się do niego przyzwyczajać. Cóż, to nie było do końca to, czego bym sobie życzył... Gdy skończyłem (chociaż rozważałem jeszcze wylizanie miski, żeby dać blondynie jakiś powód do narzekania) poczułem we włosach chłodne palce Belli. Przesunęła dłoń na mój kark. - Czas obciąć włosy, co? – zagadnąłem. - Może – przyznała. – Trochę się zaniedbałeś. - Niech zgadnę, ktoś tu był kiedyś fryzjerem w paryskim salonie? Zaśmiała się. – Całkiem możliwe. - Nie, dzięki – odpowiedziałem zanim zdążyłaby naprawdę coś zaoferować – Poradzę sobie jeszcze przez parę tygodni. Natychmiast zacząłem zastanawiać się, jak długo ona jeszcze będzie sobie radzić. Próbowałem znaleźć jakiś uprzejmy sposób, żeby o to zapytać. - To... ech... kiedy termin? No wiesz, kiedy spodziewasz się tego małego potworka? Uderzyła mnie w tył głowy z siłą dryfującego piórka ale nie odpowiedziała. - Mówię serio – powiedziałem. – Chciałbym wiedzieć, jak długo jeszcze będę musiał tu być. I jak długo ty tu będziesz – dodałem w myślach. Odwróciłem się, by na nią spojrzeć. Oczy miała zamyślone, a brwi ściągnięte. - Nie wiem – mruknęła. – A przynajmniej nie dokładnie. To, że nie będziemy mieli do czynienia z klasycznym dziewięciomiesięcznym okresem, jest raczej oczywiste. USG też nie pomoże, więc Carlisle próbuje zgadywać na podstawie moich rozmiarów. Gdy dziecko jest w pełni rozwinięte ludzie mają tu jakieś czterdzieści centymetrów – mówiąc to narysowała sobie palcem linię przez środek brzucha. – Przybywa im jeden centymetr tygodniowo. Ja dzisiaj rano miałam trzydzieści, a przybywa mi około dwóch centymetrów dziennie, czasem więcej... Dwa tygodnie w przeciągu jednego dnia, a dni mijają tak szybko. Jej przemijanie jest przyspieszone. Ile dawało jej to dni, jeśli miała osiągnąć te czterdzieści centymetrów? Cztery? Przełknięcie śliny zajęło mi dobrą minutę. - Wszystko w porządku? – Bella spytała z troską w głosie. Przytaknąłem, niepewny, czy byłbym w stanie przemówić. Edward odwrócił od nas twarz, gdy słuchał moich myśli, ale widziałem jego odbicie w szklanej ścianie. Znów wyglądał, jakby ktoś palił go żywcem. Dziwne, że tak konkretny termin sprawił, że myślenie o odejściu albo o tym, że Bella miałaby wyjechać było dla mnie jeszcze trudniejsze. Byłem wdzięczny Sethowi, że poruszył ten temat. Wiedziałem przynajmniej, że Cullenowie nigdzie się nie wybierają. To byłoby straszne: zastanawiać się, czy mają zamiar odejść i zabrać mi jeden, dwa lub trzy z tych czterech dni – moich czterech dni. Dziwne też, że mimo świadomości, że to koniec, więź jaka łączyła mnie z Bellą była jeszcze trudniejsza do zerwania. Zupełnie, jakby to miało jakiś związek z jej rosnącym brzuchem: jakby wraz z rozmiarem Belli rosła też jej siła przyciągania. Przez jakąś minutę próbowałem spojrzeć na nią obiektywnie. Wiedziałem, że to, że potrzebowałem jej bardziej niż kiedykolwiek, nie było wymysłem mojej wyobraźni. Dlaczego tak było? Bo umierała? Bo wiedziałem, że nawet jeśli przeżyje, to zmieni się – to był najbardziej optymistyczny scenariusz – w coś, czego nie będę ani znał, ani rozumiał? Dotknęła palcami mojego policzka, zostawiając mi na skórze mokre ślady. - Wszystko będzie dobrze – zapewniła. Nieważne, że te słowa nic nie znaczyły. Powiedziała to takim tonem, jak ludzie, którzy chcą uspokoić małe dziecko, śpiewając mu bezsensowne rymowanki. - Na pewno – wymamrotałem. Bella wtuliła się mocniej w moją rękę, opierając mi czoło o ramię. - Nie sądziłam, że przyjdziesz – szepnęła. – Seth mówił, że tak zrobisz, Edward też, ale im nie wierzyłam. - Dlaczego? - Nie czujesz się tu dobrze, a mimo to przyszedłeś. - Chciałaś, żebym tu był. - Wiem – potwierdziła. – Ale nie musiałeś przychodzić. To nie w porządku z mojej strony. Zrozumiałabym, gdybyś odmówił. Na minutę zapadła cisza. Edward wziął się już w garść. Patrzył w ekran telewizora podczas gdy Rosalie wciąż przełączała kanały. Była już w szóstej setce. Zacząłem zastanawiać się, ile to jeszcze potrwa zanim zacznie znów od początku. - Dziękuję, że przyszedłeś – szepnęła Bella. - Mogę cię o coś spytać? - Oczywiście – odpowiedziała natychmiast. Edward udawał, że nie zwraca na nas uwagi, ale dobrze wiedział, o co chciałem zapytać. Mnie nie mógł nabrać. - Dlaczego właściwie chcesz, żebym był tu z tobą? Równie dobrze Seth mógłby cię ogrzać. Lepszy z niego towarzysz, jest wesoły, przyjacielski, a jednak kiedy to ja wchodzę do pokoju uśmiechasz się, jakbym był najdroższą co osobą na świecie. - Jesteś jednym z najdroższych. - To okropne, wiesz? - Wiem – westchnęła. – Przepraszam. - Ale dlaczego tak jest? Nie odpowiedziałaś. Edward znów udawał, że wygląda przez okno. Odbijająca się w szkle twarz nie wyrażała niczego. - Gdy cię nie ma to... tak, jakby czegoś brakowało. Gdy jesteś, czuję, że moja rodzina jest w komplecie. Nigdy nie miałam tak dużej rodziny. To miłe uczucie, – Bella uśmiechnęła się przez chwilę – ale bez ciebie nie jest kompletna. - Nigdy nie będę częścią twojej rodziny. A mógłbym być, pasowałbym do niej. Ta opcja umarła jednak dawno temu, właściwie zanim miała szansę się narodzić. - Zawsze byłeś jej częścią – zaprotestowała. Zacisnąłem zęby. – To była beznadziejna odpowiedź. - A jaka byłaby dobra? - Może „Jacob, spadaj, bo całe to twoje cierpienie działa mi na nerwy”. Poczułem, że zadrżała. - Tak byś wolał? – szepnęła. - Byłoby przynajmniej łatwiej. Jakoś bym sobie dał radę. Spojrzałem jej w twarz. Oczy miała zamknięte, a brwi ściągnięte. - Zeszliśmy ze szlaku, Jake, straciliśmy równowagę. Masz być częścią mojej rodziny. Czuję to i ty pewnie też. – przerwała, nie otwierając oczu tak, jakby czekała, aż zacznę się spierać. Kontynuowała po chwili, nie doczekawszy się ode mnie żadnej reakcji. – Ale nie w ten sposób. Coś zrobiliśmy nie tak... Nie, to ja... Ja popełniłam błąd i zeszliśmy z właściwej drogi. Jej głos stopniowo przycichał, a grymas znikał z jej twarzy. Jeszcze tylko kąciki ust miała nieznacznie wykrzywione. Czekałem, aż wsypie jeszcze więcej soli w moje rany, ale po chwili słyszałem już jej ciche chrapanie. - Jest wyczerpana – mruknął Edward. – To był długi i ciężki dzień. Powinna iść spać już wcześniej ale czekała na ciebie. Nie spojrzałem nawet na niego. - Seth mówił, że ma złamane kolejne żebro. – szepnąłem. - Zgadza się. Trudno jej przez to oddychać. - Wspaniale – mruknąłem. - Daj mi znać, jak znowu będzie jej gorąco. - Ok. Bella wciąż miała gęsią skórkę na ramieniu, którym mnie nie dotykała. Ledwo uniosłem głowę, żeby poszukać koca, gdy Edward złapał ten, który wisiał na oparciu i zarzucił na nią. Czasem czytanie w myślach może oszczędzić mnóstwo czasu. Mogłem na przykład bez zbędnych ceregieli zarzucić, że ranią Charliego. Edward wiedziałby dokładnie jak bardzo mnie to zdenerwowało. - Masz rację – powiedział. – To nie jest dobry pomysł. - To dlaczego to robicie? – dlaczego Bella powiedziała ojcu, że wszystko zmierza ku lepszemu skoro to miało go tylko bardziej zranić? - Nie może znieść, że się zamartwia. - A więc lepiej... - Nie, nie lepiej – Edward wszedł mi w słowo. – Ale nie zmuszę jej teraz do czegoś, przez co miałaby być nieszczęśliwa. Bez względu na wszystko, to sprawia, że czuje się lepiej. Tylko to się liczy. Resztą zajmę się później. Coś mi nie pasowało. Bella, nawet umierając, nie odwlekałaby bólu Charliego na później, żeby ktoś inny musiał być jego świadkiem. To nie było w jej stylu. Wiedziałem, że musi mieć jakiś inny plan. - Jest pewna, że przeżyje. – powiedział Edward. - Ale nie jako człowiek. - Tak, ale wciąż ma nadzieję zobaczyć się z Charliem gdy będzie już po wszystkim. No, robi się coraz lepiej. - Zobaczyć się z Charliem gdy będzie po wszystkim. – W końcu spojrzałem na mojego rozmówcę. – Zobaczyć się z nim gdy będzie mała białą roziskrzoną skórę i jasnoczerwone oczy. Nie jestem pijawką, więc może czegoś tu nie rozumiem, ale Charlie to raczej dziwny wybór na jej pierwszy posiłek. Edward westchnął. - Wie, że nie będzie się mogła zbliżyć do ojca przez co najmniej rok. Chce mu powiedzieć, że musiała jechać do jakiegoś specjalistycznego szpitala na drugim końcu świata i dzwonić do niego... - To jest chore. - Zgadza się. - Charlie nie jest głupi. Nawet jeśli Bella go nie zabije, to zobaczy przecież różnicę. - Właściwie, to ona na to właśnie liczy. Wlepiłem oczy w Edwarda, czekając na wyjaśnienia. - Nie będzie się starzeć, więc to oczywiście wprowadzi dla nich jakiś limit czasu. Nawet jeśli Charlie uwierzy w takie uzasadnienie zmian, jakie mi zaproponuje. – uśmiechnął się blado. – Pamiętasz, jak próbowałeś powiedzieć jej o swojej przemianie? Jak chciałeś, żeby sama zgadła? Wolną rękę zacisnąłem w pięść. – Powiedziała ci o tym? - Tak, kiedy wyjaśniała mi swój... pomysł. Widzisz, nie może powiedzieć Charliemu prawdy, bo to naraziłoby go na niebezpieczeństwo, ale on jest sprytny. Bella uważa, że znajdzie jakieś własne uzasadnienie tego wszystkiego i ma nadzieję, że będzie ono zupełnie błędne. – Edward prychnął. – W końcu niezbyt pasujemy do legend o wampirach. Charlie będzie miał o nas mylne zdanie, tak jak Bella na samym początku i wszystko jakoś się ułoży. Ma nadzieję, że będą mogli widywać się od czasu do czasu. - Chore – powtórzyłem. - Masz rację – Edward i tym razem się zgodził. Teraz tym bardziej robił wszystko, żeby Bella była szczęśliwa. Nie był w stanie się jej sprzeciwić. Nie mogło wyniknąć z tego nic dobrego. Widziałem, że Edward przeczuwa, że Bella umrze zanim będzie miała szanse wcielić w życie swój szalony plan i ma zamiar zwodzić ją, żeby przez ten czas nie miała żadnych dodatkowych powodów do zmartwień. Przez te cztery dni, które jej zostały. - Zmierzę się z tym, co ma nadejść. Cokolwiek by to nie było – szepnął i opuścił głowę, żebym nie mógł odczytać jego wyrazu twarzy – Nie zadam jej teraz bólu. - Cztery dni? – spytałem. - Mniej więcej – nie podniósł wzroku. - A potem? - Co dokładnie masz na myśli? Myślałem o tym, co mówiła Bella o tym tajemniczym stworze. Że jest otulony czymś w rodzaju wampirzej skóry. Jak więc miało zamiar się wydostać? - Ze skromnych informacji, jakie udało nam się zdobyć wynika, że te stworzenia używają własnych zębów, żeby opuścić łono matki. – szepnął Edward. Z trudem przełknąłem ślinę. - Informacji? – powtórzyłem po chwili. - Dlatego nie widziałeś ostatnio Jaspera i Emmetta. Dlatego nie ma tu w tej chwili Carlisle’a. Próbuje dowiedzieć się czegoś ze starożytnych opowieści i mitów. Wszyscy robimy, co w naszej mocy, żeby w jakimś stopniu przewidzieć zachowanie tej istoty. Opowieści? Jeżeli istniały na ten temat mity, to... - To znaczy, że to nie jest pierwszy taki przypadek? – Edward dokończył tę myśl za mnie. – Możliwe. Te podania, to nic pewnego. Mogły równie dobrze być dziełem ludzkiej wyobraźni i strachu. Ale z drugiej strony... – przerwał na chwilę – legendy o twoich pobratymcach są prawdziwe, więc może te też. Wszystkie są ze sobą jakoś powiązane, dotyczą tego samego rejonu... - Jak się o nich dowiedzieliście? - W Ameryce Południowej spotkaliśmy pewną kobietę. Była wychowana w tradycji swoich przodków. Słyszała ostrzeżenia o takich istotach, opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie. - Co za ostrzeżenia? – spytałem szeptem. - Że takie stwory muszą być natychmiast zgładzone. Zanim urosną w siłę. Dokładnie tak uważał Sam. Miał rację? - Oczywiście, ich legendy mówią dokładnie to samo o nas: że musimy zostać zniszczeni, że jesteśmy pozbawionymi uczuć i duszy mordercami. Drugi punkt dla Sama. Edward zaśmiał się krótko. - A co te podania mówią o... matkach? – spytałem. Twarz wampira przeszył ogromny ból. Nie chciałem go z nim dzielić. Nie wyglądało, jakby miał mi odpowiedzieć. Wątpiłem, czy w ogóle byłby w stanie coś powiedzieć. Zamiast niego głos zabrała Rosalie – odkąd Bella usnęła, była tak cicho, że niemal o niej zapomniałem. - To chyba jasne, że żadna nie przeżyła – powiedziała. – Poród na zatęchłych bagnach ze znachorem smarującym ci twarz śliną, żeby odpędzić złe duchy nie należy do najbezpieczniejszych metod. Nawet zwykłe porody w połowie przypadków kończyły się źle. Żadne z tamtych dzieci nie miało takiej opieki, jak to. Nikt nie zastanawiał się nad ich potrzebami i nie próbował ich zaspakajać. Nie było przy nich lekarza z niesamowitą wiedzą o naturze wampirów. Nikt nie dokładał wszelkich starań, żeby tamte dzieci bezpiecznie przyszły na świat. Nikt nie miał pod ręką jadu, który naprawiłby szkody, gdy coś pójdzie nie tak. Naszemu dziecku nic nie grozi. A tamte matki przeżyłyby, gdyby miały wszystko to, o czym mówiłam, no i przede wszystkim, gdyby faktycznie istniały, a tego nie jestem pewna. – prychnęła z pogardą. Dziecko, dziecko... Jakby nic innego już się nie liczyło. Życie Belli nie było dla niej tak ważne. Twarz Edwarda pobielała jeszcze bardziej, a palce wygięły się na kształt szponów. Rosalie nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi i obróciła się plecami do brata. Edward pochylił się do przodu. Pozwól, że ja się tym zajmę, zaproponowałem. Zatrzymał się i uniósł brew. Bezszelestnie podniosłem z podłogi moją psią miskę, po czym szybkim, zdecydowanym ruchem cisnąłem ją w tył głowy blondyny. Odbiła się z hukiem i poleciała aż do schodów, obijając się o balustradę. Bella poruszyła się, ale spała dalej. - Głupia blondynka – mruknąłem. Rosalie obróciła się powoli. Jej oczy ciskały błyskawice. - Mam jedzenie we włosach – wycedziła przez zęby. Tego już było za wiele. Odsunąłem się od Belli, żeby jej nie obudzić i zacząłem śmiać się aż w oczach pojawiły mi się łzy. Zza kanapy słyszałem też chichot Alice. Zastanawiałem się, dlaczego Rosalie jeszcze nie wybuchła. Nie tego się spodziewałem. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że mój śmiech obudził Bellę. - Co cię tak śmieszy? – wymamrotała sennie. - Rzuciłem jej jedzenie we włosy – oznajmiłem dumnie, wciąż chichocząc. - Nie zapomnę ci tego, psie. – Rosalie syknęła. - Och, łatwo wyczyścić pamięć blondynce – rzuciłem. – Wystarczy dmuchnąć jej do ucha. - Poszukaj jakiś nowych dowcipów – warknęła. - Jake, Zostaw Rose w spo... – Bella przerwała w pół słowa i z trudem złapała powietrze. W jednej chwili Edward znalazł się nad nią i zerwał z niej koc. Wiła się z bólu. - Tylko się przeciąga – wysapała z trudem. Usta jej pobielały. Zęby trzymała zaciśnięte, tak, jakby ze wszystkich sił starała się nie krzyczeć. Edward przyłożył jej dłonie do twarzy. - Carlisle? – zawołał cicho. - Jestem – odpowiedział doktor. Nie słyszałem nawet, kiedy wszedł. - Już dobrze – powiedziała Bella, wciąż ciężko dysząc. – Już po wszystkim. Biedne dziecko ma za mało miejsca. Po prostu rośnie. Naprawdę trudno było mi zrozumieć ten czuły ton, którego używała, mówiąc o czymś, co rozrywało ją na strzępy. Szczególnie po bezdusznej przemowie Rosalie. Nagle miałem ochotę rzucić czymś też w Bellę. Nie podzielała mojego nastroju. - Wiesz, ten maluch przypomina mi ciebie, Jake – powiedziała cicho. - Nie porównuj mnie do tego czegoś. – warknąłem przez zęby. - Mam na myśli tempo wzrostu – wyglądała, jakby zrobiło się jej przykro. I dobrze. – Rosłeś jak na drożdżach. Byłeś większy z minuty na minutę. On też tak ma. Też tak szybko rośnie. Ugryzłem się w język tak mocno, że poczułem w ustach krew. To nic, zagoi się, zanim zdążę przełknąć. Tego właśnie potrzebowała teraz Bella. Musiała być silna, jej też wszystko musiało się goić... Zaczęła oddychać spokojniej. Wtuliła się w kanapę i znów usnęła. - Hmm – mruknął Carlisle. Podniosłem na niego wzrok i zobaczyłem, że mi się przygląda. - Co jest? – spytałem. Edward przechylił głowę na bok w reakcji na myśli Carlisle’a - Wiesz, że zastanawiał mnie kod genetyczny płodu, ilość jego chromosomów. – powiedział doktor. - Wiem i co w związku z tym? - Cóż, biorąc pod uwagę podobieństwa między wami... - Podobieństwa? – warknąłem, podkreślając użytą przez Carlisle’a liczbę mnogą. - Przyspieszony wzrost i to, że Alice was nie widzi. Zaniemówiłem. No tak, zapomniałem o tej drugiej rzeczy. - Zastanawia mnie, czy to może być nasza odpowiedź. Czy te podobieństwa nie idą może dalej. - Dwadzieścia cztery pary – mruknął Edward do siebie. - Nie macie pewności. - Nie, ale to interesująca teoria – Carlisle powiedział to tak, jakby chciał mnie uspokoić. - Tak, wręcz fascynująca. Bella znowu zaczęła chrapać, idealnie podkreślając mój sarkazm. Z dalszej rozmowy o genetyce rozumiałem już tylko przedimki i spójniki, no i oczywiście moje imię, pojawiające się co jakiś czas. Alice przyłączyła się do dyskusji i co chwila wtrącała coś wysokim sopranem. Chociaż rozmawiali o mnie, nie próbowałem nawet dowiedzieć się, jakie wnioski udało im się wyciągnąć. Miałem głowę zajętą czym innym: kilkoma faktami, które usiłowałem ze sobą pogodzić. Po pierwsze, Bella mówiła, że ten stwór jest chroniony czymś równie twardym, co wampirza skóra, czymś, czego nie mogły sforsować ani ultradźwięki, ani igła. Po drugie, Rosalie miała zamiar pomóc dziecku bezpiecznie przyjść na świat. Po trzecie, Edward powiedział, że, w legendach, takie potwory przegryzały matki od środka. Wzdrygnąłem się. To wszystko miało sens. Zwłaszcza biorąc pod uwagę czwarty fakt, że niewiele rzeczy mogło przebić coś tak wytrzymałego, jak skóra wampira. Według opowieści, ta istota miała wystarczająco mocne zęby. Ja też. I wampiry także. Trudno było tego nie zauważyć, chociaż chciałbym, żeby było inaczej. Wiedząc to, rozumiałem dokładnie, co Rosalie miała na myśli mówiąc, że stwór przyjdzie na świat „bezpiecznie”. tłumaczenie: Atrivie 16. Zbyt wiele informacji Obudziłem się wcześnie, nim jeszcze zaczęło świtać. Spanie opartym o bok sofy naprawdę było dla mnie niełatwe. Edward zbudził mnie, gdy twarz Belli pokryła się znów niezdrowym rumieńcem i odsunął mnie od niej, by choć trochę zmniejszyć jej temperaturę. Przeciągnąłem się i zdecydowałem, że odpoczywałem już dość, by wreszcie wziąć się do pracy. - Dziękuję - powiedział Edward cicho, spoglądając w moje myśli. - Jeżeli droga jest czysta, pójdą dzisiaj. - Powiadomię cię. Naprawdę dobrze było znów powrócić do zwierzęcej postaci. Byłem cały odrętwiały od długiego siedzenia w bezruchu. Robiłem długie kroki, usiłując się rozluźnić. Dobry, Jacob, powitała mnie Leah. Dobrze, że już jesteś na nogach. Jak długo Seth jest na zewnątrz? Jeszcze nie jestem, pomyślał zaspany Seth. Prawie na miejscu. Czego potrzebujesz? Myślisz, że poradzisz sobie sam przez godzinę? Pewnie, nie ma problemu. Seth ruszył od razu, odrzucając w tył futro. Chodź, pobiegniemy, powiedziałem Leah. Seth, przejmie od ciebie pałeczkę. Już jestem. Seth zwolnił do łatwego biegu. Kolejny na skinienie wampirów, zamruczała Leah. Masz z tym jakiś problem? Och, oczywiście, że nie. Ja po prostu kocham rozpieszczać te drogie pijawki. Dobrze. Zobaczymy jak szybko możemy biec. Dobra, to mi się podoba! Leah była na zachodnim krańcu tego terenu. Raczej wolałaby dać się pokrajać niż zbliżyć do domu Cullenów, krążyła więc, by mnie spotkać. Pobiegłem prosto na wschód, wiedząc, że, nawet mając lepszy start, ona wkrótce mnie dogoni, tak łatwo jakby nie była to nawet sekunda przewagi. Nos do ziemi, Leah. To nie wyścig, a zwiadowcza misja. Mogę robić to i to, a nadal skopię ci tyłek. Poddałem się tym razem. Wiem. Zaśmiała się. Wybraliśmy wijącą się ścieżkę przez wschodnie góry. To była bezpieczna droga. Biegaliśmy przez nie, kiedy wampiry wyjechały rok temu, to była część naszej trasy patrolu, którym chroniliśmy tutejszych ludzi. Przerwaliśmy to, kiedy wrócili Cullenowie. Według paktu był to ich teren. Ale dla Sama prawdopodobnie nic to teraz nie znaczyło. Pakt przestał obowiązywać. Pytanie tylko w jaki sposób chce on zaatakować. Napaść na Cullenów na ich ziemi, czy nie? Jared mówił prawdę, czy wykorzystywał milczenie, jakie zapadło między nami? Zagłębialiśmy się w góry głębiej i głębiej, lecz nie znaleźliśmy żadnych oznak łamania paktu. Zapach wampirów, wszędzie, ale już się do niego przyzwyczailiśmy. Wdychałem go przez cały dzień. Znalazłem ciężki, koncentrujący się zapach wszystkich, poza Edwardem . Z jakiegoś powodu przestał tędy chodzić, kiedy przywiózł do domu umierającą żonę. Zacisnąłem zęby. Czymkolwiek to było, nie miało mieć ze mną nic wspólnego. Leah nie wyprzedzała mnie, choć mogła to teraz zrobić. Zwracałam większą uwagę na wyszukiwanie nowych śladów, niż na szybkość. Trzymała się po mojej prawej stronie, biegnąc raczej ze mną, niż przeciw mnie. Oddaliliśmy się całkiem daleko, powiedziała. Tak. Jeśli Sam polował na odosobnionych, powinniśmy już teraz natrafić na jego ślad. Więcej sensu ma dla niego zabunkrowanie się w La Push, pomyślała Leah. Wie, że nasza obecność dodaje pijawkom trzy pary oczu i nóg dodatkowo. Nie zaskoczy ich. To tylko środki ostrożności, naprawdę. Nie chcemy, żeby nasze cudowne pasożyty przeżyły niepotrzebne zmiany. Nie, zgodziłem się, ignorując jej sarkazm. Bardzo się zmieniłeś, Jacob. Ty też nie jesteś dokładnie tą samą Leah, którą kiedyś znałem i kochałem. Prawda. Jestem już tak wkurzająca, jak Paul? Po prawdzie… tak. Ah, słodki sukcesie! Gratulacje. Znów biegliśmy w ciszy. To był już prawdopodobnie czas, żeby zawrócić, ale żadne z nas tego nie chciało. Dobrze było tak biec. Jednak zbyt długo robiliśmy już to małe kółko zwiadu. Dobrze było rozciągnąć mięśnie i biec po poszarpanym, nierównym terenie. Nie spieszyliśmy się bardzo, więc pomyślałem, że możemy zapolować, wracając. Leah była bardzo głodna. Mniam, mniam, pomyślała cierpko. To wszystko jest w twojej głowie, powiedziałem jej. Tak jedzą wilki To naturalne. Smakuje dobrze. Jeżeli nie będziesz patrzeć na to z perspektywy człowieka... Zapomnij tej pocieszającej gadki, Jacob. Zapoluję. Nie muszę tego lubić. Pewnie, pewnie, zgodziłem się łatwo. To nie mój biznes, jeśli chciała to czynić trudniejszym dla siebie. Nie powiedziała nic nowego przez kilka minut. Zaczynałem już myśleć o powrocie. Dziękuję ci, powiedziała nagle Leah, zupełnie odmiennym tonem. Za? Za pozwolenie mi na bycie tu. Na zostanie. Jesteś milszy niż się mogłam spodziewać, Jacob. Em, żaden problem. Właściwie, myślałem o tym. Nie mam ci tak za złe, że tu jesteś jak mógłbym przypuszczać. Warknęła, ale tylko żeby się podrażnić. Cóż za cudowna rekomendacja!!! Nawet o tym nie myśl. Dobra, jeżeli ty też tego nie zrobisz. Zatrzymała się na chwilę. Myślę, że jesteś dobrym Alfą. Nie tak samo jak Sam, ale na swój własny sposób. Jesteś tego wart, by za tobą iść, Jacob. Zaskoczony poczułem nagle pustkę w głowie. Sekundę zabrało mi znalezienie dobrej odpowiedzi. Em, dzięki. Nie jestem całkiem pewny, czy będę mógł o tym nie myśleć. Skąd ci to przyszło do głowy? Nie odpowiedziała, a jej myśli zboczyły na chwilę i podążyłem za nimi. Myślała o przyszłości, o tym co powiedziałem Jaredowi tamtego poranka. O tym jak szybko będę musiał znów wrócić do lasu. O tym jak obiecałem, że ona i Seth wrócą do sfory, gdy Cullenowie znikną... Chcę zostać z tobą, powiedziała mi. Szok sprawił, że aż ugięły mi się kolana. Wyskoczyła przede mnie i zahamowała. Powoli cofnęła się do miejsca gdzie się zatrzymałem, osłupiały. Nie będę uciążliwa, obiecuję. Nie będę ciągle za tobą łazić. Możesz iść gdzie chcesz, ja pójdę gdzie będę chciała. Byłbyś ze mną tylko kiedy oboje będziemy wilkami. Cofnęła się i podeszła do mnie, nerwowo potrząsając jej długim, szarym ogonem. Planuję zakończyć to tak szybko, jak tylko będę mogła... może nie będzie to za często. Nie wiedziałem co powiedzieć. Jestem szczęśliwsza będąc częścią twojej sfory, jak nie byłam od lat. Ja też chcę zostać, Seth pomyślał cicho. Nie wiedziałem, że zwracał na nas aż tyle uwagi, kiedy biegliśmy obchód. Lubię tę sforę. Hej, już! Seth, to nie będzie już sfora. Usiłowałem zebrać myśli, by go przekonać. Teraz mamy powód, ale kiedy... będzie już po wszystkim, chcę znów być tylko wilkiem. Seth, nie masz powodu. Jesteś dobrym dzieciakiem. Typem człowieka, który zawsze znajdzie jakiś powód, żeby o niego zawalczyć. I nie ma mowy, żebyś teraz opuścił La Push. Dostałeś się do liceum. I musisz coś zrobić z własnym życiem. Musisz się zająć Sue. Moje motywy nie mogą zaważyć o twojej przyszłości. Ale… Jacob ma rację, sekundowała mi Leah. Zgadzasz się ze mną? Oczywiście. Ale nic z tego nie odnosi się do mnie. I tak znajdę sobie miejsce. Dostanę jakąś pracę poza La Push. Może dostanę się na jakieś kursy na studiach. Zacznę chodzić na jogę i medytację, żeby zmniejszyć swój temperament... I nadal pozostać częścią sfory, przynajmniej umysłem. Jacob, to ma sens, prawda? Nie będę ci zawadzać, ty mi też, wszyscy będą szczęśliwi. Zawróciłem I zacząłem powoli zmierzać na zachód. Na to już bardziej mogę się zgodzić, Leah. Pozwól mi o tym pomyśleć, dobra? Pewnie. Ile tylko chcesz. Powrót zajął nam więcej czasu. Nie próbowałem przyspieszyć, wolałem się skoncentrować na tyle, żeby nie uderzyć w drzewo. Seth narzekał trochę, gdzieś z tyłu mojej głowy, ale mogłem go zignorować. Wiedział, że mam rację. Nie mógł odciąć się od swojej matki. Wróci do La Push i będzie ochraniał plemię, tak jak powinien. Ale nie mogłem sobie wyobrazić robiącej to Leah. I to było nieco przerażające. Sfora jako dwoje z nas? Bez względu na to jak daleko od siebie byliśmy psychicznie, mogłem sobie wyobrazić... prawdopodobieństwo tej sytuacji. Zauważyłem, że ona pomyślała to, co pomyślała, bo rzeczywiście była tak zdesperowana, by pozostać wolną. Leah nie powiedziała nic i pomyślałem, że to już. Tak jakby chciała udowodnić jak łatwo by to mogło być, gdybyśmy byli tylko my. Pobiegliśmy do stada czarno umaszczonych jeleni kiedy słońce już wstawało, lekko rozświetlając chmury za nami. Leah namierzała cel, ale nie mogła się zdecydować. Jej wypad był nawet czysty i zwinny. Zaatakowała największego, byka, zanim zwierzę zdążyło w pełni zrozumieć zagrożenie. Zanim skończyła, zaatakowałem kolejnego w wielkości, łamiąc mu kłami kark tak szybko, że pewnie nie poczuł nawet niepotrzebnego bólu. Mogłem poczuć zdegustowaną Leah, walczącą ze swym głodem i spróbowałem uczynić to dla niej łatwiejszym, wpuszczając wilka do swojej głowy. Żyłem jako całkowity wilk na tyle długo, że wiedziałem jak kompletnie stać się zwierzęciem, by widzieć jak postępuje i postępować powinna. Pozwoliłem zawładnąć mną instynktowi, dając jej poznać jak to jest. Zamarła na chwilę, ale potem, powoli zaczęła widzieć to tak samo we własnym umyśle, patrzeć w ten sam sposób, co ja. To było bardzo dziwne, nasze umysły były bardziej połączone niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ oboje próbowaliśmy myśleć razem. Dziwne, ale pomogło. Jej zęby przecięły sierść i skórę na barku ofiary, odrywając gruby kawał ociekającego krwią mięsa. Zamiast skrzywić się, jak podpowiadała jej ludzka natura, pozwoliła swojemu wilczemu „ja” zareagować instynktownie. To był rodzaj oszołomienia lub bezmyślności. Pozwolił jej zjeść w spokoju. Nie miałem problemów z pójściem w jej ślady. Cieszyłem się, że nie zapomniałem tej umiejętności. Wkrótce znowu będzie od niej zależało moje życie. Czy Leah zostanie częścią tego życia? Wśród pełnych przerażenia wydarzeń poprzedniego tygodnia nie zastanawiałbym się nad tym pomysłem. Nie byłbym w stanie go znieść. Ale teraz znałem ją lepiej. Ulżywszy nieustannemu bólowi, przestała być tym samym wilkiem. Ani tą samą dziewczyną. Jedliśmy razem aż do sytości. Dzięki, powiedziała mi później, czyszcząc swój pysk i łapy o wilgotną trawę. Nie zawracałem sobie tym głowy; właśnie zaczynała padać mżawka i musieliśmy jeszcze raz przepłynąć przez rzekę w drodze powrotnej. Będę po tym dostatecznie czysty. – To nie było aż takie złe, myślenie w twój sposób. Nie ma za co. Seth czuwał, kiedy przekroczyliśmy granicę. Powiedziałem mu, żeby się trochę przespał; Leah i ja przejmiemy wartę. Jego umysł zapadł w nieświadomość chwilę później. Odwróciłeś się od krwiopijców?, zapytała Leah. Może. Pobyt tutaj musi być dla ciebie trudny, ale trzymanie się z dala też. Wiem, jak to jest. Wiesz, Leah, mogłabyś myśleć trochę więcej o przyszłości, o tym, co naprawdę chciałabyś robić. Moja głowa nie stanie się najszczęśliwszym miejscem na ziemi. A ty będziesz musiała cierpieć razem ze mną. Zastanowiła się, jak mi odpowiedzieć. Jej, to nie brzmi dobrze. Ale, szczerze mówiąc, łatwiej będzie mi dzielić ból z tobą, niż zmierzyć się z moim własnym. Wystarczająco uczciwie. Wiem, że to się źle dla ciebie skończy, Jacob. Rozumiem to… może nawet lepiej, niż myślisz. Nie lubię jej, ale… to twój Sam. Jest wszystkim, czego chcesz i wszystkim, czego mieć nie możesz. Nie potrafiłem odpowiedzieć. Wiem, że to dla ciebie gorsze. Przynajmniej Sam jest szczęśliwy. Przynajmniej on żyje i ma się dobrze. Kocham go wystarczająco, żeby tego chcieć. Chcę dla niego wszystkiego, co najlepsze, westchnęła. Nie chcę tylko pozostawać w pobliżu, żeby patrzeć. Musimy o tym rozmawiać? Myślę, że tak. Chcę, żebyś wiedział, że nie pogorszę twojej sytuacji. Do diabła, może nawet ci pomogę. Nie urodziłam się pozbawioną współczucia sekutnicą. Wiesz, swego czasu byłam całkiem miła. Moja pamięć nie sięga aż tak daleko. Zaśmialiśmy się. Przepraszam za to, Jacob. Żałuję, że tak cierpisz. Żałuję, że ciągle jest gorzej i nigdy się nie polepsza. Dzięki, Leah. Myślała o gorszych rzeczach, czarnych obrazach w mojej głowie, kiedy próbowałem ją zignorować bez większych rezultatów. Była w stanie spoglądać na nie z pewnym dystansem, swego rodzaju perspektywą i musiałem przyznać, że było to pomocne. Mogłem sobie wyobrazić, że może za kilka lat też będę zdolny do patrzenia w ten sposób. Dostrzegała zabawną stronę codziennej irytacji wynikającej z kręcących się dookoła wampirów. Lubiła moje denerwowanie Rosalie, chichocząc wewnętrznie i nawet wyszukując w pamięci kilka dowcipów o blondynkach, nad którymi mogłem popracować. Ale wtedy jej myśli stały się poważne, ociągając się na twarzy Rosalie w sposób, który wprawił mnie w zakłopotanie. Wiesz co jest najdziwniejsze? spytała. No, mniej więcej wszystko. Ale co dokładnie masz na myśli? Ta blond wampirzyca, której tak nienawidzisz – ja ją całkowicie rozumiem. Przez sekundę myślałem, że to po prostu niesmaczny żart. A potem, kiedy zrozumiałem, że mówi poważnie, poczułem jak narasta we mnie złość. Dobrze, że to był już koniec naszego patrolu. Jeżeli ona byłaby bliżej, na tyle, żeby móc ugryźć... Czekaj! Daj mi wytłumaczyć! Nie chcę tego słyszeć. Spadam stąd. Czekaj! Zaczekaj! poprosiła, kiedy usiłowałem uspokoić się na tyle, żeby zawrócić. Wracaj, Jake. Leah, to naprawdę nie jest dobry pomysł, na przekonanie mnie, że chcę spędzać z tobą więcej czasu. Boże! Przesadzasz. Nawet nie wiesz, co mam na myśli. Więc co masz na myśli? I nagle poczułem jej ból, większy niż wcześniej. Mówię o byciu genetycznym ślepym zaułkiem, Jacob. Znaczenie jej słów mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się, że złość minie mi tak szybko. Nie rozumiem. Zrozumiesz, kiedy przestaniesz być taki sam jak reszta z nich. Jeżeli moje „kobiece rzeczy” – wymawiała słowa twardo, sarkastycznie – nie zmuszą cię do myślenia powierzchownie, jak każdy głupi mężczyzna, wtedy będziesz mógł zwrócić uwagę na to o czym mówię. Och. Tak, nikt nie chciał myśleć o tych rzeczach razem z nią. Kto by chciał? Oczywiście, pamiętałem jak Leah dołączyła do sfory, jej panikę podczas pierwszego miesiąca, i pamiętam jak bardzo się bała, jak każdy inny. Bo nie mogła zajść w ciążę, nie tak długo jak to pseudoreligijne coś tkwiło w niej. Nie była z nikim poza Samem. A potem, kiedy mijały tygodnie, a nic zmieniało się w jeszcze większe nic, zrozumiała, że jej ciało nie podlega już normalnym trybom. Strach – czym się teraz stała? Czy jej ciało się zmieniło, bo stała się wilkołakiem? A może stała się nim, bo było z nią coś źle? Jedyny żeński wilkołak w historii, na zawsze. A może nie była tak kobieca, jak powinna być? Żaden z nas nie chciał się przemienić. Właściwie to nie było coś, co można by polubić. Wiesz, co Sam sądzi o tym, dlaczego jesteśmy wpojeni, pomyślała już spokojniej. Pewnie. By przekazać to dalej. Właśnie. Żeby zrobić gromadkę małych wilkołaków. Przetrwanie gatunku, wyścig genów., Zakochujesz się w osobie, która daje największe szanse na przekazanie dalej wilczych genów. Poczekałem, aż dojdzie do tego, co chciała mi powiedzieć, o co w tym wszystkim chodziło. Jeżeli byłabym w tym dobra, Sam powinien wpoić się we mnie. Jej ból był tak wielki, że złamałem się. Ale nie jestem. Coś jest ze mną źle. Nie mam szans na przekazanie genów, nawet własnej krwi. Więc stałam się dziwadłem, dziewczyną- wilkiem, dobrą tylko w tym. Jestem genetycznym ślepym zaułkiem, oboje to wiemy. Nie wiemy, usiłowałem ją przekonać. To tylko teoria Sama, Wpojenie się zdarza, ale nie wiemy czemu. Billy uważa, że to coś innego. Wiem, wiem. On uważa, że wpajamy się, żeby stać się silniejsi. Ponieważ ty i Sam jesteście tak olbrzymi, więksi niż wasi ojcowie. Ale swoją drogą, nadal nie jestem przekonana. Ja jestem... po menopauzie. Mam dwadzieścia lat i jestem po menopauzie. Ugh. Tak bardzo nie chciałem, żeby ta rozmowa potoczyła się w tym kierunku. Nie wiesz tego na pewno, Leah. To prawdopodobnie tylko przez to całe zatrzymanie się w czasie. Kiedy zrezygnujesz z bycia wilkiem i znów zaczniesz dorastać, jestem prawie pewien, że wszystko, em... wróci na swoje miejsce. Mogłabym tak pomyśleć, gdyby nie fakt, że nikt nie wpoił się we mnie, nie razem z moim cudownym wilczym życiem. Wiesz, dodała troskliwie, gdybyś nie był w pobliżu, myślę, że Seth prawdopodobnie byłby najlepszy do bycia Alfą, przez jego więzy krwi. Oczywiście nikt by mnie nie poparł, ale... Ty naprawdę chcesz wpojenia, albo, żeby ktoś się w tobie wpoił, jakkolwiek? Zażądałem odpowiedzi. Co jest złego w normalnym zakochaniu się, jak każda normalna osoba, Leah? Wpojenie to tylko sposób na to, żeby nie musieć podejmować wyboru. Sam, Jared, Paul, Quil… chyba nie mają tego za złe. Żaden z nich nie ma żadnego swojego zdania... Nie chcesz zostać wpojony? Cholera, nie! To tylko dlatego, że już kochasz ją. Ale to jest całkiem inaczej, wiesz, kiedy jesteś wpojony. Nie będziesz musiał nigdy już cierpieć z jej powodu. A ty chcesz zapomnieć o tym, co czujesz do Sama? Myślała przez chwilę Chyba chcę. Zamarłem. Chyba była w lepszym stanie niż ja. Ale wróćmy do tematu, Jacob. Rozumiem, czemu ta twoja wampirza blondyna jest taka zimna. W pewnym sensie. Jest skupiona. Oczy zawsze na wygranej, prawda? Bo zawsze chcesz najbardziej właśnie tego, czego nigdy, przenigdy nie będziesz mieć. Ty grałabyś tak jak Rosalie? Zamordowałabyś kogoś, bo ona to właśnie robi, nie przejmuje się zupełnie Bellą, żeby mieć dziecko? Gdybyś nie mogła go mieć? Chciałabym mieć po prostu wybór, Jacob. Może ze mną wcale nie jest nic źle, nigdy się nie poddam. Zabiłabyś dla tego? Powtórzyłem, nie pozwalając jej zmienić tematu. Ona tego nie robi. Myślę, że w tym jest coś więcej. Gdyby… Gdyby Bella poprosiła mnie, żebym jej pomogła... Zamilkła, pogrążona w myślach. Nawet gdybym dbała o nią bardziej, prawdopodobnie zrobiłabym to samo, co ta pijawka. Warknąłem cicho. Ponieważ gdybyśmy zamieniły się miejscami chciałabym, żeby zrobiła to samo dla mnie. I tego samego chciałaby Rosalie. My obie na jej miejscu. Uch! Jesteś taka sama jak oni! To śmieszna część faktu, że czegoś mieć nie możesz. To czyni cię desperatem. Mam już dość. Już. Koniec rozmowy. Dobra. Nie wystarczyło jednak, że zamilkła. Potrzebowałem silniejszej determinacji. Byliśmy już tylko o milę od miejsca, gdzie zostawiłem ubrania i zmieniłem się w człowieka, by dalej pójść. Nie chciałem myśleć o tej rozmowie. Nie dlatego, że nie było w niej niczego do rozmyślania, ale dlatego, że nie mogłem tego zrozumieć. Nie widziałem tego w ten sposób, ale trudno było tak nie myśleć, kiedy Leah przesyłała swoje emocje wprost do mojego umysłu. Tak, po tym na pewno nie będę z nią biegał. Mogła sobie być nieszczęśliwa w La Push. Jeden mały rozkaz Alfy przed wyjazdem nikogo nie zabije. Było naprawdę wcześnie, kiedy dotarłem do domu. Bella prawdopodobnie wciąż spała. Potrząsnąłem głową, pozwalając sobie zapolować i znaleźć kawałek trawy dość dobry do spania, gdy byłem człowiekiem. Nie miałem zamiaru wracać, zanim Leah nie zapadnie w sen. Lecz w domu usłyszałem zbyt wiele szeptanych rozmów, więc może Bella już nie spała. Usłyszałem też mechaniczny odgłos z piętra wyżej, może rentgena? Super. Wygląda na to, że czwarty dzień odliczania rozpoczął się z trzaskiem. Alice otworzyła drzwi, zanim do nich doszedłem. Skinąłem głową. - Cześć, wilku. - Cześć, malutka. Co się dzieje u góry? – Pokój był pusty, wszystkie szepty dochodziły z piętra powyżej. Wzruszyła ramionami. - Chyba kolejne złamanie. – Usiłowała powiedzieć słowa normalnie, ale mogłem zobaczyć ognie na dnie jej tęczówek. Edward i ja wyglądaliśmy podobnie, coś płonęło w naszych oczach. Alice też kochała Bellę. - Kolejne żebro? – spytałem chrapliwie. - Nie. Tym razem miednica. Śmieszne, że mnie to w ogóle zaskoczyło, jakby to była jakaś niespodzianka. Każda nowa katastrofa wyglądała po fakcie jakby była oczywista. Alice wpatrzyła się w moje ręce, obserwując ich dygotanie. A potem usłyszeliśmy głos Rosalie z piętra. - Widzicie, mówiłam wam, że nie usłyszałam pęknięcia. Musisz sobie sprawdzić słuch, Edward. Nikt nie odpowiedział. Alice skrzywiła się. - Edward chyba w końcu rozerwie Rose na kawałki, tak myślę. Dziwi mnie, że ona tego nie widzi. Albo uważa, że Emmett będzie w stanie go powstrzymać. - Zajmę Emmetta – zaproponowałem. – Ty możesz pomóc Edwardowi z rozrywaniem. Na wpół się uśmiechnęła. Wtedy procesja zeszła ze schodów, tym razem to Edward niósł Bellę. Ściskała kubek z krwią w obu dłoniach, a jej twarz była biała. Każdy najmniejszy ruch był dla niej cierpieniem. - Jake – wyszeptała i uśmiechnęła się boleśnie. Patrzyłem na nią, nie mówiąc nic. Edward umieścił Bellę ostrożnie na miejscu i usiał na podłodze obok jej głowy. Zaskoczyło mnie nagle, dlaczego nie zostawili jej na piętrze, ale wtedy zadecydowałem, że to pewnie jej pomysł. Chciała grać, jakby wszystko było w porządku, z daleka od klimatu szpitala. A on jej dogadzał. Oczywiście. Carlisle schodził na dół powoli, jako ostatni, a na jego twarzy widniało zmartwienie. To w końcu sprawiło, że wyglądał na tyle staro, żeby być lekarzem - Carlisle – powiedziałem. – Sprawdziliśmy drogę do Seattle. Nie ma tam żadnych śladów sfory. Możecie iść. - Dziękuję, Jacob. W samą porę. To wszystko, czego potrzebujemy – jego czarne oczy podążyły do kubka, który ściskała Bella. - Właściwie, myślę, że jest na tyle bezpiecznie, że może pójść więcej niż trójka, Jestem całkiem pewny, że Sam skoncentrował się na La Push. Carlisle kiwnął głową, zgadzając się. Zaskoczyło mnie jak szybko przyjął moją radę za dobrą monetę. - Skoro tak uważasz. Alice, Esme, Jasper i ja pójdziemy. Potem Alice będzie mogła wziąć Emmetta i Rose... - Nie ma mowy – odwarknęła Rosalie. – Emmett może iść z wami teraz. - Powinnaś zapolować – powiedział Carlisle łagodnie. Ale to nie zmieniło jej tonu. - Pójdę polować wtedy, kiedy on – zamruczała, kiwając głową na Edwarda i odrzucając włosy. Carlisle westchnął. Jasper i Emmett byli na dole w ciągu sekundy, Alice dołączyła do nich, za drzwiami ze szkła, w tej samej sekundzie. Esme stanęła u jej boku. Carlisle położył rękę na moim ramieniu. Lodowaty dotyk nie był miły, ale nie wzdrygnąłem się i tak. Nie poruszyłem się wcale, na wpół ze zdziwienia, na wpół, żeby nie zranić jego uczuć. - Dziękuję ci – powiedział ponownie, po czym wyszedł przez drzwi za pozostałą czwórką. Moje oczy podążyły za nim, gdy przeleciał przez trawnik i zniknął, zanim zdążyłem wziąć głębszy oddech. To musiało być pilniejsze niż sobie wyobrażałem. Przez chwilę nie usłyszałem żadnego dźwięku. Mogłem za to poczuć na sobie czyjś wzrok i wiedziałem kto to będzie. Planowałem iść stąd i przespać się, ale perspektywa popsucia Rosalie poranka była zbyt zachęcająca, by z niej zrezygnować. Więc usiadłem na fotelu obok Rosalie i pozwoliłem myślom błądzić przy Belli i mojej lewej stopie, która tkwiła w pobliżu twarzy blondyny. - Oj, ktoś wpuścił kundla – warknęła, marszcząc nos. - A słyszałaś to, wariatko? Jak umiera komórka mózgowa blondynki? Nic nie powiedziała. - Więc? Masz jakiś pomysł, czy nie? Wpatrzyła się w telewizor i ignorowała mnie. - Słyszała to? – spytałem Edwarda. Na jego twarzy nie było ani śladu rozbawienia, nie oderwał od Belli wzroku. Ale odpowiedział. - Nie. - Zadziwiające. A więc dowiedz się, krwiopijco, komórka mózgowa blondynki umiera samotnie. Rosalie nadal nawet na mnie nie spojrzała. - Zabiłam sto razy więcej razy niż ty, odrażająca bestio. Nie zapominaj o tym. - Pewnego dnia, Piękna Królewno, zwyczajnie zmęczysz się grożeniem mi. Naprawdę na to czekam. - Dosyć, Jacob – powiedziała Bella. Spojrzałem w dół, skąd wpatrywała się we mnie. Po wczorajszym dobrym humorze nie zostało już ani śladu. Cóż, nie chciałem jej dokuczać. - Chcesz, żebym wyszedł? – zaproponowałem. Wcześniej miałem nadzieję, lub bałem się, że w końcu mną się zmęcz, zamruga i jej zainteresowanie mną zniknie. Wyglądała na całkowicie zaskoczoną taką konkluzją. - Nie! Pewnie, że nie. Westchnąłem i usłyszałem, że Edward też westchnął cicho Wiedziałem, że chciał, żeby w końcu dała sobie ze mną spokój, tak samo jak ja. Szkoda, że nigdy nie poprosi ją o coś, co mogło uczynić ją nieszczęśliwą. - Wyglądasz na zmęczonego – skomentowała Bella. - I kto to mówi – odgryzłem się. - Chciałabym ci się odgryźć na śmierć – zamruczała Rosalie, zbyt cicho, żeby Bella mogła usłyszeć. Zagłębiłem się w fotel, rozsiadając wygodnie. Moja stopa zbliżyła się jeszcze bardziej do Rosalie, która zdrętwiała. Po kilku minutach Bella poprosiła Rosalie o dokładkę. Usłyszałem świst, gdy Rosalie wystrzeliła na piętro, żeby wziąć dla niej więcej krwi. Była naprawdę cicho. Równie dobrze mogę się zdrzemnąć, pomyślałem. I wtedy... - Mówiłaś coś? – Edward spytał zdziwionym tonem. Dziwne. Ponieważ nikt nic nie powiedział, a ponieważ słuch Edwarda był tak samo dobry jak mój, powinien o tym wiedzieć. Patrzył na Bellę, a ona na niego. Oboje wyglądali na zaskoczonych. - Ja? - spytała po chwili. – Nic nie powiedziałam. Upadł na kolana, wpół leżąc na niej, jego zachowanie nagle się zmieniło. Zaskoczone czarne oczy utkwił w jej twarzy. - O czym teraz myślisz? Spojrzała na niego bezmyślnie. - O niczym. Co się stało? - A o czym myślałaś minutę temu? – spytał. - Tylko o… Wyspie Esme. I piórkach. To brzmiało dla mnie całkowicie niezrozumiale, ale oblała się rumieńcem i pomyślałem, że chyba nie chcę tego rozumieć. - Pomyśl o czymś innym – wyszeptał. - Na przykład? Edward, co się dzieje? Jego twarz znowu się zmieniła, i zrobił coś, co sprawiło, że otwarłem usta ze zdziwienia. Słyszałem jak ktoś głośno wciągnął powietrze, wiedziałem, że Rosalie jest tuż za mną, tak samo zaskoczona jak ja. Edward, bardzo delikatnie, położył obie ręce na jej wielkim, okrągłym brzuchu. - To coś… - zająknął się. – To... dziecko lubi dźwięk twojego głosu. Przez chwilę zapadła całkowita cisza. Nie mogłem ruszyć żadnym mięśniem, nawet zamrugać. Wtedy... - Jasna cholera, ty go słyszysz! – wykrzyknęła Bella. W następnej chwili drgnęła. Ręka Edwarda poruszyła się na górę jej brzucha i delikatnie pogładziła miejsce, gdzie to musiało ją kopnąć. - Ciii – mruknął. – Straszysz to... go. Jej oczy zrobiły się wielkie i zdumione. Pogłaskała się po brzuchu. - Wybacz, malutki. Edward słuchał, opierając głowę o jej brzuch. - O czym teraz myśli? – spytała ochoczo. - To.. on lub ona jest... – przerwał i spojrzał jej w oczy. Jego spojrzenie było pełne czegoś podobnego do zachwytu, jednak więcej w tym było troski i żalu. – Jest szczęśliwy. - Powiedział Edward, niedowierzając. Wciągnęła powietrze, nie można było nie dostrzec fanatycznego błysku w jej oczach. Nabożeństwa i uwielbienia. Wielkie łzy wezbrały się pod jej powiekami i cicho spłynęły po twarzy, obok uśmiechniętych ust. Kiedy na nią spojrzał, w jego wzroku nie było już przerażenia, złości, bólu ani żadnego z uczuć, które widniały na jego twarzy od momenty, gdy wrócili. Był zachwycony razem z nią. - Oczywiście, że jesteś szczęśliwy, mój mały, oczywiście, że jesteś – zanuciła, gładząc swój brzuch, a łzy spływały jej po policzkach. – Jak możesz nie być, bezpieczny, w cieple i miłości? Tak bardzo cię kocham, mały EJ, oczywiście, ze jesteś szczęśliwy. - Jak go nazwałaś? – spytał Edward, zaciekawiony. Znów się zaczerwieniła. - Wybrałam dla niego imię. Nie myślałam, że będziesz chciał... no, wiesz. - EJ? - Twój ojciec też się nazywał Edward. - Tak, tak było. Co? – Zamilkł, a potem powiedział. – Hmm. - Co? - Lubi też mój głos. - Oczywiście, że tak. – Jej głos był niemal triumfujący. – Masz najładniejszy głos na świecie. Kto by go nie kochał? - Masz jakiś plan awaryjny? – spytała Rosalie, opierając się na sofie z tą samą pełną zachwytu, zwycięską miną na twarzy, co Bella. – Jeżeli to jest ona? Bella otarła dłonią oczy. - Miałam kilka pomysłów. Zbitek imion Renée i Esme. Myślałam o... Re-nes-me. - Renezmei? - R-e-n-e-s-m-e. Zbyt dziwne? - Nie, podoba mi się – poparła ją Rosalie. Ich głowy były bardzo blisko siebie, złota i ciemnobrązowa. – Jest przepiękne. Jedyne w swoim rodzaju. Tak jak i ono. - Ja i tak uważam, że to Edward. Edward wpatrzył się przed siebie z twarzą nie wyrażającą absolutnie nic, kiedy słuchał. - Co? – spytała Bella z rozjaśnioną twarzą. – Co teraz myśli? Nie odpowiedział od razu, ale potem, szokując nas wszystkich ponownie, znów przyłożył ucho do jej brzucha. - On cię kocha – wyszeptał Edward, zaskoczony. – On cię absolutnie uwielbia. W tym momencie wiedziałem już, że jestem sam. Całkowicie sam. Chciałem coś sobie zrobić, kiedy zrozumiałem jak głupi byłem, jak bardzo liczyłem na te wstrętne wampiry. Jak głupi – jakbym kiedykolwiek mógł liczyć na pijawki! Oczywiście, że mnie w końcu zdradzą. Liczyłem na niego, że jest po mojej stronie, że zależy mu nawet bardziej, niż mnie. I w końcu, liczyłem na to, że nienawidzi tą rzecz zabijają Bellę bardziej niż ja. Zaufałem mu. A teraz znów byli razem, oboje patrzyli na tego kiełkującego potwora ze światłem w oczach, jak szczęśliwa rodzina I znów byłem samotny ze swoją nienawiścią i bólem, tak wielkim, jakby mnie torturowano. Jakby ktoś powoli wbijał we mnie sztylety. Ból tak wielki, że śmierć można by przyjąć z uśmiechem i wdzięcznością, żeby tylko od niego uciec. Gorąco odblokowało moje mięśnie i byłem już na nogach. Cała trójka podniosła głowy, patrząc na mnie I widząc mój ból, odbijający się na twarzy Edwarda, gdy znów wkradł się do mojej głowy. - Ach – mruknął oszołomiony. Nie wiedziałem, co robię, stałem tam, drżąc, gotowy do ucieczki, pierwszej, o której mogłem pomyśleć. Poruszając się jak atakujący wąż, Edward chwycił coś, co leżało na stole. Rzucił to do mnie, złapałem. - Idź, Jacob. Zbieraj się stąd. – Nie powiedział tego opryskliwie, mówił jakby to był jedyny sposób na przetrwanie. Pomagał mi znaleźć ucieczkę, za którą mógłbym teraz nawet umrzeć. Trzymałem w ręce pęk kluczyków do samochodu. tłumaczenie: Lir 17. Jak wyglądam? Jak czarnoksiężnik z Krainy OZ? Potrzebny ci mózg? Potrzebne ci serce? Proszę bardzo. Weź moje. Weź wszystko, co posiadam. Teoretycznie miałem jakiś plan biegnąć do garażu Cullenów. Jednym z jego założeń było rozwalenie samochodu pijawki w drodze powrotnej. Więc byłem odrobinę zawiedziony, kiedy nacisnąłem przycisk przy kluczykach i zauważyłem, że to nie jego Volvo pikało i migało do mnie światłami. Był to inny samochód – wyróżniał się nawet w długim szeregu pojazdów, na widok których wszyscy śliniliby się z zachwytu. Celowo dał mi kluczyki do Astona Martina Vanquish*, czy to był tylko przypadek? Nie zwolniłem żeby się nad tym zastanowić, nie zmieniało to drugiej części mojego planu. Po prostu wskoczyłem na jedwabiście skórzane siedzenie i odpaliłem silnik. Kiedy indziej jego pomruk przyprawiłby mnie zapewne o jęk zazdrości, ale teraz nie potrafiłem skoncentrować się na niczym innym niż zmuszenie go do jazdy. Nacisnąłem pedał gazu. Auto ruszyło, jakby unosząc się w powietrzu, niemal czułem jak z chęcią podskakuje. Sekundę później mknąłem już wijącą się ścieżką. Samochód jechał jakby kierowały nim moje myśli, nie ręce. Gdy przejechałem przez zielony tunel wiodący w kierunku autostrady, zauważyłem przelotnie spojrzenie Leah, jej szary pysk przyglądał mi się bacznie poprzez paprocie. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się co mogła sobie pomyśleć, ale szybko zdałem sobie sprawę, że nic mnie to nie obchodzi. Skierowałem się na południe, bo nie miałem dziś cierpliwości ani do korków ani czegokolwiek innego, co zmusiłoby mnie do ściągnięcia stopy z gazu. W pewien chory sposób był to mój szczęśliwy dzień. Jeśli przez szczęście można rozumieć przemieszczanie się autostradą dwieście kilometrów na godzinę i nie spotkanie ani jednego gliniarza. Trochę się zawiodłem. Mały pościg mógłby okazać się całkiem przyjemny, nie wspominając już o tym, że mandacik wkurzyłby pijawkę. Oczywiście zapłaciłby, ale mogłoby być to dla niego troszkę kłopotliwe. Jedyną oznaką jakiegokolwiek nadzoru policyjnego na jaki się natknąłem, był skrawek ciemnobrązowego futra przemykający przez drzewa, biegnący równolegle do mnie, kilka mil na południe od Forks. Wyglądał jak Quil. On także musiał mnie zobaczyć, ponieważ zniknął po minucie, bez podnoszenia alarmu. Prawie zacząłem się zastanawiać co się z nim stało, zanim przypomniałem sobie, że również mnie to nie obchodzi. Jechałem autostradą przypominającą kształtem literę „U”, zmierzając do największego miasta jakie było w pobliżu. Była to pierwsza część mojego planu. Wydawało mi się, że jadę już całą wieczność, prawdopodobnie dlatego, że siedziałem jak na szpilkach, ale tak naprawdę nie minęły nawet 2 godziny odkąd zacząłem podróż. Zwolniłem, ponieważ naprawdę nie chciałem przez przypadek zabić kilku niewinnych osób. To był głupi plan. Nie mógł się udać. Ale gdy szukałem w głowie jakiekolwiek wyjścia by uciec od tego bólu, przypomniało mi się co powiedziała dzisiaj Leah. To minie, wiesz? Jeśli się w kogoś wpoisz. Nie musiałbyś już przez nią cierpieć. * Aston Martin Vanquish - sportowe coupe. (przyp. tłum.) Kliknij Może odebranie komuś własnej woli wcale nie było najgorszą rzeczą na świecie. Może takie uczucie jak to było najgorsze. Ale widziałem już wszystkie dziewczyny w La Push i w Rezerwacie Makah oraz Forks. Potrzebuję szerszego pola do manewru. Więc, jak się szuka pokrewnej duszy w tłumie? Cóż, po pierwsze, potrzebny jest tłum. Więc krążyłem po okolicy, poszukując odpowiedniego miejsca. Znalazłem kilka centrów handlowych, które prawdopodobnie byłyby całkiem dobre do znalezienia dziewczyny w moim wieku, ale nie potrafiłem się zatrzymać. Czy naprawdę chcę wpoić się w kogoś, kto całymi dnami przesiaduje w centrum handlowym? Trzymałem się drogi na północ, która stawała się coraz bardziej zatłoczona. W końcu znalazłem duży park, pełen dzieci, rodzin, deskorolek i rowerów, latawców, pikników i tym podobnych. Dopiero teraz zauważyłem, że był to całkiem miły dzień. Słońce, i tak dalej. Ludzie wyszli z domów, podziwiać błękit nieba. Zaparkowałem, zajmując dwa miejsca dla niepełnosprawnych – po prostu błagając o mandat – i dołączyłem to tłumu. Chodziłem w kółko, czując, jak upływają godziny, wystarczająco długo by słońce zmieniło stronę na niebie. Wpatrywałem się w twarz każdej dziewczyny która mnie mijała, zmuszałem się, by patrzeć na nie naprawdę, na to która z nich była ładna, która miała niebieskie oczy, która dobrze wyglądała w aparacie ortodontycznym, a która miała za dużo makijażu. Starałem się znaleźć w każdej z tych twarzy coś interesującego, tak dla pewności, że naprawdę się staram. Takie rzeczy jak to, że jedna z nich miała bardzo prosty nos, a druga powinna nie zasłaniać oczu włosami. Ta powinna występować w reklamie szminki, gdyby reszta jej twarzy była tak doskonała jak usta... Czasami oglądały się za siebie. Innym razem wyglądały na przestraszone – jakby myślały, co to za wielki świr piorunuje mnie wzrokiem? Czasem wydawało mi się, że niektóre wyglądającą na zainteresowane, ale może to tylko moje ego wariowało. W każdym razie, nic. Nawet, kiedy napotkałem spojrzenie dziewczyny, która - bezkonkurencyjnie - była najśliczniejszą w parku, a zapewne i w całym mieście. Gdy odwróciła się i spojrzała na mnie, z czymś, co wyglądało na zainteresowanie, nie poczułem absolutnie nic. Tylko to samo rozpaczliwe dążenie do ucieczki od bólu. W miarę upływu czasu zacząłem zwracać uwagę na rzeczy, na które nie powinienem. Cechy Belli. Włosy tej dziewczyny miały taki sam kolor jak jej. Oczy tamtej były tego samego kształtu. Kości policzkowe następnej zdobiły jej twarz w dokładnie taki sam sposób. Kolejna miała identyczną, malutką zmarszczkę między oczyma, co skłoniło mnie do zastanowienia się, o co się tak martwi. Wówczas się poddałem. To było głupie, myśleć, że znalazłem się akurat we właściwym miejscu i czasie i że po prostu wpadnę na swoją bratnią duszę tylko dlatego, bo jestem zdesperowany. I tak nie było sensu jej tutaj szukać. W każdym bądź razie, jeśli Sam miał rację, najlepszym miejscem na jej odnalezienie było La Push. A najwyraźniej nikt stamtąd nie sprostał moim wymaganiom. Ale jeżeli to Billy miał rację, to kto wie? Co może być przeznaczone najsilniejszemu z wilków? Powłóczyłem się z powrotem do samochodu, sunąc po chodniku i bawiąc się kluczami. Może byłem taki sam jak Leah. Genetyczny ślepy zaułek. Może moje życie to tylko jeden wielki, okrutny żart i nie ma z niego drogi ucieczki. - Hej, w porządku? Halo? Ty tam, ze skradzionym autem. Zajęło mi sekundę by zrozumieć, że ktoś coś do mnie mówi, a kilka następnych podniesienie głowy. Wyglądająca znajomo dziewczyna patrzyła na mnie, jakby zaniepokojona. Wiedziałem, dlaczego rozpoznaję jej twarz – już ją „zaliczyłem”. Jasne, rudo blond włosy, blada skóra, kilka złotych piegów pokrywających jej nos i policzki, oraz oczy koloru cynamonu. - Jeśli czujesz rosnące uczucie skruchy w związku z autem - powiedziała, uśmiechając się tak, że w jej podbródku ukazał się dołeczek. - zawsze możesz zwalić to na kogoś innego. - Jest wypożyczony, nie skradziony - warknąłem. Mój głos brzmiał okropnie – jakbym płakał czy coś. Żenujące. - Jasne, tego będziemy się trzymać w sądzie. Spojrzałem na nią bykiem. - Potrzebujesz czegoś? - Raczej nie. Tylko żartowałem z tym autem, wiesz? Ale... wyglądałeś na naprawdę przygnębionego. Och, jestem Lizzie - wyciągnęła do mnie rękę. Patrzyłem na nią tak długo, aż opuściła dłoń. - W każdym bądź razie... - powiedziała skrępowana. - Zastanawiałam się czy mogłabym Ci jakoś pomóc. Wydawało mi się jakbyś kogoś szukał. - Gestem wskazała, w kierunku parku i wzruszyła ramionami. - Taa. Czekała. Westchnąłem. - Nie potrzebuje pomocy. Nie ma jej tu. - Och, przykro mi. - Mnie też – wymamrotałem. Spojrzałem na nią ponownie. Lizzie. Była ładna. Wystarczająco miła by pomóc zrzędliwemu obcemu, który wyglądał jak szaleniec. Czemu nie mogła być tą jedyną? Dlaczego to wszystko musiało być tak cholernie skomplikowane? Miła, ładna, z poczuciem humoru. Dlaczego nie? - Piękny samochód – powiedziała. - Szkoda, że już takich nie robią. Chodzi mi o to, że Vantage ma całkiem ładne kształty, ale jest coś takiego w tych Vanguishach… Miła dziewczyna która zna się na autach. Wow. Zacząłem uważnie przypatrywać się jej twarzy, żałując, że nie wiem jak to działa. No dawaj, Jake – wpojenie. - Jak się prowadzi?- spytała. - Nie uwierzyłabyś. – powiedziałem. Posłała mi jeden ze swoich uśmiechów, ciągnący się do połowy twarzy, wyraźnie zadowolona z mojej pierwszej uprzejmej odpowiedzi. Niechętnie również się do niej uśmiechnąłem. Jednak nic to nie dało. Nie ważne jak bardzo się starałem, to nie mogło stać się w ten sposób. Nie byłem zdolny do zakochania się w normalnej osobie. Nie kiedy całym sobą krwawiłem dla kogoś innego. Może za 10 lat, gdy serce Belli od dawna nie będzie już bić, przetrwam ten ból i pozbieram się jakoś - być może wtedy będę mógł zaproponować Lizzie przejażdżkę szybkim autem i rozmowę o modelach samochodów, a także dowiedzieć się czegoś więcej o niej i zobaczyć czy mnie polubi. Ale na pewno nie zdarzy się to teraz. Magia nie mogła mnie ocalić. Będę musiał znosić te tortury jak mężczyzna. Do dupy. Lizzie czekała, może mając nadzieję, że zaoferuję jej przejażdżkę. A może i nie. - Lepiej oddam samochód facetowi, od którego go pożyczyłem - mruknąłem. Uśmiechnęła się ponownie. - Cieszę się, że wychodzisz na prostą. - Taa, przekonałaś mnie. Patrzyła jak wsiadam do auta, nadal zaniepokojona. Prawdopodobnie wyglądałem jak ktoś, kto zamierza zjechać z klifu. Co może i bym zrobił, gdyby mogło to zabić wilkołaka. Pomachała mi, wodząc oczyma za samochodem. Z powrotem jechałem już trochę bardziej rozsądnie. Nie spieszyłem się. Wcale nie chciałem wracać tam, dokąd zmierzałem. Z powrotem do tego domu, tego lasu. Wrócić do tego bólu, przed którym uciekałem. Powrót do bycia z nim całkiem sam. Dobra, to było melodramatyczne. Nie byłbym całkiem sam, ale to było akurat złe. Leah i Seth musieliby cierpieć razem ze mną. Cieszyłem się jednak, że Seth nie będzie musiał cierpieć zbyt długo. Dzieciak nie zasługuje na to, by rujnować jego wewnętrzny spokój. Leah też nie, ale w końcu było to coś, co rozumiała. Dla niej taki ból to żadna nowość. Westchnąłem gdy pomyślałem o tym, czego ona ode mnie oczekuje, ponieważ wiedziałem, że zamierza to dostać. Nadal byłem na nią wściekły, ale nie mogłem zignorować faktu, że mógłbym znacznie ułatwić jej życie. Teraz, znając ją lepiej, wiedziałem, że zrobiłaby dla mnie to samo, jeśli byłaby na moim miejscu. Byłoby to interesujące, ale też co najmniej dziwne, mieć Leah za towarzyszkę - za przyjaciółkę. Zachodzilibyśmy sobie nieźle za skórę, to było pewne. Nie pozwoliłaby mi taplać się w rozpaczy, ale to by było akurat w porządku. Najprawdopodobniej potrzebowałem kogoś, kto skopałby mój tyłek, teraz i w przyszłości. I jakby tak się głębiej zastanowić, była ona jedyną osobą która rozumiała przez co przechodzę. Pomyślałem o naszym dzisiejszym polowaniu i o tym jak blisko były wtedy nasze umysły. To także nie było złe. Tylko inne. Trochę straszne, trochę kłopotliwe, ale także miłe, na swój dziwny sposób. Nie musiałem być sam. Wiedziałem także, że Lech jest na tyle silna by zmierzyć się wraz ze mną z tymi miesiącami, które nadejdą. Miesiącami i latami. Myślenie o tym męczyło mnie. Czułem się jakbym stał na skraju oceanu i musiał przepłynąć go od brzegu do brzegu zanim będę mógł odpocząć. Zostało tak mało czasu. Tak niewiele, zanim rzucę się do tego oceanu. Trzy i pół dnia, a Ja tylko marnowałem te resztki godzin. Znów zacząłem jechać zbyt szybko. Zobaczyłem Sama i Jareda po obu stronach samochodu, jak wartownicy, gdy gnałem drogą prowadzącą do Foks. Byli dobrze ukryci za grubymi gałęziami, ale spodziewałem się ich, poza tym wiedziałem, czego wypatrywać. Skinąłem w ich stronę, nie zamierzając niepokoić się tym, co robili podczas mojej wycieczki. Skinąłem także na Leah i Setha, gdy wjeżdżałem na podjazd Cullenów. Zaczynało się ściemniać, grube chmury zasłoniły niebo, ale mimo to widziałem ich oczy, świecące niczym reflektory. Wyjaśnię im to później. Będzie na to wystarczająco dużo czasu. Byłem zaskoczony, kiedy znalazłem Edwarda czekającego na mnie w garażu. Nie widziałem żeby odchodził od Belli od wielu dni. Mogłem wyczytać z jego twarzy, że nic złego się jej nie stało. Tak naprawdę wyglądał nawet na bardziej spokojnego niż wcześniej. Mój żołądek zacisnął się, gdy przypomniałem sobie skąd owy spokój pochodzi. Szkoda, że przez te wszystkie moje rozmyślania zapomniałem rozbić samochód. No cóż. Prawdopodobnie i tak nie byłbym w stanie zniszczyć takiego auta. Może wiedział o tym i właśnie dlatego mi go pożyczył. - Na słówko, Jacob. - powiedział gdy tylko wyłączyłem silnik. Wziąłem głęboki wdech, próbując się uspokoić. Po jakieś minucie powoli wyszedłem z auta, rzucając w jego stronę kluczyki. - Dzięki za wypożyczenie. - powiedziałem cierpko. Najwidoczniej był to objaw jego wdzięczności. Czego znowu chcesz? - Po pierwsze... Wiem, że niechętnie korzystasz z autorytetu w swojej sforze, ale... Zamrugałem, zdziwiony, że zaczął teraz ten temat. - Ale co? - Jeśli nie możesz albo nie chcesz kontrolować Leah, to Ja... - Leah? - przerwałem mu, zaciskając zęby. - Co się stało? Twarz Edwarda stężała. - Przyszła sprawdzić dlaczego tak nagle wyszedłeś. Próbowałem to wyjaśnić. Podejrzewam, że zabrzmiało to trochę nieodpowiednio. - Co zrobiła? - Zmieniła się w człowieka i.. - Naprawdę? - znów mu przerwałem, tym razem w szoku. Nie mogłem sobie tego wyobrazić. Bezbronna Leah dobrowolnie wchodząca do jaskini wroga? - Chciała... rozmawiać z Bellą. - Z Bellą? Edward zaczął syczeć. - Nie pozwolę, by ktokolwiek niepokoił Bellę w ten sposób jeszcze raz. Nie obchodzi mnie jak bardzo to było uzasadnione, według Leah! Nie skrzywdziłem jej - oczywiście nie zrobiłbym tego - ale wyrzucę ją z domu jeżeli to się jeszcze raz powtórzy. Wywalę ją wprost do rzeki. - Chwila. Co ona takiego powiedziała? - To wszystko nie miało żadnego sensu. Edward wziął głęboki wdech, uspokajając się. - Leah była nadmiernie niemiła. Nie będę udawał, że rozumiem, dlaczego Bella nie potrafi zostawić cię w spokoju, ale wiem, że nie zachowuje się w ten sposób specjalne, żeby cię zranić. Cierpi przez te wszystkie ciosy które ci wymierza, które wymierza mnie, prosząc cię abyś został. Leah patrzy na to nieco inaczej. Bella płakała... - Czekaj - Leah krzyczała na Bellę z mojego powodu? Kiwnął głową. - Masz naprawdę.. gwałtownego obrońcę. Wow. - Nie prosiłem jej o to. - Wiem. Przewróciłem oczyma. Oczywiście, że wiedział. Wiedział wszystko. Ale to było naprawdę coś. Któż by pomyślał? Leah wchodząca do domu krwiopijców jako człowiek, żeby poskarżyć się o to jak Ja byłem traktowany. - Nie mogę obiecać, że będę kontrolował Leah - powiedziałem. - Nie zrobię tego. Ale pogadam z nią, ok? I nie sądzę, żeby zrobiła to ponownie. Leah najprawdopodobniej wydusiła z siebie już wszystko co miała do powiedzenia. - Też mi się tak wydaje. - W każdym razie, porozmawiam o tym z Bellą. Nie musi się z tym źle czuć. To moja broszka. - Już jej to powiedziałem. - No tak, oczywiście. W porządku z nią? - Śpi. Rose jest z nią. Więc psychopatka była teraz "Rose". Całkowicie przeszedł na ciemną stronę mocy. Zignorował te myśl, udzielając odrobinę dokładniejszej odpowiedzi na moje pytanie. - Jest z nią.. lepiej, w pewnym sensie. Oprócz poczucia winy wywołanego przez Leah. Lepiej. Bo usłyszał tego potwora i wszystko było niby cacy. Fantastycznie. - To ważniejsze niż Ci się wydaje - mruknął. - To, że słyszę teraz myśli dziecka, wynika najprawdopodobniej z faktu, że on lub ona jest zadziwiająco rozwinięte psychicznie. Do pewnego stopnia nas rozumie. Szczena mi opadła. - Mówisz serio? - Tak. Wydaje się, że ma ono mgliste pojęcie tego, co boli Bellę. Próbuje unikać zadawania jej bólu, tak jak to tylko możliwe. Ono.. kocha ją. Bardzo. Gapiłem się na Edwarda, czując jak oczy wyskakują mi z orbit. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Jednak mimo tego szoku, doskonale zrozumiałem co było punktem zwrotnym w jego zachowaniu. To właśnie to zmieniło Edwarda - fakt, że ten potwór ją kochał. Nie mógł nienawidzić czegoś, co kochało Bellę. Prawdopodobnie dlatego też nie mógł nienawidzić mnie. Jednak była to spora różnica. Ja nie zabijałem jej od środka. Edward ciągnął dalej, zachowując się jakby w ogóle nie usłyszał moich myśli. - Wydaje mi się, że postęp jest większy niż możemy przypuszczać. Kiedy Carlisle wróci... - Jeszcze nie wrócili? - uciąłem mu ostro. Pomyślałem o Samie i Jaredzie obserwującym drogi. A może byli po prostu ciekawi co się dzieje? - Alice i Jasper tak. Carlisle kupił tyle krwi ile tylko mógł, ale nie było tego aż tyle, ile miał nadzieję Bella będzie korzystać z tej dostawy w dniu, kiedy Jej apetyt wzrośnie. Carlisle został by spróbować dostać coś z innego źródła. Nie sądzę, aby teraz było to konieczne, ale on woli być przygotowany na każdą ewentualność. - Dlaczego nie jest to koniecznie? A co jeśli ona potrzebuje więcej? Mógłbym przysiąc, że dokładnie słuchał i wpatrywał się we mnie, próbując odczytywać moje reakcje, gdy zaczął wyjaśniać. - Planuję nakłonić Carlisle'a do odbioru porodu jak tylko wróci. - Że co? - Dziecko wydaje się unikać niepotrzebnych, brutalnych ruchów, ale to trudne. Jest już zbyt duże. To szaleństwo czekać, kiedy jest już tak dobrze rozwinięte, jak myśli Carlisle. Bella jest zbyt krucha żebyśmy mogli to dłużej odkładać. Czułem, że nogi się pode mną ugięły. Najpierw tak bardzo liczyłem na nienawiść Edwarda do tego czegoś. Teraz zorientowałem się, że traktowałem te trzy dni jako coś pewnego. Myślałem, że mam je jak w banku. Znowu ujrzałem rozpościerający się przede mną ocean żalu. Próbowałem złapać oddech. Edward czekał. Wpatrywałem się w jego twarz i odkryłem coś nowego, jakąś zmianę. - Myślisz, że przeżyje. - wyszeptałem. - Tak. To ta kolejna rzecz o której chciałem z Tobą porozmawiać. Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Po minucie stracił cierpliwość. - Tak. - powtórzył. - Czekanie takie jak do tej pory, aż dziecko będzie gotowe, było szalenie niebezpieczne. W każdym momencie mogło być za późno. Jeśli jednak będziemy działać szybko, nie widzę powodu dla którego coś miałoby się nie udać. Znajomość myśli dziecka jest niewiarygodnie pomocna. Na szczęście, Bella i Rose zgadzają się ze mną. Teraz, kiedy przekonałem je, że bezpieczniejsze dla dziecka będzie jeśli zainterweniujemy, nie będą nas już dłużej powstrzymywać od działania. - Kiedy wraca Carlisle? - zapytałem, wciąż szepcząc. Nadal nie mogłem złapać oddechu. - Jutro w południe. Moje kolana znów się ugięły. Musiałem oprzeć się o samochód żeby ustać. Edward sięgnął w moją stronę, jakby oferując mi wsparcie, ale szybko to przemyślał i opuścił ręce. - Przykro mi - wyszeptał. - Naprawdę przykro mi, że musisz cierpieć z tego powodu, Jacob. Chociaż mnie nienawidzisz muszę przyznać, że nie czuję do ciebie tego samego. Myślę o tobie jako o.. bracie, w pewnym sensie. A co najmniej towarzyszu broni. Żałuję, że cierpisz, bardziej niż możesz to sobie wyobrazić. Ale Bella przetrwa - gdy to powiedział, ton jego głosu był dziki, gwałtowny - i wiem, że to jest to, co się naprawdę dla ciebie liczy. Prawdopodobnie miał rację. Ciężko było mi cokolwiek powiedzieć. Wszystko w mojej głowie wirowało. - Więc przykro mi, że muszę to zrobić teraz, kiedy masz tyle na głowię, ale najwyraźniej zostało mało czasu. Chcę cię o coś zapytać - a nawet błagać, jeśli będę musiał. - Nie mam nic do stracenia - wydusiłem. Wyciągnął ponownie rękę, jakby chciał położyć ją na moim ramieniu, ale po chwili znowu ją opuścił i westchnął. - Wiem, jak bardzo się poświęciłeś. - powiedział cicho. - Ale to jest coś, co możesz zrobić tylko ty, i nikt inny. Zwracam się z tą prośbą do prawdziwej Alfy, Jacob. Do prawdziwego potomka Ephriama. Byłem zbyt oszołomiony by zareagować. - Chcę twojego pozwolenia na odstąpienie od tego, co uzgodniliśmy w traktacie z Ephriamem. Chcę, byś zrobił dla nas wyjątek. Chcę twojej zgody by ocalić jej życie. Wiesz, że i tak to zrobię, ale nie chcę stracić twojego zaufania jeśli istnieje sposób, by tego uniknąć. Wiesz, że nie rzucamy słów na wiatr i teraz też nie chcemy tego uczynić. Proszę cię o wyrozumiałość, Jacob, ponieważ doskonale wiesz dlaczego to robimy. Chcę, aby sojusz pomiędzy naszymi rodzinami przetrwał, gdy to się skończy. Próbowałem przełknąć ślinę. Sam, pomyślałem. To on jest Ci potrzebny. - Nie. Autorytet Sama został uznany. Ale tak naprawdę należy on do Ciebie. Nigdy mu go nie odbierzesz, ale nikt oprócz ciebie nie może wydać zgody na to, o co cię teraz proszę. To nie moja decyzja. - Twoja, Jacob i doskonale o tym wiesz. Twoje słowo albo nas potępi albo rozgrzeszy. Tylko ty możesz to zrobić. Nie potrafię o tym myśleć. Nie wiem. - Nie mamy zbyt wiele czasu. - zerknął z powrotem na dom. Nie, nie było czasu. Moje kilka dni zmieniło się w kilka godzin. Nie wiem. Pozwól mi pomyśleć. Po prostu daj mi minutę, ok? - Dobrze. Ruszyłem w stronę domu a on podążył za mną. Zabawne, jak łatwo przychodziło mi poruszanie się w ciemnościach z wampirem za plecami. Nie czułem zagrożenia, ani nawet niepokoju, naprawdę. Jakbym szedł koło kogoś obcego. Cóż, koło kogoś obcego, kto nieźle śmierdział. Zauważyłam jakiś ruch na skraju trawnika, a następnie do moich uszu dobiegło ciche skomlenie. Seth przeskoczył przez paprocie i w kilku susach podbiegł do nas. - Hej, dzieciaku - wymamrotałem. Pochylił głowę a Ja poklepałem go po ramieniu. - Wszystko w porządku - skłamałem. - Porozmawiamy o tym później. Przepraszam, że musisz to znosić. Obdarzył mnie szerokim uśmiechem. - Hej, powiedz siostrze, żeby trochę spauzowała, ok? Wystarczy już tego dobrego. Seth skinął głową. Tym razem popchnąłem go w ramię. - Wracaj do pracy. Niedługo Cię zastąpię. Seth oparł się na chwilę o mnie, po czym odwrócił się i pognał w stronę drzew. - On ma najczystszy, najszczerszy i najbardziej serdeczny umysł jaki kiedykolwiek słyszałem wyszeptał Edward kiedy Seth znalazł się poza zasięgiem. - Masz szczęście, że dzielisz z nim myśli. - Wiem o tym. - odburknąłem. Znów zwróciliśmy się ku domowi i oboje podnieśliśmy głowy, gdy do naszych uszu dobiegł dźwięk, jakby ktoś ssał przez słomkę. Edward przyspieszył. Rzucił się na schody i wbiegł do domu. - Bella, kochanie, myślałem, że śpisz - usłyszałem jego słowa. - Przepraszam, inaczej bym nie odszedł. - Nie przejmuj się. Po prostu pragnienie mnie obudziło. Dobrze, że Carlisle przyniesie więcej. Dziecko będzie tego potrzebować, gdy już się urodzi. - Racja. Słuszna uwaga. - Zastanawiam się, czy będzie chciało cokolwiek innego.. - zadumała się. - Przypuszczam, że wkrótce się dowiemy. Przeszedłem przez drzwi. - Nareszcie. - powiedziała Alice i Bella spojrzała w moją stronę. Ten doprowadzający do szaleństwa, nieodparty uśmiech przemknął przez jej twarz. Jednak szybko zniknął, a jej usta zadrżały, jakby próbowała się nie rozpłakać. Zapragnąłem walnąć Leah prosto w tą jej głupią gębę. - Hej, Bells - powiedziałem szybko. - Jak leci? - W porządku. - odpowiedziała. - Dzisiaj wielki dzień, co nie? Tyle nowości. - Nie musisz tego robić, Jacob. - Nie mam pojęcia o czym mówisz. - powiedziałem, siadając na oparciu kanapy koło jej głowy. Edward zajął już podłogę. Posłała mi spojrzenie pełne wyrzutu. - Jest mi tak.. - zaczęła. Ścisnąłem jej wargi razem, pomiędzy kciukiem a placem wskazującym. - Jake - wymamrotała, próbując odepchnąć moją dłoń. Jej próby były jednak tak słabe, że trudno było mi uwierzyć, że w ogóle usiłowała mnie powstrzymać Potrząsnąłem głową. - Pozwolę Ci mówić jeśli przestaniesz wygadywać takie głupoty. - Dobra, nie będę się już w ogóle. - wybełkotała. Zabrałem rękę. - Kłamałam - powiedziała szybko i uśmiechnęła się szeroko. Przewróciłem oczyma i odwzajemniłem uśmiech. Kiedy ponownie spojrzałem w jej oczy zobaczyłam wszystko to, czego szukałem w parku. Jutro stanie się kimś innym. Ale będzie żyć, a w końcu tylko to się liczyło, prawda? Spojrzy na mnie tymi samymi oczyma co teraz, tak jakby. Z uśmiechem na tych samych ustach, prawie tych samych. Wciąż będzie znać mnie lepiej niż ktokolwiek inny, kto nie ma pełnego dostępu do wnętrza mojej głowy. Leah mogłaby być interesującą towarzyszką, może nawet prawdziwą przyjaciółką – kimś kto stanąłby w mojej obronie. Ale nie była moją najlepszą przyjaciółką w taki sposób, w jaki była nią Bella. Oprócz niespełnionej miłości do Belli czułem, że łączy mnie z nią jakaś inna więź. Jutro stanie się moim wrogiem. Albo sojusznikiem. Decyzja ta należała najwidoczniej tylko do mnie. Westchnąłem. Dobra! pomyślałem, dając mu ostatnią rzecz, jaką mogłem. Poczułem się pusty w środku. Śmiało. Ratuj ją. Jako potomek Ephriama, masz moje pozwolenie, moje słowo, że nie będzie to naruszenie paktu. Reszta będzie musiała zwalić całą winę na mnie. Masz rację - Nie mogą zaprzeczać, że to do mnie należy ostateczna decyzja. - Dziękuję. - szept Edwarda był tak cichy, że Bella niczego nie usłyszała. Ale powiedział to tak gorliwie, że kątem oka zauważyłem jak reszta wampirów zaczęła się w nas wpatrywać. - Więc - zaczęła Bella, próbując brzmieć swobodnie. - Jak Ci minął dzień? - Świetnie. Wybrałem się na przejażdżkę. Kręciłem się trochę po parku. - Brzmi całkiem nieźle. - No jasne. Nagle jej twarz się zmieniła. - Rose? Usłyszałem chichot Blondyny za plecami. - Znowu? - Wydaje mi się, że wypiłam co najmniej dwa litry w ciągu ostatniej godziny - wyjaśniła Bella. Edward i Ja zeszliśmy z drogi, kiedy Rosalie pojawiła się by podnieść Bellę z kanapy i zanieść ją do łazienki. - Mogę iść sama? - zapytała Bella. - Nogi mi zesztywniały. - Jesteś pewna? - zapytał Edward. - Rose złapie mnie jeśli potknę się o własne stopy. Co może być bardzo proste, biorąc pod uwagę, że ich nie widzę. Rosalie ostrożnie postawiła Bellę na nogi, trzymając jej ręce na ramionach. Bella przeciągnęła się lekko, prostując ręce. - Miłe uczucie - westchnęła. - Uh, ale jestem ogromna. I rzeczywiście była. Jej brzuch był tak wielki jak kontynent. - Jeszcze jeden dzień. - powiedziała, głaszcząc się po nim. Nie mogłem zwalczyć tego przeszywającego bólu, który dopadł mnie nagłym, rozrywającym pchnięciem, ale próbowałem go nie okazywać. Potrafiłem przecież ukryć to wszystko jeden dodatkowy dzień, prawda? - W taki razie ruszajmy. Ooooh.. o nie! Filiżanka, którą Bella zostawiła na kanapę przewróciła się, rozlewając ciemnoczerwoną krew na białą tkaninę. Automatycznie, choć dzieliły ją od tego 3 kroki, Bella wygięła się, wyciągając rękę i próbując podnieść upadającą filiżankę. I nagle doszedł nas najdziwniejszy, rozrywający, stłumiony dźwięk dochodzący z wnętrza jej ciała. - O nie! - wysapała. A potem całkowicie zwiotczała, osuwając się na podłogę. Rosalie złapała ją zanim zdążyła upaść. Edward też był już przy niej, momentalnie zapomnieli o brudnej kanapie. - Bella? - zapytał. Jego spojrzenie było pełne paniki. Pół sekundy później, Bella krzyknęła. Nie był to jednak zwykły krzyk, tylko mrożący krew w żyłach wrzask agonii. Przerażające dźwięki wydostawały się z jej gardła, oczy uciekły w tył głowy. Zamknęła je i odrzuciła głowę do tyłu. Ciało Belli drgnęło w ramionach Rosalie. Następnie zwymiotowała fontanną krwi. tłumaczenie: Evergreen 18. Brak słów Ociekające krwią ciało Belli zaczęło drgać, szarpiąc się w ramionach Rosalie, jakby doznawało elektrowstrząsów. Cały ten czas jest twarz pozostawała bez wyrazu – nieprzytomna. Dopiero dzikie uderzenia ze środka jej ciała spowodowały, że się poruszyła. Gdy tak skręcała się w konwulsjach, ostrym trzaskom i pęknięciom towarzyszyły skurcze. Rosalie i Edward zamarli na jakieś pół sekundy, a potem wszystko się zaczęło. Rosalie chwyciła w ramiona ciało Belli, krzycząc tak szybko, że ciężko było odróżnić poszczególne słowa. Obydwoje wystrzelili biegiem schodami na drugie piętro. Ruszyłem za nimi. - Morfina! – Edward wrzasnął na Rosalie. - Alice, daj Carlisle'a do telefonu! – pisnęła Rosalie. Pokój, do którego weszliśmy, wyglądał jak sala operacyjna umieszczona pośrodku biblioteki. Lampy były oślepiające i jasne. Bella znajdowała się na stole oblana jaskrawym światłem, trupio blada w jego strumieniu. Jej ciało klapało jak ryba na piasku. Rosalie przyparła Bellę, zdzierając z niej ubrania, podczas gdy Edward wkłuł strzykawkę w jej ramię. Ileż razy wyobrażałem ją sobie nagą? Teraz nie mogłem nawet patrzeć. Bałem się mieć te wspomnienia w głowie. - Edward, co się dzieje? - Dusi się! - Łożysko musiało się odkleić! Gdzieś w trakcie tego, włączyła się Bella. Zareagowała na ich słowa z piskiem, który rozrywał mi bębenki. - WYCIĄGNIJCIE GO! – krzyknęła. - NIE MOŻE ODDYCHAĆ! ZRÓBCIE TO TERAZ! Zobaczyłem czerwone plamy na jej oczach, gdy krzyk zerwał w nich naczynka krwionośne. - Morfina! – warczał Edward. - NIE! TERAZ! - Kolejny wylew krwi zdławił to, co wykrzykiwała. Podtrzymując jej głowę, rozpaczliwie próbował oczyścić jej usta, żeby mogła znowu oddychać. Alice wleciała do pokoju i przycisnęła małą, niebieską słuchawkę pod włosy Rosalie. Potem cofnęła się, jej oczy były szeroko otwarte i ogromne, podczas gdy Rosalie syczała gorączkowo przez telefon. W jasnym świetle skóra Belli wydawała się bardziej fioletowa i czarna niż biała. Ciemna czerwień zaczęła przenikać pod skórą przy ogromnej, drżącej wypukłości na jej brzuchu. Ręka Rosalie zbliżała się ze skalpelem. - Pozwól morfinie się rozprzestrzenić! – wrzasnął Edward. - Nie ma czasu. – syknęła Rosalie. – On umiera! Jej ręka przejechała po brzuchu Belli i żywa czerwień wylała się w miejscu, w którym przecięła skórę. To wyglądało tak, jakby przewróciło się wiadro, jakby kran został odkręcony na full. Bella szarpnęła się, ale nie krzyczała. Ciągle się dławiła. I wtedy Rosalie straciła panowanie nad sobą. Zobaczyłem zmianę w wyrazie jej twarzy, usta cofające się od jej zębów i czarne oczy błyszczące w pragnieniu. - Nie, Rose! – Edward ryknął, ale jego ręce były uwięzione, próbując podpierać Belle pionowo, żeby mogła oddychać Wystrzeliłem na Rosalie, skacząc w poprzek stołu, bez zawracania sobie głowy, żeby zmienić się w wilka. Gdy trafiłem jej kamienne ciało, rzucając je ku drzwiom, poczułem, że skalpel, który trzymała w dłoni wbił się głęboko w moje lewe ramię. Moja prawa dłoń uderzyła ją w twarz, unieruchamiając szczękę i blokując jej drogę. Wykorzystałem moją przewagę nad Rosalie i odsunąłem ją od siebie żeby wpakować jej konkretnego kopniaka w bebechy. To było jak kopnięcie betonu. Wleciała w ramę drzwi, wyginając ją w drugą stronę. Mały telefonik rozleciał się na kawałeczki. Wtedy pojawiła się Alice, szarpiąc ją za gardło, żeby wyprowadzić do holu. I musiałem to przyznać Blondi – nie stawiała się ani odrobinę, by walczyć. Chciała, żebyśmy to my wygrali. Pozwoliła mi dołożyć jej na tyle, żeby uratować życie Belli. Właściwie, by uratować to coś. Wyrwałem ostrze z mojego ramienia. - Alice, zabierz ją stąd! – Edward krzyknął. – Zabierz ją do Jaspera i trzymaj ją tam! Jacob, potrzebuje cię! Nie patrzyłem jak Alice kończy moją robotę. Wróciłem z powrotem do stołu operacyjnego, gdzie Bella robiła się niebieska, jej oczy szerokie i wpatrujące się tępo w przestrzeń. - CPR*? – Edward warknął na mnie, szybko i żądająco. - Tak! Osądziłem szybko jego twarz, szukając jakiś znaków, zdradzających, że zamierza zareagować podobnie jak Rosalie. Nie było niczego poza mającą tylko jeden cel ostrością. - Pomagaj jej oddychać! Muszę go wyciągnąć zanim... - Kolejny niespodziewany trzask w środku jej ciała, najgłośniejszy jak do tej pory, tak głośny, że oboje zamarliśmy w szoku czekając na jej pisk w odpowiedzi. Nic. Jej nogi, które wcześniej wywijały się w agonii, teraz stały się bezwładne, rozciągnięte w nienaturalny sposób. - Jej kręgosłup – wydusił w przerażeniu. - Wyjmij to z niej! Warknąłem, ciskając w niego skalpelem. – Nie będzie teraz niczego czuć! Następnie pochyliłem się nad jej głową. Jej usta wyglądały na czyste. Przycisnąłem więc swoje do nich i wdmuchnąłem do jej płuc powietrze. Poczułem drgnięcie jej rozszerzającego się ciała, więc nic nie blokowało jej gardła. Usta smakowały krwią. Mogłem słyszeć jej serce, bijące nierówno. Podtrzymuj je. Myślałem zaciekle, pompując kolejny podmuch w jej ciało. Obiecałaś. Utrzymuj bicie swego serca. Usłyszałem delikatny, ciepły odgłos skalpela przesuwającego się w poprzek jej ciała. Więcej krwi kapało na ziemię. Następny dźwięk wstrząsnął mną, niespodziewany, przerażający. Jak metal darty na strzępy. Ten dźwięk przywołał wyraźnie walkę sprzed paru miesięcy, straszny dźwięk rozdzierania nowonarodzonych. Spojrzałem na twarz Edwarda przyciśniętą do wybrzuszenia. Jego zęby – pewny sposób na przecięcie się przez skórę wampira. Wzdrygnąłem się wdmuchując więcej powietrza w ciało Belli. Odkaszlnęła, mrugając ślepo i przewracając oczami. - Zostań ze mną Bello! – krzyknąłem do niej. – Słyszysz mnie? Zostań! Nie przestawaj oddychać! Jej oczy krążyły szukając moich albo jego, ale nie widziały nic. Mimo to wpatrywałem się w nie, trzymając utkwiony w nich wzrok. Nagle jej ciało znieruchomiało w moich rękach. Chociaż oddech był nierówny, serce biło nadal. Zdałem sobie sprawę, że ten brak ruchu oznacza koniec. Wewnętrzne bicie serca ustało. To musiało zostać wyjęte. I było. Edward szepnął – Renesmee. Więc Bella się myliła. To nie był chłopiec, jak jej się zdawało. Niezbyt duże zaskoczenie. A z czym ona się nie myliła? Nie przestawałem patrzeć w jej zakrwawione oczy. Poczułem jak jej ręce podnoszą się słabo. - Pozwól mi… - próbowała wyszeptać. – Daj mi ją. Sądzę, iż powinienem był wiedzieć, że on dałby jej zawsze wszystko, niezależnie od tego jak głupia byłaby jej prośba. Ale nawet nie śniłem, że posłucha jej teraz. Więc nawet nie pomyślałem, by go powstrzymać. Coś ciepłego dotknęło mojego ramienia. To powinno zwrócić moją uwagę. Dla mnie nic nie wydawało się ciepłe. * CPR - Resuscytacja krążeniowo-oddechowa. (przyp. tłum.) Ale nie mogłem odwrócić wzroku od twarzy Belli. Zamrugała, wpatrując się w to. W końcu coś widząc. Dziwnie mruknęła, wydała cichy jęk. - Renes…me. Jaka… piękna. Potem wzięła krótki wdech – z trudem, w bólu nabrała powietrza. Zanim spojrzałem, było za późno. Edward wyrwał to ciepłe, zakrwawione coś z jej bezwładnych ramion. Zerknąłem na jej skórę. Była czerwona od krwi – krwi, która wypłynęła jej z ust, którą umazane było całe to stworzenie, a świeża lała się z rany po ugryzieniu – z małego, podwójnego półksiężyca, zaraz nad lewą piersią. - Nie, Renesmee. – Edward mruknął, jakby uczył potwora manier. Nie spoglądałem ani na niego ani na to. Patrzyłem tylko na Bellę. Na to, jak jej oczy z powrotem się zamykały. Z ostatnim głuchym uderzeniem, jej serce przerwało prace, stało się ciche. Ominęło ją może z pół jednego uderzenia, potem moje ręce były już na jej klatce piersiowej, robiąc uciski. Liczyłem w głowie, próbując utrzymać stały rytm. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Przerywając na sekundę, wdmuchnąłem kolejną porcję powietrza do jej płuc. Nic nie widziałem. Moje oczy były mokre i zamazane. Ale byłem w pełni świadomy dźwięków w pokoju. Niechętne bicie jej serca, pod wymagającymi tego rękoma, walenie mojego własnego serca, kolejne – trzepoczące bicie, które było zbyt szybkie, za lekkie, którego nie mogłem umiejscowić. Wmusiłem więcej powietrza w gardło Belli. - Na co czekasz? – Wydusiłem zadyszany, pompując znowu jej serce. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. - Weź dziecko. – powiedział Edward. - Wyrzuć je przez okno. - Raz. Dwa, Trzy. Cztery. - Daj mi je. – zabrzmiał niski głos w drzwiach. Edward i ja warknęliśmy w tym samym momencie. - Mam to pod kontrolą. – obiecała Rosalie. - Daj mi dziecko Edward. Zaopiekuje się nią dopóki Bella… Zrobiłem jeszcze jeden wdech za Belle, podczas gdy następowała wymiana. Trzepoczące serce się oddaliło. - Zabierz ręce, Jacob. Podniosłem wzrok z oczu Belli, nadal pompując jej serce. Edward miał w ręce strzykawkę – całą srebrną, jakby była zrobiona ze stali. - Co to jest? Jego kamienna ręka usunęła moją z drogi. Usłyszałem cichy chrzęst, gdy jego cios złamał mój mały palec. W tej samej sekundzie wbił igłę prosto w jej serce. - Mój jad. – odpowiedział, naciskając tłok strzykawki. Usłyszałem szarpnięcie w jej sercu, jakby je poraził. - Nie przestawaj uciskać – nakazał. Jego głos był zimny, martwy. Surowy, bez wyrazu. Jakby był maszyną. Zignorowałem ból gojącego się palca i znowu zacząłem pompować jej serce. Było ciężej, jakby jej krew gęstniała – bardziej zawiesista i wolna. Pchając lepką krew przez jej tętnice, obserwowałem, co robi on. To było tak, jakby ją całował, muskał ustami jej gardło, nadgarstki, wewnętrzne zgięcie jej ramienia. Ale słyszałem dźwięk rozrywanej skóry, gdy jego zęby się wgryzały, raz po raz, wpuszczając jad w jej układ krwionośny na tyle sposobów, na ile to tylko możliwe. Widziałem jego blady język liżący krwawiące rany, ale zanim mnie to zemdliło czy rozgniewało, zdałem sobie sprawę, co robi. Tam, gdzie jego język obmył jad ze skóry, rana przestawała krwawić, zatrzymując jad i krew wewnątrz jej ciała. Wdmuchnąłem więcej powietrza do jej ust, ale nic się nie działo. Jedynie martwe wzniesienie jej klatki piersiowej w odpowiedzi. Dalej pompowałem jej serce odliczając, podczas gdy Edward szaleńczo nad nią pracował, próbując złożyć ją z powrotem do kupy. I wszyscy konni i wszyscy dworzanie*… Ale nikogo tam nie było, tylko ja, tylko on. *fragment rymowanki, którą dobrze znają wszystkie dzieci w krajach anglojęzycznych: (przyp. tłum.) Humpty Dumpty na murze siadł. Humpty Dumpty z wysoka spadł. Iwszyscy konni i wszyscy dworzanie Złożyć do kupy nie byli go w stanie. Humpty Dumpty sat on a wall. Humpty Dumpty had a great fall. All the king's horses and all the king's men Couldn't put Humpty together again. Pracujący nad zwłokami. Bo tylko to zostało z dziewczyny, którą obaj kochaliśmy. Te zniszczone, zakrwawione, zniekształcone zwłoki. Nie byliśmy w stanie złożyć jej z powrotem do kupy. Wiedziałem, że było już za późno. Wiedziałem, że była martwa. Wiedziałem to na pewno, ponieważ brakowało jej pulsu. Nie czułem już żadnego powodu, by tu przy niej być. Nie było jej tu. Więc to ciało nic już dla mnie nie znaczyło. Niedorzeczna potrzeba bycia blisko niej zniknęła. Może jednak słowo przekształciła się było lepszym określeniem. Wydawało mi się, jakbym czuł przyciąganie z przeciwnej strony. Z dołu schodów, z poza drzwi. Pragnienie, żeby się stąd wynieść i nigdy nie wracać. - Więc idź – stracił panowanie nad sobą i znowu odepchnął od niej moje ręce, tym razem zajmując moje miejsce. Trzy palce złamane, tak mi się zdawało. Wyprostowałem je nie zwracając uwagi na pulsujący ból. Uciskał jej martwe serce szybciej niż ja to robiłem. - Ona nie jest martwa – warknął. – Wszystko z nią będzie dobrze. Nie byłem pewny, czy nadal mówił do mnie. Odwróciłem się zostawiając go z trupem. Szedłem powoli do drzwi. Bardzo wolno. Nie mogłem zmusić moich nóg, by poruszały się szybciej. To było to. Ocean bólu. Ten inny brzeg był tak daleko po drugiej stronie gotującej się wody, że nawet nie byłem w stanie go sobie wyobrazić, tym bardziej go zobaczyć. Poczułem się znowu pusty w środku, teraz, gdy straciłem swój cel. Ratowanie Belli było moją walką przez tak długi czas. Ale ona nie mogła być uratowana. Chętnie poświęciła siebie by być rozerwaną przez tego młodego potwora. Więc walka była przegrana. Wszystko się skończyło. Przeszedł mnie dreszcz na dźwięk dochodzący zza moich pleców, gdy wlokłem się na dół po schodach – dźwięku martwego serca zmuszanego do bicia. Chciałem jakoś wlać wybielacz do mojej głowy i pozwolić, by usmażył mi mózg. Wypalić obrazy pozostałe z ostatnich minut życia Belli. Pogodziłbym się z uszkodzeniem mózgu, jeśli tylko mógłbym się tego pozbyć – krzyków, krwawienia, chrzęstu i trzasków nie do wytrzymania, gdy nowonarodzony potwór próbuje się wydostać, rozrywając ją od środka... Chciałem stąd uciec, przeskakując po dziesięć schodków i wybiec przez drzwi, ale moje stopy były ciężkie jak żelazo, a ciało tak zmęczone, jak nigdy do tej pory. Powłóczyłem nogami po stopniach jak kaleki człowiek. Odpocząłem na najniższym z nich, zbierając siły, by wyjść za drzwi. Rosalie siedziała na końcu białej kanapy plecami do mnie, gruchając i mrucząc do tego czegoś, owiniętego kocykiem, w jej ramionach. Musiała słyszeć jak przystanąłem, ale zignorowała mnie, nadrabiając stracone macierzyństwo. Może teraz będzie szczęśliwa. Rosalie ma to, czego chciała, a Bella nigdy nie przyjdzie, żeby zabrać jej to stworzenie. Zastanawiałem się, czy to jest to, czego ta jadowita blondyna pragnęła od samego początku. Trzymała coś ciemnego w ręce. Po chwili pojawił się dźwięk zachłannego ssania tego małego mordercy, którego obejmowała. Zapach krwi w powietrzu. Ludzkiej krwi. Rosalie to karmiła. Oczywiście, to chciało krwi. Czym innym mógłbyś karmić potwora, który brutalnie okaleczył własną matkę? To mogło równie dobrze pić krew Belli. Może piło. Wróciły mi siły, kiedy tylko usłyszałem dźwięk karmienia tego małego kata. Siła, nienawiść i gorączka - czerwona gorączka - przepływały przez moją głowę, paląc, ale nie wymazując niczego. Obrazy w mojej głowie były paliwem, wzmacniając piekło, które nie chciało się strawić. Poczułem dreszcz, który wstrząsnął mną od głowy do stóp, ale nie próbowałem go powstrzymywać. Rosalie była całkowicie zajęta stworem, nie zwracając w ogóle na mnie uwagi. Nie była wystarczająco szybka, tak rozproszona, by mnie powstrzymać. Sam miał rację. To coś było anomalią – jego istnienie było nie zgodne z naturą. Czarny, pozbawiony duszy demon. Coś, co nie miało prawa istnieć. Coś, co musiało zostać unicestwione. Zdaje się, że to przyciąganie nie prowadziło mnie jednak drzwi. Czułem to teraz, zachęcanie, pociąganie mnie do przodu. Naciskanie, by to wykończyć, oczyścić świat z tej obrzydliwości. Rosalie będzie próbować mnie zabić, gdy ten stwór będzie martwy, ale będę walczył. Nie byłem pewien czy dam radę ją wykończyć, zanim inni przyjdą z pomocą. Może tak, a może nie. Zresztą za bardzo mnie to nie obchodziło. Nie obchodziło mnie też czy wilki mnie pomszczą, czy wyzwą Cullenów, żądając sprawiedliwości. Nic z tego się nie liczyło. Jedyne, co miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie, to moje własne poczucie sprawiedliwości. Moja zemsta. To coś, co zabiło Bellę, nie będzie żyć ani minuty dłużej. Gdyby Bella przeżyła, znienawidziłaby mnie za to. Chciałaby mnie zabić osobiście. Ale mnie to nie obchodziło. Ona nie przejmowała się tym, co mi zrobiła – pozwoliła ubić się jak zwierzę. Niby czemu powinienem wziąć jej uczucia pod uwagę? No i jest Edward. Musi być teraz zajęty, zbyt zatracony w szalonym zaprzeczeniu reanimując zwłoki, żeby słuchać moich planów. Więc nie będę mieć okazji, by dotrzymać obietnicy, którą mu złożyłem. Chyba że – i to nie jest zakład, na który bym postawił – dam radę wygrać w walce przeciwko Rosalie, Jasperowi i Alice, trzech na jednego. Ale nawet jeśli wygram, nie sądzę, że będę chciał zabić Edwarda. Nie ma we mnie na to wystarczająco dużo współczucia. Dlaczego mam mu pomóc w ucieczce od tego, co zrobił? Nie byłoby bardziej fair – bardziej satysfakcjonująco – pozwolić mu żyć z niczym, całkowicie z niczym? Prawie mnie to rozweseliło. Wyobraźcie sobie, że byłem wypełniony nienawiścią po uszy. Brak Belli. Brak ikry - zabójcy. A także brak tylu członków rodziny, ilu będę w stanie zdjąć z tego świata. Oczywiście mógłby ich poskładać, jeśli nie byłbym wystarczająco szybki, by ich spalić. W odróżnieniu od Belli, która nigdy już nie będzie cała. Zastanawiam się, czy ten stwór mógłby być poskładany z powrotem. Wątpię. Był częścią Belli, więc musiał odziedziczyć część z jej słabości. Słyszałem to w tym malutkim, brzdąkającym biciu jego serca. Jego serce biło. Jej nie. Minęła tylko sekunda, gdy podejmowałem te proste decyzje. Drżenie stawało się mocniejsze i szybsze. Zwinąłem się, przygotowując do skoku na blond wampirzycę i rozdarcie własnymi zębami tego czegoś, co trzymała w ramionach. Rosalie zagruchała znowu do dziecka. Odłożyła metalową butelkę, podnosząc stwora w powietrze, żeby oprzeć swoją twarz o jego policzek. Świetnie. Ta nowa pozycja była idealna do mojego skoku. Pochyliłem się i poczułem fale gorąca, która zaczęły mnie zmieniać, podczas gdy przyciąganie do tego zabójcy rosło – było mocniejsze niż do tej pory. Tak mocne, że przypominały mi się polecenia Alfy, tak silne, że by mnie zmiażdżyły, gdybym ich nie posłuchał. Teraz chciałem słuchać. Morderca spojrzał na mnie przez ramię Rosalie, jego wzrok był bardziej skupiony niż powinien być. Ciepłe brązowe oczy, kolor mlecznej czekolady – identyczny kolor jak u Belli. Trzęsące się drżenie ustało; gorąco zalało mnie jeszcze bardziej, ale był to inny rodzaj gorąca – nie paliło. Błyszczało. Wszystko wewnątrz mnie się rozsupłało, kiedy wpatrywałem się w tą malutką, porcelanową twarzyczkę pół- wampira, pół- człowieka. Wszystkie liny, które trzymały mnie przy życiu zostały przecięte szybkimi cięciami, jak ucięcie sznurków w pęku balonów. Wszystko, co określało to, kim jestem – miłość do martwej dziewczyny na górze, miłość do mojego ojca, lojalność do mojej nowej sfory, miłość do moich innych braci, nienawiść do wrogów, mój dom, moje imię, moje ja – odłączyło się ode mnie w sekundę – ciach, ciach, ciach – i poszybowało w przestrzeń. Jednak ja nie dryfowałem. Nowy sznur trzymał mnie tam gdzie byłem. Nie jeden, ale milion. Nie sznurki, ale stalowe kable. Milion stalowych przewodów, wszystkie wiodące do jednej rzeczy – do samego centrum wszechświata. Teraz to rozumiałem – jak wszechświat wirował wokół tego jednego punktu. Nigdy nie widziałem symetrii wszechświata, ale teraz to było jasne. Grawitacja ziemi dłużej nie trzymała mnie w miejscu, w którym stałem. To ta dziewczynka, będąca w ramionach blond wampirzycy, mnie tu trzymała. Renesmee. Na piętrze pojawił się nowy dźwięk. Jedyny dźwięk, który mógł mnie poruszyć w tym niekończącym się momencie. Szalone walenie, szybkie bicie... Bicie zmieniającego się serca. tłumaczenie: Anonim Księga Trzecia ~*~ Bella ~*~ Osobiste uczucia to luksus, na który możesz sobie pozwolić tylko wtedy, kiedy wszyscy Twoi wrogowie zostaną wyeliminowani. Do tego czasu wszyscy, których kochasz są zakładnikami, podmywającymi Twoją odwagę i niszczącymi Twój rozsądek. Orson Scott Card „Imperium” Prolog To nie był już dłużej tylko koszmar, czarna linia przesuwała się prosto na nas przez lodowatą mgłę wznieconą przez ich stopy. Umrzemy, myślałam w panice. Byłam spragniona skarbu, którego strzegłam, jednak nawet myślenie o tym było chwilową utratą uwagi, na którą nie mogłam sobie pozwolić. Byli coraz bliżej, ich ciemne szaty falowały lekko z każdym ich ruchem. Zobaczyłam jak ich dłonie koloru kości ukazują szpony. Rozdzielali się, ustawiając się pod takim kątem, aby dojść do nas od każdej strony. Przewyższali nas liczebnie. To był koniec. Wtedy, jak wybuch światła z pioruna, cała scena stała się inna. Niby nic się nie zmieniło - Volturi wciąż szli w naszym kierunku, gotowi by zabić. To, co naprawdę się zmieniło, to to jak cała ta scena wyglądała dla mnie. Nagle zapragnęłam tego. Chciałam, żeby mnie zaatakowali. Panika zmieniła się w żądzę krwi, kiedy gotowałam się do skoku, z uśmiechem na twarzy i warczeniem wydobywającym się zza moich obnażonych zębów. 19. Płonąc Ból był oszałamiający. Dokładnie tak - byłam oszołomiona. Nie rozumiałam, nie potrafiłam znaleźć sensu tego, co się dzieje. Moje ciało chciało wyprzeć ból, a ja byłam wciąż wciągana w ciemność, która odcinała całe sekundy, a może nawet minuty cierpienia, powodując, że jeszcze trudniej było utrzymać się w rzeczywistości. Chciałam je oddzielić. Były wtedy nierealistyczne, zupełne czarne i nie bolały tak mocno. Realistyczne były natomiast czerwone i sprawiały, że czułam się przecięta na pół, potrącona przez autobus, znokautowana przez pięściarza, stratowana przez byki i zanurzona w kwasie, wszystko w tym samym czasie. Rzeczywistość sprawiała, że moje ciało zwijało się i skręcało, kiedy tak naprawdę nie mogłam się ruszać z powodu bólu. Rzeczywistość zdawała sobie sprawę, że istnieje coś o wiele ważniejszego niż te cierpienia, nie mogła jednak przypomnieć sobie, co to było. Rzeczywistość nadchodziła bardzo szybko. Jedna chwila, wszystko było tak jak powinno. Otoczona przez ludzi, których kocham. Uśmiechy. W jakiś sposób, nieprawdopodobnie, wszystko wskazywało na to, jakbym dostała to o co walczyłam. A wtedy jedna, błaha rzecz poszła źle. Patrzyłam, jak moja filiżanka nachyla się, ciemna krew wylewa się i plami idealną biel, a ja szybko przechylam się w stronę zdarzenia. Widzę inne, szybkie ręce, jednak moje ciało sięga dalej i zmusza się do wysiłku... Wewnątrz mnie coś szarpie w przeciwnym kierunku. Rozrywanie. Łamanie. Męczarnia. Ciemność przejmuje kontrolę, a potem zostaję zalana przez falę cierpienia. Nie mogę oddychać - już raz tonęłam, to było inne; w moim gardle było za dużo gorąca. Kawałki mnie roztrzaskiwane, łamane, pokrajane... Więcej ciemności. Głosy, tym razem, krzyczące, kiedy ból powrócił. - Łożysko zostało oderwane! Rozrywało mnie coś ostrzejszego niż noże - słowa miały znaczenie pomimo innych tortur. Oderwane łożysko - wiedziałam co to znaczy. To, że moje dziecko umiera we mnie. - Wydostań je! - krzyczałam do Edwarda. Dlaczego jeszcze tego nie zrobił? - Nie może oddychać! Zrób to teraz! - Morfina... Chciał czekać, żeby dać mi lek przeciwbólowy, kiedy nasze dziecko umierało?! - Nie! Teraz... - dławiłam się, niezdolna by skończyć. Czarna plama zakryła w pokoju światło, kiedy przypływ nowego bólu zaczął kłuć mnie w brzuch. Czułam się źle - odruchowo szarpałam się, żeby zakryć łono, moje dziecko, mojego małego Edwarda przed Jacobem, ale byłam słaba. Płuca mnie bolały, tlen palił. Ból znowu zaczął znikać, chociaż wciąż go odczuwałam. Moje dziecko, moje dziecko, umierało... Ile czasu minęło? Sekundy czy minuty? Ból odszedł. Odrętwienie. Nic nie czułam. Wciąż nie mogłam widzieć, ale słyszałam. W moich płucach znów było powietrze, wyrzucane w górę i w dół poprzez moje gardło. - Zostaniesz teraz ze mną Bello! Słyszysz mnie? Zostań! Nie zostawisz mnie! Utrzymaj bicie swego serca! Jacob? Jacob, ciągle tutaj, wciąż próbując mnie ratować. Oczywiście, chciałam mu powiedzieć. Oczywiście, że utrzymam bicie mojego serca. Czyż nie obiecałam im obu? Próbowałam wyczuć moje serce, znaleźć je, jednak byłam zgubiona wewnątrz mojego własnego ciała. Nie mogłam poczuć rzeczy, które powinnam, niczego we właściwym miejscu. Zamrugałam i odnalazłam swoje oczy. Mogłam zobaczyć światło. Nie tego szukałam, ale lepsze to niż nic. Kiedy moje oczy się przyzwyczaiły, Edward wyszeptał: - Renesmee. Renesmee? Nie blady i idealny syn z mojej wyobraźni? Przeżyłam chwilę szoku. A wtedy pojawiło się ciepło. Renesmee. Zmusiłam moje usta do ruchu, pęcherzyki powietrza zmieniły się w szept na moich ustach. Sięgnęłam moimi zdrętwiałymi rękoma. - Pozwól... Daj mi ją. Światło tańczyło, niwecząc krystaliczne dłonie Edwarda. Iskry były zabarwione czerwienią, przez krew pokrywającą jego dłonie. Więcej czerwieni na jego dłoniach. Coś małego, walczącego i ociekającego krwią. Przyłożył ciepłe ciałko do moich słabych ramion, prawie ją trzymałam. Jej mokra skóra była gorąca - prawie tak gorąca jak Jacoba. Moje oczy skupiły się; nagle wszystko wydało się jasne. Renesmee nie płakała, ale oddychała szybko, przestraszona. Jej oczy były otwarte, a wyraz tak zszokowany, że niemal zabawny. Mała, idealnie okrągła główka była pokryta gęstymi, poplątanymi, przemoczonymi krwią loczkami. Jej tęczówki były podobne do moich - zadziwiające - czekoladowo brązowe. Pod warstwą krwi jej skóra była blada, w kolorze kremowej kości słoniowej. Tak jak wszystko, poza jej policzkami, które płonęły kolorem. Jej malutka twarzyczka była tak absolutnie idealna, że aż mnie oszałamiała. Była nawet piękniejsza niż jej ojciec. Niewiarygodne. Niemożliwe. - Renesmee - wyszeptałam. - Taka... piękna. Niesamowita twarzyczka nagle się uśmiechnęła - szeroki, mądry uśmiech. Za muszelkowo - różowymi ustami miała komplet śnieżnobiałych zębów. Nachyliła głowę do mojej klatki piersiowej, powodując nagły przypływ ciepła. Jej skóra była gorąca i jedwabista, ale nie w taki sposób jak moja. Wtedy znów pojawił się ból - jeden gorący przypływ. Nabrałam powietrza. Zniknęła. Mojego dziecka o twarzy anioła nigdzie nie było. Nie mogłam jej zobaczyć ani poczuć. Nie! Chciałam krzyczeć. Oddajcie mi ją! Jednak osłabienie było zbyt wielkie. Moje ramiona były przez chwilę jak pusty gumowy wąż, a później nie przypominały już niczego. Nie czułam ich. Nie czułam siebie. Ciemność napłynęła do moich oczów jeszcze mocniej niż poprzednio. Jak opaska, mocno i silnie. Zakrywając nie tylko moje oczy, ale także mnie samą z miażdżącą siłą. Odpychanie jej było wyczerpujące. Wiedziałam, że łatwiej byłoby się poddać. Pozwolić ciemności spychać mnie dół i w dół do miejsca, gdzie nie byłoby bólu i zmęczenia, i obaw, i strachu. Jeśli chodziłoby tylko o mnie, nie byłabym w stanie męczyć się przez długi czas. Byłam tylko człowiekiem, z nie większą niż ludzką siłą. Próbowałam wytrwać w tej całej niezwykłości już zbyt długo, tak jak mówił Jacob. Jednak nie chodziło tylko o mnie. Gdybym wybrała teraz łatwiejszą drogę, a czarna nicość wymazałaby mnie, zraniłabym ich. Edward. Edward. Życie moje i jego były połączone w jedną nić. Odcinając jedno, odcinasz oby dwa. Gdyby odszedł, nie mogłabym z tym żyć. Gdybym odeszła ja, on nie byłby w stanie żyć również. Świat bez Edwarda wydaje się być kompletnie bezsensowny. Edward musi żyć. Jacob - który tyle razy się ze mną żegnał, jednak wracał, kiedy go potrzebowałam. Jacob, którego raniłam tak często, że było to niemal zbrodnią. Czy zranię go jeszcze raz, w ten najgorszy sposób? Został dla mnie, wbrew wszystkiemu. Teraz jedyne o co prosił było to, żebym dla niego została. Jenak było tak ciemno, że nie mogłam zobaczyć żadnej z ich twarzy. Nic nie wydawało się prawdziwe. To sprawiło, że ciężko było mi się nie poddać. Wciąż odpychałam ciemność, chociaż był to jedynie odruch. Nie próbowałam tego pokonać. Stawiałam tylko opór. Nie pozwalałam, żeby zniszczyło mnie całkowicie. Nie byłam Atlasem, jednak ciemność wydawała się tak ciężka, jak planeta; nie mogłam wziąć jej na barki. Jedyne co mogłam zrobić, to nie pozwolić się całkowicie zniszczyć. To było coś w rodzaju wzoru mojego życia - nigdy nie byłam wystarczająco silna, żeby radzić sobie z rzeczami, które wymknęły mi się spod kontroli, żeby walczyć z przeciwnikami czy pokonywać ich. Unikać bólu. Zawsze ludzka i słaba, jedyne do czego byłam zdolna to nie poddawać się. Wytrzymywać. Przetrwać. Byłam w stanie to zrobić. To będzie wystarczające na dzisiaj. Wytrzymam, dopóki nie nadejdzie pomoc. Wiedziałam, że Edward będzie robił wszystko co w jego mocy. Nie poda się. Ja również. Stopniowo przetrzymam ciemność. Było wystarczające - to postanowienie. Kiedy czas płynął, ciemność napierała na mnie, cal po calu, potrzebowałam czegoś więcej, aby nabrać mocy. Nie mogłam nawet zobaczyć twarzy Edwarda. Ani Jacoba, ani Alice, ani Rosalie, ani Charliego, ani Renée, ani Carlisle'a, ani Esme... Nikogo. To mnie przerażało i zastanawiałam się, czy nie jest za późno. Poczułam, że się wyślizguję - nie było niczego, czego mogłabym się przytrzymać. Nie! Muszę to przetrwać. Edward na mnie polegał. Jacob. Charlie, Alice, Rosalie, Carlisle, Renée, Esme... Renesmee. Wtedy, chociaż wciąż nic nie widziałam, nagle coś poczułam. Tak jak kończyna fantomowa, wyobraziłam sobie, że znów czuję swoje ramiona. A w nich, coś małego, twardego i bardzo, bardzo ciepłego. Moje dziecko. Moja malutka. Zrobiłam to. Pomimo wszystkich przeciwności, byłam wystarczająco silna, żeby ją urodzić, żeby opiekować się nią do czasu, aż będzie wystarczająco silna, aby żyć beze mnie. Ta odrobina, ciepła istota, w moich wyimaginowanych ramionach wydawała się taka prawdziwa. Trzymałam ją kurczowo. Dokładnie w miejscu, gdzie powinno być moje serce. Trzymając mocno wspomnienie ciepła mojej córki, wiedziałam, że będę w stanie walczyć tak długo, jak trzeba. Ciepło przy moim sercu stawało się coraz prawdziwsze, coraz cieplejsze. Gorące. Było tak prawdziwe, że trudno było uwierzyć, że je sobie wyobraziłam. Gorące. Teraz nieprzyjemne. Za gorące. O wiele za gorące. Jak złapanie złej strony lokówki - moją odruchową reakcją było wypuszczenie parzącej rzeczy z moich ramion. Ale w moich ramionach nic nie było. Moje ramiona nie były zwinięte wokół mojej klatki piersiowej. Moje ręce były martwe, leżały gdzieś po moich bokach. Ciepło wydobywało się z mojego wnętrza. Płomienie rosły - podnosiły się, osiągały szczyt, znowu się podnosiły, aż przewyższały wszystko co kiedykolwiek czułam. Wyczułam tętno gdzieś za piekielnym ogniem w mojej klatce piersiowej i zdałam sobie sprawę, że znów serce, dokładnie w chwili, kiedy go nie chciałam. Chciałam móc przyjąć ciemność, kiedy wciąż miałam szansę. Chciałam podnieść ręce, rozszarpać nimi klatkę piersiową i wyrwać z niej serce - wszytko, żeby pozbyć się tego bólu. Jednak nie czułam swoich rąk, nie mogłam podnieść nawet małego palca. James złamał mi nogę stopą. To było nic. Było to miękkie miejsce w pierzynie do odpoczynku. Zniosłabym to teraz, setki razy. Setki złamań. Przyjęłabym je i podziękowała. Dziecko, pokopało moje żebra, torując sobie drogę przeze mnie kawałek po kawałku. To było nic. To było jak pływanie w basenie z lodowatą wodą. Zniosłabym to tysiące razy. Przyjęłabym to i podziękowała. Ogień płonął, a ja chciałam krzyczeć. Błagać kogoś, żeby zabił mnie teraz, zanim przeżyję kolejną sekundę z tym bólem. Nie mogłam jednak poruszać ustami. Ciężar wciąż tam był, naciskał na mnie. Zdałam sobie sprawę, że nie ciemność ciągnie mnie w dół, ale moje ciało. Takie ciężkie. Przykrywa mnie płomieniami, które teraz torują sobie drogę z mojego serca, rozprzestrzeniając ból po moich ramionach i brzuchu, parząc moje gardło i liżąc moją twarz. Dlaczego nie mogłam się ruszyć? Dlaczego nie mogłam krzyczeć? To nie była część opowiadań. Mój umysł był nieznośnie czysty - wyostrzony przez piekący ból – znałam już odpowiedzi, gdy tylko zadałam pytania. Morfina. Wydawało się, że minęły wieki, od czasu kiedy rozmawialiśmy o tym - Edward, Carlisle i ja. Edward i Carlisle mięli nadzieję, że środki przeciwbólowe pomogą pokonać ból jadu. Carlisle próbował z Emmettem, jednak jak palił szybciej niż działały leki, zamykając żyły. Nie miały szans się rozprzestrzenić. Utrzymywałam moją twarz spokojną i nachyloną, tak żeby Edward nie mógł odczytać z niej moich myśli. Ponieważ już kiedyś miałam jad i morfinę w moim układzie, znałam prawdę. Wiedziałam, że odrętwienie po morfinie, było zupełnie nieistotne, kiedy jad wypalał żyły. Jednak nie było po co wspominać o tym fakcie. Nic nie uczyniłoby go bardziej niechętnym do przemienienia mnie. Nie wyobrażałam sobie nawet, że morfina będzie miała taki efekt - że będzie będzie mnie przygważdżać i kneblować. Paraliżować mnie, kiedy płonęłam. Znałam wszystkie opowieści. Wiedziałam, że Carlisle będzie trzymać w tajemnicy wystarczająco dużo, żeby uniknąć odkrycia, kiedy płonął. Widziałam, dzięki Rosalie, że nie dobrze jest krzyczeć. Miałam nadzieję, że może będę jak Carlisle. Że uwierzę Rosalie i nie będę otwierać ust. Wiedziałam bowiem, że każdy krzyk wydobywający się z moich ust będzie dręczyć Edwarda. Teraz wydawało się głupi żart, którego sobie życzyłam, spełnił się. Jeśli nie mogłam krzyczeć, jak mogłam im powiedzieć, żeby mnie zabili? Wszystko czego chciałam, to umrzeć. Nigdy się nie narodzić. Całe moje życie nie miało żadnego znaczenia przy tym bólu. Nie było warte życia w nim przez więcej niż jedno uderzenie serca. Pozwólcie mi umrzeć, pozwólcie mi umrzeć, pozwólcie mi umrzeć. I, przez nieskończoną przestrzeń, wszystko tam było. Piekielne tortury i moje grzmiące krzyki, błagające o nadejście śmierci. Nic więcej, nawet czas. Uczyniło to nieskończonym, bez początku i końca. Jedna, niekończąca się chwila bólu. Jedyna zmiana nastąpiła, kiedy nagle, niemożliwie mój ból się podwoił. Niższa część mojego ciała, złagodzona wcześniej przez morfinę, nagle także znalazła się w ogniu. Jakiś przerwany związek zaczął się łączyć - jednoczyć przez gorące języki ognia. Nieskończoność wściekle piekła. To mogły być sekundy lub dnie, tygodnie lub lata, ale ostatecznie czas znów zaczął coś znaczyć. Trzy rzeczy stały się równocześnie, rosnąć razem, że nawet nie wiedziałam, która nadeszła pierwsza: czas zaczął płynąć znowu, ciężar morfiny zaczął znikać, a ja stałam się silniejsza. Poczułam, że kontrola nad moim ciałem wraca do mnie stopniowo, a to narastanie odmierza czas. Wiedziałam to, kiedy znów mogłam poruszać palcami u stóp i ścisnąć palce w pięści. Wiedziałam to, ale nic nie robiłam. Chociaż ogień nie zmniejszył się nawet o stopień - faktem było, że zaczynam znów nabierać zdolności do odczuwania, nowej wrażliwości do doceniania, oddzielnie, każdego intensywnego języka płomieni w moich żyłach - odkryłam, że mogę o tym myśleć. Pamiętałam, dlaczego nie powinnam krzyczeć. Pamiętałam powód, dla którego zobowiązałam się przetrzymać te nieznośne cierpienie. Pamiętałam, chociaż wydawało się niemożliwe, że gdzieś tam jest coś, co może być warte tych cierpień. Wydarzyło się to, kiedy trzymałam się, podczas gdy ciężar opuszczał moje ciało. Każdy kto na mnie patrzył, nie zauważyłby różnicy. Dla mnie jednak, szamoczącej się, żeby utrzymać krzyki i słabość wewnątrz ciała, żeby nie mogły ranić nikogo więcej, wydawało się, jakbym przechodziła od bycia przywiązaną ciasno do płonącego pala, do trzymania tego pala, aby uwolnić się od ognia. Miałam wystarczająco dużo siły, aby leżeć nieruchoma, kiedy od środka płonęłam. Mój słuch się wyostrzał, a ja mogłam liczyć moje nerwy, łomoczące bicia serca, odmierzając czas. Mogłam liczyć płytkie oddechy wydobywające się zza moich zębów. Mogłam liczyć cichsze, również te oddechy wydobywające się skądś niedaleko mnie. Były wolniejsze, więc skoncentrowałam się na nich. Oznaczały mijający czas. Więcej nawet niż wahadło zegara, te oddechy ciągnęły mnie przez ogień do końca. Wciąż stawałam się silniejsza, moje myśli były jaśniejsze. Kiedy nadeszły nowe dźwięki, słuchałam. Były to lekkie kroki i powiew wiatru wytworzony przez otwierające się drzwi. Kroki się zbliżały, a ja poczułam nacisk wokół mojego nadgarstka. Nie mogłam poczuć chłodu palców. Ogień odpychał każde wspomnienie chłodu. - Wciąż żadnych zmian? - Żadnych. Lżejszy nacisk, oddech na mojej rozgrzanej skórze. - Nie zostało już żadnego zapachu morfiny. - Wiem. - Bella? Słyszysz mnie? Wiedziałam, poza wszelkimi wątpliwościami, że jeśli otworzę usta, stracę to - będę wrzeszczeć i piszczeć, i wić się. Jeśli otworzę oczy, jeśli drgnę palcem - każda zmiana będzie końcem mojej kontroli. - Bella? Bella, kochanie? Możesz otworzyć oczy? Możesz ścisnąć moją rękę? Nacisk na moich palcach. Było ciężej nie odpowiadać na ten głos, ale zostałam nieruchomo. Wiedziałam, że ból w jego głosie jest niczym w porównaniu z tym czym mogłoby być. Teraz jedynie bał się, że cierpię. - Może... Carlisle, może się spóźniłem? - jego głos był stłumiony; załamał się na ostatnim słowie. Wahałam się chwilę na swoim postanowieniem. - Posłuchaj bicia jej serca, Edwardzie. Jest nawet silniejsze niż Emmetta. Nie słyszałem nigdy niczego tak żywego. Będzie idealna. Tak, miałam rację, że pozostałam cicho. Carlisle go zapewnił. Nie musiał tak cierpieć z mojego powodu. - A jej... jej kręgosłup? - Jej rany nie były gorsze niż Esme. Jad będzie leczyć ją, tak jak zrobił to z Esme. - Ale ona jest taka spokojna. Musiałem zrobić coś źle. - Lub coś dobrze, Edwardzie. Synu, zrobiłeś wszystko co mogłeś, a nawet więcej. Nie pewien, czy byłbym tak wytrzymały, wiara ją ocali. Przestań siebie obwiniać. Bella wyzdrowieje. Urywany szept: - Musi bardzo cierpieć. - Tego nie wiemy. Miała tak dużo morfiny w swoim układzie. Nie wiemy jak to wpłynęło na jej odczucia. Słaby nacisk na zagięciu mojego łokcia. Kolejny szept: - Bello, kocham cię. Bello, przepraszam. Tak bardzo chciałam mu odpowiedzieć, ale nie mogłam pogorszyć jego bólu. Nie w chwili, kiedy miałam wystarczająco dużo siły, żeby pozostać nieruchomo. Pomimo tego wszystkiego, piekielny ogień zapalał się, aby mnie trawić. Jednak teraz było tak dużo miejsca w mojej głowie. Miejsca, żeby rozmyślać nad ich rozmową, miejsca, żeby pamiętać co się wydarzyło, miejsca do patrzenia w przyszłość oraz spokojnego, nieograniczonego miejsca zamkniętego do cierpienia. Również miejsca do zmartwień. Gdzie było moje dziecko? Dlaczego jej tu nie było? Dlaczego o niej nie mówili? - Nie, zostanę z nią tutaj - wyszeptał Edward, odpowiadając na niewypowiedzianą myśl. - Muszą załatwić swoje sprawy. - Ciekawa sytuacja - odpowiedział Carlisle. - A już myślałem, że widziałem wszystko. - Poradzę sobie z tym później. Poradzimy sobie z tym później - coś dotknęło lekko mojej rozpalonej dłoni. - Jestem pewien, że z naszą piątką, możemy sprawić, iż nie dojdzie do żadnego rozlewu krwi. Edward westchnął. - Nie wiem po której stronie mam stanąć. Chciałbym zganić ich oboje. W każdym razie, później. - Zastanawiam się co o tym wszystkim będzie myśleć Bella... czyją stronę weźmie - myślał Carlisle. Jeden cichy, napięty chichot. -Jestem pewien, że mnie zaskoczy. Zawsze to robi. Kroki Carlisle'a znowu się oddaliły, a ja byłam zła, że nie było dalszych wyjaśnień. Rozmawiali w tak tajemniczy sposób tylko po to, żeby mnie zirytować? Wróciłam do liczenia oddechów Edwarda. Dziesięć tysięcy dziewięćset czterdzieści trzy oddechy później, inny rodzaj kroków zawitał do pokoju. Lżejsze. Bardziej... rytmiczne. Dziwne, że mogłam rozróżnić minutę różnicy, której nie mogłam rozróżnić wcześniej tego dnia. - Jak długo jeszcze? - zapytał Edward. - Już niedługo - odpowiedziała mu Alice. - Widzisz jak przejrzysta się robi? Widzę ją o wiele wyraźniej - westchnęła. - Wciąż czujesz się troszkę rozczarowana? - Tak, wielkie dzięki, że o tym wspominasz – jęknęła. - Byłbyś też zażenowany, gdybyś zdał sobie sprawę, że zostałeś zakuty w kajdanki przez swoją własną naturę. Wampiry widzę najlepiej, bo jestem jednym z nich; widzę ludzi dobrze, bo kiedyś nim byłam. Nie mogę jednak zobaczyć tych dziwnych stworzeń, bo nie są niczym, czego mogłabym oczekiwać. Ech! - Skup się, Alice. - Racja. Bella jest już prawie łatwa do zobaczenia. Nastąpiła długa chwila ciszy, a wtedy Edward westchnął. Był to nowy dźwięk, szczęśliwszy. - Naprawdę wszystko z nią będzie w porządku - odetchnął. - Oczywiście, że będzie. - Nie byłaś tak optymistycznie nastawiona dwa dni temu. - Dwa dni temu nie widziałam dobrze. Jednak teraz jej wizja jest wolna od czarnych plam, to bułka z masłem. - Czy mogłabyś się dla mnie skoncentrować? Na czasie... chociaż go oszacować. Alice westchnęła. - Taki niecierpliwy. Dobrze. Sek... Cichy oddech. - Dziękuję, Alice - jego głos był jaśniejszy. Jak długo? Czy mogliby w końcu powiedzieć tego głośno dla mnie? Czy to było zbyt wiele? Ile jeszcze sekund będę płonąć? Dziesięć tysięcy? Dwadzieścia? Kolejny dzień - osiemdziesiąt sześć tysięcy czterysta? Więcej niż to? - Będzie oszałamiająca. Edward warknął cicho. - Zawsze była. Alice chrząknęła. - Wiesz co mam na myśli. Spójrz na nią. Edward nie odpowiedział, ale słowa Alice dały mi nadzieję, że nie wyglądam jak resztki spalonego drewna, którymi się czułam. Wydawało się, że muszę być teraz jak kupa spalonych kości. Każda komórka mojego ciała została zmieniona w popiół. Usłyszałam, że Alice wypada z pokoju. Słyszałam szum materiału wywołany jej ruchem, ocierającym się o siebie. Usłyszałam włączenie światła zwisającego z sufitu. Usłyszałam cichy wiatr muskający ściany domu. Mogłam usłyszeć wszystko. Na dole, ktoś oglądał mecz. Mariners wygrywali dwoma punktami. - Teraz moja kolej - usłyszałam, że Rosalie warczy na kogoś, a później dostaje niskie burczenie w odpowiedzi. - Hej, spokój - ostrzegł Emmett. Ktoś syknął. Czekałam na więcej, ale nie słychać było niczego poza meczem. Baseball nie był wystarczająco interesujący, żeby oderwać moją uwagę od bólu, więc znów zaczęłam słuchać oddechów Edwarda, licząc sekundy. Dwadzieścia jeden tysięcy dziewięćset siedemnaście i pół sekundy później, ból się zmienił. Dobrą wiadomością było, że zaczął znikać z moich koniuszków palców i palców u stóp. Znikał wolno, ale przynajmniej działo się coś nowego. To musi być to. Ból odchodził... A później zła wiadomość. Ogień w moim gardle nie był taki sam, jak przedtem. To był nie tylko ogień, ale również pragnienie. Wysuszona. Bardzo spragniona. Palący ogień i palące pragnienie... Również zła wiadomość: ogień w moim sercu stawał się coraz gorętszy. Czy to możliwe? Bicie mojego serca, już za szybkie, zmieniło się - ogień wybijał jego rytm w oszalałym tempie. - Carlisle - zawołał Edward. Jego głos był cichy, ale wyraźny. Wiedziałam, że Carlisle usłyszy, jeśli był w domu lub jego pobliżu. Ogień cofał się z moich dłoni, zostawiając je błogo bezbolesne i zimne. Cofnął się jednak do mojego serca, gdzie buchał gorącymi płomieniami jak słońce i bił ze wściekła prędkością. Carlisle wszedł do pokoju, Alice obok niego. Ich kroki były bardzo wyraźne, mogłam nawet powiedzieć, że Carlisle był po prawej i o krok dalej niż Alice. - Posłuchaj - powiedział mu Edward. Najgłośniejszym dźwiękiem w pokoju było moje dzikie sercem, łomocące w rytmie ognia. - Ach - powiedział Carlisle - Już prawie koniec. Moja ulga została przyćmiona rozdzierającym bólem w sercu. Moje nadgarstki były wolne, tak jak moje kostki. Ogień był tam całkowicie ugaszony. - Wkrótce - zgodziła się Alice ochoczo. - Przyprowadzę resztę. Powinnam Rosalie...? - Tak... trzymajcie dziecko z daleka. - Co? No. No! Co ma na myśli, trzymać moje dziecko z daleka? Co on sobie myśli? Moje palce zadrgały - zalała mnie fala irytacji. W pokoju było cicho, pomijając bijące jak młot pneumatyczny moje serce, kiedy wszyscy zamilkli na sekundę w odpowiedzi. Czyjaś ręka ścisnęła moje drgające palce. - Bella? Bella, kochanie? Czy mogłam odpowiedzieć mu bez krzyku? Rozważałam to przez moment, a wtedy ogień rozdarł gorącem moją klatkę piersiową, odpływając z moich łokci i kolan. Lepiej nie ryzykować. - Idę po nich - powiedziała Alice ostrożnie i usłyszałam szum wiatru, kiedy popędziła. A wtedy... och! Moje serce wystartowało, uderzając jak śmigła helikoptera, dźwięk podobny do długiej nuty; wydawało się, że wyrywa się z moich żeber. Ogień wybuchnął ze środka mojej klatki piersiowej, wysysając pozostałości płomieni z reszty mojego ciała i podsycając najgorętszy płomień. Ból był wystarczający, żeby mnie ogłuszyć, żeby przełamać mój żelazny uścisk pala. Moje plecy wygięły się w łuku, tak jakby ogień ciągnął mnie górę przez moje serce. Nie pozwoliłam żadnemu innemu kawałkowi mojego ciała przesunąć się nawet o stopień, do czasu aż mój tułów spadł w dół do poprzedniej pozycji. Wewnątrz mnie toczyła się bitwa - moje szybkie serce walczyło przeciwko atakującemu ogniowi. Obydwa przegrywały. Ogień był skazany na niepowodzenie, zużywając wszystko, co było łatwopalne; moje serce galopowało w kierunku swojego ostatniego uderzenia. Ogień kurczył się, koncentrując się wewnątrz, gdzie znajdował się ostatni ludzki organ z ostatecznym nagłym przypływem. Przypływ został rozwiązany głębokim, pusto brzmiącym łomotem. Moje serce uderzyło dwa razy i zabiło cicho jeszcze tylko jeden raz. Nie było żadnego dźwięku. Żadnego oddechu. Nawet mnie. Przez chwilę, nieobecność bólu była wszystkim co mogłam zrozumieć. Wtedy otworzyłam oczy i popatrzyłam z zaciekawieniem. tłumaczenie: Emension 20. Nowa Wszystko było takie wyraźne, ostre i jasne. Jaskrawe światło palące się nade mną raziło w oczy, a mimo to bez trudu mogłam wypatrzyć żarzące się w środku żarówki włókna. W białym świetle widziałam wszystkie kolory tęczy, a także jakiś ósmy kolor, którego nie potrafiłam nazwać. Na drewnianym suficie za lampą odróżniałam każdą chropowatość, każdy pyłek. Wpatrywałam się w kurz unoszący się w powietrzu – każde ziarenko z osobna, jasne po stronie światła i zacienione po drugiej. Wirowały jak małe planety, tańczyły wokół siebie niebiański taniec. Były takie piękne. Zdziwiona, zaczerpnęłam powietrza, które ze świstem wpadło mi do gardła. Drobinki wokół mnie zawirowały, ale coś było nie tak. Po chwili zdałam sobie sprawę, że problem polega na tym, iż nie czułam żadnej ulgi związanej z oddychaniem. Moje płuca nie potrzebowały powietrza i reagowały na nie obojętnie. Nie potrzebowałam powietrza, ale lubiłam je. Mogłam w nim posmakować wszystkiego wokół: cudownych ziarenek kurzu, mieszaniny nieruchomego powietrza w pokoju z tym nieco chłodniejszym, wpadającym przez otwarte drzwi. Czułam bogaty aromat jedwabiu, a także śladowy zapach czegoś ciepłego i pożądanego, czegoś, co powinno być wilgotne, ale nie było... Poczułam nagle piekącą suchość w gardle, a jad zaczął napływać mi do ust mimo, że dziwny zapach, który spowodował tę reakcję był mocno stłumiony chlorem i amoniakiem. Przede wszystkim jednak, czułam słodki aromat: podobny do miodu, lilii i słońca. Ten zapach był najintensywniejszy, najbliższy. Słyszałam, że inne osoby w pokoju też zaczęły oddychać, zaraz po mnie. Ich oddechy przyniosły nowe zapachy: cynamonu, hiacyntów, gruszek, morza, świeżego chleba, sosny, wanilii, skóry, jabłek, mchu, lawendy, czekolady... Wymyśliłam wiele różnych porównań, ale żadne nie pasowało. Zapach był słodki i przyjemny. W telewizorze na dole wyłączono dźwięk i usłyszałam, jak ktoś – Rosalie? – przebiega na piętro. Słyszałam też przytłumione dudnienie i wściekły głos krzyczący coś do rytmu. Rap? Zaskoczyło mnie to, ale po chwili dźwięk przycichł. Brzmiało to tak, jakby muzyka dobiegała z przejeżdżającego samochodu. Nagle zdałam sobie sprawę, że tak właśnie mogło być. Możliwe, żebym słyszała samochód na głównej drodze? Nie wiedziałam, że ktoś trzyma mnie za rękę do chwili, gdy lekko ją ścisnął. Tak, jak wcześniej, ukrywając cierpienie, tak i teraz znieruchomiałam zaskoczona. Nie takiego dotyku się spodziewałam. Skóra była idealnie gładka, ale temperatura była nieodpowiednia. Dłoń nie była zimna. Po pierwszym odruchu szoku moje ciało odpowiedziało na dotyk w jeszcze bardziej zaskakujący dla mnie sposób. Powietrze zaszumiało mi w gardle, a przez moje zaciśnięte zęby zaczął dobywać się dźwięk podobny do roju pszczół. Zanim dźwięk ustał, mięśnie skurczyły się i odsunęłam się odruchowo. Obróciłam się tak szybko, że pokój powinien rozmazać mi się przed oczyma, ale było inaczej. Wciąż widziałam każdą drobinkę kurzu, wszystkie ziarnistości drewna i wszelkie mikroskopijne detale. Zanim jeszcze znalazłam się pod ścianą w pozycji obronnej, czyli jakąś jedną szesnastą sekundy później, zrozumiałam, co mnie tak wystraszyło i że zareagowałam zbyt gwałtownie. Ależ oczywiście, że Edward nie będzie już zimny. Mieliśmy teraz przecież taką samą temperaturę. Zamarłam w bezruchu na jedną ósmą sekundy, próbując ogarnąć to, co widziałam. Edward pochylał się nad stołem operacyjnym, na którym dopiero co umierałam i wyciągał do mnie dłoń. Wyglądał na zmartwionego. Twarz Edwarda była najważniejszą rzeczą, ale kątem oka zanotowałam też wszystko inne, tak na wszelki wypadek. Pod wpływem jakiegoś silnego instynktu obronnego odruchowo wypatrywałam jakichkolwiek oznak niebezpieczeństwa. Moja rodzina czekała ostrożnie pod ścianą przy drzwiach, Emmett i Jasper stali z przodu. Nozdrza rozszerzyły mi się, gdy automatycznie szukałam podstępu, ale nie znalazłam żadnego podejrzanego zapachu. Tylko tamten przepyszny aromat zmieszany z silnymi chemikaliami znów podrażnił mi gardło i sprawił, że zapłonęło. Alice wyglądała zza Jaspera i uśmiechała się szeroko, a światło odbijające się od jej zębów utworzyło kolejną ośmiobarwną tęczę. Nagle to do mnie dotarło: Jasper i Emmett stali na przedzie, żeby chronić pozostałych, ale nie zorientowałam się od razu, że to ja byłam tym niebezpieczeństwem. Wszystko to jednak było mniej ważne. Większość moich zmysłów i myśli koncentrowało się na twarzy Edwarda. Czułam się, jakbym nigdy wcześniej jej nie widziała. Ile razy wpatrywałam się w niego i podziwiałam jego piękno? Ile godzin, dni, tygodni spędziłam śniąc o tym, co wtedy wydawało mi się czystą perfekcją? Myślałam, że znam jego twarz lepiej niż swoją własną. Wydawało mi się, że idealne rysy Edwarda to jedyna pewna namacalna rzecz na świecie. Równie dobrze mogłam być wtedy ślepa. Teraz pierwszy raz, nie ograniczona przez słabość ludzkich oczu, zobaczyłam Edwarda i prawie krzyknęłam ze zdziwienia. Szukałam odpowiedniego słowa, ale żadne nie było w stanie wyrazić tego, co czułam. Druga część mojej świadomości upewniła się, że poza mną nic nie stanowi zagrożenia, więc natychmiast wyprostowałam się. Minęła już prawie cała sekunda odkąd zerwałam się z łóżka. Na chwilę moją uwagę pochłonęło to, jak się poruszałam. Ledwo pomyślałam o zmianie pozycji, a już stałam wyprostowana. Nawet nie widziałam, kiedy się ruszyłam. Zmiana była tak natychmiastowa, że wyglądało to, jakbym stała tak cały czas. Znów zamarłam wpatrzona w twarz Edwarda. Okrążył powoli stół, płynne kroki zajmowały mu prawie po pół sekundy. Dłoń wciąż trzymał wyciągniętą w moją stronę. Nowymi oczyma uważnie obserwowałam grację jego ruchów. - Bello? – powiedział cicho i spokojnie, ale słyszałam w jego głosie troskę. Nie byłam w stanie odpowiedzieć od razu, bo zatonęłam miękkich, aksamitnych falach jego głosu. Brzmiał jak idealna symfonia: symfonia na jeden instrument o brzmieniu głębszym niż jakikolwiek instrument stworzony przez człowieka... - Bello, kochanie? Przepraszam. Wiem, że jesteś zdezorientowana. Już dobrze. Wszystko jest w porządku. Wszystko? Wróciłam pamięcią do ostatniej godziny mojego ludzkiego życia. Wspomnienia były zamglone, ale to wina słabego wzroku. Wszystko było rozmazane. Skoro powiedział, że wszystko w porządku, to tyczyło się to również Renesmee? Gdzie moja córka? Z Rosalie? Próbowałam przypomnieć sobie jej twarz ale ludzkie wspomnienia były takie niewyraźne. Wiedziałam tylko, że była przepiękna. I co z Jacobem? Z nim też wszystko dobrze? Znienawidził mnie teraz? Wrócił do watahy Sama? A Seth i Leah? Czy moja przemiana nie wywoła wojny między wilkami a Cullenami? Czy zapewnienia Edwarda dotyczyły też tego? A może chciał mnie tylko uspokoić? A Charlie? Co mam mu powiedzieć? Pewnie dzwonił gdy w moich żyłach płonął ogień. Co mu powiedzieli? Co, jego zdaniem, mi się stało? Gdy się tak zastanawiałam przez ułamek sekundy, które pytanie zadać najpierw, Edward ostrożnie wyciągnął rękę i dotknął palcami mojego policzka. Jego skóra była gładka jak jedwab, delikatna jak piórko i w końcu miała taką samą temperaturę, jak moja. Jego dotyk zdawał się przenikać przez skórę do kości. Czułam, jakby jakiś dziwny impuls przeszedł mi przez kręgosłup i zatrzymał się gdzieś w brzuchu. Chwilę, pomyślałam, gdy drżenie zaczęło przechodzić w ciepło i tęsknotę. Nie miałam tego utracić? Czy rezygnacja z takich uczuć nie była częścią umowy? Byłam nowonarodzonym wampirem. Utwierdzał mnie w tym palący ból w gardle. Wiedziałam, z czym to się wiąże. Ludzkie emocje i tęsknoty miały powrócić po jakimś czasie, ale pogodziłam się, że nie będę nic odczuwać na początku. Nic, poza pragnieniem. Taka była cena, jaką zgodziłam się zapłacić. A jednak, gdy Edward przyłożył aksamitną dłoń do mojej twarzy, przez całe moje ciało przeszła fala pożądania. Uniósł idealną brew i czekał, aż się odezwę. Rzuciłam mu się na szyję. Znów nie zauważyłam nawet, kiedy to zrobiłam. W jednej chwili stałam nieruchomo jak posąg, a w następnej miałam go już w ramionach. Był ciepły, a przynajmniej dla mnie. Słodki, apetyczny zapach był jeszcze piękniejszy niż ten, który zapamiętałam, ale bez wątpienia to był mój Edward. Wtuliłam twarz w jego pierś. Odsunął się nieznacznie, jakby chciał wyrwać się z mojego uścisku. Spojrzałam mu w oczy zaskoczona i wystraszona jego reakcją. - Au... ostrożnie, Bello. Cofnęłam ręce i skrzyżowałam je sobie na plecach, gdy tylko zrozumiałam, o co chodzi. Byłam zbyt silna. - Ups – szepnęłam przepraszająco. Edward zaserwował mi najpiękniejszy ze swoich uśmiechów. Serce na pewno by mi stanęło, gdyby nie fakt, że przestało bić już jakiś czas temu. - Nie martw się, najdroższa – powiedział, znów unosząc dłoń i dotykając moich otwartych z przerażenia ust. – Na razie jesteś po prostu trochę silniejsza ode mnie. Zmarszczyłam brwi. O tym też wiedziałam, ale i tak wydało mi się to jeszcze mniej prawdopodobne niż wszystkie inne elementy tej nieprawdopodobnej sceny. Byłam silniejsza niż Edward. Sprawiłam, że jęknął z bólu. Pogłaskał mnie po policzku i zapomniałam o wszystkim, gdy uderzyła mnie kolejna fala podniecenia. Wszystkie targające mną emocje były intensywniejsze niż te, do których byłam przyzwyczajona. Nawet mimo bardzo podzielnej uwagi nie mogłam się na niczym skupić. Każde nowe uczucie z łatwością przejmowało nade mną kontrolę. Przypomniało mi się, jak Edward powiedział kiedyś (głos, który pamiętałam był marnym cieniem tego czystego, melodyjnego dźwięku, jaki słyszałam teraz), że jego gatunek, nasz gatunek łatwo się rozprasza. Teraz wiedziałam, co miał na myśli. Spróbowałam się skoncentrować. Musiałam coś powiedzieć, coś bardzo ważnego. Bardzo ostrożnie, tak, że ruch był ledwie zauważalny, wyjęłam prawą rękę zza pleców i podniosłam dłoń do twarzy Edwarda. Starałam się nie zwracać uwagi na perłową barwę swojej i na jedwabistą gładkość jego skóry, ani na to, że moje palce były jakby naelektryzowane. Wpatrywałam mu się w oczy, gdy usłyszałam własny dźwięczny głos. - Kocham cię. – brzmiałam, jakbym śpiewała, jakby rozdzwoniły się dzwonki. Uśmiech, który otrzymałam w odpowiedzi zawrócił mi w głowie jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Tak naprawdę dopiero teraz byłam w stanie dostrzec całe jego piękno. - Też cię kocham – powiedział. Ujął moją twarz w dłonie i pochylił się nade mną – wystarczająco wolno, żebym przypomniała sobie, że mam być ostrożna. Całował mnie najpierw subtelnie, później coraz mocniej, zachłanniej. Próbowałam nie zapomnieć o delikatności, ale trudno było mi o czymkolwiek pamiętać. Nie byłam nawet w stanie myśleć. Czułam się tak, jakby nigdy przedtem mnie nie całował. Właściwie, to nie mijałam się z prawdą, bo w ten sposób całował mnie po raz pierwszy. Niemalże czułam się winna. To było wbrew naszej umowie. Nie powinnam być teraz tak szczęśliwa. Mimo że nie potrzebowałam tlenu, oddech przyspieszył mi dokładnie tak, jak parę godzin temu, gdy płonęłam, ale tym razem ogień był inny. Ktoś chrząknął. Emmett - rozpoznałam od razu. Był rozbawiony i zirytowany zarazem. Zupełnie wyleciało mi z głowy, że nie byliśmy sami. Chyba nie wypadało tak rzucać się na Edwarda w towarzystwie innych. Błyskawicznie zrobiłam krok do tyłu, zawstydzona. Edward cofnął się razem ze mną, chichocząc i wciąż trzymając mnie w talii. Twarz mu jaśniała, jakby pod roziskrzoną skórą płonął jaskrawy płomień. Wzięłam oddech, żeby się uspokoić. Ten pocałunek tak bardzo różnił się od tych, do których zdążył mnie przyzwyczaić! Próbowałam odczytać coś z jego wyrazu twarzy gdy porównywałam wyblakłe ludzkie wspomnienia do tego, co działo się przed chwilą. Edward wyglądał na niezwykle zadowolonego z siebie. - Do tej pory nie dawałeś z siebie wszystkiego– zarzuciłam śpiewnym głosem, mrużąc oczy. Zaśmiał się. Widać było, że ulżyło mu, że już po wszystkim, że strach, ból, niepewność i oczekiwanie mamy już za sobą. - Wtedy to było konieczne – przypomniał mi – Teraz twoja kolej. Postaraj się mnie nie połamać. – znów zaczął się chichotać. Ściągnęłam brwi, zastanawiając się nad tym, co powiedział, ale już nie tylko Edward się śmiał. Carlisle okrążył Emmetta i w mgnieniu oka stanął przede mną. Jego oczy wyrażały tylko odrobinę ostrożności, ale mimo to Jasper natychmiast podążył za nim, na wszelki wypadek. Twarz Carlisle’a też zobaczyłam właściwie po raz pierwszy. Musiałam powstrzymać się, żeby nie mrugnąć. Miałam wrażenie, że wpatruję się w słońce. - Jak się czujesz, Bello? – zapytał. Zastanowiłam się przez jedną sześćdziesiątą czwartą sekundy. - Trochę mnie to przytłacza. To wszystko... – przerwałam, znowu zaskoczona dźwięcznym tonem swojego głosu. - Tak, możesz być trochę zdezorientowana. Potwierdziłam bez słowa. - Ale czuję się sobą – dodałam. – Nie spodziewałam się, że tak będzie. Edward ścisnął delikatnie moją talię. - Mówiłem, że tak będzie – szepnął mi do ucha. - Jesteś bardzo opanowana – zastanowił się Carlisle – Tego z kolei ja się nie spodziewałem, a przynajmniej nie w takim stopniu. Pomijając nawet, ile czasu miałaś, żeby przygotować się psychicznie. Pomyślałam o zmianach nastroju i trudnościach z koncentracją. - Nie byłabym taka pewna – szepnęłam. Carlisle kiwnął głową z powagą, ale zaraz oczy rozbłysły mu z zainteresowania. - Wygląda no to, że dobrze zrobiliśmy z tą morfiną. Powiedz, pamiętasz coś z przemiany? Nie odpowiedziałam od razu. Czułam na policzku oddech Edwarda. Impulsy wciąż przebiegały mi po ciele. - Wszystko było... bardzo zamglone – powiedziałam w końcu. – Pamiętam, że dziecko się dusiło... To wspomnienie natychmiast wzbudziło mój niepokój. Spojrzałam na Edwarda wystraszona. - Renesmee jest cała i zdrowa – powiedział, a w jego oczach pojawił się nieznany błysk. Jej imię wymówił z niezwykłą gorliwością i czcią. Tak, jak ludzie wypowiadają się o swoich bogach. – A co pamiętasz potem? Starałam się przybrać minę pokerzysty. Nigdy nie byłam dobrym kłamcą. - Nie mogę sobie przypomnieć. Najpierw było bardzo ciemno, a potem... otworzyłam oczy i widziałam wszystko – opowiedziałam, podkreślając ostatnie słowo. Czekałam aż rumieńce mnie zdradzą, ale przypomniałam sobie, że przecież nigdy już się nie zarumienię. Może uda się ochronić Edwarda przed prawdą. Z drugiej strony będę musiała kiedyś powiedzieć Carlisle’owi. W razie, gdyby miał kiedyś znowu tworzyć wampira. To było raczej mało prawdopodobne, tym łatwiej było mi skłamać. - Opowiedz mi dokładnie wszystko, co pamiętasz. – Carlisle nie mógł ukryć podekscytowania, a ja grymasu, który pojawił się na mojej twarzy. Nie chciałam dalej kłamać, bo mogłam w końcu się zdradzić. Poza tym nie chciałam przypominać sobie palącego mnie od środka ognia. W odróżnieniu od ludzkich wspomnień, to wydarzenie pamiętałam aż zbyt dokładnie. - Och, przepraszam, Bello – Carlisle dodał natychmiast. – Pragnienie pewnie bardzo ci dokucza. Ta rozmowa może poczekać. Głód był do zniesienia, zanim o nim wspomniał. Miałam podzielną uwagę, więc jakaś część mózgu stale zajmowała się tłumieniem ognia w gardle niemal odruchowo, tak jak poprzedni umysł dbał o to, żebym oddychała i mrugała. Uwaga Carlisle’a wyniosła ten ogień z powrotem na pierwszy plan. Nagle nie mogłam myśleć o niczym innym, jak o bólu, a im więcej myślałam, tym bardziej bolało. Ręka powędrowała mi do gardła tak, jakbym chciała ugasić płomienie od zewnątrz. Skóra na szyi była dziwna w dotyku. Gładka i delikatna, a jednocześnie twarda jak kamień. Edward opuścił ręce i delikatnie ujął moją dłoń. - Chodźmy na polowanie – zaproponował. Otworzyłam szeroko oczy gdy ból związany z pragnieniem ustąpił miejsca szokowi. Ja? Na polowanie? Z Edwardem? Ale... jak? Nie wiedziałam, co robić. Spojrzał mi w twarz i uśmiechnął się zachęcająco. - To łatwe. Wystarczy robić to, co podpowiada instynkt. Nie martw się. Wszystko ci pokażę. – Gdy nie odpowiedziałam, uniósł brwi i uśmiechnął się łobuzersko. – Zawsze myślałem, że chciałaś popatrzeć, jak poluję. Zaśmiałam się (część mnie wciąż nie mogła wyjść z podziwu dla tego nowego dźwięcznego odgłosu), bo te słowa przypomniały mi nasze rozmowy z czasów, gdy byłam jeszcze człowiekiem. W sekundę przypomniałam sobie swoje pierwsze dni z Edwardem – początek mojego życia – tak, żeby nigdy ich nie zapomnieć. Nie przypuszczałam, że tak trudno będzie je wspominać – to było tak, jakbym próbowała zobaczyć coś przez mętną wodę. Wiedziałam z doświadczenia Rosalie, że jeśli będę dostatecznie często o tym myślała, to będę pamiętać. Nawet teraz, gdy przede mną i Edwardem wieczność stała otworem, nie chciałam zapomnieć nawet jednej chwili, jaką spędziliśmy razem. Musiałam dopilnować, żeby ludzkie wspomnienia trwale zagnieździły się w wampirzej pamięci. - Idziemy? – zapytał Edward. Sięgnął po dłoń, którą wciąż trzymałam na szyi. – Nie chcę, żebyś cierpiała – zamruczał cicho. Wcześniej pewnie nie byłabym nawet w stanie tego usłyszeć. - Czuję się dobrze – zapewniłam, tak, jak to miałam zawsze w zwyczaju. – Najpierw muszę... Tyle tego było. Nie zadałam jeszcze swoich pytań. Miałam na głowie ważniejsze rzeczy niż ból gardła. - Tak? – tym razem odezwał się Carlisle. - Chcę zobaczyć Renesmee. Dziwnie trudno przyszło mi wymówienie jej imienia. Moja córka – te słowa były jeszcze trudniejsze. Wszystko wydawało mi się takie odległe. Próbowałam przypomnieć sobie, co było trzy dni temu i odruchowo wyrwałam ręce z uścisku Edwarda i położyłam je na brzuchu. Był płaski, pusty. Chwyciłam jasny jedwab, którym przykryta była moja skóra i znów wpadłam w panikę, podczas gdy jakaś mniej istotna część mojego umysłu zauważyła, że Alice musiała mnie ubrać, gdy byłam nieprzytomna. Wiedziałam, że nic we mnie nie ma. Pamiętałam krwawą scenę porodu, ale i tak trudno było mi przyjąć to do wiadomości. Wiedziałam, że kochałam dziecko, które nosiłam w sobie. Dziecko, które nie było już częścią mnie mogłam sobie jedynie wyobrażać. Gdy tak się zastanawiałam, zobaczyłam, że Edward i Carlisle wymienili porozumiewawcze spojrzenia. - O co chodzi – zapytałam. - Kochanie – Edward zaczął mnie uspakajać – To chyba nie jest dobry pomysł. Renesmee jest w połowie człowiekiem. Jej serce bije, a w żyłach płynie krew. Dopóki nie będziesz w pełni panowała nad swoim pragnieniem... Nie chcesz chyba narażać jej na niebezpieczeństwo, prawda? Zmarszczyłam brwi. Oczywiście, że nie chcę. Czyli teraz nad sobą nie panowałam? Owszem, byłam zdezorientowana, rozproszona, ale niebezpieczna? Dla niej? Dla mojej córki? Nie byłam pewna, że to nie prawda, więc musiałam być cierpliwa. Nie będzie to łatwe. Bałam się, że zanim ją zobaczę, zniknie jak sen... w dodatku sen jakiejś obcej osoby... - Gdzie ona jest? – wytężyłam słuch i usłyszałam bijące piętro niżej serce. Słyszałam też inne ciche oddechy – jakby osoby na parterze nasłuchiwały uważnie. Było tam też jakieś pulsowanie i warkot, których nie potrafiłam zidentyfikować... Odgłos serca sprawił, że znów poczułam głód, a jad napłynął mi do ust. A więc musiałam nauczyć się polować zanim ją zobaczę. Moje obce dziecko. - Rosalie jest z nią? – spytałam. - Tak – Edward odpowiedział krótko. Widziałam, że coś go martwi. Myślałam, że on i Rose już się pogodzili. Czyżby znowu wyniknął jakiś spór? Zanim zaczęłam zadawać pytania ponownie ujął moje dłonie. - Czekaj – powiedziałam, próbując się skoncentrować. – Co z Jacobem? Z Charliem? Co mnie ominęło? Jak długo byłam... nieprzytomna? Edward chyba nie zauważył, że zawahałam się przy ostatnim słowie. Wymienił za to kolejne spojrzenie z Carlislem. - Coś się stało? – szepnęłam. - Nic się nie stało – odpowiedział Carlisle dziwnym tonem. – Niewiele się zmieniło. Leżałaś nieświadoma tylko dwa dni. To dość krótko. Edward świetnie się spisał. Wstrzyknięcie jadu w serce to był jego pomysł – dość innowacyjny. – przerwał. Uśmiechnął się z dumą do syna, po czym westchnął. – Jacob wciąż tu jest, a Charlie przez cały czas wierzy, że jesteś chora. Myśli, że pojechałaś do Atlanty na badania. Daliśmy mu zły numer do szpitala i jest wściekły. Rozmawiał niedawno z Esme. - Powinnam do niego zadzwonić... – wymamrotałam do siebie i nagle zdałam sobie sprawę z kolejnych trudności. Charlie nie pozna mojego głosu. Nie zdołam go uspokoić i zacznie cos podejrzewać – Chwilę... Powiedziałeś, że Jacob tu jest? Kolejne porozumiewawcze spojrzenie. - Bello – powiedział szybko Edward. – Mamy wiele do omówienia, ale najpierw trzeba zająć się tobą. Pewnie bardzo cierpisz... Kiedy o tym wspomniał, przypomniałam sobie o palącym bólu w gardle. - Ale Jacob... – szepnęłam. - Mamy całą wieczność na wyjaśnienia. – przypomniał mi czułym głosem. Racja. Mogłam chyba poczekać na odpowiedź. Pewnie łatwiej będzie mi jej wysłuchać bez rozpraszającego ognia w przełyku. - Niech będzie – zgodziłam się. - Czekaj, czekaj, czekaj – Alice wbiegła tanecznym krokiem na środek pokoju. Tak, jak wcześniej miało to miejsce z Edwardem i Carlislem, zaskoczyło mnie piękno jej twarzy. – Obiecałeś, że będę przy tym! A co, jeśli natkniecie się po drodze na coś lustrzanego? – zawołała do brata. - Ależ Alice... – Edward próbował się sprzeciwić. - To zajmie tylko sekundę! – zapewniła dziewczyna, po czym wybiegła z pokoju. Edward westchnął zrezygnowany. - O czym ona mówi? – spytałam. Nie doczekałam się odpowiedzi, bo Alice wróciła, niosąc ogromne, bogato zdobione lustro z pokoju Rosalie. Było prawie dwa razy wyższe od niej i kilka razy szersze. Jasper stał tak cicho i spokojnie, że nie zwróciłam na niego uwagi, odkąd poszedł ku mnie za Carlislem. Teraz znów się poruszył, chroniąc Alice. Wpatrywał się we mnie uważnie, bo to ja byłam zagrożeniem. Zdawałam sobie sprawę, że sprawdza też mój nastrój, wiedział więc, jaki szok przeżyłam, patrząc na jego twarz. Dla moich ludzkich oczu blizny pozostałe z wcześniejszego życia z armią nowonarodzonych na południu były niemalże niewidoczne. Tylko przy bardzo jasnym świetle dało się zauważyć ich zarysy. Teraz, gdy wszystko widziałam wyraźnie, blizny Jaspera wydały mi się najbardziej rzucającą się w oczy cechą. Nie mogłam oderwać wzroku od pokiereszowanej szyi i szczęki. Nie mogłam uwierzyć, że nawet wampir byłby w stanie przeżyć tyle prób przegryzienia mu gardła. Instynktownie przyjęłam pozycję obronną. Każdy wampir, widząc Jaspera zareagowałby podobnie. Blizny były jak jaskrawe neony ostrzegające: niebezpieczny. Ile wampirów próbowało go zabić? Setki? Tysiące? Tyle samo, ile zginęło przy tej próbie? Jasper zauważył i wyczuł mój niepokój i uśmiechnął się ponuro. - Edward miał pretensje, że nie postawiłam cię przed lustrem przed ślubem – odezwała się Alice, odwracając moją uwagę od swojego przerażającego ukochanego – Nie chcę, żeby znowu mnie zrugał. - Zrugał? – powtórzył Edward, unosząc brew. - Może przesadzam – odpowiedziała obojętnie i przekręciła lustro w moją stronę. - A nie robisz tego przypadkiem wyłącznie dla własnej satysfakcji? – ciągnął Edward. Alice puściła do niego oko. Nie skupiałam się na ich rozmowie. Przede wszystkim wpatrywałam się w lustro. W pierwszym odruchu widoczna w nim nieznajoma postać wydała mi się niezaprzeczalnie piękna. Równie piękna, co Alice i Esme. Stała nieruchomo, a jej nieskazitelna jasna twarz kontrastowała z ciemnymi, falami włosów. Ciało miała idealne i silne, skórę połyskliwą, jak perła. Po chwili jednak przerażenie wzięło górę. Kim była ta piękność? Nie mogłam znaleźć w niej żadnych swoich cech. No i te oczy. Wiedziałam, że takie będą, ale i tak napawały mnie strachem. Gdy tak patrzyłam i myślałam, posąg tajemniczej bogini w lustrze nawet nie drgnął, nie okazał paniki, jaka we mnie rosła. W końcu jej pełne wargi poruszyły się. - Te oczy... – szepnęłam. Nie byłam w stanie powiedzieć „moje oczy” – jak długo? - Ściemnieją po kilku miesiącach – zapewnił Edward spokojnie. – Zwierzęca krew tłumi ich kolor szybciej niż tradycyjna dieta. Najpierw zrobią się bursztynowe, a potem złote. Moje oczy będą płonąć czerwienią tak długo? - Miesiącach? – powtórzyłam wysokim ze zdenerwowania głosem. Kobieta w lustrze uniosła idealne brwi, przez co widziałam szkarłatne tęczówki jeszcze dokładniej. Jasper podszedł bliżej, zaalarmowany moim nagłym niepokojem. Znał się na młodych wampirach aż za dobrze. Czyżby moje emocje mogły zwiastować jakiś wybuch? Nikt mi nie odpowiedział. Spojrzałam na Edwarda i Alice. Oboje byli skoncentrowani na czym innym – reagowali na zachowanie Jaspera. On słuchał, co je spowodowało, ona sprawdzała, co stanie się za chwilę. Wzięłam kolejny głęboki, zbędny oddech. - Nie, wszystko w porządku – uspokoiłam ich i zerknęłam jeszcze raz w lustro – po prostu... będę musiała się przyzwyczaić. Jasper zmarszczył brwi, przez co dwie blizny nad jego lewym okiem stały się jeszcze wyraźniejsze. - Nie wiem – mruknął Edward. - Jakie pytanie przegapiłam tym razem? – kobieta w lustrze skrzywiła się. Edward uśmiechnął się szeroko. - Jasper zastanawia się, jak ty to robisz – wyjaśnił. - Co robię? - Jak udaje ci się kontrolować emocje – odpowiedział Jasper. – Nigdy nie widziałem, żeby jakiś nowonarodzony to potrafił, żeby powstrzymywał emocje, zanim zdążą wziąć nad nim górę. Zdenerwowałaś się, ale widząc nasze zaniepokojenie, zdusiłaś w sobie to uczucie, zapanowałaś nad sobą. Byłem gotowy ci pomóc, ale nie potrzebowałaś mnie. - To źle? – spytałam. Odruchowo znieruchomiałam, czekając na werdykt. - Nie – odpowiedział, ale nie wyglądał na przekonanego. Edward pogłaskał mnie po ramieniu. - Jesteśmy pod wrażeniem, Bello, ale nie możemy tego pojąć. Nie wiemy też, jak długo będziesz sobie radzić. Zastanowiłam się przez ułamek sekundy. A więc w każdej chwili mogła mi się podwinąć noga? Mogłam stać się potworem? Nie czułam, żeby coś takiego miało nadejść... Ale może tego nie dało się przewidzieć. - Ale co myślisz o tym? – Alice zapytała niecierpliwie, wskazując na lustro. - Sama nie wiem – nie chciałam przyznać, jak bardzo mnie to odbicie przerażało. Patrzyłam na tę piękną kobietę o mrożących krew w żyłach oczach, szukając w niej jakiś znajomych cech. Znalazłam coś w kształcie jej ust: gdyby nie zwracać uwagi na jej oszałamiającą urodę, zauważyłoby się, że jej górna warga było trochę zbyt duża w stosunku do dolnej. Odnalezienie tego podobieństwa do mnie sprzed przemiany przyniosło mi ulgę. Skoro jedna cecha pozostała bez zmian, to może kilka innych także. Podniosłam dłoń, a kobieta w lustrze natychmiast poszła za moim przykładem i także dotknęła swojej twarzy. Jej szkarłatne oczy bacznie mnie obserwowały. Edward westchnął. Odwróciłam się do niego i uniosłam brew. - Zawiedziony? – spytałam beznamiętnym głosem. - Tak – przyznał ze śmiechem. Poczułam, że na twarzy maluje mi się głęboki szok, a zaraz po tym ból. Alice warknęła, a Jasper pochylił się do przodu, czekając, aż stracę kontrolę. Edward nie zwrócił na nich uwagi. Objął mnie i pocałował w policzek. - Miałem nadzieję, że skoro twój umysł jest teraz podobny do mojego, to w końcu usłyszę twoje myśli. – zamruczał. – A tu jak zwykle zachodzę w głowę, zastanawiając się, co się dzieje w twojej. Od razu poczułam się lepiej. - No cóż – powiedziałam, zadowolona, że wciąż nie muszę z nim dzielić myśli – Mój mózg chyba nigdy nie będzie działał poprawnie. Ale przynajmniej jestem teraz ładna. Łatwiej było żartować, gdy otrząsnęłam się z pierwszego szoku. Gdy znów poczułam się sobą. - Bello – Edward zawarczał mi do ucha – zawsze byłaś ładna. Odsunął twarz ode mnie i westchnął. - No już, już – powiedział do kogoś. - Co tym razem? – spytałam. - Lada chwila przyprawisz Jaspera o białą gorączkę. Może odetchnie trochę, jak wybierzesz się na polowanie. Spojrzałam na zmartwioną twarz Jaspera i kiwnęłam głową. Nie chciałam stracić panowania tutaj. Jeżeli już miało mi się to przytrafić, to lepiej, żeby w pobliżu były drzewa, a nie rodzina. - Dobrze, zapolujmy – żołądek ścisnął mi się ze zdenerwowania. Uwolniłam się z uścisku Edwarda, wzięłam go za rękę i odwróciłam się plecami do piękności w lustrze. tłumaczenie: Atrivie 21. Pierwsze polowanie. - Okno? – spytałam, patrząc z drugiego piętra. Właściwie nigdy nie bałam się wysokości, ale mogąc widzieć dokładnie wszystkie szczegóły byłam skłonna zmienić zdanie. Krawędzie skał zdawały się ostrzejsze niż mogłam to sobie wyobrażać. Edward uśmiechnął się. - To najwygodniejsze wyjście. Jeśli się boisz, mogę cię znieść. - Mamy całą wieczność, a ty żałujesz kilku sekund na zejście po schodach? Skrzywił się lekko. - Renesmee i Jacob są na dole... - Och. Oczywiście, byłam teraz potworem. Musiałam się trzymać z daleka od zapachów, które mogłyby wyzwolić moją dziką stronę. Właściwie to od ludzi, których kochałam. Nawet, jeśli jeszcze nigdy ich nie poznałam. - Czy Renesmee jest... bezpieczna... tam z Jacobem? – spytałam szeptem. Wpadło mi do głowy, że to pewnie serce Jacoba słyszałam wcześniej. Nasłuchiwałam jak tylko mogłam, lecz słyszałam tylko jeden puls. – Nie lubi jej zbytnio. Edward w dziwny sposób zacisnął wargi. - Uwierz mi, jest perfekcyjnie bezpieczna. Wiem dokładnie co myśli Jacob. - Oczywiście – wymruczałam patrząc znów w dół. - Masz stracha? – zadrwił. - Trochę. Nie wiem jak… Byłam całkiem pewna, że nasza rodzina stoi z tyłu, patrząc w ciszy. W większości w ciszy. W pewnej chwili Emmett zachichotał zduszonym głosem. Jedna pomyłka i będzie turlał się po podłodze. A wtedy zaczną się dowcipy o najbardziej niezgrabnym wampirze świata... Poza tym, ta sukienka – Alice musiała włożyć coś na mnie w momencie, kiedy byłam zbyt zajęta, żeby zauważyć – i nie była to rzecz, którą założyłabym na siebie, szykując się na skoki, czy polowanie. Obcisła lodowato niebieska sukienka z jedwabiu? Myślała, że gdzie ja idę? Zaplanowali jakieś przyjęcie na potem? - Patrz na mnie – powiedział Edward. A potem, zwyczajnym krokiem, zeskoczył z ramy i upadł. Patrzyłam dokładnie, analizując ruchy jego mięśni w kolanach dla odwrócenia uwagi. Dźwięk jego lądowania był bardzo cichy, jak gdyby oddzielały nas zamknięte drzwi, albo to jedynie książka została gładko położona na blacie stołu. Nie wyglądało to na trudne. Zaciskając zęby dla większej koncentracji, starałam się skopiować jego ruchy w stronę pustego powietrza. Tak! Ziemia zbliżała się do mnie tak wolno, że nie pozostawało mi nic innego jak ustawić stopy – jakie buty na mnie założyła Alice? Szpilki? Kompletnie postradała rozum, ustawienie właściwie butów sprawiło dokładnie tyle problemów co zrobienie jednego kroku na gładkiej powierzchni. Byłam zaabsorbowana tym, żeby uchronić obcasy przed złamaniem. Moje lądowanie było chyba równie ciche jak jego. Uśmiechnęłam się. - Właśnie. Proste. Odpowiedział uśmiechem. - Bella? - Tak? - To było całkiem zgrabne, nawet jak na wampira. Zastanowiłam się przez moment, a potem rozpromieniłam. Gdyby tylko tak mówił, Emmett by się zaśmiał. Jeżeli nie okazywał śladu rozbawienia, to musiała być prawda. To był pierwszy raz w życiu, kiedy ktokolwiek powiedział, że zrobiłam coś zgrabnie... cóż, powiedzmy, że w egzystencji. - Dziękuję – odpowiedziałam. Wtedy zdjęłam srebrne, satynowe buty i wrzuciłam oba przez okno z powrotem do pokoju. Było to być może trochę zbyt mocno, ale słyszałam, że ktoś je złapał zanim wbiły się w ścianę. Alice zaczęła marudzić. - Jej gust w kwestii ubrań nie poprawił się tak jak równowaga. Edward ujął mnie za rękę – nadal nie potrafiłam przyzwyczaić się do gładkości i przyjemnej temperatury jego skóry – i poprowadził przez podwórko aż na skraj rzeki. Podążyłam za nim bez wysiłku. Wszystko wyglądało na bardzo proste. - Będziemy pływać? – spytałam, kiedy zatrzymaliśmy się nad brzegiem rzeki. - Żeby zrujnować twoją śliczną sukienkę? Nie. Będziemy skakać. Zacisnęłam wargi, zastanawiając się. Rzeka była w tym miejscu szeroka na pięćdziesiąt jardów. - Ty pierwszy – powiedziałam. Pogładził mnie po policzku, odsunął się dwa kroki w tył i rzucił biegiem, wyskakując dokładnie nad powierzchnią wody. Przestudiowałam dokładnie moment, kiedy przemknął nad rzeką, robiąc pod koniec salto i znikając gdzieś w lesie po drugiej stronie. - Przedstawienie skończone – mruknęłam, słysząc jego niewidzialny śmiech. Cofnęłam się na pięć kroków, na wszelki wypadek. Nagle, znów się zmartwiłam. Nie tyle o upadek, czy rany, ale o uszkodzenie lasu. Zaczęłam powoli, ale nawet teraz mogłam poczuć siłę, okrutną, straszliwą siłę, drzemiącą w moich kończynach. Nagle byłam pewna, że potrafiłabym wykopać pod rzeką tunel, wydrzeć, lub wygryźć sobie drogę siłą, nawet nie zrobiłoby to na mnie wielkiego wrażenia. Wszystko dookoła mnie, drzewa, krzewy, skały... nawet dom, wszystko nagle zdało się przerażająco kruche. Mając nadzieję, że Esme nie jest specjalnie przywiązana do drzew znad rzeki, zaczęłam mój pierwszy skok. I zatrzymałam się, czując ubranie rozrywające się na udzie. Alice! Cóż, Alice zawsze zdawała się traktować ubrania, jakby nadawały się do założenia jedynie raz, więc pewnie nie będzie za to zła. Wzięłam ostrożny oddech, starając się opanować siłę drzemiącą w palcach i postępować jak najdelikatniej, rozdarłam sukienkę aż do końca uda. Później odwróciłam się i z drugiej strony zrobiłam dokładnie to samo. Dużo lepiej. Mogłam usłyszeć zduszony śmiech z domu, podobnie jak odgłos kogoś zgrzytającego zębami. Śmiech dochodził z piętra i parteru, i bardzo łatwo mogłam wychwycić inny, ostrzejszy, gardłowy śmiech z dołu. A więc Jacob też się przyglądał? Mogłam tylko zgadywać co teraz myślał, co w ogóle jeszcze tu robił. To przeczyło naszemu porozumieniu, że kiedyś mi przebaczy, jeśli tylko w pewnym momencie w dalekiej przyszłości, gdy będę bardziej pewna, znów będę mogła zniknąć z jego serca. Nie odwróciłam się, żeby popatrzeć na niego teraz, uważając na zmiany swojego nastroju. Nie byłoby mądre poddawać się silniejszym emocjom, które wyprowadziłyby z równowagi także Jaspera. Musiałam zapolować, zanim miałam zająć się wszystkim innym. Musiałam zapomnieć o wszystkim innym, żeby się skoncentrować - Bella? – zawołał Edward spomiędzy drzew, jego głos był bliższy. – Chcesz zobaczyć jeszcze raz? Oczywiście pamiętałam dokładnie każdy szczegół, poza tym nie chciałam dawać Emmettowi więcej satysfakcji z mojej nauki niż to było możliwe. Na rozum – to musi być instynktowne. Wzięłam więc głęboki oddech i ruszyłam biegiem w stronę rzeki. Nieograniczona ubraniem, nie zatrzymałam się na skraju rzeki. To było całkiem proste, ustawić prawą stopę w stronę ziemi i odbić się, wyrzucając ciało w powietrze. Więcej uwagi zwracałam na zmniejszenie siły, by użyć jej jedynie tyle ile potrzeba, ale też, żeby się nie zmoczyć. Szerokość pięćdziesięciu jardów była zbyt mała jak dla mnie... To było dziwne, przyprawiające o zawrót głowy, elektryzujące, lecz krótkie. Zanim minęła sekunda, byłam na drugim brzegu. Spodziewałam się, że ustawione blisko siebie drzewa będą problemem, ale były zaskakująco pomocne. To był prosty dowód na to, że spadłam na ziemię w samym środku lasu, ześlizgując się łagodnie po gałęziach, lekko ugięłam kolana i wylądowałam na palcach, na jednej z nich. Wciąż byłam blisko piętnaście stóp nad ziemią, w koronie świerku. To było cudowne. Ponad dźwiękiem swojego melodyjnego śmiechu, mogłam usłyszeć Edwarda, biegnącego mnie znaleźć. Mój skok był prawie dwukrotnie dłuższy niż jego. Kiedy znalazł moje drzewo, rozszerzył oczy ze zdziwienia. Zeskoczyłam zręcznie z gałęzi, lądując obok niego na piętach. - Ładnie wyszło? – spytałam zaskoczona jego zachowaniem. - Bardzo ładnie. – Uśmiechnął się z aprobatą, ale jego zwykły ton nie mógł ukryć zdziwienia w oczach. - Możemy jeszcze raz? - Skup się Bello, jesteśmy na polowaniu. - A, tak – zgodziłam się. – Polowanie. - Dogoń mnie... jeśli potrafisz. – Zachichotał i ruszył biegiem. Był szybszy niż ja. Nie mogłam sobie wyobrazić w jaki sposób poruszał nogami aż tak szybko, ale to było poza mną. Jakby nie było, byłam silniejsza i na każdy mój krok przypadały trzy jego. Więc leciałam razem z nim, u jego boku, nie do końca prowadząc. Biegnąc nie mogłam powstrzymać cichego śmiechu, który jednak nie spowalniał mnie, ani nie dekoncentrował. W końcu zrozumiałam dlaczego Edward nigdy nie uderzył w drzewo biegnąc, a było to pytanie, które zawsze mnie zastanawiało. To wszystko było jedynie na podstawie przeczuć, równowaga pomiędzy szybkością i przejrzystością. Gdy schylając się przeskakiwałam i podążałam przez gęsty las, podejrzewałam, że wszystko dokoła powinno zamienić się w jedną, wielką plamę zieleni, ale tak nie było. Nadal mogłam dostrzec w szczegółach najmniejszy listek na mijanym drzewie. Podmuch szybkości bawił się moimi włosami, sukienka powiewała za mną i chociaż wiedziałam, że tak nie powinno być, poczułam ciepło na swojej skórze. Tak samo jak ściółka leśna, która dla mojej skóry wydawała się gładka jak jedwab. Las był bardziej żywy niż kiedykolwiek przypuszczałam, małe zwierzątka, których istnienia nawet nie podejrzewałam, chowały się w liściach dookoła. Wszystko cichło, gdy przechodziliśmy, oddechy przyspieszały w przerażeniu. Wyglądało na to, że zwierzęta są bardziej wyczulone na nasz zapach niż ludzie. Właściwie to reagowały odwrotnie do mnie. Wciąż ostrożnie oddychałam, ale oddech przychodził z łatwością. Czekałam na ogień rodzący się w mięśniach, ale moja siła zdawała się jedynie rosnąć. Wyciągałam nogi i wkrótce to on musiał się pilnować, żeby za mną nadążyć. Zaśmiałam się znowu, tryumfalnie, gdy usłyszałam, że został z tyłu. Moje nagie stopy dotykały ziemi tak rzadko, że czułam się bardziej jakbym leciała, niż biegła. - Bella – zawołał nieśpiesznie. Nie usłyszałam nic więcej, zatrzymał się. Chciałam się zbuntować. Ale, z westchnieniem, zawróciłam i podbiegłam lekko do jego boku, kilka jardów w tył. Spojrzałam na niego z wyczekiwaniem. Uśmiechał się, unosząc brwi. Był tak piękny, że mogłabym jedynie patrzeć. - Chcesz zostać w kraju? – spytał, rozbawiony. – Czy dobiec do Kanady tego popołudnia? - Może być – zgodziłam się, koncentrując bardziej nie na tym, co mówił, ale na sposobie w jaki poruszały się jego wargi. Trudno było nie wypaść z równowagi, gdy wszystko zdawało się takie świeże w moich nowych, mocniejszych oczach. – Na co będziemy polować? - Łosia. Pomyślałem, że najlepsze będzie coś łatwiejszego na pierwszy raz… - Pokręcił głową, widząc, że mrużę oczy na słowo ,,łatwy”. Ale nie chciałam się kłócić, byłam na to zbyt spragniona. Jak tylko pomyślałam o suchym ogniu w gardle, stało się to jedyną rzeczą, na której potrafiłam skupić uwagę. Było coraz gorzej. Moje usta były spierzchnięte jak po przebywaniu w pełnym czerwcowym słońcu w Dolinie Śmierci.* - Gdzie? – spytałam, rozglądając się wśród drzew niecierpliwie. Teraz, kiedy zwróciłam uwagę na głód, wyparł on wszystko inne z mojej głowy, sprawiając, że zniknęły wszystkie myśli o tym, jak by to było, gdybym podbiegła do Edwarda, dotknęła ustami jego ust... tylko głód. Nie mogłam od niego uciec. * Dolina Śmierci (w org. Death Valley) – najsuchsza, najcieplejsza i największa dolina w USA. Zarejestrowano tam drugą największą temperaturę na świecie. W czerwcu sięga ona około 42 °C. (przyp. tłum.) - Poczekaj chwilę – powiedział, opierając dłonie na moich ramionach. Natarczywość pragnienia zmalała pod jego dotykiem. - Teraz zamknij oczy – wyszeptał. Kiedy posłusznie spełniłam polecenie, uniósł dłoń, dotykając mojego policzka. Poczułam jak mój oddech przyśpiesza, znów staje się krótki, w oczekiwaniu na rumieniec, który nigdy się nie pojawił. - Słuchaj – poinstruował Edward. – Co słyszysz? Wszystko – tak chciałam odpowiedzieć, jego cudowny głos, oddech, wargi, uderzające o siebie, kiedy mówił, szept ptaków, czyszczących skrzydła, ich bicie serc, liście ocierające się o siebie, cichutkie odgłosy mrówek, zdążających jedna za drogą do pobliskiego drzewa. Ale wiedziałam, że ma na myśli coś innego od cichych odgłosów życia, które mnie otaczały. Dookoła nas była otwarta przestrzeń, wiatr przeczesywał trawę w odmienny sposób, słychać było cichy chrzęst kamieni w przełęczy. A tam, w pobliżu zapachu wody, usłyszałam mlaskanie języków, głośne bębnienie serc, pompujących strumienie krwi. Poczułam, że pragnienie zatyka mi gardło. - Przełęczą na północny wschód? - Tak – powiedział aprobującym głosem.- Teraz... poczekaj na kolejny podmuch i... co czujesz? W większości jego – jego dziwny miodowo-liliowo-słoneczny zapach. Ale także próchniejącą ziemię i mech, zapach wiecznie zielonych roślin, ciepłą, niemal orzechową woń gryzoni, kryjących się w drzewach.. A potem, szukając znów, znalazłam czysty zapach wody, który zaskakująco nieco uspokoił pragnienie. Skupiłam się na tym, co kryło się za wodą i znalazłam woń, którą wcześniej przeoczyłam, skupiając się na biciu serc. Inne ciepło, zapach, bogaty i pociągający, mocniejszy niż inne. Nagle straciłam go. Zmarszczyłam nos. Zachichotał. - Tak, trochę czasu zajmuje, żeby się tego nauczyć. - Trzy? – spróbowałam zgadnąć. - Pięć. Są jeszcze dwa inne, ukryte dalej. - I co teraz mam zrobić? Jego głos brzmiał, jakby się uśmiechał. - A jak myślisz, co powinnaś zrobić? Pomyślałam o tym, trzymając nadal zamknięte oczy, wsłuchując się i węsząc zapach. Kolejny atak pragnienia wybuchnął w mojej świadomości i nagle ciepło, tamten zapach, już nie były takie niepożądane. W końcu to było coś ciepłego i mokrego w moich ustach. Otworzyłam oczy. - Nie myśl o tym – zaproponował, zabierając dłoń z mojej twarzy i odsuwając się krok w tył. - Po prostu idź za instynktem. Pozwoliłam sobie podążyć za wonią, uważnie wyglądając miejsca, w którym polana kończyła się ostro, skąd dochodził zapach. Moje ciało podążało za nim automatycznie w stronę skraju lasu. Z przodu mogłam zobaczyć wielkiego samca, z dużym, ostro zakończonym porożem na głowie i cztery inne zwierzęta, pokryte plamami światła. Skoncentrowałam się na zapachu samca, plamie gorąca, pulsującej na jego karku najcieplej. Tylko trzydzieści jardów, taka odległość nas dzieliła, dwa lub trzy skoki. Przygotowywałam się do pierwszego. Ale gdy moje mięśnie zamarły w napięciu, wiatr się wzmocnił, zmieniając kierunek na południowy. Nie przestałam myśleć przedzierając się przez drzewa ścieżką prostopadłą do tej, którą miałam podążać wcześniej. Wystraszyłam jelenia gnając za nowym zapachem tak pociągającym, że nie miałam wyboru. To była konieczność. Woń zawładnęła mną całkowicie. Tropiłam ją zdesperowana, świadoma jedynie pragnienia i zapachu, który był obietnicą ukojenia. Pragnienie pogorszyło się, było teraz tak bolesne, że mieszało resztę moich myśli i zaczęło przypominać ogień jadu w moich żyłach. Istniała jedna rzecz, która miała jakiekolwiek szanse przełamać moją szaleńczą koncentrację, instynkt potężniejszy, bardziej pierwotny, niż potrzeba ugaszenia ognia – był to odruch obrony przed niebezpieczeństwem. Instynkt samozachowawczy. Nagle wyostrzyłam czujność – ktoś mnie śledził. Pociąg nieodpartego zapachu walczył z impulsem by odwrócić się i chronić mojej zdobyczy. Pomruk budował się w mojej piersi, wargi samoistnie ściągnęły się by wyeksponować zęby. Moje stopy zwolniły, potrzeba ochrony pleców ścierała się z pożądaniem zaspokojenia pragnienia. Wtedy usłyszałam jak zbliża się mój prześladowca i obrona wzięła górę. Kiedy się obracałam, rosnący dźwięk wydobył się z mojego gardła, a potem wyrwał na zewnątrz. Pechowe warknięcie pochodzące z moich własnych ust było tak niespodziewane, że na chwilę mnie otrzeźwiło. Zaniepokoiło mnie i oczyściło moje myśli na krótką chwilę – stworzona przez pragnienie mgła odeszła, jednak teraz wybuchło ono żywym ogniem. Wiatr zmienił kierunek, przynosząc woń mokrej ziemi i nadchodzącego deszczu, uwalniając mnie z gorejącego uścisku innego zapachu – zapachu tak rozkosznego, że mógł pochodzić jedynie od człowieka. Edward zawahał się kilka stóp dalej wznosząc ręce, jakby chciał mnie objąć – lub powstrzymać. Jego twarz była skupiona i czujna, kiedy zamarłam przerażona. Zdałam sobie sprawę, że miałam zamiar go zaatakować. Silnym szarpnięciem wyprostowałam się z mojej postawy obronnej. Wstrzymałam oddech ponownie się skupiając, obawiając się potęgi zapachu nadchodzącego z południa. Zobaczył rozsądek powracający na moją twarz i postąpił krok w moją stronę opuszczając ręce. - Muszę się stąd wydostać – wykrztusiłam przez zęby zużywając całe powietrze, które miałam. Zdumienie przemknęło po jego twarzy. - Możesz odejść? Nie miałam czasu by zapytać go, co miał na myśli. Wiedziałam, że umiejętność trzeźwego myślenia będzie trwała tak długo, jak długo będę w stanie powstrzymać się od myślenia o… Znów zerwałam się do biegu, sprintem, najszybciej jak mogłam, całkowicie koncentrując się na niemiłym uczuciu braku jakichkolwiek doznań, co wydawało się być jedyną reakcją mojego ciała na brak tlenu. Moim jedynym celem było biec wystarczająco daleko, żeby zupełnie zostawić za sobą zapach. Niemożliwy do odnalezienia, nawet, jeśli zmieniłabym zdanie… Po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że ktoś za mną podąża, ale tym razem byłam świadoma. Walczyłam z instynktem był zrobić wdech – by użyć zapachów w powietrzu by upewnić się, że to Edward. Nie musiałam długo walczyć; mimo, że biegłam szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, pędząc jak kometa najprostszą ścieżką, jaką mogłam znaleźć między drzewami; Edward zrównał się ze mną po krótkiej chwili. Nawiedziła mnie nowa myśl i zamarłam ze stopami przyrośniętymi do podłoża. Byłam pewna, że znajdowałam się już w bezpiecznym miejscu, ale wstrzymywałam oddech tak na wszelki wypadek. Edward wystrzelił obok mnie zaskoczony, że nagle zastygłam w bezruchu. Zawrócił i w tej samej sekundzie był u mego boku. Położył dłonie na moich ramionach i wpatrywał się w moje oczy, zdumienie było ciągle dominującym uczuciem na jego twarzy. - Jak to zrobiłaś? – zapytał niecierpliwie. - Pozwoliłeś mi wcześniej wygrać, prawda? – odpowiedziałam, ignorując jego pytanie. A myślałam, że tak dobrze mi poszło! Kiedy otworzyłam usta posmakowałam powietrza – było teraz czyste, bez śladu fascynującego zapachu torturującego moje pragnienie. Wzięłam ostrożny wdech. Wzruszył ramionami, a potem potrząsnął głową, nie pozwalając mi zmienić tematu. - Bello, jak ty to zrobiłaś? - Jak uciekłam? Wstrzymałam oddech. - Ale jak przerwałaś tropienie? - Kiedy zbliżyłeś się do mnie… Przepraszam za to co się stało. - Dlaczego mnie przepraszasz? To ja byłem okropnie lekkomyślny. Założyłem, że nikt nie znajdzie się tak daleko od szlaku, ale powinienem wcześniej sprawdzić. Taki głupi błąd! Nie masz za co przepraszać. - Ale warknęłam na ciebie! - Ciągle przerażało mnie, że byłam fizycznie zdolna do takiego bluźnierstwa. - Oczywiście, że to zrobiłaś. To całkiem naturalne. Ale nie mogę zrozumieć, jak udało ci się uciec. - Co innego mogłam zrobić? – spytałam. Jego postawa zmieszała mnie – jak to się według niego miało skończyć? – To mógł być ktoś, kogo znałam! Zaskoczył mnie, nagle wybuchając głośnym śmiechem, odrzucając głowę do tyłu. Dźwięk odbił się od drzew. - Dlaczego się ze mnie śmiejesz? Przestał w tym samym momencie i zauważyłam, że znów jest czujny. Panuj nad tym, pomyślałam do siebie. Musiałam kontrolować mój temperament. Zupełnie jakbym była młodym wilkołakiem, a nie wampirem. - Nie śmieję się z ciebie, Bello. Śmieję się, bo jestem w szoku. A jestem w szoku, bo jesteś zdumiewająca. - Dlaczego? - Nie powinnaś być w stanie zrobić żadnej z tych rzeczy. Nie powinnaś być taka.... taka rozsądna. Nie powinnaś być w stanie stać tu i dyskutować ze mną tak chłodno i spokojnie. I najbardziej z tych wszystkich rzeczy, nie powinnaś być zdolna przerwać w trakcie polowania wyczuwając w powietrzu ludzki zapach. Nawet dojrzałe wampiry mają z tym problem – zawsze bardzo ostrożnie wybieramy miejsce polowania, żeby nie sprowadzić się na ścieżkę pożądania. Bello, zachowujesz się, jakbyś miała za sobą dekady, nie dni wampirzego życia. - Och – Ale wiedziałam, że będzie ciężko. To dlatego byłam tak czujna. Spodziewałam się, że będzie trudno. Położył znów dłonie na mojej twarzy, a jego oczy były pełne zdumienia. - Czego bym nie oddał, by móc wejrzeć w twoje myśli na tę jedną chwilę. Tak potężne emocje. Byłam przygotowana na pragnienie, ale nie na to. Wiedziałam, że nie będzie tak samo, kiedy mnie dotknie. Było inaczej. To było silniejsze. Wyciągnęłam rękę i podążałam nią za rysami jego twarzy; moje palce zatrzymały się na jego ustach. - Myślałam, że nie poczuję się tak przez długi czas? – Moja niepewność zamieniła słowa w pytanie. – Ale ciągle cię pragnę. Mrugnął zdumiony - Jak możesz w ogóle się na tym skupić? Nie jesteś nieznośnie spragniona? Oczywiście, że teraz byłam, teraz, kiedy znów mi o tym przypomniał! Spróbowałam przełknąć, następnie westchnęłam zamykając oczy tak jak wcześniej, by móc się skoncentrować. Pozwoliłam, by moje zmysły krążyły swobodnie, tym razem byłam spięta, w razie ponownego gwałtownego ataku rozkosznej zakazanej woni. Edward opuścił ręce nawet nie oddychając, kiedy wsłuchiwałam się głębiej i głębiej w sieć zielonego życia, szukając wśród zapachów i dźwięków czegoś, co nie byłoby zupełnie odrażające dla mojego pragnienia. Był tam ślad czegoś innego, jakiś słaby trop prowadzący na wschód… Gwałtownie otworzyłam oczy wciąż skupiając wyostrzone zmysły, odwróciłam się i cicho pognałam na wschód. Ziemia od razu gwałtownie rozbryznęła się pod moimi stopami, biegłam w łowieckiej postawie blisko ziemi. Raczej to czułam, niż słyszałam. Edward był ze mną, cicho unosząc się wśród drzew, pozwalając mi prowadzić. Roślinność przerzedzała się, kiedy wspinaliśmy się wyżej; zapach smoły i żywicy stał się silniejszy, tak jak trop, którym podążałam – był to ciepły zapach, ostrzejszy i bardziej pociągający niż woń jelenia. Po kilku sekundach mogłam usłyszeć stłumione stąpanie ogromnych stóp, dużo subtelniejsze niż stukot kopyt. Dźwięk unosił się w górze – raczej w koronach drzew niż na ziemi. Bez zastanowienia przedarłam się przez gałęzie osiągając strategiczną pozycję w połowie wysokości imponującej srebrnej jodły. Miękkie uderzenia łap nadal ukradkowo rozlegały się, z tym, że teraz pode mną; głęboka woń była teraz bardzo blisko. Moje oczy zlokalizowały ruch połączony z odgłosem i zobaczyłam żółtobrązową skórę wspaniałego kota prześlizgującego się wzdłuż szerokiej gałęzi świerku w dole i na lewo ode mnie. Był duży – przynajmniej cztery razy cięższy niż ja. Jego oczy były skupione pod nim, na ziemi; kot też polował. Złapałam woń czegoś mniejszego, mdłego w porównaniu do aromatu mojej ofiary, kulącego się ze strachu w zaroślach poniżej drzew. Ogon lwa drgnął spazmatycznie, kot przygotował się do skoku. Odbiłam się delikatnie i poszybowałam przez powietrze lądując na gałęzi. Poczuł drżenie drzewa i odwrócił się, rycząc z zaskoczeniem i buntem. Przeciął pazurami przestrzeń między nami z oczami jaśniejącymi furią. Nieprzytomna z pragnienia, zignorowałam jego obnażone kły i zakrzywione pazury i rzuciłam się na niego przygważdżając nas do leśnego podłoża. Nie wiem, czy można było nazwać to walką. Jego wierzgające łapy mogły równie dobrze być pieszczącymi palcami, biorąc pod uwagę wpływ, jaki miały na moją skórę. Jego zęby nie mogły przebić się przez moje ramię czy gardło. Jego ciężar był niczym. Moje zęby niezawodnie zlokalizowały jego gardło, a jego instynktowny opór był żałośnie słaby w starciu z moją siłą. Moje szczęki zacisnęły się dokładnie w punkcie, gdzie koncentrował się ciepły strumień. Wymagało to tyle samo wysiłku, co wgryzanie się w masło. Moje zęby były niczym stalowe brzytwy; przecięły futro, tłuszcz i mięśnie, jakby ich tam nie było. Nie smakowało to dobrze, ale krew była gorąca i mokra, i ukoiła dokuczliwe, swędzące pragnienie, kiedy piłam w pożądliwym pośpiechu. Walka kota stawała się coraz słabsza, a jego wrzaski krztusiły się z bulgotem. Ciepło krwi rozlało się po całym moim ciele, ogrzewając nawet opuszki i palce u stóp. Lew znieruchomiał zanim skończyłam. Kiedy już prawie wypiłam całą jego krew pragnienie znów zapłonęło, ale odepchnęłam padlinę od siebie z obrzydzeniem. Jak mogłam po tym wszystkim wciąż być spragniona? Szarpnęłam się i wyprostowałam jednym krótkim ruchem. Stojąc uświadomiłam sobie, że wyglądam strasznie. Obróciłam głowę do tyłu i próbowałam poprawić sukienkę. Pazury, które były tak bezsilne wobec mojej skóry osiągnęły więcej, jeśli chodzi o cieniutką satynę. - Hmm – powiedział Edward. Podniosłam wzrok, żeby zobaczyć Edwarda pochylającego się swobodnie nad pniem drzewa, przypatrującego się mi troskliwym wzrokiem. - Podejrzewam, że mogłam zrobić to lepiej. – Pokrywał mnie brud, miałam splątane włosy, moja sukienka była poplamiona krwią i wisiała w strzępach. Edward nie wracał do domu z wypraw łowieckich w takim stanie. - Zrobiłaś to doskonale – zapewnił mnie. – Po prostu… nie powinno być mi tak trudno na to patrzeć. Zmieszana uniosłam brwi. - To wbrew naturze – wyjaśnił – pozwalać ci siłować się z lwem. Cały czas miałem napady lękowe. - Głuptas z ciebie. - Wiem. Ciężko pozbyć się dawnych nawyków. W każdym razie, podobają mi się ulepszenia twojej sukienki. Jeśli mogłabym cię zaczerwienić, zrobiłabym to. Zmieniłam temat. - Dlaczego ciągle czuję pragnienie? - Bo jesteś młoda. Westchnęłam. - I podejrzewam, że w pobliżu nie ma innych górskich lwów? - Jest trochę jeleni. Zrobiłam minę. - Nie pachną przyjemnie. - Roślinożercy. Mięsożercy pachną bardziej jak ludzie. – wyjaśnił. - Nie dokładnie jak ludzie. – nie zgodziłam się, starając się zapomnieć. - Możemy zawrócić. – powiedział uroczyście, ale w jego oczach pojawił się złośliwy błysk.- Ktokolwiek to był, jeśli był mężczyzną nie przejąłby się śmiercią, gdybyś to ty ją przyniosła. Ponownie omiótł wzrokiem resztki mojej sukienki. – Właściwie to kiedy cię zobaczą, pomyślą, że już nie żyją i są w niebie. Wywróciłam oczami i parsknęłam. - Chodźmy zapolować na śmierdzących roślinożerców. Biegnąc w stronę domu znaleźliśmy ogromne stado mulaków*. Teraz, kiedy już wiedziałam jak to robić, mógł polować ze mną. Powaliłam wielkiego jelenia, robiąc prawie tyle samo zamieszania co z lwem. Skończył z dwoma, zanim ja uporałam się z jednym i nie zmierzwił sobie nawet włosów, nie zrobił ani jednej plamki na koszuli. Goniliśmy rozproszone i przerażone stado, lecz zamiast znów się posilać, obserwowałam uważnie, jak udaje mu się polować tak zgrabnie. Za każdym razem, życząc sobie, żeby Edward nie musiał mnie opuszczać udając się na polowanie, w sekrecie czułam delikatną ulgę. Ponieważ byłam pewna, że patrzenie na to byłoby straszne. Przerażające. Że patrzenie na niego kiedy poluje w końcu sprawi, że zacznie wyglądać dla mnie jak wampir. * Mulak (Odocoileus hemionus) – gatunek jelenia. (przyp. tłum.) Oczywiście z tej perspektywy było to zupełnie coś innego, teraz, kiedy sama byłam już wampirem. Ale miałam wątpliwości, czy nawet moje ludzkie oczy nie dostrzegłyby w tym piękna. Obserwowanie Edwarda polującego było zaskakująco zmysłowym doświadczeniem. Jego łagodny skok był niż niczym atak węża; jego dłonie były tak pewne, tak silne, tak całkowicie niezawodne; jego pełne usta wyglądały doskonale kiedy wdzięcznie rozdzielały się na błyszczących zębach. Był wspaniały. Poczułam nagły przypływ dumy i pożądania. Był mój. Nic nigdy go ode mnie nie oddzieli. Byłam zbyt silna by dać się oderwać od jego boku. A on był bardzo szybki. Odwrócił się do mnie i wpatrywał z zainteresowaniem jak rozkoszuję się jego widokiem. - Już nie jesteś spragniona? – zapytał. Wzruszyłam ramionami. - Rozpraszasz mnie. Jesteś w tym dużo lepszy niż ja. - Stulecia praktyki – Uśmiechnął się. Uroczy, miodowo złoty odcień jego oczu wprawiał mnie w zakłopotanie. - Tylko jedno – poprawiłam go. Zaśmiał się. - Skończyłaś na dzisiaj? Czy chcesz kontynuować? - Myślę, że skończyłam. – Byłam pełna, chyba nawet za bardzo. Nie wiedziałam ile jeszcze płynu pomieściłoby moje ciało, ale płomień w moim gardle był tylko stłumiony. Jak już mówiłam, wiedziałam, że pragnienie było nieuchronną częścią tego życia. I było warto. Czułam, że mogę się kontrolować. Może moje poczucie bezpieczeństwa było fałszywe, ale w końcu nikogo dziś nie zabiłam. Jeśli mogłam wytrzymać z obcymi ludźmi, to czy będę w stanie znieść wilkołaki i pół wampirze dziecko, których kochałam? - Chcę zobaczyć Renesmee. – powiedziałam. Teraz, kiedy moje pragnienie zostało okiełznane, a chyba nigdy nie uda mi się całkowicie go zaspokoić, ciężko było mi zapomnieć o wcześniejszych zmartwieniach. Próbowałam pogodzić obcą osobę, którą była moja córka, z istotą, którą kochałam trzy dni temu. Tak dziwnie i źle się czułam nie nosząc jej już w sobie. Byłam pusta, czułam się nieprzyjemnie. Wyciągnął do mnie dłoń. Ujęłam ją, a jego skóra wydawała się cieplejsza niż przedtem. Jego policzki były delikatnie zarumienione, cienie spod oczu zniknęły. Nie mogłam powstrzymać się by ponownie nie pogłaskać jego twarzy. I jeszcze raz. Prawie zapomniałam, że czekam na reakcję na moją prośbę patrząc w te lśniące złociste oczy. Było prawie tak samo ciężko, jak odwrócić się od zapachu ludzkiej krwi, ale stanowczo trzymałam się potrzeby ostrożności, kiedy wspięłam się na palce i zacisnęłam ramiona wokół niego. Delikatnie. Jego ruchy nie były już tak niepewne; jego ręce zacisnęły się wokół mojej talii i przycisnęły ciasno do jego ciała. Jego usta natarły na moje, ale teraz wydawały się miękkie. Moje usta już nie dostosowywały kształtu do jego warg; radziły sobie same. Tak jak wcześniej, czułam jakby dotyk jego skóry, ust, dłoni tonął w mojej gładkiej, twardej skórze i moich nowych kościach. Przenikał do wnętrza mojego ciała. Nie wyobrażałam sobie, że można kochać go bardziej niż wcześniej. Mój stary mózg nie był w stanie przechować aż tyle miłości. Moje stare serce nie było silne na tyle, by ją znieść. Może to była część mnie, którą ze sobą przyniosłam by nasiliła się w tym nowym życiu. Jak współczucie Carlisle’a czy poświęcenie Esme. Prawdopodobnie nigdy nie będę w stanie robić niczego interesującego czy wyjątkowego jak Edward, Alice i Jasper. Może po prostu będę kochała Edwarda mocniej niż ktokolwiek w historii świata kochał kogoś innego. Mogłam z tym żyć. Pamiętałam pewne fragmenty – wplatanie palców w jego włosy, kreślenie kształtów na jego piersi – ale inne aspekty pozostały nowe. On był nowy. Było to zupełnie inne doświadczenie – Edward całujący mnie bez lęku, z pełną mocą. Zareagowałam na to nasilenie i nagle zaczęliśmy spadać. - Ups – powiedziałam, a on śmiał się pode mną. – Nie chciałam tak cię atakować. W porządku? Pogłaskał mnie po twarzy. - Odrobinę lepiej niż w porządku. - I wtedy przez jego twarz przemknął cień zakłopotania. - Renesmee? – zapytał niepewnie, próbując ustalić czego w tej chwili chcę najbardziej. Bardzo trudne pytanie - chciałam tylu rzeczy na raz. Mogę powiedzieć, że nie był przeciwko podróży powrotnej, a mi trudno było myśleć o czymś więcej niż jego skórze na mojej – naprawdę nie pozostało tak wiele z tej sukienki. Ale moje wspomnienia Renesmee, przed i po porodzie stawały się bardziej i bardziej nierealne. Bardziej nieprawdopodobne. Wszystkie wspomnienia, jakie miałam, były ludzkimi wspomnieniami; przylgnęła do nich aura iluzji. Nic, czego nie widziałam tymi oczami, nie dotykałam tymi dłońmi nie zdawało mi się prawdziwe. Z każdą minutą ta mała obca osóbka stawała się coraz mniej prawdziwa. - Renesmee – zgodziłam się smutno i podniosłam się, ciągnąc go za sobą. tłumaczenie: Lir & Ladybug 22. Obiecał Rozmyślania o Renesmee sprowadziły ją do tego pierwszoplanowego miejsca w moim dziwnym, nowym i przestronnym, ale także roztargnionym umyśle. Tyle pytań. - Opowiedz mi o niej – nalegałam, kiedy ujął moją dłoń. Ledwie nas to spowolniło. - Jest jak nic innego na świecie – powiedział mi, a dźwięk niemalże pobożnej czci znów dał się usłyszeć w jego głosie. Poczułam ostre ukłucie zazdrości o tę nieznajomą istotę. On ją znał, a ja nie. To nie fair. - Jak bardzo przypomina ciebie? A jak bardzo mnie? W każdym razie, taką, jaka byłam. - Wygląda na to, że jest to dość sprawiedliwie podzielone. - Jest ciepłokrwista – zapamiętałam. - Tak. Jej serce bije, chociaż dzieje się to trochę szybciej niż u człowieka. Temperatura jej ciała jest także odrobinę wyższa niż normalnie. Sypia. - Naprawdę? - Nawet całkiem dobrze, jak na noworodka. Jesteśmy jedynymi rodzicami na świecie, którzy nie muszą spać, a nasze dziecko już przesypia noce. – Zachichotał. Spodobał mi się sposób, w jaki powiedział nasze dziecko. Uczyniło ją to bardziej prawdziwą. - Ma dokładnie twój kolor oczu - więc jednak tego nie straciliśmy. - Uśmiechnął się do mnie - są takie piękne. - A wampirze cechy? – spytałam. - Jej skóra wydaje się tak nieprzenikalna, jak nasza. Nie żeby ktoś myślał, by to sprawdzić. Mrugnęłam, odrobinę zszokowana. - Oczywiście nikt tego nie zrobi – zapewnił mnie znowu – Jej dieta… więc, preferuje krew. Carlisle kontynuuje także próby przekonania jej do picia jakichś dziecięcych mieszanek, ale ona nie ma do tego zbyt dużo cierpliwości. Nie mogę powiedzieć, żebym miał jej to za złe - okropnie śmierdząca sprawa, nawet jak na ludzkie jedzenie. Otwarcie się na niego gapiłam. Powiedział to tak, że zabrzmiało, jakby z nią rozmawiał. - Przekonać ją? - Jest inteligentna, zadziwiająco, i rozwija się w niezmiernie szybkim tempie. Mimo, że nie mówi – jeszcze – komunikuje się całkiem efektywnie. - Nie. Mówi. Jeszcze. Zwolnił tempo, pozwalając mi przyjąć to do wiadomości. - Co masz na myśli mówiąc, że komunikuje się efektywnie? – domagałam się. - Myślę, że łatwiej ci będzie… samej się przekonać. Raczej ciężko to wytłumaczyć. Zastanowiłam się nad tym. Wiedziałam, że dużo muszę zobaczyć na własne oczy, zanim stanie się to prawdziwe. Nie byłam jednak pewna, na jak wiele byłam przygotowana, więc zmieniłam temat. - Dlaczego Jacob wciąż tam jest? – spytałam – Jak może to znieść? I czy powinien? – Mój dźwięczny głos zadrżał odrobinę.- Dlaczego musi bardziej cierpieć? - Jacob nie cierpi. – powiedział dziwnym, innym tonem – Jednak jestem chętny by zmienić ten stan – dodał Edward przez zęby. - Edward! – syknęłam, szarpiąc go by się zatrzymał (poczułam delikatny dreszcz zadowolenia, że byłam w stanie to zrobić). – Jak możesz tak mówić? Jacob poświęcił wszystko, żeby nas chronić! To, co przeze mnie przeszedł…! – Wzdrygnęłam się na przyćmione wspomnienie wstydu i poczucia winy. Teraz wydawało mi się dziwne, że wtedy tak bardzo go potrzebowałam. Uczucie braku, kiedy jego nie było w pobliżu zniknęło; musiała to być ludzka słabość. - Przekonasz się, jak mogę tak mówić – Edward wymamrotał – Obiecałem mu, że pozwolę mu to wytłumaczyć, ale wątpię, że ty zobaczysz to w innym świetle. Chociaż często mylę się co do twoich myśli, nieprawdaż? – Zacisnął usta i wpatrzył się we mnie. - Wyjaśnić co? Edward potrząsnął głową. - Obiecałem. Mimo, że nie wiem, czy jestem mu teraz cokolwiek winien… - Zacisnął zęby. - Edward, nie rozumiem. – Targały mną frustracja i oburzenie. Pogłaskał mnie po policzku, a potem uśmiechnął się delikatnie, kiedy moja twarz wygładziła się w odpowiedzi; pożądanie momentalnie zawładnęło rozdrażnieniem. - To trudniejsze, niż sobie wyobrażam, wiem. Pamiętam. - Po prostu nie lubię czuć się zdezorientowana. - Wiem. Więc doprowadźmy cię do domu, żebyś mogła zobaczyć to sama. – jego oczy prześlizgnęły się po pozostałościach mojej sukienki, kiedy wspomniał o powrocie do domu i zmarszczył brwi. - Hmm. – Po pół sekundy rozmyślania, rozpiął swoją białą koszulę i przytrzymał ją dla mnie, bym mogła włożyć ręce. - Aż tak źle? Uśmiechnął się szeroko. Wsunęłam ręce w rękawy koszuli i natychmiast zapięłam ją nad moim poszarpanym stanikiem. Oczywiście teraz został bez koszuli i niemożliwe było, żeby mnie to nie rozpraszało. - Wyprzedzę cię – powiedziałam, a potem ostrzegłam – tylko tym razem nie przegrywaj specjalnie! Puścił moją dłoń i uśmiechnął się szeroko. - Na twój znak… Znalezienie drogi do mojego nowego domu było prostsze niż podążanie w dół ulicy Charliego, do tego starego. Nasz zapach zostawiał wyraźny i łatwy do odszukania ślad, nawet kiedy biegłam najszybciej jak mogłam. Edward wyprzedzał mnie, kiedy dotarliśmy do rzeki. Wykorzystałam szansę i wykonałam skok wcześnie, próbując użyć mojej wyjątkowej siły, by wygrać. - Ha! – rozradowałam się, kiedy usłyszałam, że moje stopy dotknęły trawy pierwsze. Czekając aż wyląduje, usłyszałam coś, czego się nie spodziewałam. Coś głośnego i znajdującego się o wiele za blisko. Łomoczące serce. Edward był u mego boku w tej samej sekundzie, rękami mocno przytrzymując mnie za przedramiona. - Nie oddychaj – ostrzegł mnie szybko. Próbowałam nie panikować, kiedy przystanęłam w pół oddechu. Moje oczy były jedynym, co się poruszało, obracały się instynktownie, by odnaleźć źródło dźwięku. Jacob stał na linii, gdzie las dotykał trawnika Cullenów, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, z ciasno zaciśniętą szczęką. Usłyszałam teraz dwa większe serca niewidzialne w lesie za nim i słaby chrzęst paproci pod ogromnymi, stąpającymi łapami. - Ostrożnie, Jacob – powiedział Edward. Warknięcie z lasu potwierdziło zaniepokojenie w jego głosie. – Może nie jest to najlepszy sposób... - Myślisz, że lepiej będzie dopuścić ją najpierw do dziecka? – wtrącił Jacob – Bezpieczniej będzie zobaczyć, jak Bella poradzi sobie ze mną. Szybko się regeneruję. To był test? By zobaczyć, czy jestem w stanie nie zabić Jacoba, zanim będę próbowała nie zabić Renesmee? Było mi nie dobrze i to w najgorszy sposób – nie miało to nic wspólnego z moim żołądkiem, jedynie z umysłem. Czy to był pomysł Edwarda? Spojrzałam lękliwie na jego twarz; Edward wydawał się przez chwilę nad czymś rozmyślać, następnie wyraz jego twarzy zmienił się z zatroskanego na jakiś inny. Wzruszył ramionami, a gdy się odezwał w jego głosie pojawiła się ukryta nuta wrogości. – To twój kark, tak myślę. Warknięcie, które wydobyło się z lasu tym razem wyrażało wściekłość; Leah, nie miałam wątpliwości. Co się działo z Edwardem? Po tym wszystkim, co przeszliśmy nie powinien czuć jakiejś życzliwości w stosunku do mojego najlepszego przyjaciela? Myślałam – może naiwnie – że Jacob był także dla Edwarda czymś w rodzaju przyjaciela. Musiałam błędnie ich zrozumieć. Ale co robił Jacob? Dlaczego oferował siebie jako test, by chronić Renesmee? Nie miało to dla mnie żadnego sensu. Nawet, jeśli nasza przyjaźń by przetrwała… I kiedy moje oczy napotkały oczy Jacoba, pomyślałam, że może tak się stało. Ciągle wyglądał jak mój najlepszy przyjaciel. Ale to nie on był tym, który się zmienił. Jak ja dla niego wyglądałam? Wtedy uśmiechnął się tym znajomym uśmiechem, uśmiechem bratniej duszy, i byłam pewna, że nasza przyjaźń pozostała bez skazy. Było dokładnie tak jak dawnej, kiedy spotykaliśmy się w jego garażu domowej roboty, po prostu dwoje przyjaciół zabijających czas. Łatwo i normalnie. Ponownie zauważyłam, że dziwna potrzeba, którą co do niego odczuwałam przed przemianą zupełnie odeszła. Był po prostu moim przyjacielem, tak jak być powinno. Jednak to, co teraz robił ciągle nie miało sensu. Czy był naprawdę tak bezinteresowny, że próbował mnie chronić – swoim własnym życiem – przed zrobieniem w ułamku sekundy czegoś, czego będą żałowała w męczarniach do końca moich dni? To było albo więcej, niż tolerowanie tego, czym się stałam, albo starał się pozostać moim przyjacielem. Jacob był jednym z najlepszych ludzi, jakich znałam, ale to było więcej, niż można było oczekiwać od kogokolwiek. Jego uśmiech się powiększył, odrobinę wzruszył ramionami. - Muszę to powiedzieć, Bells. Wyglądasz dziwacznie. Uśmiechnęłam się szeroko w odpowiedzi, z łatwością wracając do starych zwyczajów. To była ta część jego, którą rozumiałam. Edward warknął. - Uważaj na słowa, kundlu. Wiatr zawiał zza mnie i szybko wypełniłam nozdrza bezpiecznym powietrzem, żebym mogła mówić. - Nie, on ma rację. Oczy to naprawdę coś, nie? - Superstraszne. Ale nie jest tak źle jak myślałem. - Kurde – dzięki za zachwycający komplement! Wywrócił oczami. - Wiesz, o co mi chodzi. Ciągle wyglądasz jak ty – w pewnym sensie. Może nie wyglądasz jakbyś... dalej była Bellą. Nie myślałem, że będzie tak, jakbyś ciągle tu była. – Uśmiechnął się do mnie znów, bez śladu goryczy czy niechęci na twarzy. Potem zachichotał i powiedział. - W każdym razie, wydaje mi się, że przywyknę do oczu dość szybko. - Naprawdę? – spytałam zmieszana. Cudownie, że ciągle byliśmy przyjaciółmi, ale nie zanosiło się na to, byśmy spędzali razem dużo czasu. Dziwny cień przemknął po jego twarzy, zmazując uśmiech. Był prawie… winny? Potem jego oczy wzniosły się ku Edwardowi. - Dzięki – powiedział – Nie wiedziałem, czy będziesz zdolny to przed nią ukryć, obiecując czy nie. Najczęściej po prostu dajesz jej to, czego chce. - Może żywię nadzieję, że się wkurzy i urwie ci głowę – zasugerował Edward. Jacob parsknął. - Co się dzieje? Czy wy dwaj mace przede mną jakieś sekrety? – domagałam się z niedowierzaniem. - Wytłumaczę później – powiedział Jacob z zażenowaniem – jakby tego w ogóle nie planował. Potem zmienił temat. – Ale najpierw zabierzmy się za to. – Uśmiechał się wyzywająco, powoli poruszając się do przodu. Za nim dało się słyszeć jęk protestu i potem szare ciało Leah wysunęło się ze ściany. Wyższy, koloru piasku Seth był zaraz obok niej. - Dość. – powiedział Jacob – Trzymajcie się z daleka. Cieszyłam się, że go nie posłuchali, jedynie szli za nim trochę wolniej. Wiatr jest teraz spokojny; nie odgoni ode mnie jego zapachu. Zbliżył się na tyle blisko, że w powietrzu między nami mogłam wyczuć ciepło jego ciała. Moje gardło zapłonęło w odpowiedzi. - Dawaj, Bells. Pokaż, na co cię stać. Leah zasyczała. Nie chciałam oddychać. Nie było w porządku czerpać z Jacoba takie niebezpieczne dla niego korzyści, nawet jeśli sam to oferował. Nie mogłam jednak przestać logicznie myśleć. Jak inaczej mogę się upewnić, że nie skrzywdzę Renesmee? - Starzeję się tu, Bella – zadrwił Jacob – Dobra, nie technicznie, ale wiesz, o co mi chodzi. Dawaj, weź łyka. - Trzymaj się mnie – powiedziałam do Edwarda, kuląc się przy jego piersi. Jego ręce zacisnęły się na moich ramionach. Zablokowałam mięśnie, mając nadzieję, że będę w stanie utrzymać je nieruchomo. Postanowiłam, że najwyżej zrobię tak, jak na polowaniu. W najgorszym wypadku przestanę oddychać i ucieknę. Nerwowo wzięłam maleńki oddech przez nos, przygotowana na wszystko. Trochę bolało, ale moje gardło i tak już tępo piekło. Jacob nie pachniał dużo bardziej ludzko niż ten górski lew. W jego krwi dało się wyczuć zwierzęcą nutę, która natychmiast mnie odepchnęła. Mimo, że kusił mnie głośny, mokry odgłos jego serca, zapach, który od niego czułam sprawił, że zmarszczyłam nos. Właściwie to z zapachem łatwiej było opanować moją reakcję na dźwięk i ciepło jego pulsującej krwi. Wzięłam kolejny oddech i się rozluźniłam. - Uff. Teraz widzę, o co wszystkim chodziło. Śmierdzisz, Jacob. Edward wybuchnął śmiechem; jego ręce ześlizgnęły się z moich ramion by opasać moją talię. Seth szczeknął cichym rechotem razem z Edwardem; zbliżył się odrobinę. Leah wycofała się o kilka kroków. I wtedy zdałam sobie sprawę z obecności innej widowni - usłyszałam cichy, wyraźny śmiech Emmetta, stłumiony odrobinę przez szklaną ścianę między nami. - I kto to mówi?– powiedział Jacob, teatralnie zatykając nos. Jego twarz wcale się nie wykrzywiła, kiedy Edward mnie objął, nawet kiedy Edward już się uspokoił i wyszeptał: - Kocham cię – do mojego ucha. Jacob po prostu wciąż szeroko się uśmiechał. To sprawiło, iż wezbrała się we mnie nadzieja, że sprawy między nami zaczną się dobrze układać, tak, jak nie układały się już od dawna. Może teraz będę mogła naprawdę być jego przyjaciółką, teraz, kiedy wystarczająco fizycznie napawałam go obrzydzeniem, żeby mógł przestać kochać mnie tak jak przedtem. Może to jest wszystko, co było potrzebne. - Okej, czyli zdałam, tak? – powiedziałam – Teraz powiecie mi, co to za wielki sekret? Wyraz twarzy Jacoba stał się bardzo nerwowy. - To nic, o co musiałabyś się martwić w tym momencie... Usłyszałam, że Emmett znów zachichotał – tym razem przewidująco. Dopięłabym swego, ale kiedy słuchałam Emmetta, usłyszałam także inne dźwięki. Siedem oddychających osób. Jedna para płuc poruszających się szybciej niż inne. Tylko jedno serce trzepoczące niczym skrzydła ptaka, lekko i szybko. Zupełnie odwróciłam uwagę. Moja córka była tylko po drugiej stronie tej cienkiej ściany szkła. Nie mogłam jej zobaczyć – okna odbijały światło zupełnie jak lustra. Mogłam zobaczyć tylko siebie, wyglądającą bardzo dziwnie – tak białą i nieruchomą – w porównaniu do Jacoba. Albo, w porównaniu do Edwarda, wyglądająca zupełnie odpowiednio. - Renesmee – wyszeptałam. Stres znów zamienił mnie w posąg. Renesmee nie będzie pachniała jak zwierzę. Czy sprawię, że znajdzie się w niebezpieczeństwie? - Chodź i zobacz – wymamrotał Edward – Wiem, że możesz to znieść. - Pomożesz mi? – wyszeptałam przez nieruchome wargi. - Oczywiście, że tak. - A Emmett i Jasper – tylko na wszelki wypadek? - Zajmiemy się tobą, Bello. Nie martw się, będziemy gotowi. Nikt z nas nie zaryzykuje Renesmee. Myślę, że będziesz zaskoczona, jak owinęła nas sobie wokół palca. Będzie doskonale bezpieczna, obojętnie co się wydarzy. Tęsknota by ją zobaczyć, by zrozumieć uwielbienie w jego głosie, przełamała moją nieruchomą postawę. Postąpiłam krok do przodu. I wtedy Jacob stanął mi na drodze, jego twarz była maską zmartwienia. - Jesteś pewien, krwiopijco? – dopytywał się Edwarda, prawie błagalnym głosem. Nigdy nie słyszałam, by mówił do niego w ten sposób. – Nie podoba mi się to. Może powinna poczekać... - Miałeś swój test, Jacob. To był test Jacoba? - Ale…- zaczął Jacob. - Ale nic. – Powiedział Edward, nagle rozdrażniony. - Bella musi zobaczyć naszą córkę. Zejdź jej z drogi. Jacob posłał mi dziwne, gorączkowe spojrzenie, potem odwrócił się i niemalże sprintem pobiegł do domu. Edward warknął. Nie wiedziałam sensu w ich konfrontacji, ale nie mogłam się na niej skoncentrować. Mogłam tylko myśleć o zamglonym dziecku w moich wspomnieniach, zmagając się z mętnością, próbując przypomnieć sobie dokładnie jej twarz. - Idziemy? – powiedział Edward, jego głos znów był delikatny. Nerwowo potaknęłam. Mocno ścisnął moją dłoń i poprowadził drogą do domu. Czekali na mnie uśmiechnięci, ustawieni w linii, która była zarówno powitalna, jak i obronna. Rosalie znajdowała się kilka kroków za nimi, blisko drzwi wejściowych. Była sama, dopóki Jacob do niej nie dołączył i nie stanął przed nią, bliżej niż normalnie. Nie było żadnego poczucia komfortu w tej bliskości; oboje wzdragali się obecnością drugiego. Ktoś bardzo mały wychylał się z ramion Rosalie, wzrokiem szukając Jacoba. Natychmiast pochłonęła całą moją uwagę, każdą moją myśl, tak, jak nic innego jej nie posiadło od momentu, kiedy otworzyłam oczy. - Nie było mnie tylko dwa dni? – wydyszałam z niedowierzaniem. Obce dziecko w ramionach Rosalie miało tygodnie, jeśli nie miesiące. Była chyba dwa razy większa niż maleństwo w moich przyćmionych wspomnieniach, i wyglądało na to, że sama z łatwością podnosiła tułów, wyciągając się w moim kierunku. Jej lśniące, brązowe włosy kaskadą loków opadały na ramiona. Jej czekoladowo brązowe oczy badały mnie z ciekawością, która wcale nie wyglądała na dziecięcą; była dojrzała, świadoma i inteligentna. Podniosła jedną rączkę, sięgając chwilę w moim kierunku, potem z powrotem by dotknąć szyi Rosalie. Gdyby jej twarz nie zdumiewała pięknością i idealnością, nie uwierzyłabym, że to to samo dziecko. Moje dziecko. Ale Edward był w jej cechach i ja tam byłam, w kolorze jej oczu i policzków. Nawet Charlie znalazł miejsce w jej gęstych loczkach, chociaż miały kolor włosów Edwarda. Musi być nasza. Niemożliwe, ale nadal prawdziwe. Patrzenie na tę niespodziewaną małą osóbkę nie uczyniło jej jednakże bardziej rzeczywistą. Raczej bardziej niezwykłą. Rosalie klepnęła ręką gardo i wymruczała. - Tak, to ona. Oczy Renesmee zatrzymały się na moich. Potem, jak to zrobiła zaledwie po kilku sekundach od gwałtownego porodu, uśmiechnęła się do mnie. Olśniewający błysk malutkich, doskonałych ząbków. Chwiejąc się, postąpiłam niepewny krok w jej kierunku. Wszyscy zareagowali bardzo szybko. Emmett i Jasper byli dokładnie przede mną, ramię przy ramieniu, z rękami w gotowości. Edward chwycił mnie od tyłu, palce znów ciasno zaciskając na moich przedramionach. Nawet Carlisle i Esme ruszyli się, by zająć pozycję po bokach Emmetta i Jaspera, kiedy Rosalie wycofała się do drzwi, jej ręce kurczowo ściskały Renesmee. Jacob także się poruszył, przyjmując swoją obronną pozycję. Alice była jedyną, która pozostała na swoim miejscu. - Och, zaufajcie jej odrobinę – pouczyła ich – Nic jej nie zrobi. Też byście chcieli się bliżej przyjrzeć. Alice miała rację. Byłam w stanie się kontrolować. Byłam przygotowana na wszystko – na zapach tak niemożliwie natarczywy, jak ten ludzki aromat w lesie. Pragnienie w tej sytuacji było naprawdę nieporównywalne. Zapach Renesmee był doskonale zbilansowany pomiędzy zapachem najpiękniejszych perfum i zapachem najpyszniejszego jedzenia. Było tam wystarczająco słodkiego, wampirzego zapachu, by powstrzymać tę ludzką część od przeważenia. Byłam w stanie to znieść. Miałam pewność. - Jest ok. – obiecałam, poklepując dłoń Edwarda znajdującą się na mojej ręce. Potem zawahałam się i dodałam. – Jednak trzymajcie się blisko, tak na wszelki wypadek. Oczy Jaspera były wąskie, skupione. Wiem, że ingerował w mój emocjonalny nastrój i pracowałam nad zupełnym wyciszeniem się. Poczułam jak Edward uwolnił moje ręce, kiedy odczytał ocenę Jaspera. Jednak mimo, że Jasper czuł moje emocje bezpośrednio, nie wyglądał na tak przekonanego. Kiedy usłyszało mój głos, zbyt świadome dziecko zaczęło szamotać się w ramionach Rosalie, sięgając w moją stronę. W jakiś sposób, wyraz jej twarzy wydawał się zniecierpliwiony. - Jazz, Em, puśćcie nas. Bella panuje nad tym. - Edward, ryzyko… - powiedział Jasper. - Minimalne. Posłuchaj Jasper – na polowaniu złapała zapach jakichś turystów, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie… Usłyszałam jak Carlisle zamarł w zdumionym oddechu. Twarz Esme nagle byłą pełna troski i współczucia. Oczy Jaspera powiększyły się, ale niezauważalnie kiwnął głową, jakby słowa Edwarda odpowiedziały na jakieś pytania w jego głowie. Usta Jacoba wykrzywiły się z odrazą. Emmett wzruszył ramionami. Rosalie wyglądała na nawet mniej zdumioną niż Emmett, kiedy próbowała utrzymać wyrywające się dziecko. Wyraz twarzy Alice powiedział mi, że nie dała się oszukać. Jej zmrużone oczy, skupione z palącą intensywnością na mojej pożyczonej koszuli, wyglądały na bardziej zmartwione tym, co zrobiłam z sukienką, niż czymkolwiek innym. - Edward! – Carlisle go skarcił – jak mogłeś być tak nieodpowiedzialny? - Wiem, Carlisle, wiem. Byłem po prostu głupi. Powinienem upewnić się, że jesteśmy w bezpiecznej strefie, zanim puściłem ją wolno. - Edward – wymamrotałam, zawstydzona sposobem, w jaki na mnie patrzyli. Wyglądało, jakby starali się dostrzec jaskrawszą czerwień w moich oczach. - On ma całkowitą rację upominając mnie, Bello – powiedział Edward z szerokim uśmiechem. – Popełniłem ogromny błąd. To, że jesteś silniejsza niż ktokolwiek inny niczego nie zmienia. Alice wywróciła oczami. - Doskonały żart, Edward. - Nie żartuję. Wyjaśniam Jasperowi dlaczego wiem, że Bella sobie z tym poradzi. To nie moja wina, że wszyscy wyciągnęli pochopne wnioski. - Czekaj – wysapał Jasper. – Nie upolowała ludzi? - Zaczęła – powiedział Edward, wyraźnie dobrze się bawiąc. Zacisnęłam zęby. – Była całkowicie skupiona na polowaniu. - Co się stało? – wtrącił Carlisle. Jego oczy nagle pojaśniały, zdumiony uśmiech zaczął formować się na jego twarzy. Przypominało mi to wcześniejszą sytuację, kiedy chciał dowiedzieć się szczegółów z doświadczeń mojej przemiany. Głód nowych informacji. Edward, nachylił się w jego kierunku, ożywiony. - Usłyszała mnie za sobą i zareagowała obronnie. Kiedy tylko moja obecność wdarła się w jej koncentrację, otrząsnęła się. Nigdy nie widziałem kogoś, kto mógłby się jej równać. Nagle zrozumiała, co się dzieje… wstrzymała oddech i uciekła. - Wow – wymamrotał Emmett – Naprawdę? - On nie opowiada tego dobrze – wymruczałam, zawstydzona bardziej niż wcześniej. – Opuścił część, w której na niego warknęłam. - Ale parę razy porządnie go walnęłaś? – zapytał Emmett niecierpliwie. - Nie! Jasne, że nie. - Nie, naprawdę? Naprawdę go nie zaatakowałaś? - Emmett! – zaprotestowałam. - Oj, jaka szkoda – jęknął Emmett – I to ty, prawdopodobnie jedyna osoba, która może go zaskoczyć – zanim wedrze się do twojej głowy, by oszukiwać – i masz też świetną wymówkę. – westchnął – Umieram z ciekawości, jak poradziłby sobie bez tej przewagi. Zmroziłam go spojrzeniem. - Nigdy tego nie zrobię. Jasper zmarszczył brwi, co przyciągnęło moją uwagę; wyglądał na bardziej zaniepokojonego niż wcześniej. Edward trącił pięścią ramię Jaspera. - Widzisz, o czym mówię? - To nienaturalne – wymamrotał Jasper. - Mogła obrócić się przeciwko tobie – jest wampirem zaledwie kilka godzin! – skarciła go Esme łapiąc się za serce – Och, powinniśmy pójść z wami. Nie poświęcałam temu wiele uwagi, teraz, kiedy Edward doszedł do puenty swojego dowcipu. Przypatrywałam się wspaniałemu dziecku przy drzwiach, które ciągle przypatrywało się mnie. Jej malutkie rączki wyciągały się w moją stronę, jakby dokładnie wiedziała, kim jestem. Odruchowo moja ręka podniosła się, naśladując ją. - Edward – powiedziałam, wychylając się zza Jaspera, by lepiej ją widzieć – proszę? Zęby Jaspera były zaciśnięte; nie poruszył się. - Jazz, to nie jest coś, co widziałeś wcześniej – Alice powiedziała cicho – Zaufaj mi. Ich oczy spotkały się na krótką chwilę i wtedy Jasper skinął głową. Zszedł mi z drogi, ale położył jedną rękę na moim ramieniu i ruszył razem ze mną, kiedy szłam wolno do przodu. Myślałam o każdym kroku, zanim go zrobiłam, analizując mój nastrój, płomień w moim gardle, pozycję reszty dookoła mnie. Jak silna się czuję i jak skutecznie będą w stanie mnie powstrzymać. Wyglądało to jak powolna procesja. I wtedy dziecko w ramionach Rosalie, wyrywające się i sięgające ku mnie przez cały ten czas, kiedy wyraz jej twarzy stawał się bardziej i bardziej rozdrażniony, wydało wysoki, dźwięczny jęk. Każdy zareagował jakby – tak jak ja – nigdy wcześniej nie słyszał jej głosu. Stłoczyli się wokół niej, pozostawiając mnie samą, znieruchomiałą tam gdzie stałam. Dźwięk płaczu Renesmee przeszył mnie, przytwierdzając do podłoża. Oczy zakuły mnie dziwnie, jakby miały się rozerwać. Wyglądało to, jakby każdy położył na niej dłoń, poklepując i uspokajając. Każdy oprócz mnie. - Dlaczego płacze? Czy jest ranna? Co się stało? To głos Jacoba był najgłośniejszy, z obawą górował nad innymi. Zdumiona patrzyłam jak sięgnął po Renesmee i w całkowitym przerażeniu, jak Rosalie oddaje ją mu bez walki. - Nie, jest w porządku. – uspokoiła go Rosalie. Rosalie uspokajała Jacoba? Renesmee przeszła do Jacoba dość chętnie, pchając swoją maleńką rączkę do jego policzka i wiercąc się by wyciągnąć się znów w moją stronę. - Widzisz? – powiedziała mu Rosalie – Po prostu chce do Belli. - Chce do mnie? – szepnęłam. Oczy Renesmee – moje oczy – niecierpliwe się we mnie wpatrywały. Edward rzucił się z powrotem w moją stronę. Delikatnie położył dłonie na moich rękach i popędził mnie. - Czeka na ciebie prawie od trzech dni. – powiedział mi. Byliśmy teraz zaledwie kilka stóp od niej. Fale ciepła wydawały się wydostawać z niej, by mnie dotknąć. A może to był tylko Jacob, który drżał. Widziałam jego ręce trzęsące się, kiedy podchodziłam bliżej. I mimo to, pomijając jego oczywisty niepokój, jego twarz była spokojniejsza niż widziałam ją dawno temu. - Jake – trzymam się świetnie. – powiedziałam do niego. Zaczęłam panikować, gdy zobaczyłam Renesmee w jego trzęsących się rękach, ale pracowałam, by utrzymać nad sobą kontrolę. Zmarszczył brwi, jego oczy zwęziły się jakby był aż tak bardzo spanikowany na myśl o Renesmee w moich rękach. Renesmee zapłakała niecierpliwie i wyciągnęła się, jej drobne dłonie zacisnęły się w piąstki. Coś we mnie nagle zaskoczyło. Odgłos jej płaczu, znajomość jej oczu, sposób, w jaki wydawała się być jeszcze bardziej niecierpliwa niż ja wyczekując tego spotkania – wszystko to złożyło się w ten najbardziej naturalny ze wzorów, kiedy chwytała rączkami powietrze między nami. Nagle wydała się zupełnie prawdziwa, i oczywiście znałam ją. Było to zupełnie zwyczajne, że powinnam postąpić ten ostatni, lekki krok i sięgnąć po nią, kładąc dłonie dokładnie tam, gdzie będą pasowały najlepiej, kiedy przyciągnę ją do siebie. Jacob wyciągnął swoje długie ramiona, mogłam więc ją przytulić, ale nie puścił. Wzdrygnął się lekko, gdy nasza skóra się zetknęła. Jego skóra, zawsze tak dla mnie gorąca, teraz wydawała się płonąć żywym ogniem. Miała prawie tę samą temperaturę, co skóra Renesmee. Może dwa lub trzy stopnie różnicy. Renesmee wydawała się nieświadoma chłodu mojej skóry, albo przynajmniej przywykła do niego. Spojrzała w górę i ponownie się do mnie uśmiechnęła, pokazując swoje małe, kwadratowe ząbki i dwa dołki w policzkach. Potem, bardzo ostrożnie, sięgnęła mojej twarzy. W chwili, kiedy to zrobiła, wszystkie dotykające mnie dłonie zacisnęły się, czekając na moją reakcję. Ledwie to zauważyłam. Łapałam z trudem powietrze, ogłuszona i przestraszona dziwnym, alarmującym obrazem, który wypełnił mój umysł. Wydawał się bardzo silnym wspomnieniem – mogłam wciąż normalnie widzieć, kiedy oglądałam go w mojej głowie – ale był zupełnie obcy. Wpatrywałam się przez niego w oczekującą Renesmee, próbując zrozumieć, co się stało, desperacko skupiając się, by zachować spokój. Oprócz tego, że był szokujący i nieznany, z obrazem było też coś nie tak – prawie rozpoznałam w nim moją własną twarz, moją starą twarz, ale wyłączył się, cofnął. Zrozumiałam szybko, że widziałam moją twarz, raczej tak, jak widzą ją inni, niż jej odmienione odbicie. Twarz z moich wspomnień była wykrzywiona, zniszczona, pokryta potem i krwią. Mimo tego, jej wyraz w wizji przedstawiał uśmiech pełen uwielbienia; brązowe oczy iskrzyły się na tle ciemnych okręgów. Obraz się powiększył, moja twarz przybliżała się do niewidocznego punktu obserwacyjnego, a potem nagle zniknęła. Dłoń Renesmee puściła mój policzek. Uśmiechnęła się szerzej, znów ukazując dołeczki w policzkach. Pomijając uderzenia serc, w pokoju było zupełnie cicho. Nikt oprócz Renesmee i Jacoba nie oddychał. Cisza pogłębiła się; zdawało mi się, że czekają, aż coś powiem. - Co… to… było? – zdołałam wykrztusić. - Co zobaczyłaś? – Rosalie spytała z ciekawością, wychylając się zza Jacoba, który w tej chwili wydawał się zupełnie nieobecny. – Co ci pokazała? - Ona mi to pokazała? – wyszeptałam. - Mówiłem ci, że trudno to wytłumaczyć – Edward wymamrotał mi do ucha. – A efektywne to znaczy, że komunikacja wychodzi pomyślnie. - Co to było? - zapytał Jacob. Zamrugałam szybko kilka razy. - Hm. Ja. Tak myślę. Ale wyglądałam okropnie. - To było jedyne wspomnienie ciebie, które miała. – wyjaśnił Edward. To oczywiste, że widział, co mi pokazywała, kiedy o tym myślała. Nadal się trząsł, jego głos był szorstki od ożywionych wspomnień. – Chciała dać ci znać, że połączyła fakty, że wie, kim jesteś. - Ale jak ona to zrobiła? Moje ogromne, zaskoczone oczy wydawały się nie robić wrażenia na Renesmee. Uśmiechała się delikatnie i ciągnęła kosmyk moich włosów. - Jak ja słyszę myśli? Jak Alice widzi przyszłość? – Edward zadał retoryczne pytania i wzruszył ramionami. – Ma dar. - To ciekawe – powiedział Carlisle do Edwarda. – Jakby robiła dokładną odwrotność tego, co ty potrafisz. - Interesujące. – zgodził się Edward. – Zastanawiam się… Wiem, że snuli jakieś domysły, ale nie obchodziło mnie to. Wpatrywałam się w najpiękniejszą twarz na świecie. Była gorąca w moich ramionach, przypominając mi o chwili, kiedy ciemność prawie wygrała, kiedy nie zostało na świecie nic, czego mogłabym się złapać. Nic wystarczająco silnego, by wyciągnąć mnie z przytłaczającej mnie ciemności. Wtedy pomyślałam o Renesmee i znalazłam coś, z czego nigdy nie zrezygnuję. - Też cię pamiętam. – powiedziałam jej cicho. Bardzo naturalnym wydawało się, żeby pochylić się i przycisnąć usta do jej czoła. Pachniała zachwycająco. Zapach jej skóry sprawił, że zaczęło palić mnie gardło, ale łatwo to zignorowałam. Ból nie był w stanie pozbawić mnie tej chwili radości. Renesmee była prawdziwa, a ja ją znałam. Była tą samą, o którą walczyłam od samego początku. Mój malutki kopacz, ten, który od wewnątrz także mnie kochał. Pół- Edward, doskonały i uroczy. I połowa mnie – co, o dziwo, raczej uczyniło ją lepszą, niż zaszkodziło. Miałam całkowitą rację. Była warta walki. - Radzi sobie – wymamrotała Alice, pewnie do Jaspera. Mogłam czuć, jak krążyli, nie ufając mi. - Czy nie ryzykowaliśmy wystarczająco, jak na jeden dzień? – zapytał Jacob, ze stresu jego głos był odrobinę wyższy – Okej, Bella świetnie sobie radzi, ale nie przesadzajmy. Rzuciłam mu spojrzenie pełne irytacji. Jasper niespokojnie przestępował obok mnie z nogi na nogę. Byliśmy wszyscy tak stłoczeni, że każdy maleńki ruch wydawał się bardzo dużym. - O co ci chodzi, Jacob? – domagałam się odpowiedzi. Delikatnie wyszarpnęłam z jego uścisku Renesmee, a on tylko się przybliżył. Przyciskał się do mnie, a Renesmee dotykała obydwu naszych piersi. Edward syknął na niego. - Tylko dlatego, że rozumiem, nie znaczy, że cię nie wyrzucę, Jacob. Bella radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Nie zniszcz jej tego momentu. - Pomogę mu się ciebie pozbyć, psie. – obiecała Rosalie, jej głos kipiał wściekłością. – Jestem ci winna porządnego kopniaka. – oczywiście w tej znajomości nie było żadnej zmiany, chyba, że na jeszcze gorszą. Popatrzyłam na zatroskany, na wpół rozdrażniony wyraz twarzy Jacoba. Zatrzymał wzrok na twarzy Renesmee. Wszyscy byli tak ściśnięci, że musiał dotykać przynajmniej sześciu różnych wampirów w jednej chwili i nawet mu to nie przeszkadzało. Czy przechodzi przez to wszystko, tylko po to, żeby chronić mnie przed samą sobą? Co mogło się zdarzyć podczas mojej przemiany – mojej transformacji w coś, czego nienawidził – co zmiękczyło go na tyle, że zrozumiał jej konieczność? Łamałam sobie nad tym głowę, obserwując, jak wpatruje się w moją córkę. Wpatrując się, jakby… był niewidomym człowiekiem, który po raz pierwszy ujrzał słońce. - Nie! – wydyszałam. Jasper zacisnął zęby, a ręce Edwarda owinęły się wokół mojej klatki piersiowej jak boa dusiciel. Jacob w tej samej sekundzie zabrał z moich rąk Renesmee, a ja nie próbowałam jej zatrzymać. Bo czułam, że nadchodzi – chwila słabości, na które wszyscy czekali. - Rose – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, bardzo powoli i wyraźnie – Weź Renesmee. Rosalie wyciągnęła ręce, a Jacob od razu ją jej podał. Oboje cofnęli się, oddalając ode mnie. - Edward, nie chcę cię skrzywdzić, więc proszę, zostaw mnie. Zawahał się. - Idź, stań przed Renesmee. Przemyślał to, a potem puścił mnie. Pochyliłam się, przybierając postawę, jak na polowaniu i postąpiłam dwa powolne kroki w stronę Jacoba. - Nie zrobiłeś tego – warknęłam na niego. Cofnął się, z uniesionymi rękami, starając się mnie przekonać. - Wiesz, że to nie jest coś, co mogę kontrolować. - Ty głupi kundlu! Jak mogłeś? Moje maleństwo! Cofał się przez drzwi kiedy do niego podchodziłam, prawie biegnąc w dół schodów. - To nie był mój pomysł, Bello! - Trzymałam ją aż jeden raz i już myślisz, że możesz sobie rościć do niej jakieś kretyńskie wilcze prawo? Ona jest moja. - Możemy się podzielić. – powiedział błagalnie, wycofując się przez trawnik. - Przegrałeś – usłyszałam jak Emmett powiedział za mną. Mała część mojego umysłu zastanawiała się, kto obstawiał inny wynik. Nie traciłam na to dużo uwagi. Byłam za bardzo wściekła. - Jak mogłeś wpoić sobie moje dziecko? Straciłeś rozum? - Nie zrobiłem tego specjalnie! – naciskał, cofając się do drzew. Wtedy okazało się, że nie jest sam. Pojawiły się dwa ogromne wilki, ustawiając po jego bokach. Leah kłapnęła na mnie zębami. Przerażające warknięcie wyrwało się w odpowiedzi przez moje zaciśnięte zęby. Zaniepokoił mnie ten odgłos, ale nie na tyle, bym się zatrzymała. - Bella możesz spróbować wysłuchać mnie przez chwilę? Proszę? – błagał Jacob. – Leah, cofnij się. – dodał. Leah wykrzywiła do mnie usta, ale się nie ruszyła. - Dlaczego powinnam cię wysłuchać? – syknęłam. Furia mną zawładnęła. Przegoniła wszystkie inne uczucia. - Bo jesteś tą, która mi to powiedziała. Pamiętasz? Powiedziałaś, że każdy z nas jest częścią życia drugiego, tak? Że jesteśmy rodziną. Powiedziałaś, że tak powinno między nami być. Więc… teraz jesteśmy. Tego chciałaś. Rzuciłam mu piorunujące spojrzenie. Pamiętałam te słowa jak przez mgłę. Ale mój nowy, szybki mózg nie przyjmował do wiadomości tych bzdur. - Myślisz, że będziesz częścią mojej rodziny, jako mój zięć? – wrzasnęłam. Mój dźwięczny głos przedarł się przez dwie oktawy i wciąż brzmiał jak muzyka. Emmett roześmiał się. - Zatrzymaj ją Edwardzie – wymamrotała Esme. – Będzie nieszczęśliwa, jeśli go skrzywdzi. Ale nie poczułam, by ktoś za mną podążał. - Nie! – nalegał Jacob w tej samej chwili. – Jak możesz chociażby patrzeć na to z tej strony? Ona jest tylko dzieckiem, na miłość boską! - Właśnie o to mi chodzi! – wrzasnęłam. - Wiesz, że nie myślę o niej w ten sposób! Uważasz, że Edward pozwoliłby mi żyć tak długo, gdybym to robił? Wszystko, czego dla niej chcę to bezpieczeństwo i szczęście – czy to takie złe? Tak bardzo różni się od tego, czego ty pragniesz? – krzyczał do mnie. Warknęłam na niego bez słów. - Czyż nie jest wspaniała? – usłyszałam szept Edwarda. - Nie rzuciła mu się do gardła nawet raz. – zgodził się Carlisle, brzmiąc jak ogłuszony. - Dobra, tym razem wygrałeś. – powiedział Emmett niechętnie. - Będziesz trzymał się od niej z daleka. – wysyczałam do Jacoba. - Nie mogę tego zrobić! Przez zęby. - Spróbuj. Zaczynając teraz. - To nie jest możliwe. Pamiętasz jak bardzo chciałaś mnie mieć przy sobie trzy dni temu? Jak ciężko było być osobno? Teraz to odeszło, prawda? Popatrzyłam na niego, nie do końca świadoma, co sugerował. - To była ona. – powiedział do mnie. – Od samego początku. Musieliśmy być razem, nawet wtedy. Pamiętałam. I wtedy zrozumiałam; maleńka część mnie poczuła ulgę, że to szaleństwo się wyjaśniło. Ale ta ulga jeszcze bardziej mnie rozzłościła. Oczekiwał, że to mi wystarczy? To jedno, małe wyjaśnienie pozwoli mi się z tym pogodzić? - Uciekaj, póki jeszcze możesz. – postraszyłam go. - Daj spokój, Bells! Nessie też mnie lubi – nalegał. Znieruchomiałam. Przestałam oddychać. Za mną nagle ucichły wszystkie inne dźwięki; była to ich zaniepokojona reakcja. - Jak… ją nazwałeś? Jacob postąpił krok do tyłu, starając się okazać skruchę. - Więc – wymamrotał – To imię, które wymyśliłaś trochę trudno się wymawia i… - Nazwałeś moją córkę po Potworze z Loch Ness? – wrzasnęłam. I wtedy rzuciłam mu się do gardła. tłumaczenie: Ladybug 23. Wspomnienia - Bardzo przepraszam, Seth. Powinienem był stać bliżej. Edward wciąż przepraszał, a ja nie uważałam, żeby to było sprawiedliwe czy właściwe. W końcu to nie Edward całkowicie i w sposób niemożliwy do usprawiedliwienia stracił kontrolę nad sobą. Edward nie próbował oderwać Jacobowi głowy – Jacobowi, który nawet nie przemienił się we własnej obronie – a potem przez przypadek nie połamał Sethowi barku, kiedy ten wskoczył między nas. To nie Edward prawie zabił swojego najlepszego przyjaciela. Nie żeby ten najlepszy przyjaciel nie miał paru rzeczy na sumieniu, ale oczywiście nic, co zrobił Jacob, nie usprawiedliwiało mojego zachowania. Czy to nie ja zatem powinnam była przepraszać? Spróbowałam ponownie. - Seth, ja… - Nie przejmuj się tym, Bello. Jestem w jak najlepszym porządku – powiedział Seth w tym samym czasie, co Edward: - Bello, kochana, nikt cię nie osądza. Radzisz sobie tak dobrze. Nie pozwolili mi dokończyć zdania. Sprawę pogarszał fakt, że Edward miał trudności z pozbyciem się z twarzy uśmiechu. Wiem, że Jacob nie zasługiwał na moją przesadną reakcję, ale Edward zdawał się znajdywać w tym coś satysfakcjonującego. Może po prostu także chciał mieć wymówkę bycia nowonarodzonym, żeby również fizycznie rozładować swoją irytację na Jacobie. Próbowałam całkowicie wymazać gniew z mojego umysłu, ale było mi ciężko mając świadomość, że Jacob wciąż był na zewnątrz z Renesmee. Chroniąc ją przede mną – oszalałą nowonarodzoną. Carlisle jeszcze raz usztywniał rękę Setha, gdy ten skrzywił się z bólu. - Przepraszam, przepraszam – wymamrotałam, wiedząc, że wciąż nie przeprosiłam go we właściwy sposób. - Nie świruj, Bella – powiedział Seth, klepiąc mnie po kolanie zdrową ręką, podczas gdy Edward pocierał moje drugie ramię. Seth najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu, że siedziałam obok niego podczas zabiegów wykonywanych przez Carlisle’a. - Za pół godziny znów będę w porządku – kontynuował, wciąż poklepując mnie po kolanie, jakby nieświadom jego chłodu i twardości. – Każdy zrobiłby to samo, co by było gdyby Jacob i Ness… - urwał w pół słowa i szybko zmienił temat. – Znaczy, przynajmniej mnie nie ugryzłaś czy coś. To by było nieciekawe. Schowałam głowę w rękach i wzdrygnęłam się na myśl o tej realnej możliwości. To mogło się wydarzyć tak łatwo. A wilkołaki nie reagowały na jad wampirów tak jak ludzie, powiedzieli mi to dopiero teraz. Dla nich to była trucizna. - Jestem złym człowiekiem. - Oczywiście, że nie jesteś. Powinienem… - zaczął Edward. - Przestań – westchnęłam. Nie chciałam, żeby jak zwykle wziął całą winę na siebie. - Całe szczęście, że Ness… Renesmee nie ma jadu – powiedział Seth po minucie niezręcznej ciszy. – Bo na okrągło gryzie Jake’a. Odpadły mi ręce. – Naprawdę? - Pewnie. Za każdym razem, gdy on i Rose nie zdążą wepchnąć jej obiadu do buzi wystarczająco szybko. Rose uważa, że to całkiem zabawne. Patrzyłam na niego zszokowana i z poczuciem winy, bo musiałam przyznać, że ta myśl sprawiała mi przyjemność na swój drażliwy sposób. Oczywiście wiedziałam już, że Renesmee nie miała jadu. Byłam pierwszą osobą, jaką ugryzła. Nie mówiłam o tym głośno, bo przecież udawałam wtedy utratę najświeższych wspomnień. - Cóż, Seth – powiedział Carlisle, prostując się i oddalając od nas. – Myślę, że to wszystko, co mogę zrobić. Postaraj się nie ruszać przez, och, kilka godzin, tak myślę – Carlisle zaśmiał się cicho. – Chciałbym, żeby leczenie ludzi przynosiło równie natychmiastowe skutki – na chwilę położył rękę na czarnych włosach Setha. – Nie ruszaj się – powiedział, a potem znikł na schodach. Słyszałam, jak drzwi do jego gabinetu zamknęły się i zastanawiałam się, czy usunięto już stamtąd oznaki mojego pobytu. - Pewnie mogę nie ruszać się przez moment – zgodził się Seth, po tym jak Carlisle odszedł, a potem potężnie ziewnął. Ostrożnie, upewniając się, że nie wykręci sobie ramienia, oparł głowę o sofę i zamknął oczy. Kilka sekund później spał już z otwartymi ustami. Przez minutę marszczyłam brwi, patrząc na jego spokojną twarz. Tak jak Jacob, Seth miał dar zasypiania na życzenie. Wiedząc, że przez moment nie będę miała okazji do przepraszania, wstałam. Mój ruch nawet nie potrząsnął kanapą. Wszystko, co fizyczne, było takie łatwe. Ale reszta… Edward podszedł za mną do tylnych okien i wziął za rękę. Leah spacerowała wzdłuż rzeki, zatrzymując się co chwila, by spojrzeć na dom. Łatwo było powiedzieć, kiedy szukała wzrokiem brata, a kiedy mnie. Wysyłała naprzemiennie to zaniepokojone, to mordercze spojrzenia. Słyszałam, jak Jacob i Rosalie kłócili się cicho o to, czyja kolej nakarmić Renesmee. Ich relacje były tak nieprzyjazne, jak zawsze. Jedyną rzeczą, co do której się zgadzali, było to, że powinnam być trzymana z dala od mojego dziecka, dopóki w stu procentach nie pozbędę się moich napadów wściekłości. Edward podważał ich zdanie, ale ja sobie odpuściłam. Też chciałam być pewna. Martwiłam się jednak, że moje sto procent i ich mogły być bardzo odległymi rzeczami. Oprócz ich sprzeczki, powolnego oddechu Setha i nerwowo dyszącej Leah, nie było słychać nic więcej. Emmett, Alice i Esme polowali. Pozostał Jasper, który miał mnie pilnować. Stał nienatrętnie za słupkiem balustrady, starając się nie być w całej sprawie nieprzyjemnym. Wykorzystałam panujący spokój do przemyślenia wszystkich rzeczy, które Edward i Seth powiedzieli mi, gdy Carlisle usztywniał rękę Setha szyną. Wiele mnie ominęło, gdy paliłam się od wewnątrz, i to była pierwsza okazja do nadrobienia zaległości. Najważniejszą sprawą był koniec kłótni ze sforą Sama – co pozwoliło reszcie opuszczać dom i wracać do niego, kiedy tylko mieli na to ochotę. Pakt był silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Lub bardziej wiążący, zależnie od punktu widzenia, pomyślałam. Wiążący, ponieważ najpotężniejsze z praw sfory mówiło, że nie można zabić obiektu wpojenia innego wilka. Ból po takim wydarzeniu byłby nie do zniesienia dla całej sfory. Wina, zamierzona czy przypadkowa, nie mogła być wybaczona; wilki, których sprawa dotyczyła, musiałyby walczyć na śmierć i życie – nie było innej możliwości. Seth powiedział mi, że zdarzyło się to bardzo dawno temu, i to tylko nieumyślnie. Żaden wilk przenigdy nie zniszczyłby swojego brata w taki sposób. Renesmee była więc teraz nietykalna ze względu na to, co czuł do niej Jacob. Próbowałam skupić się na uldze, a nie rozgoryczeniu, jakie przyniósł ten fakt, ale nie było to łatwe. W moim mózgu był dość miejsca na odczuwanie obu tych emocji równie intensywnie w tym samym czasie. A Sam nie mógł wściekać się o moją przemianę, bo Jacob, wypowiadając się jako pełnoprawny przywódca, zezwolił na nią. Męczyło mnie uświadamianie sobie co chwila na nowo, jak wiele zawdzięczałam Jacobowi, gdy jednocześnie chciałam być na niego wściekła. Świadomie skierowałam moje myśli na inny tor, tak żebym mogła kontrolować moje emocje. Rozważałam inne zastanawiające zjawisko; mimo, że między rozdzielonymi sforami nadal panowała cisza, Jacob i Sam odkryli, że przywódcy mogli się ze sobą porozumiewać, kiedy byli w swoich wilczych formach. Nie było to już to samo, co wcześniej; nie mogli słyszeć każdej myśli tak jak przed rozłamem. Seth mówił, że było to bardziej jak wypowiadanie się na głos. Sam mógł usłyszeć tylko te myśli, którymi Jacob chciał się podzielić, i na odwrót. Odkryli też, że kiedy już ponownie się do siebie odzywali, mogli porozumiewać się na odległość. Nie wiedzieli tego, dopóki Jacob nie poszedł sam – wbrew protestom Setha i Leah – wyjaśnić Samowi sprawę Renesmee; był to pierwszy raz, kiedy ją zostawił, od chwili, gdy ją ujrzał. Gdy Sam zrozumiał, jak wszystko całkowicie się zmieniło, wrócił z Jacobem, by porozmawiać z Carlislem. Rozmawiali pod ludzką postacią (Edward odmówił opuszczenia mnie po to, żeby tłumaczyć) i pakt został odnowiony. Jednakże przyjacielskie stosunki mogą nigdy nie być już takie same. Jedno duże zmartwienie z głowy. Ale pozostawało jeszcze jedno, chociaż nie tak fizycznie niebezpieczne jak sfora wściekłych wilków, to bardziej dla mnie naglące. Charlie. Rozmawiał z Esme wcześniej dzisiejszego ranka, ale nie powstrzymało go to przed ponownym wydzwanianiem, dwa razy, zaledwie parę minut przed tym, jak opatrywano Setha. Carlisle i Edward pozwolili telefonowi dzwonić do woli. Co było najwłaściwszą rzeczą, jaką można było mu powiedzieć? Czy Cullenowie mieli rację? Czy powiedzenie mu, że umarłam, było najlepszą, najdelikatniejszą możliwością? Czy byłabym w stanie leżeć nieruchomo w trumnie z moją matką i ojcem opłakującymi mnie tuż obok? Dla mnie nie było to właściwe wyjście. Ale narażenie Charliego i Renee na niebezpieczeństwo ze strony Volturi, mających obsesję na punkcie dyskrecji, także nie wchodziło w grę. Nadal pozostawał mój pomysł – pozwolić Charliemu mnie zobaczyć, kiedy będę już na to gotowa, a potem pozwolić mu wyciągnąć własne, błędne wnioski. Teoretycznie, zasady wampirów pozostałyby nienaruszone. Czy nie lepiej byłoby dla Charliego, gdyby zobaczył, że jestem żywa – no, w pewnym sensie – i szczęśliwa? Nawet, gdybym była obca i inna, i prawdopodobnie straszna? Zwłaszcza moje oczy były teraz zbyt przerażające. Ile czasu musi minąć, zanim moja samokontrola i kolor oczu będą gotowe na spotkanie z Charliem? - Co się dzieje, Bello? – cicho zapytał Jasper, czując moje narastające napięcie. – Nikt się na ciebie nie gniewa – niskie warknięcie znad rzeki mu zaprzeczyło, ale on je zignorował. - … ani nie jest nawet zaskoczony, naprawdę. Cóż, przypuszczam, że my jesteśmy zaskoczeni. Zaskoczeni tym, jak szybko wzięłaś się w garść. Dobrze sobie poradziłaś. Lepiej, niż się tego po tobie spodziewaliśmy. Gdy mówił, pokój stał się bardzo spokojny. Oddech Setha zmienił się w niskie pochrapywanie. Czułam się bardziej opanowana, ale nie zapominałam o moich niepokojach. - Właściwie to myślałam o Charliem. Kłótnia na zewnątrz urwała się. - Ach – mruknął Jasper. - Rzeczywiście musimy wyjechać, prawda? – spytałam. – Przynajmniej na jakiś czas. Udawać, że jesteśmy w Atlancie, albo coś… Czułam wzrok Edwarda skupiony na mojej twarzy, ale spojrzałam na Jaspera. - Tak. To jedyny sposób na ochronienie twojego ojca. Zamyśliłam się na chwilę. – Tak bardzo będę za nim tęsknić. Będę tęsknić za wszystkimi. Za Jacobem – pomyślałam wbrew sobie. Mimo, że tęsknota już przepadła i została ujarzmiona – a ja odczułam z tego powodu ogromną ulgę – wciąż pozostawał moim przyjacielem. Kimś, kto znał moja prawdziwe „ja” i akceptował mnie. Nawet jako potwora. Myślałam o tym, o co błagał mnie Jacob, zanim go zaatakowałam. Powiedziałaś, że jesteśmy częścią swojego życia, prawda? Że jesteśmy rodziną. Powiedziałaś, że tak właśnie powinno być. Więc… teraz jest. Masz to, czego chciałaś. Ale nie czułam się, jakbym tego chciała. Nie do końca. Cofnęłam się do moich nieostrych, słabych wspomnień z ludzkiego życia. Do części najtrudniejszej do zapamiętania – okresu bez Edwarda, okresu tak mrocznego, że starałam się go pogrzebać w mojej głowie. Nie mogłam właściwie dobrać słów; pamiętam tylko pragnienie, by Jacob był moim bratem, tak, żebyśmy mogli kochać się nawzajem bez żadnego zmieszania czy bólu. Rodzina. Ale nigdy do tego równania nie dodałabym mojej córki. Pamiętałam, jak trochę później – po tym jak po raz kolejny pożegnałam Jacoba – zastanawiając się, z kim w końcu ułoży sobie życie, kto przywróci mu w nim sens po tym wszystkim, co ja mu wyrządziłam. Powiedziałam wtedy coś w stylu, że kimkolwiek by ona nie była, nie będzie dla niego wystarczająco dobra. Prychnęłam i Edward uniósł pytająco jedną brew. W odpowiedzi tylko potrząsnęłam głową. Ale tak jak tęskniłam za moim przyjacielem, wiedziałam, że jest jeszcze większy problem. Czy Sam albo Jared, albo Quil, przetrwali choć jeden cały dzień bez widzenia obiektu swojej fascynacji, bez Emily, Kim, czy Claire? Czy dali radę? Co by przyniosło rozdzielenie Jacoba i Renesmee? Czy sprawiłoby mu ból? Wciąż było w mnie wystarczająco dużo gniewu, bym poczuła się zadowolona, nie ze względu na jego ból, ale na myśl o Renesmee oddzielonej od niego. Jak miałam sobie poradzić z jej przynależeniem do Jacoba, skoro zdawała się wcale nie należeć do mnie? Moje rozmyślania przerwał dźwięk jakiegoś ruchu na werandzie. Słyszałam, jak wstali i weszli przez drzwi. W tym samym czasie po chodach zszedł Carlisle z rękami pełnymi dziwnych rzeczy – taśmą mierniczą i wagą. Jasper rzucił się do mojego boku. Na zewnątrz, jakby na sygnał, który przegapiłam, nawet Leah usiadła i patrzyła się w okno z miną wyczekującą czegoś znajomego i zarazem niezbyt ciekawego. - Musi być już szósta – oznajmił Edward. - No i? – zapytałam, moje oczy skupione na Rosalie, Jacobie i Renesmee. Stali w drzwiach, Renesmee w ramionach Rosalie. Rose z ostrożnym spojrzeniem. Jacob zakłopotany. Renesmee – piękna i niecierpliwa. - Czas zmierzyć Ness… eee… Renesmee – wyjaśnił Carlisle. - Och. Robicie to codziennie? - Cztery razy dziennie – poprawił nieobecnym głosem Carlisle, kierując resztę ku kanapie. Wydawało mi się, że Renesmee westchnęła. - Cztery razy? Codziennie? Dlaczego? - Wciąż szybko rośnie – zamruczał do mnie Edward. Jego głos był cichy i pełen napięcia. Ścisnął moją rękę, a wolnym ramieniem objął mnie w talii, jakby potrzebował wsparcia. Nie sprawdziłam wyrazu jego twarzy, bo nie mogłam oderwać oczu od Renesmee. Wyglądała idealnie, całkowicie zdrowo. Jej skóra błyszczała jak alabaster; jej policzki były na jej tle jak płatki róży. Nie mogło być nic złego w tak promieniującym pięknie. W jej życiu nie mogło z pewnością być nic bardziej niebezpiecznego niż jej matka. Prawda? Różnica, między dzieckiem, które urodziłam, a tym, które ujrzałam godzinę temu, byłaby oczywista dla każdego. Różnica między Renesmee sprzed godziny, a tą teraz, była subtelniejsza. Ludzkie oczy by tego nie dostrzegły. Ale jednak była. Jej ciało było odrobinę dłuższe. Tylko odrobinę szczuplejsze. Jej buzia nie była już tak okrągła; z każdą minutą była coraz bardziej owalna. Jej loczki przekroczyły już o kilka milimetrów linię ramion. Wyprostowała się w ramionach Rosalie, gdy Carlisle rozciągał taśmę wzdłuż jej ciała, a potem użył jej do zmierzenia obwodu głowy. Nic nie zapisywał. Pamięć absolutna. Zauważyłam, ze ręce Jacoba były skrzyżowane na jego piersiach równie mocno, co ręce Edwarda wokół mnie. Ciężkie brwi były ściągnięte w jednej linii tuż nad jego głęboko osadzonymi oczami. Renesmee wyrosła z pojedynczej komórki na dziecko wyglądające na kilka tygodni. W zaledwie kilka dni po swoim urodzeniu zmierzała ku byciu małym szkrabem. Jeśli to tempo się utrzyma… Mój mózg wampira nie miał żadnych problemów z matematyką. - Co zrobimy? – wyszeptałam, przestraszona. Ramiona Edwarda zacisnęły się mocniej. Doskonale rozumiał, co miałam na myśli. – Nie wiem. - To zwalnia – powiedział Jacob przez zaciśnięte zęby. - Potrzebujemy kilku dni pomiarów, żeby określić tendencję, Jacob. Nie mogę nic obiecywać. - Wczoraj urosła o dwa cale. Dziś jest mniej. - O 1/32 cala, jeśli moje pomiary są dokładne – powiedział cicho Carlisle. - Bądź więc dokładny, doktorze – słowa Jacoba zabrzmiały niemal jak groźna. Rosalie zesztywniała. - Wiesz, że robię, co w mojej mocy – Carlisle zapewnił go. Jacob westchnął. – To chyba wszystko, o co mogę prosić. Znów poczułam się zirytowana, jakby Jacob kradł moje słowa… i wymawiał je w zupełnie niewłaściwy sposób. Renesmee też wydawała się być zirytowana. Zaczęła się wiercić i wyciągnęła władczo rękę do Rosalie. Ta pochyliła się tak, by Renesmee mogła dotknąć jej twarzy. Po sekundzie, Rosalie westchnęła. - Czego ona chce? – zażądał Jacob, wyjmując mi to z ust. - Belli, oczywiście – odpowiedziała mu Rosalie i jej słowa sprawiły, że w środku wypełniło mnie słabe ciepło. Potem spojrzała na mnie. – Jak się czujesz? - Zmartwiona – przyznałam, a Edward ścisnął mnie mocniej. - My wszyscy też. Lecz nie to miałam na myśli. - Panuję nad sobą – obiecałam. Pragnienie było teraz na samym końcu listy. Poza tym, Renesmee pachniała przyjemnie, ale nie w smakowity sposób. Jacob przygryzł wargę, ale nie starał się zatrzymać Rosalie, gdy ta podała mi Renesmee. Jasper i Edward zastygli, ale również na to pozwolili. Widziałam, jak bardzo Rose była spięta i zastanowiłam się, jak w tej chwili pokój był odczuwany przez Jaspera. A może tak mocno skupiał się na mnie, że nie czuł nawet pozostałych? Renesmee wyciągnęła ręce w moim kierunku, kiedy ja sięgnęłam po nią, z błyskawicznym uśmiechem rozjaśniającym jej twarz. Tak łatwo wpasowała się w moje ramiona, jakby były wyrzeźbione właśnie dla niej. Natychmiast przyłożyła swoją gorącą, maleńką rączkę do mojego policzka. Chociaż byłam przygotowana, i tak westchnęłam ze zdumieniem, widząc jej pamięć w mojej głowie. Taką jasną i kolorową, ale i całkowicie klarowną. Pamiętała mnie atakującą Jacoba na trawniku przed domem, pamiętała Setha wskakującego między nas. Widziała to i słyszała z perfekcyjną dokładnością. Nie wyglądałam jak ja, ten pełen wdzięku drapieżnik skaczący ku ofierze jak strzała wypuszczona z łuku. To musiał być ktoś inny. To pozwoliło mi poczuć się odrobinę mniej winną, gdy Jacob stał tam bezbronnie z rękami uniesionymi przed sobą. Jego ręce się nie trzęsły. Edward zaśmiał się cicho, przeglądając myśli Renesmee razem ze mną. A potem oboje skrzywiliśmy się na trzask w pękniętych kościach Setha. Renesmee uśmiechnęła się promiennie. Oczy jej wyobraźni nie opuściły Jacoba przez cały ten czas. Wyczułam nowy smak w jej wyobraźni – nie do końca opiekuńczy, bardziej zaborczy – gdy tak obserwowała Jacoba. Odniosłam wyraźne wrażenie, ze była zadowolona, gdy Seth rzucił się wprost pod mój skok. Nie chciała, by Jacobowi stała się jakaś krzywda. Był jej. - Ooo, wspaniale – zawarczałam. – Idealnie. - Tylko dlatego, że on smakuje lepiej niż my – zapewnił mnie Edward, głosem sztywnym od jego własnego zdenerwowania. - Mówiłem, że też mnie lubi – Jacob droczył się z końca pokoju, z oczami utkwionymi w Renesmee. Jego żarty były bezduszne. Napięcie wokół jego brwi wcale się nie rozluźniło. Renesmee klepnęła mnie niecierpliwie po twarzy, domagając się mojej uwagi. Kolejne wspomnienie: Rosalie delikatnie przeczesująca szczotką każdy z jej loczków. Przyjemne. Carlisle i jego taśma, świadomość, że musi być wyprostowana i nieruchoma. To jednak jej nie ciekawiło. - Zanosi się na to, że pokaże ci wszystko, co przegapiłaś – powiedział Edward do mojego ucha. Mój nos zmarszczył się, gdy rzuciła mi kolejne wspomnienie. Zapach dochodzący z dziwnego metalowego kubka, wystarczająco twardego, by go łatwo nie przegryźć, przesłał nagły przebłysk ognia przez moje gardło. Ała. I Renesmee już nie była w moich ramionach, które teraz były ściśnięte za moimi plecami. Nie walczyłam z Jasperem; po prostu spojrzałam na wystraszoną twarz Edwarda. - Co ja zrobiłam? Edward spojrzał na Jaspera, a potem znów na mnie. - Ale przecież ona przypominała sobie bycie spragnioną… – wymamrotał Edward z liniami zmarszczek układającymi się na jego czole. – Przypominała sobie smak ludzkiej krwi. Ręce Jaspera ścisnęły mnie mocniej. Pewna część mojego mózgu odnotowała, że to nie było do końca niewygodne, ani też bolesne, jakby to było dla człowieka. Po prostu denerwujące. Byłam przekonana, ze mogłabym wyrwać się z jego uścisku, ale nie próbowałam. - Tak – zgodziłam się. – I? Edward patrzył na mnie zatroskany przez jeszcze sekundę, a potem rozluźnił się. Zaśmiał się. – I nic, na to wygląda. Tym razem to ja przesadziłem. Jazz, puść ją. Ściskające ręce znikły. Sięgnęłam po Renesmee, gdy tylko byłam wolna. Edward podał mi ją bez wahania. - Nie mogę tego pojąć – powiedział Jasper. – Nie mogę tego znieść. W zdumieniu patrzyłam, jak Jasper wybiegł tylnymi drzwiami. Leah zrobiła mu miejsce, gdy tak biegł w kierunku rzeki, a potem przeskoczył nad nią jednym susem. Renesmee dotknęła mojej szyi, powtarzając scenę odejścia jeszcze raz, jak na powtórce w czasie meczu. Czułam uwięzione w jej gardle pytanie, będące echem mojego. Przeszedł mi już szok związany z jej dziwnym, maleńkim darem. Wydawał się być całkowicie naturalną częścią niej, prawie spodziewaną. Może teraz, gdy sama miałam własną, nadprzyrodzoną moc, już nigdy nie będę sceptyczna. Ale co było nie tak z Jasperem? - Wróci – powiedział Edward, do mnie lub do Renesmee, nie byłam pewna. – Po prostu potrzebuje chwili samotności, by ponownie przystosować się do swojego postrzegania świata – w kącikach jego ust czaił się uśmiech. Kolejne ludzkie wspomnienie… Edward mówiący mi, że Jasper czułby się lepiej, gdybym ja „miała problemy z przystosowaniem się” do bycia wampirem. Padło to w kontekście dyskusji nad tym, ilu ludzi zabiję w ciągu roku po moim ponownym narodzeniu. - Czy jest na mnie zły? – zapytałam cicho. Oczy Edwarda się zwęziły. – Nie. Dlaczego miałby być? - Co z nim w takim razie? - Jest przygnębiony sobą, nie tobą, Bello. Martwi się… połowicznie wypełniającą się przepowiednią, można by tak powiedzieć. - Jak to? – zapytał Carlisle, zanim sama mogłam to zrobić. - Zastanawia go, czy szał nowonarodzonych jest istotnie tak trudny, jak zawsze sądziliśmy, oraz czy z odpowiednim nastawieniem i koncentracją, każdy mógłby sobie radzić tak świetnie jak Bella. Nawet teraz… być może ma takie trudności, bo sądzi, że to naturalne i nieuniknione. Może gdyby spodziewał się po sobie więcej, spełniłby te oczekiwania. Każesz stawiać wiele głęboko zakorzenionych hipotez, Bello. - Ale to nie jest w porządku – powiedział Carlisle. – Każdy jest inny. Każdy ma własne zadania przed sobą. Może to, co robi Bella, przychodzi jej naturalnie. Może to jej dar, mówiąc inaczej. Zamarłam z zaskoczenia. Renesmee wyczuła zmianę i dotknęła mnie. Pamiętała ostatnią sekundę i zastanawiała się, czemu. - To interesująca teoria, i na dodatek całkiem prawdopodobna – powiedział Edward. Przez krótki moment byłam rozczarowana. Dlaczego? Żadnych magicznych wizji, żadnych budzących strach w przeciwniku umiejętności, jak, och, strzelanie piorunami z oka albo coś w tym stylu? Nic pomocnego ani odlotowego? A potem zdałam sobie sprawę, co to może oznaczać, skoro moja „supermoc” nie była niczym więcej niż wyjątkową samokontrolą. Po pierwsze, miałam dar. To mogło być zupełne nic. Ale, co ważniejsze, jeśli Edward miał rację, mogłam przeskoczyć ten okres, którego bałam się najbardziej. Co jeśli nie musiałam być nowonarodzoną? Przynajmniej nie w stylu szalejącej maszyny do zabijania. Co jeśli mogłam od pierwszego dnia dopasować się do Cullenów? Co jeśli nie musielibyśmy się ukrywać na jakimś odludziu przez rok, nim „dorosnę”? Co jeśli, tak jak Carlisle, nigdy nie zabiję żadnej osoby? Co jeśli mogę być dobrym wampirem, tak z marszu? Mogłabym zobaczyć się z Charliem. Westchnęłam, gdy tylko rzeczywistość przefiltrowała się przez nadzieję. Nie mogłam od razu zobaczyć się z Charliem. Oczy, głos, idealna twarz. Co mogłabym mu powiedzieć, jak w ogóle zacząć? Byłam skrycie zadowolona z chwilowego odwleczenia niektórych spraw. Równie mocno pragnęłam znalezienia jakiegoś sposobu na zatrzymanie Charliego w moim życiu, co bałam się tego pierwszego spotkania. Patrzenia, jak oczy mu wyskakują z orbit na widok mojej nowej twarzy, nowej skóry. Świadomości, że jest przerażony. Zastanawiania się, jakie to mroczne wyjaśnienie formuje się w jego głowie. Byłam wystarczająco tchórzliwa, by zaczekać przez rok, aż moje oczy ostygną. A myślałam sobie, że będę nieustraszona, gdy już stanę się niezniszczalna. - Czy kiedykolwiek spotkałeś się z samokontrolą jako równoznaczną z talentem? – zapytał Edward Carlisle’a. – Naprawdę sądzisz, ze to dar, czy może efekt jej przygotowania? Carlisle wzruszył ramionami. – Jest to całkiem podobne do tego, co od zawsze potrafi robić Siobhan, choć ona nie nazwałaby tego darem. - Siobhan, twoja przyjaciółka z irlandzkiego klanu? – zapytała Rosalie. – Nie zadawałam sobie sprawy z tego, że umie coś wyjątkowego. Myślałam, że to Maggie była obdarzona talentem w tamtej paczce. - Tak, Siobhan uważa tak samo. Ale ma ona tę umiejętność wyznaczania sobie celu a potem prawie… realizowania go w rzeczywistości. Uważa, że to dobre planowanie, ale mnie zawsze zastanawiało, czy to nie coś więcej. Kiedy dołączyła do nich Maggie, na przykład. Liam był bardzo wyczulony na punkcie terenu, lecz Siobhan chciała, żeby się udało, i tak też było. Edward, Carlisle i Rosalie usadowili się w fotelach, kontynuując dyskusję. Jacob usiadł opiekuńczo obok Setha, wyglądał na znudzonego. Ze sposobu, w jaki opadały mu powieki, wiedziałam, że za chwilę będzie już nieprzytomny. Przysłuchiwałam się, ale moja uwaga była podzielona. Renesmee wciąż opowiadała mi o swoim dniu. Trzymałam ją przy ścianie z oknem, moje ręce zaczęły automatycznie ją kołysać, gdy tak patrzyłyśmy sobie w oczy. Zdałam sobie sprawę, że pozostali nie mieli powodu, by siadać. Było mi bardzo wygodnie, gdy stałam. To było tak odprężające jak wyciągnięcie się na łóżku. Wiedziałam, że dałabym radę stać tak bez ruchu przez tydzień, a po upływie siedmiu dni, wciąż byłabym tak samo wypoczęta jak na początku. Musieli siadać z przyzwyczajenia. Ludzie zauważyliby, że ktoś stoi godzinami i to bez przenoszenia ciężaru ciała z nogi na nogę. Nawet teraz, widziałam jak Rosalie przeczesywała sobie włosy, a Carlisle krzyżował nogi. Drobne ruchy zapobiegające byciu zbyt sztywnym, zbyt podobnym do wampira. Będę musiała przyjrzeć się, jak to robią, i zacząć ćwiczyć. Może po prostu próbowali dać mi trochę czasu sam na sam z moim dzieckiem – tak dużo prywatności, na ile pozwalały względy bezpieczeństwa. Renesmee opowiadała mi o każdej minucie dnia i odniosłam wrażenie z toku jej historyjek, że chciała, bym poznała ją w każdym szczególe, tak bardzo jak ja chciałam tego samego. Martwiło ją, że przegapiłam niektóre rzeczy, jak wróble podskakujące coraz bliżej, gdy Jacob trzymał ją nieruchomo pod jednym z dużych świerków. Ptaki nie podeszłyby blisko do Rosalie. Albo ta szokująco paskudna sprawa – jedzenie dla dzieci – które Carlisle wlał do jej kubka; śmierdziało cierpko, jak brud. Albo piosenka, którą Edward nucił, a była tak idealna, że Renesmee puściła mi ją dwukrotnie. Byłam zaskoczona, ze znajdowałam się w tle tego wspomnienia, kompletnie nieruchoma i wciąż wyglądająca kiepsko. Wzdrygnęłam się na myśl o moich własnych wspomnieniach z tego okresu. Ten okropny żar… Po prawie godzinie, pozostali wciąż byli pogrążeni w dyskusji, Seth i Jacob zgodnie chrapali na kanapie, a historie Renesmee zaczęły zwalniać. Na brzegach stały się lekko nieczytelne i wypływały z jej świadomości nim zbliżały się do końca. Już miałam przerwać Edwardowi w panice – czy coś było z nią nie tak? – gdy jej powieki zatrzepotały i opadły. Ziewnęła, jej pulchne, różowe usteczka układały się w kształcie litery O, a jej oczy już się nie otworzyły. Jej rączka opadła z mojej twarzy, gdy tylko odpłynęła w sen – miała jasno lawendowe powieki, takie, jak cienkie chmury tuż przed wschodem słońca. Ostrożnie, by jej nie obudzić, podniosłam jej rączkę z powrotem do mojej skóry i zatrzymałam tam z ciekawością. Na początku nie wydarzyło się nic, a potem, po kilku minutach, migotliwe kolory jak garść motyli posypały się z jej myśli. Zahipnotyzowana, oglądałam jej sny. Nie było w nich sensu. Tylko kolory, kształty i twarze. Byłam zadowolona z tego, jak często moja twarz… obie moje twarze, ta brzydka, ludzka i cudowna, nieśmiertelna, wykwitały w jej oddalonych myślach. Więcej niż Edwarda czy Rosalie. Szłam łeb w łeb z Jacobem; starałam się nie dopuszczać tej myśli do siebie. Po raz pierwszy zrozumiałam, dlaczego Edward mógł oglądać mnie we śnie noc po nocy, żeby tylko usłyszeć mnie mówiącą przez sen. Mogłabym oglądać śniącą Renesmee bez końca. Zmiana w tonie głosu Edwarda przykuła moją uwagę, gdy powiedział: - Nareszcie – i odwrócił się, by wyjrzeć przez okno. Była głęboka, purpurowa noc, ale mogłam widzieć równie daleko, co wcześniej. Nic nie skryło się w ciemnościach, wszystko po prostu zmieniło kolory. Leah, wciąż rzucająca gniewne spojrzenia, wstała i wślizgnęła się w pobliskie krzaki, gdy tylko Alice pojawiła się na drugim brzegu rzeki. Kołysała się w przód i w tył, jak akrobatka na trapezie, palcami stóp dotykając rąk, tuż przed wdzięcznym, płaskim obrotem, w jakim przefrunęła nad rzeką. Esme wykonała tradycyjny skok, podczas gdy Emmett ruszył przez wodę, chlapiąc nią tak daleko, ze kropelki uderzyły o szyby tylnych okien. Ku mojemu zdziwieniu, Jasper podążał za nimi, a jego sprawny skok wydał się skromny, nawet subtelny, w porównaniu z resztą. Ogromny uśmiech na twarzy Alice był znajomy w dziwny, zamglony sposób. Nagle każdy się do mnie uśmiechał – Esme słodko, Emmett z podekscytowaniem, Rosalie z odrobiną wyższości, Carlisle pobłażliwie i Edward wyczekująco. Alice wpadła do pokoju przed wszystkimi, z ręką wyciągniętą przed siebie i niecierpliwością, która wytwarzała prawie widzialną aurę wokół niej. W dłoni trzymała zwyczajny mosiężny klucz z przydużą, różową, satynową kokardą wokół niego. Podała mi go, a ja automatycznie ostrożniej przycisnęłam do siebie Renesmee prawą ręką, tak, żebym mogła otworzyć lewą. Alice wrzuciła do niej klucz. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! – zapiszczała. Wywróciłam oczami. – Nikt nie zaczyna liczyć od właściwego dnia urodzin – przypomniałam jej. – Pierwsze urodziny obchodzi się po roku, Alice. Jej uśmiech zmienił się w pełen samozadowolenia. – Nie świętujemy twoich urodzin jako wampira. Jeszcze nie. Dziś trzynasty września, Bello. Wszystkiego najlepszego z okazji dziewiętnastych urodzin! tłumaczenie: Noorey 24. Niespodzianka - Nie, nie ma mowy! - potrząsnęłam przecząco głową. Zauważyłam uśmiech na siedemnastoletniej twarzy mojego męża. - To się nie liczy. Przestałam starzeć się trzy dni temu. Już na zawsze mam osiemnaście lat. - To nie istotne. - ciągnęła Alice nie zważając na moje protesty. - Tak czy inaczej będziemy świętować więc się z tym pogódź. Westchnęłam. Nie było siły by powstrzymać Alice. Na jej twarz wstąpił niesamowicie szeroki uśmiech, kiedy zauważyła rezygnacje w moich oczach. - Jesteś gotowa na otworzenie swojego prezentu? zapytała uradowana. - Prezentów.- poprawił ją Edward wyjmując z kieszeni kluczyki - dłuższe i srebrne, z błyszczącym breloczkiem. Od razu zrozumiałam po co były te kluczki - mój samochód „po”. Zdziwiłabym się gdybym była tym faktem chociaż odrobinkę podekscytowana. Najwyraźniej fascynacja sportowymi samochodami nie jest do przekazania podczas przemiany. - Mój pierwszy. - Alice przystanęła, przewidując co jej odpowie. „ - Mój jest bliżej. - Ale spójrz jak ona jest ubrana. - Alice prawie jęczała. - To mnie zabije. Proszę, to jest najważniejsze. Ściągnęłam razem brwi. Zapewne miała dla mnie całą nowa szafę ciuchów. - Wiem - zagrajmy o to - kontynuowała Alice. - W kamień, papier, nożyce. Jasper zachichotał, a Edward westchnął. - Może po prostu powiesz mi kto wygra? Alice się uśmiechnęła. - Ja. Świetnie. - Prawdopodobnie to nawet lepiej, że poczekam z tym do rana. - Edward uśmiechnął się do mnie po czym skinął na Jacoba i Setha, którzy wyglądali jakby zarwali noc. Zastanawiałam się jak długo już są w takim stanie. - Myślę, że może być zabawniej jeśli Jacob trochę odpocznie. Może dzięki temu zapała chociaż trochę entuzjazmem. Uśmiechnęłam się szeroko. Dobrze mnie znał. - Bella, podaj Renesmee Rosalie. - A gdzie ona zazwyczaj śpi? - Alice tylko wzruszyła ramionami. - W ramionach Rose, albo Jacoba, albo Esme. Zdecydowanie będzie to najbardziej rozpuszczony pół wampir w historii. - Edward zaśmiał się podczas gdy Rosalie brała małą na ręce. - I jest to najbardziej rozpieszczony pół- wampir na świecie. - dopowiedziała Rose i uśmiechnęła się do mnie szeroko. Byłam taka szczęśliwa, że wreszcie udało nam się ze sobą zakolegować. A im Renesmee będzie starsza, tym nasza - moja i Rose więź, bardziej się umocni. Myślę, że będziemy razem na tyle długo by stać się przyjaciółkami. W końcu podjęłam taką samą decyzję, jaką ona by podjęła będąc w mojej skórze. Jednak wydawało mi się, że o większość innych moich wyborów miała jeszcze pretensje. Alice wepchnęła mi klucze do ręki. Pociągnęła mnie za łokieć w stronę tylnych drzwi. - No chodź już, chodź. - To jest na zewnątrz? - Coś w tym stylu. - powiedziała Alice, ciągnąc mnie w stronę wyjścia. - Mam nadzieję, że Ci się spodoba. Jest to prezent od nas wszystkich, a zwłaszcza od Esme. - głos Rosalie dobiegał zza mnie. Odwróciłam się. - Nie idziesz z nami? - Byłam zdziwiona, ze wszyscy zostali na swoich miejscach. - Cóż damy ci możliwość obejrzenia tego w spokoju. Możesz nam opowiedzieć co o tym myślisz później. Emmett zaśmiał się rubasznie. Coś w tym śmiechu mnie zaniepokoiło i nie byłam pewna co. Wszystko kręciło się wokół mojej osoby, a znając ich upodobania co do prezentów mogło być naprawdę różnie. To była prawdziwa ulga, dowiedzieć się ile moich istotnych cech przeszło ze mną przemianę. Alice ciągle ciągnęła mnie za łokieć w ciemną noc. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Za nami szedł tylko Edward. - To jest właśnie entuzjazm, którego u Ciebie szukałam. - Słyszałam zadowoloną Alice. Puściła moją rękę i przeskoczyła rzekę. - Chodź Bello! - wołała mnie z drugiej strony. Edward przeskoczył ją w tym samym momencie, co ja. Było to dla mnie niezwykle radosne przeżycie. Może nawet bardziej niż to z popołudnia, ponieważ noc nadała wszystkiemu nowych, bogatszych kolorów. Alice biegła przed nami, kierując się na północ. Było to takie proste - podążać za dźwiękiem jej stóp, które raz po raz dotykały ziemi. Kierował mną również jej zapach oraz zarys sylwetki, którą widziałam już nie tak dokładnie. Nagle niespodziewanie zatrzymała się. Mało brakowało, a bym w nią wpadła. - Uważaj - ostrzegła mnie i przeskoczyła za mnie. - Co ty wyprawiasz? - krzyknęłam. W tym samym czasie przysłoniła mi twarz rękoma. - Upewniam się, że nic nie możesz widzieć. - Mogę się tym zająć. - zaoferował Edward. - Po prostu weź ją za rękę i prowadź. - Alice, ja... - O nic się nie martw Bello. Zrobimy to po mojemu. Poczułam dotyk palów Edwarda na moich. - To potrwa jeszcze tylko chwilkę, Bello. Prowadził mnie na przód. Tym razem nie martwiłam się, że wpadnę w drzewo, bo był to zaledwie jeden z wielu scenariuszy źródła bólu. - Powinieneś to docenić Edwardzie. W końcu to jest to tak samo dla ciebie jak i dla niej. - Prawda. Jeszcze raz dziękuje. - Tak, wiem... ok. - jej głos przybrał nagle na podekscytowaniu. - Zatrzymaj się tutaj. Obróć ją trochę w prawo. Tak, właśnie tak. Jesteś gotowa? - Tak, jestem gotowa. Było tutaj mnóstwo nowych zapachów, które tylko rozbudziły moją ciekawość. Zapachy te nie należały do drzew. Kapryfolium, dym, róże, trociny? Coś metalicznego także. Bogactwa ziemi. Chciałam poznać jak najszybciej tą tajemnice, Alice zdjęła wreszcie dłonie z mojej twarzy. Wpatrywałam się w ciemność. Na małej polanie pośród drzew dostrzegłam domek, utulony w świetle gwiazd. Jego obecność tutaj była dla mnie dziwnie oczywista, naturalna. Kapryfolium wiło się w górę po jednej ze ścian jak po kratownicy, do którego to wiodła dróżka wysypana żwirkiem. Późne, letnie róże kwitły gdzieś tam w ogrodzie, przysłonięte ciemnością nocy. Domek był wysadzany na dole kamieniem. Zauważyłam też duże, wygięte w łuk drzwi. Moje myśli kręciły się wokół klucza, który był w mojej dłoni. - Co myślisz? Głos Alice był taki miękki. To wszystko przypominało bajkę. Otworzyłam usta, ale nic jej nie odpowiedziałam. - Esme przypuszczała, że wolelibyśmy mieć teraz, chociaż na chwilę, miejsce tylko dla nas, ale nie chciała byśmy byli za daleko. - wyszeptał Edward. - Chcieli mieć powód by je odnowić. Trochę obróciło się w ruinę przez ostatnie sto lat. Dalej gapiłam się bez słowa. - Nie podoba ci się. - W głosie Alice dało się wyczuć zawód. - Mam na myśli to, że jeśli chcesz, to możemy go przerobić. Emmett miał wszystko dodać: taras, drugie piętro, kolumny i wieżę, ale Esme myślała, że wolałabyś prostotę. Jej głos wciąż przybierał na sile. - Jeśli się pomyliła możemy powrócić do pracy. To naprawdę nie będzie trwać aż tak długo. - Ciiii... Przestała mówić. Czekała na moją reakcje. Przyglądała mi się i czekała. - Dajesz mi dom na moje urodziny? - Nam. - poprawił mnie Edward. - I nie jest to nic więcej jak chatka. Dom to naprawdę za duże słowo. - Nie mów tak o moim domu. - Podoba ci się? - wtrąciła Alice. Pokiwałam przecząco głową. - Kochasz go? Potwierdziłam. - Nie mogę się doczekać, aż powiem Esme. - Dlaczego nie przyszła z nami? Alice się tylko pobłażliwie uśmiechnęła. Tak jakby było w nim coś niestosownego, a odpowiedź na nie była bardzo ciężka. - Oh, no wiesz... wszyscy pamiętają jaki masz stosunek do prezentów. Nie chcieli byś czuła się zobowiązana do wykrzesania z siebie fałszywego entuzjazmu. - Nie sądzę żebym mogła nie pokochać tego miejsca. - To dobrze. - otoczyła mnie ramieniem. - Tak czy inaczej, twoja szafa jest pełna. Używaj jej mądrze i... to chyba wszystko. - Nie wejdziesz do środka? - zaczęła się powoli wycofywać. - Edward ci wszystko opowie. Przyjdę, ale później. Zadzwoń jeśli nie będziesz mogła dopasować czegoś ze swoich ciuchów. - spojrzała na mnie trochę niepewnie, po czym się uśmiechnęła. - Czas zapolować. Do zobaczenia. Wystrzeliła w stronę drzew z całą gracją na jaką było ją tylko stać. - To potworne. - powiedziałam, kiedy tylko odgłos jej biegu zanikł gdzieś w głębi lasu. - Czy ja naprawdę jestem taka okropna, że oni nie chcą być tu z nami? Teraz to już w ogóle czuję się paskudnie. Nigdy im się za to nie odwdzięczę. Powinniśmy wrócić i powiedzieć Esme... - Bella nie bądź śmieszna. Nikt nie myśli o tobie w ten sposób. - Więc co? - Czas dla nas to prezent innego rodzaju. Alice chciała ci to przekazać bardzo subtelnie. - Oh. Rozejrzałam się dookoła, ale dom zniknął. Mogliśmy być gdziekolwiek. Nie widziałam już drzew, ani głazów, ani nawet gwiazd. Był tylko Edward. - Chodź, pokażę ci efekty ich pracy. - powiedział, ciągnąc mnie za rękę. Nie brał pod uwagę, że przez moje ciało przechodzą wstrząsy elektryczne niczym adrenalina. I znów poczułam się dziwnie, wyczekując na reakcje mojego ciała, które miały nie nadejść. Moje serce powinno bić w przyspieszonym rytmie, moje policzki powinny zrobić się czerwone. Czułam się też dziwnie zmęczona. To był zdecydowanie najdłuższy dzień w całym moim życiu. Zaśmiałam się głośno - jeden, krótki nerwowy śmiech spowodowany szokiem - kiedy zrozumiałam, że ten dzień się nigdy nie skończy. - Czy ja dobrze słyszę? - To nic takiego. - odpowiedziałam. Byliśmy już przy drzwiach. - Po prostu tak sobie myślałam, że dziś jest pierwszy i ostatni dzień wieczności. Ciężko mi to wszystko sobie uzmysłowić. Wszystko jest takie nowe. Zaśmiałam się ponownie. Edward przyłączył się do mnie. Położył swoją dłoń na klamce - z honorami czekał na mnie. Włożyłam klucz do zamka i przekręciłam go. - To takie naturalne Bello, a ja zapomniałem jakie to wszystko musi być dziwne dla ciebie. Chciałbym móc to słyszeć w swojej głowie. Podniósł mnie i trzymał w swoich ramionach tak szybko, za szybko bym mogła zauważyć jak się zbliżał to było naprawdę coś. - Hej! - Chyba wypada przenieść cię przez próg, prawda? - przypomniał mi. - Ale bądźmy poważni. O czym teraz mylisz? Otworzył drzwi i weszliśmy do małego wyłożonego kamieniem salonu. - O wszystkim - odpowiedziałam. - Zawsze o tym samym, wiesz. O dobrych i złych rzeczach, o rzeczach nowych. Jak mogę użyć tak wielu superlatyw w mojej głowie. Teraz myślę o tym, że Esme to prawdziwa artystka. Tu jest idealnie. Ta nasza chatka była niczym domek z krainy wróżek. Podłoga wykładana kamieniami. Sufit tak wysoki, że tylko ktoś pokroju Jacoba mógł uderzyć się w głowę. Ściany były ciepłe, drewniane w paru miejscach, reszta była mozaiką z kamienia. W rogu w kominku tlił się ogień. Płomienie były inne- niebieskie i zielonezapewne od soli. Było tu dużo elektryki, która może nie za bardzo do siebie pasowała, ale razem ze sobą współgrała. Dostrzegłam tam też krzesło, które wyglądało na średniowieczne, coś ze stylu tureckiego, trochę bardziej współczesnego i półkę na książki z drugiej strony okna, która wyglądała jak część od zestawu mebli ściągniętych z Włoch. Każda z tych rzeczy, chodź tak od siebie różna, tworzyła ze sobą idealną całość. Na ścianach wisiało dużo obrazów- część moich ulubionych z dużego domu. Bezcenne oryginały - nie kopie - które należały do tego miejsca jak i wszystko pozostałe. Było to miejsce, w którym każdy mógłby uwierzyć w istnienie magii. Miejsce, w którym można spotkać Królewnę Śnieżkę spacerującą z jabłkiem w dłoni, czy też jednorożca skubiącego róże. Edward zawsze powtarzał, że należy do świata rodem z filmów grozy. Oczywiście teraz wiedziałam jak bardzo się mylił. Należał do świata podobnego do krainy wróżek - a teraz ja byłam w tej krainie z nim. - Mamy szczęście, że Esme dodała jeden pokój. Nikt przecież nie planował Renesmee. - Ty tez nie. To nie było pytanie. - Przepraszam skarbie. Słyszałem to w ich myślach i zacząłem podzielać ich zdanie. Westchnęłam. Moje dziecko, moja córeczka. Edward zmienił temat. - Założę się, że jesteś ciekawa swojej szafy, albo porozmawiam z nią tak, żeby nie poczuła się urażona. - Czy powinnam się bać? - Powinnaś być przerażona. Prowadził mnie przez kamienny korytarz, w którym sufit był w kształcie łuków, jak w miniaturowym zamku. -, Tu jest pokój Renesmee. - powiedział, wchodząc do pustego pomieszczenia z jasną, drewnianą podłogą. - Nie mieli zbyt wiele czasu by cokolwiek tu zrobić. - zaśmiałam się cicho. Jak to możliwe, że jest tak idealnie, kiedy raptem tydzień temu wszystko wyglądało jak najgorszy koszmar? - Tutaj jest nasz pokój. Esme postarała się przenieść parę drobiazgów z jej wyspy dla nas. Myślała, że ten pomysł przypadnie nam do gustu. Łóżko było ogromne i białe, z chmurami i babim latem, które wyglądało jakby opadało z baldachimu w dół, na podłogę wykonaną z jasnego drewna. Teraz zrozumiałam, że to wszystko odwzorowuje plaże. Ściany były tak biało niebieskie, jakby był to najsłoneczniejszy dzień lata, a na tylnej ścianie umiejscowiono ogromne szklane drzwi, które prowadziły do malutkiego ogrodu. Były tam róże, mały okrągły staw i mnóstwo małych błyszczących kamieni. Malutka część bezwietrznego oceanu tylko dla nas. -Oh.- To było wszystko co zdołałam powiedzieć. - Wiem. - odpowiedział na moje oniemienie. Staliśmy tak przez chwilę. Myśli i wspomnienia, te bardziej człowiecze, a zarazem przyćmione, stały się teraz bardziej wyraźne. Uśmiechnął się szeroko do mnie, a później zaśmiał. - Szafa jest za tym podwójnymi drzwiami Powinienem cię chyba ostrzec, że jest większa niż ten pokój. Nie chciałam nawet spojrzeć na te drzwi. Na całym świecie nie istniało dla mnie już nic poza Edwardem jego ramiona, które mnie otaczały, jego słodki oddech na mojej twarzy, jego usta tylko kilka centymetrów od moich. Nie istniała rzecz, która byłaby w stanie rozproszyć w tej chwili mnie nowonarodzonego wampira. - Powiemy Alice, że poszłam prosto do szafy. - wyszeptałam, mierzwiąc jego włosy palcami i przyciągając jego twarz bliżej mojej. - Powiemy jej, że spędziłam tutaj godzinę na przebierankach. Po prostu skłamiemy, żeby była szczęśliwa. Mój nastrój ulegał dalszej poprawie, kiedy to raz niecierpliwie ciągnął mnie dalej, a raz pozwalał, jak na dżentelmena przystało, bym mogła w spokoju podziwiać mój prezent urodzinowy. Przyciągnął moją twarz do swojej z namiętnością bliskiej brutalności, a pomruk zadowolenia zdawał się wydobywać z jego gardła. Ten dźwięk spowodował, że moje ciało stało się bardziej napięte i nie mogłam być wystarczająco blisko jego ciała, tak szybko jak bym chciała. Poczułam płócienny materiał pod moją ręką. Byłam szczęśliwa, że moje ciuchy były zniszczone. Czułam, że to wręcz niegrzeczne ignorować to śliczne białe łóżko. Nasz drugi miesiąc miodowy nie był podobny do pierwszego w żaden sposób. Nasz pobyt na wyspie był pożegnaniem z moim ludzkim życiem. Był też najlepszym, co mi się w nim przydarzyło. Byłam gotowa zakończyć mój żywot jako człowiek byle tylko być z nim już na wieczność, jednak potrwało to niespodziewanie dłużej. Mogłam tylko wierzyć, że teraz każdy dzień będzie lepszy od poprzedniego. Teraz mogłam w pełni docenić jakie mam szczęście będąc z nim - mogłam patrzeć na każdą idealną linie na jego twarzy, na jego ciele pozbawionym skazy- moimi nowymi oczami. Mogłam zasmakować w jego zapachu i poczuć niewiarygodną jedwabistość jego marmurowej skóry pod opuszkami moich palców. Moja skóra również była delikatna pod jego dłońmi. Był dla mnie całkiem nowy. Inna osoba. Nasze ciała na podłodze w odcieniu jasnego piasku. Bez ostrożności, bez stawiania oporu, bez strachu - zwłaszcza bez tego. Wreszcie mogliśmy się kochać i być w tym tak samo zatraceni. Tak jak nasze pocałunki. Każdy dotyk był silniejszy niż przedtem. Duża jego część powstrzymywała się wcześniej przed wybuchem namiętności, ale teraz nie było to konieczne. Nie mogłam uwierzyć jak wiele mi brakowało. Starałam się pamiętać, że teraz jestem silniejsza od niego, ale tak trudno jest skupić uwagę na czymkolwiek z powagą, kiedy czułam ze zdwojoną siłą miliony różnych punktów na całym moim ciele w każdej sekundzie. Jeśli go zraniłam, to nawet się nie skarżył. Bardzo mała część moich myśli skupiona była wokół całej tej sytuacji. Nigdy już nie miałam być zmęczona, tak samo jak on. Nie musimy ani oddychać, ani odpoczywać, ani jeść. Wszystkie ludzkie potrzeby są w nas stłumione. On ma najpiękniejsze, najbardziej idealne ciało na świecie i nie sądzę bym kiedykolwiek pomyślała : Mam dość jak na jeden dzień. Zawsze będę chcieć więcej. Dzień nigdy nie będzie miał się ku końcowi. Więc jak w takiej sytuacji będziemy mogli kiedykolwiek przestać? Nawet nie przejmowałam się, że nie znajdę na to pytanie odpowiedzi. Błądziłam gdzieś myślami, kiedy niebo robiło się coraz jaśniejsze. Gdzieś w oddali czarna plama zmieniła się w szarą, a skowronek zaczął śpiewać niedaleko - może był gdzieś blisko róż. - Tęsknisz za tym?- zapytałam go, kiedy piosenka dobiegła końca. Nie był to przecież pierwszy raz kiedy o tym rozmawialiśmy, ale przychodziło nam to dość ciężko. - Tęsknie za czym? - Za wszystkim - za moim ciepłem, miękką skórą, smacznym zapachem… Straciłam to wszystko i chcę wiedzieć jeśli jesteś chociaż odrobinę smutny. Zaśmiał się tylko. - Byłoby ci ciężko znaleźć kogoś mniej smutnego niż ja. Byłoby to wręcz niemożliwe, jak sądzę. Nie wielu ludzi dostaje w ciągu jednego dnia wszystko, czego pragną i to w dodatku wszystko, o czym nawet nie marzyli. - Odpowiesz mi na moje pytanie? Przejechał wierzchem dłoni po mojej twarzy. - Jesteś ciepła.- odpowiedział. Była to prawda - w pewnym sensie. Dla mnie jego dłoń była ciepła. Nie było to to samo co dotykać płomiennie gorącej skóry Jacoba, ale bardziej przyjemne. Bardziej naturalne. Wtedy on pogładził mnie palcami po twarzy, aż do szyi a potem do nadgarstków. - Jesteś miękka.- Jego palce były jak satyna na mojej skórze, więc mogłam bez problemu zrozumieć co miał na myśli. - A co do zapachu, nie mógłbym powiedzieć, że mi go brakuje. Pamiętasz zapach tych turystów z naszego polowania? - Było to nieco dokuczliwe. - Wyobraź sobie spróbować. W gardle zapalił mi się ogień. - Oh. - Właśnie. Więc odpowiedź brzmi nie. Cieszę się i to bardzo, ponieważ nie brakuje mi niczego. Nikt nie może mieć więcej niż ja teraz. Chciałam go poinformować o jednym wyjątku z jego oświadczenia, ale moje usta chwilowo były bardzo zajęte. Powoli zaczęło wschodzić słońce, a ja miałam do niego jeszcze jedno pytanie. - Jak długo to trwa? Mam na myśli Carlisle i Esme, Emmetta i Rose, Alice i Jaspera - nie spędzają przecież oni całego dnia pozamykani w swoich pokojach. Zawszę są gdzieś na widoku w pełni ubrani, cały czas. A co z pożądaniem? Przysunęłam się bliżej niego by stało się całkowicie jasne co mam na myśli. - Trudno powiedzieć. Każdy jest inny, a ty jesteś tak różna od wszystkich. Zwykle młode wampiry mają obsesje na punkcie pragnienia i nie umieją za bardzo skupić się na czymś innym. To nie to co ty. Co do starszych wampirów, po tym pierwszym roku inne potrzeby stają się na nowo znane. Żadne z rodzajów pożądania nie blakną. To łatwe, nauczyć się między tym balansować. - Jak długo? Uśmiechnął się marszcząc odrobinę nos. - Rosalie i Emmett byli najgorsi. Ponad dekadę temu naprawdę ciężko było przebywać w ich towarzystwie. Nawet Carlisle i Esme nie mogli tego znieść. Oni też mają wybudowany dom. Jest większy niż ten, ale Esme wiedziała co lubi Rosalie i wie co lubisz ty. - Więc po dziesięciu latach? - Byłam całkiem pewna, że Rosalie i Emmett nie mieli nic do nas, ale co miało być za dekadę. - Stali się normalni? Tak jak są teraz? Edward znów się uśmiechnął. - Cóż, nie jestem pewny co masz na myśli mówiąc normalni. Widziałaś moją rodzinę prowadzącą zwykłe ludzkie życie, ale dotąd przesypiałaś noce. Jest powód dla którego jestem najlepiej uzdolniony muzycznie z całej naszej rodziny, dlaczego - poza Carlislem- przeczytałem najwięcej książek, zgłębiłem najwięcej nauk, mówię w największej ilości języków… Emmett chciałby byś uwierzyła, że wiem to wszystko ponieważ mam niesamowita pamięć, ale prawda jest taka, że po prostu miałem mnóstwo wolnego czasu. Zaśmialiśmy się razem, co było inicjatywą dla połączenia się naszych ciał - efektowne zakończenie konwersacji. tłumaczenie: S.Mapet 25. Przysługa Minęła tylko chwila, gdy Edward przypomniał mi o tym, co najważniejsze. Powiedział tylko jedno słowo. - Renesmee… Westchnęłam. Wkrótce się obudzi. Musiała już dochodzić siódma rano. Czy będzie mnie szukać? Nagle, coś zbliżonego do paniki ogarnęło moje ciało. Jak dziś będzie wyglądać? Edward poczuł moje całkowite rozproszenie. – W porządku, kochanie. Ubierz się i za dwie minuty będziemy z powrotem w domu. Wyglądałam pewnie jak postać z kreskówki – przez sposób, w jaki zerwałam się na równe nogi, potem znów spojrzałam na niego – jego diamentowe ciało delikatnie iskrzyło się w rozproszonym świetle – potem dalej na wschód, gdzie czekała Renesmee, a później znów na niego, potem z powrotem w jej stronę, z głową obracającą się to w jedną, to drugą stronę, sześć razy w ciągu sekundy. Edward uśmiechnął się, ale nie zaśmiał; był silnym mężczyzną. - Chodzi tylko o znalezienie równowagi, najdroższa. Radzisz sobie ze wszystkim tak dobrze, że nie sadzę, by ustalenie właściwej perspektywy zajęło nam zbyt dużo czasu. - I mamy dla siebie całą noc, prawda? Uśmiechnął się szerzej. – Myślisz, że zniósłbym to, że masz się ubrać, gdyby było inaczej? Tyle musiało mi wystarczyć, żebym mogła przetrwać cały dzień. Zrównoważę tę przytłaczającą, niszczącą żądzę, abym mogła być… ciągle ciężko mi było pomyśleć to słowo. Mimo, że Renesmee była taka prawdziwa i realna w moim życiu, wciąż ciężko mi było myśleć o sobie jako o matce. Przypuszczałam, że każdy czułby się tak samo, mimo, że zazwyczaj ma się dziewięć miesięcy na oswojenie się z tą myślą. A dziecko nie zmienia się zazwyczaj z godziny na godzinę. Myśl o rwącym do przodu życiu Renesmee w sekundę ponownie mnie zestresowała. Nie zatrzymałam się nawet przed misternie rzeźbionymi podwójnymi drzwiami, żeby złapać oddech przed sprawdzeniem, co Alice tam nawyprawiała. Po prostu wpadłam do szafy, z zamiarem założenia tych rzeczy, które nawiną mi się jako pierwsze. Powinnam była wiedzieć, że nie będzie tak łatwo. - Które są moje? – zasyczałam. Tak jak powiedział Edward, pokój był większy niż nasza sypialnia. Mógł być nawet większy niż cały nasz dom, ale żeby mieć pewność, musiałabym zmierzyć go krokami. Przez głowę przewinął mi się szybki przebłysk Alice, próbującej przekonać Edwarda, żeby zignorował klasyczne proporcje domu i pozwolił na te monstrualne rozmiary. Zastanawiałam się, jak Alice udało się do tego doprowadzić. Wszystko było zapakowane w nieskazitelnie białe pokrowce na ubrania, rządek przy rządku. - Z tego co wiem, wszystkie oprócz tych z tego wieszaka – dotknął rurki, która ciągnęła się przez pół ściany aż po lewą stronę drzwi. - … są twoje. - Wszystkie? Wzruszył ramionami. - Alice – powiedzieliśmy razem. On – jak wyjaśnienie, a ja – jak przekleństwo. - Dobrze – wymamrotałam, i rozsunęłam zamek najbliżej wiszącego pokrowca. Zawarczałam pod nosem, gdy zobaczyłam w środku długą do ziemi suknię wieczorową – w kolorze niemowlęcego różu. Znalezienie czegoś normalnego mogłoby mi zająć nawet cały dzień! - Pomogę ci – zaoferował się Edward. Ostrożnie powąchał powietrze, a potem podążył za zapachem aż na koniec długiego pokoju. Była tam wbudowana w ścianę komoda. Ponownie wciągnął powietrze w płuca, a potem otworzył szufladę. Z tryumfalnym uśmiechem wyciągnął parę artystycznie przetartych, błękitnych dżinsów. Przytuliłam się do niego. – Jak to zrobiłeś? - Dżins ma swój własny zapach, tak jak wszystko inne. Teraz co… rozciągliwa bawełna? Podążył za swoim węchem do stojaka, z którego wygrzebał białą bluzkę z długim rękawem. Rzucił ją w moją stronę. - Dzięki – powiedziałam gorąco. Powąchałam każdy materiał, zapamiętując zapach na wypadek przyszłych poszukiwań w tym wariatkowie. Pamiętałam już jedwab i satynę – tych będę unikać. Znalezienie jego ubrań zajęło mu tylko kilka sekund - gdybym nigdy nie widziała go nago, przyrzekłabym, że nie ma nic piękniejszego niż Edward w swoich klasycznych spodniach i beżowym swetrze – a potem wziął mnie za rękę. Popędziliśmy przez ukryty ogródek, lekko przeskoczyliśmy kamienny murek i w dzikim sprincie wpadliśmy do lasu. Uwolniłam moją rękę tak, żebyśmy znów mogli się pościgać. Tym razem mnie pokonał. Renesmee już nie spała. Siedziała na podłodze ze skaczącymi nad nią Rose i Emmettem, bawiąc się stosem powykręcanych srebrnych sztućców. W prawej rączce trzymała uszkodzoną łyżkę. Gdy tylko dojrzała mnie przez szklaną szybę, rzuciła nią o podłogę – zostawiając wgłębienie w drewnie – i rozkazująco wskazała w moim kierunku. Jej publiczność zaśmiała się – Alice, Jasper, Esme i Carlisle siedzieli na kanapie, obserwując ją niczym najbardziej pochłaniający film świata. Wbiegłam przez drzwi, nim ich śmiech zdążył na dobre rozbrzmieć, pokonując pokój kilkoma susami i w tej samej sekundzie porywając ją z ziemi. Szeroko się do siebie uśmiechnęłyśmy. Zmieniła się, ale nie tak bardzo. Znów była trochę dłuższa, jej proporcje zmieniały się z niemowlęcych w bardziej dziecięce. Miała o ćwierć cala dłuższe włosy, a jej loczki podskakiwały jak sprężynki z każdym ruchem. Pozwoliłam się cofnąć mojej wyobraźni, i przypomniałam sobie, że spodziewałam się czegoś gorszego. Dzięki moim przesadzonym lękom, te małe zmiany przyniosły prawie ulgę. Nawet bez pomiarów Carlisle’a wiedziałam, że przebiegły wolniej niż wczoraj. Renesmee klepnęła mnie po policzku. Drgnęłam. Znów była głodna. - Kiedy się obudziła? – zapytałam, gdy Edward zniknął w drzwiach prowadzących do kuchni. Byłam pewna, że poszedł po jej śniadanie, zobaczywszy przed chwilą w jej myślach równie wyraźnie to, co i ja. Zastanawiałam się, czy gdyby był jedynym znającym ją człowiekiem, zauważyłby jej małe dziwactwo. Dla niego prawdopodobnie byłoby to jak słuchanie wszystkich innych wokół. - Dopiero kilka minut temu – powiedziała Rose. – Wkrótce byśmy po ciebie zadzwonili. Pytała o ciebie – właściwie to „domagała się” lepiej to oddaje. Esme poświęciła swoją drugą najlepszą zastawę, żeby tylko zabawić małego potworka – Rose uśmiechnęła się do Renesmee z taką rozkoszą, że krytyka straciła znaczenie. – Nie chcieliśmy wam, eee… przeszkadzać. Widziałam, jak Rosalie zagryza górną wargę i odwraca wzrok, próbując się nie roześmiać. Poczułam za mną cichy śmiech Emmetta, wysyłający wibracje aż po fundamenty domu. Wysoko trzymałam podbródek. – Natychmiast urządzimy ci pokoik – powiedziałam do Renesmee. – Spodoba ci się nasza chatka. Jest magiczna – spojrzałam na Esme. – Dziękujemy, Esme. Bardzo. Jest idealna. Zanim Esme zdołała odpowiedzieć, Emmett znów się śmiał – i tym razem nie cicho. - Więc ciągle jeszcze stoi? – wydusił z siebie między kolejnym parsknięciami. – Spodziewałbym się, że we dwójkę obróciliście ją do tej pory w pył. Co robiliście zeszłej nocy? Omawialiście problemy narodu? – ryczał ze śmiechu. Zacisnęłam zęby i przypomniałam sobie o negatywnych skutkach mojej wczorajszej utraty samokontroli. Z drugiej strony, Emmett nie był tak kruchy jak Seth… Wspomnienie Setha zastanowiło mnie. – Gdzie się dziś podziewają wilki? – wyjrzałam przez okno, lecz nie było tam śladu Leah. - Jacob wyszedł dziś całkiem wcześnie – wyjaśniła Rosalie, z nieco zmarszczonym czołem. – Seth poszedł za nim. - Co go zaniepokoiło? – zapytał Edward, gdy wrócił z kubkiem Renesmee. Najwyraźniej w pamięci Rosalie było więcej, niż dostrzegłam na jej twarzy. Bez oddychania, oddałam Renesmee Rosalie. Super opanowana, może i tak, ale nie było mowy o tym, żebym mogła ją nakarmić. Jeszcze nie teraz. - Nie wiem… albo nie chcę wiedzieć – zrzędziła, ale pełniej odpowiedziała na pytanie Edwarda. - Patrzył na śpiącą Nessie, z gębą otwartą jak u jakiegoś idioty, którym przy okazji jest, a potem zerwał się na nogi bez żadnego powodu – który ja bym przynajmniej zauważyła – i wybiegł. Jestem zadowolona, że się go pozbyliśmy. Im więcej czasu tu spędza, tym mniejsza szansa, że kiedykolwiek pozbędziemy się tego smrodu. - Rose – skarciła ją delikatnie Esme. Rosalie przerzuciła sobie włosy. – Przypuszczam, że to i tak bez znaczenia. Nie zostaniemy tu aż tak długo. - Ciągle uważam, że powinniśmy jechać prosto do New Hampshire i tam się zadomowić – powiedział Emmett, najwyraźniej kontynuując poprzednią rozmowę. – Bella już jest zapisana do Dartmouth. Nie zanosi się, żeby trwało to długo, zanim będzie gotowa na pójście do szkoły – odwrócił się do mnie i żartobliwie uśmiechnął. – Jestem pewien, że będziesz najlepsza na zajęciach… widocznie nocami nie masz ciekawszego zajęcia niż nauka. Rosalie zachichotała. Nie trać nad sobą panowania, nie trać nad sobą panowania – powtarzałam sobie. Byłam dumna z siebie, że zachowałam zimną krew. Zaskoczyło mnie więc to, że Edwardowi się to nie udało. Warknął – gwałtowny, zaskakujący zgrzyt – a potem najczarniejsza furia przewinęła się po jego twarzy jak burzowe chmury. Zanim ktokolwiek z nas mógł zareagować, Alice zdążyła wstać. - Co on robi? Co takiego ten pies wyprawia, co wymazało plan całego mojego dnia? Nic nie mogę zobaczyć! Nie! – spojrzała na mnie umęczonym wzrokiem. – A ty spójrz na siebie! Potrzebujesz mnie, żebym ci pokazała, jak masz używać swojej garderoby. Przez jedną sekundę byłam wdzięczna Jacobowi, cokolwiek by nie planował. A wtedy ręce Edwarda zacisnęły się w pięści i zawarczał – Rozmawiał z Charliem. Myśli, że ten już za nim jedzie. Przyjeżdża tu. Dzisiaj. Alice powiedziała słowo, które zabrzmiało bardzo dziwnie wymówione jej dźwięcznym, dystyngowanym głosem, a potem rozmazała się w ruchu, wybiegając tylnymi drzwiami jak świetlny promień. - Powiedział Charliemu? – zdołałam wysapać. – Czy on nie rozumie? Jak on mógł to zrobić? – Charlie nie mógł się o mnie dowiedzieć! O wampirach! To by go wciągnęło na listę osób, które Volturi mają zlikwidować, a wtedy nawet Cullenowie nie mogliby go uratować. – Nie! Edward powiedział przez zaciśnięte zęby. – Jacob już tu jedzie. Na wschodzie musiało zacząć padać. Jacob wszedł przez drzwi, osuszając swoje włosy jak pies, rozbryzgując krople deszczu na dywan i kanapę, gdzie na bieli tworzyły się szare punkciki. Jego zęby świeciły w kontraście z ciemnymi ustami;oczy iskrzyły z podekscytowania. Poruszał się w nagłych szarpnięciach, jakby myśl o zniszczeniu życia mojego ojca niesamowicie go nabuzowała. - Hej wszystkim – powitał nas, szczerząc się w uśmiechu. Zapadła idealna cisza. Leah i Seth wślizgnęli się tuż za nim, w swoich ludzkich postaciach… chwilowo; ręce im się trzęsły od napięcia panującego w całym pokoju. - Rose – powiedziałam, wyciągając ręce. Rosalie bez słowa podała mi Renesmee. Przycisnęłam ją mocno do mojego zastygłego serca, trzymając jak talizman chroniący przed awanturą wiszącą w powietrzu. Planowałam trzymać ją w ramionach dopóty, dopóki moja decyzja o zabiciu Jacoba zostanie poparta racjonalnymi argumentami, a nie zwyczajną wściekłością. Wcale się nie ruszała, obserwując i słuchając. Jak dużo z tego rozumiała? - Wkrótce będzie tu Charlie – oznajmił mi niedbale Jacob. – Głowy do góry. Zakładam, że Alice da ci jakieś ciemne okulary? - Zbyt wiele sobie zakładasz – powiedziałam przez zęby. – Coś. Ty. Narobił? Uśmiech Jacoba stał się mniej pewny, ale był zbyt nakręcony, by odpowiedzieć poważnie. – Blondyna i Emmett obudzili mnie dziś rano, cały czas gadając o przemieszczaniu się przez cały kraj. Jakbym mógł wam pozwolić wyjechać. Głownie chodziło przecież o Charliego, prawda? No to problem rozwiązany. - Czy ty sobie chociaż zdajesz sprawę z tego, co narobiłeś? Z niebezpieczeństwa, na jakie go naraziłeś? Prychnął. – Na nic go nie naraziłem. Z wyjątkiem ciebie. Ale ty masz przecież jakąś super samokontrolę, prawda? Jak dla mnie to nie takie fajne jak czytanie w myślach. O wiele mniej ekscytujące. Edward poruszył się, rzucając się przez cały pokój, aż znalazł się tuż przed nosem Jacoba. Chociaż był o pół głowy niższy od niego, Jacob odsunął się przed oszałamiającym gniewem Edwarda, jakby ten nad nim górował. - To tylko teoria, kundlu – zawarczał. – Myślałeś, że chcieliśmy ja przetestować na Charliem? Zastanawiałeś się nad bólem fizycznym, jaki sprawisz Belli, nawet jeśli zdoła się powstrzymać? Albo nad bólem psychicznym, jeśli jej się to nie uda? Pewnie teraz nic cię już nie obchodzi, co się stanie z Bellą! – warknął przy słowie „cię”. Renesmee nerwowo przycisnęła palce do mojego policzka, niepokój nakreślił powtórkę tej sceny w jej głowie. Słowa Edwarda w końcu złamały dziwne podekscytowanie Jacoba. Jego mina spoważniała. – Bella będzie narażona na ból? - Taki, jakby spuszczano w głąb jej gardła rozżarzone do białości żelazo! Wzdrygnęłam się na wspomnienie zapachu ludzkiej krwi. - Nie wiedziałem o tym – wyszeptał Jacob. - W takim razie trzeba było najpierw zapytać – Edward ponownie zawarczał przez zęby. - Powstrzymalibyście mnie. - Powinieneś być powstrzymany… - Tu nie chodzi o mnie – wtrąciłam się. Stałam bardzo spokojnie, kurczowo łapiąc się Renesmee i resztek mojego zdrowego rozsądku. – Chodzi o Charliego, Jacob. Jak mogłeś narazić go na takie niebezpieczeństwo? Zdajesz sobie sprawę z tego, ze teraz czeka go albo śmierć, albo życie wampira? – mój głos zadrżał od łez, których już nigdy miałam nie uronić. Jacob wciąż był bardziej zakłopotany oskarżeniami Edwarda, ale moje nie zdawały się go martwić. – Spoko, Bella. Nie powiedziałem mu nic, czego byś nie chciała. - Ale on tu jedzie! - Taa, i takie było założenie. Czy to nie ty obmyśliłaś plan pt. „Pozwólmy mu wyciągnąć fałszywe wnioski”? Chyba za bardzo odbiegłem od tematu, jeśli mam być szczery… Moje palce oderwały się od Renesmee. Na wszelki wypadek je zacisnęłam. – Mów jasno, Jacob. Nie mam na to cierpliwości. - Nic mu o tobie nie powiedziałem, Bella. Nie do końca. Powiedziałem mu o mnie. Cóż, pokazałem, jest chyba lepszym słowem. - Przemienił się na oczach Charliego – zasyczał Edward. - Że co? – wyszeptałam. - Jest odważny. Tak jak i ty. Nie zemdlał, nie wymiotował czy coś. Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem. Chociaż trzeba było zobaczyć jego minę, gdy zacząłem zdejmować moje ciuchy. Bezcenna – zarechotał Jacob. - Jesteś totalnym kretynem! Mógł mieć przez ciebie zawał! - Wszystko z nim w porządku. Jest twardy. Gdybyś się przez minutkę zastanowiła, zobaczyłabyś, jaką przysługę ci wyświadczyłem. - Masz już tylko połowę, Jacob – mój głos był równy i spokojny. – Masz tylko 30 sekund, żeby powtórzyć mi każde słówko, zanim oddam Renesmee Rosalie i oderwę ci twoją nędzną głowę. Seth tym razem nie da rady mnie powstrzymać. - Jezu, Bells. Kiedyś nie byłaś taka melodramatyczna. To jakaś cecha wampirów? - 26 sekund. Jacob wywrócił oczami i padł na najbliższe krzesło. Jego mała sfora stanęła po bokach, nie do końca tak zrelaksowana jak on; oczy Leah wpatrywały się we mnie, jej zęby były lekko obnażone. - Więc, zapukałem dziś do Charliego, i poprosiłem, żeby poszedł ze mną na spacer. Był zmieszany, ale gdy powiedziałem mu, że chodzi o ciebie, bo wróciłaś już do domu, poszedł za mną do lasu. Powiedziałem mu, że już wyzdrowiałaś, i że niektóre rzeczy mogą być wciąż trochę dziwne, ale ogólnie jesteś w porządku. Już miał iść, żeby się z tobą zobaczyć, ale powiedziałem, że najpierw muszę mu coś pokazać. No i się przemieniłem – Jacob wzruszył ramionami. Moje zęby zacisnęły się jak imadło. – Chcę każdego słówka, ty potworze. - Cóż, mówiłaś, że mam tylko pół minuty… ok, ok – mój wyraz twarzy musiał go przekonać, że nie byłam w nastroju do żartów. – Jak to było… przemieniłem się z powrotem i ubrałem się, a kiedy zaczął już oddychać, powiedziałem coś w stylu: „Charlie, świat, w którym żyjesz, nie jest taki, jak myślisz. Dobra nowina jest taka, że nic się nie zmieniło – z wyjątkiem tego, że teraz już wiesz. Życie będzie się toczyło tak, jak dotychczas. Możesz teraz udawać, że nie wierzysz w to, co zobaczyłeś.” Chwilę mu zajęło, zanim się pozbierał do kupy, a potem chciał tylko wiedzieć, co naprawdę ci się stało, co z tą rzadką chorobą. Powiedziałem mu, że byłaś chora, ale już wszystko dobrze – tyle, że troszkę się zmieniłaś podczas rekonwalescencji. Chciał wiedzieć, co rozumiem jako „zmianę”, więc powiedziałem mu, że teraz bardziej przypominasz Esme, niż Renee. Edward zasyczał, a ja patrzyłam się z przerażeniem; Jacob sprowadził tamtą rozmowę na niebezpieczne tory. - Po paru minutach zapytał cicho, czy ty też zmieniłaś się w zwierzę. A ja powiedziałem: „Chciałaby mieć tak fajnie!” – zachichotał Jacob. Rosalie wydała jakiś dźwięk pełen zniesmaczenia. - Zacząłem mu więcej opowiadać o wilkołakach, ale nie zdążyłem się rozkręcić, gdy Charlie przerwał mi, i powiedział, że nie chce znać szczegółów. Potem zapytał mnie, czy wiedziałaś, w co się pakowałaś, wychodząc za Edwarda, a ja powiedziałem: „Pewnie, wiedziała o tym od lat, od kiedy przeprowadziła się do Forks”. To mu się nie spodobało. Pozwoliłem mu się nagderać, aż wszystko z siebie wyrzucił. Jak się już uspokoił, chciał tylko dwóch rzeczy. Chciał zobaczyć się z tobą, a ja powiedziałem, że lepiej by było, gdyby pozwolił mi się wyprzedzić, tak żebym mógł wszystko ci wyjaśnić. Nabrałam powietrza. – A ta druga rzecz? Jacob uśmiechnął się. – To ci się spodoba. Jego główną prośbą było, żeby powiedzieć mu jak najmniej o tym wszystkim. Jeśli coś nie jest naprawdę konieczne, zachowajcie to dla siebie. Tylko to, co musi wiedzieć. Po raz pierwszy od przyjścia Jacoba, poczułam ulgę. – Z tym dam sobie radę. - Poza tym, będzie udawał, że wszystko jest po staremu – Jacob uśmiechnął się z samozadowoleniem. Musiał podejrzewać, że właśnie czułam pierwsze słabe zaczątki wdzięczności. - Co mu powiedziałeś o Renesmee? – udało mi się złagodzić ostrość w moim głosie, zwalczając jednak niechętną wdzięczność. Była przedwczesna. Wciąż w tej sytuacji wiele rzeczy było nie na miejscu. Nawet, jeśli interwencja Jacoba podziałała na Charliego lepiej niż się spodziewałam… - O tak. Powiedziałem mu więc, że ty i Edward otrzymaliście w spadku nową małą buzię do wykarmienia – zerknął na Edwarda. – Jest twoją osieroconą podopieczną – tak jak Bruce Wayne przygarnął Dicka Graysona. Jacob parsknął śmiechem. – Nie sądziłem, żebyście mieli coś przeciwko kłamstwom. To część zabawy, prawda? Edward nie zareagował w żaden sposób, więc Jacob kontynuował. – W tamtym momencie Charlie był bardziej niż zszokowany, ale zapytał, czy ją adoptowaliście. „Coś jak córka? Jakbym był w pewien sposób dziadkiem?” – tak brzmiały dokładnie jego słowa. Powiedziałem mu, że tak. „Gratki, dziadziu” i cała reszta. Nawet się trochę uśmiechnął. Znów poczułam pieczenie w oczach, ale tym razem nie było spowodowane strachem czy bólem. Charlie uśmiechał się na myśl o byciu dziadkiem? Charlie miał spotkać Renesmee? - Ale ona zmienia się tak szybko – wyszeptałam. - Powiedziałem mu, że jest bardziej wyjątkowa niż my wszyscy razem wzięci – powiedział Jacob miękkim głosem. Wstał i podszedł do mnie, powstrzymując Leah i Setha, gdy ruszyli za nim. Renesmee wyciągnęła ręce ku niemu, ale ja jeszcze mocniej przytuliłam ją do siebie. – Powiedziałem mu: „Zaufaj mi, nie chcesz tego wiedzieć. Ale jeśli przymkniesz oko na wszystkie małe dziwactwa, będziesz zdumiony. Jest najcudowniejszą osobą pod słońcem.” A potem powiedziałem mu, że jeśliby się na to zgodził, zostalibyście tutaj jeszcze przez jakiś czas, i miałby szansę poznać ją trochę lepiej. Ale jeśli to by było dla niego zbyt wiele, wyjechalibyście. Powiedział, że jeśli nikt nie będzie wmuszał w niego zbyt wielu informacji, przystanie na to. Jacob wpatrywał się we mnie z półuśmiechem, czekając. - Nie mam zamiaru ci dziękować – powiedziałam. – Wciąż obarczasz Charliego zbyt dużym ryzykiem. - Naprawdę przepraszam za to, że sprawię ci ból. Nie wiedziałem, że to tak jest. Bello, sprawy między nami wyglądają teraz inaczej, ale zawsze będziesz moją najlepszą przyjaciółką, i zawsze będę cię kochał. Tylko że teraz we właściwy sposób. Nareszcie złapałem równowagę. Oboje mamy teraz ludzi, bez których nie możemy żyć. Uśmiechnął się swoim najbardziej jacobowym uśmiechem. – Ciągle przyjaciele? Mimo powstrzymywania się, musiałam mu go odwzajemnić. Jeden mały uśmiech. Wyciągnął swoją rękę: oferta. Wzięłam głęboki oddech i przeniosłam ciężar Renesmee na jedno ramię. Włożyłam moją lewą dłoń w jego – nawet się nie wzdrygnął na zimno mojej skóry. - Jeśli nie zabiję Charliego dziś wieczorem, zastanowię się nad przebaczeniem ci tego wszystkiego. - Gdy już nie zabijesz Charliego dziś wieczorem, dużo mi będziesz wisieć. Przewróciłam oczami. Wyciągnął swoją drugą rękę w kierunku Renesmee, tym razem z prośbą. – Mogę? - Trzymam ją właśnie po to, żeby nie mieć rąk wolnych i gotowych do zabicia cię, Jacob. Może później. Westchnął, ale nie naciskał. Mądrze z jego strony. Alice znów wbiegła przez drzwi, z pełnymi rękami i obliczem zapowiadającym, że dojdzie do przemocy z jej strony. - Ty, ty i ty – kłapnęłam zębami, spoglądając na wilkołaki. – Skoro musicie już zostać, idźcie do kąta i lepiej tam zostańcie na jakiś czas. Muszę zobaczyć. Bella, lepiej daj mu dziecko. I tak będziesz potrzebowała wolnych rąk. Jacob uśmiechnął się tryumfalnie. Silny strach rozdarł się w moim brzuchu, gdy uderzyło mnie, jak wielką rzecz miałam przed sobą do zrobienia. Miałam się zabawić moją niepewną samokontrolą, z moim rodzonym ojcem w roli królika doświadczalnego. Wcześniejsze słowa Edwarda znów wdarły mi się do uszu. Zastanawiałeś się nad bólem fizycznym, jaki sprawisz Belli, nawet jeśli zdoła się powstrzymać? Albo nad bólem psychicznym, jeśli jej się to nie uda? Nie mogłam sobie wyobrazić bólu po porażce. Mój oddech stał się urywany. - Weź ją – wyszeptałam, kładąc Renesmee w ramiona Jacoba. Skinął głową, a obawy zmarszczyły mu czoło. Gestem przywołał innych i wszyscy razem odeszli w róg pokoju. Seth i Jake od razu padli na ziemię, ale Leah potrząsnęła głową i zacisnęła usta. - Mogę sobie pójść? – zapytała z nutką skargi. Nie wyglądało na to, żeby czuła się dobrze w swoim ludzkim ciele. Miała na sobie ten sam brudny t-shirt i bawełniane szorty, co tego dnia, gdy na mnie nawrzeszczała, a jej krótkie włosy sterczały w chaotycznych kępkach. Ciągle trzęsły się jej ręce. - Pewnie – powiedział Jake. - Trzymaj się na wschodzie, tak, żebyś nie weszła Charliemu w drogę – dodała Alice. Leah nawet na nią nie spojrzała, wymknęła się tylnymi drzwiami i pobiegła w stronę krzaków, żeby się przemienić. Edward znów stał u mojego boku, głaszcząc mnie po twarzy. – Dasz sobie radę. Wiem to. Pomogę ci; wszyscy ci pomożemy. Spojrzałam w oczy Edwarda, z paniką w moich własnych. Czy był wystarczająco silny, by powstrzymać mnie, gdy zrobię choć jeden fałszywy ruch? - Gdybym w ciebie nie wierzył, już dziś byśmy zniknęli. W tej minucie. Ale dasz radę. I będziesz szczęśliwsza, mając Charliego w swoim życiu. Próbowałam zwolnić mój oddech. Alice wyciągnęła swoją rękę. W dłoni miała małe białe pudełko. – To podrażni twoje oczy – nie będzie boleć, ale obraz stanie się zamazany. Denerwujące. I nie będą pasować do twojego starego koloru, ale zawsze to lepsze niż jaskrawa czerwień, prawda? Podrzuciła pudełeczko z soczewkami w powietrzu, a ja je złapałam. - Kiedy…? - Zanim wyjechaliście w podróż poślubną. Byłam przygotowana na kilka sytuacji w przyszłości. Potaknęłam i otworzyłam pudełko. Nigdy wcześniej nie nosiłam soczewek, ale to nie mogło być trudne. Wzięłam małą brązową półkulę i przycisnęłam do oka wklęsłą stroną. Mrugnęłam, a cienka warstwa zamazała cały obraz. Oczywiście mogłam przez nią widzieć, ale rejestrowałam też materiał jej cieniutkiego ekranu. Moje oko ciągle skupiało się na mikroskopijnych rysach i nierównej powierzchni soczewki. - Widzę, co miałaś na myśli – wymamrotałam, gdy zakładałam drugą. Tym razem starałam się nie mrugać. Moje oko automatycznie chciało usunąć obce ciało. - Jak wyglądam? Edward uśmiechnął się. – Cudownie. Oczywiście… - Tak, tak, ona zawsze wygląda cudownie – Alice niecierpliwie dokończyła jego myśl. – Lepsze to, niż czerwone oczy, tyle mogę powiedzieć. Mętny brąz. Twój był o wiele ładniejszy. I pamiętaj, że nie starczą ci one na zawsze – jad w twoich oczach rozpuści je w ciągu paru godzin. Więc jeśli Charlie zostanie na dłużej, będziesz musiała go przeprosić na chwilę, żeby je wymienić. Co jest przy okazji dobrym pomysłem, bo ludzie potrzebują przecież wizyt w łazience – potrząsnęła głową. – Esme, daj jej kilka wskazówek odnośnie zachowania charakterystycznego dla ludzi, a ja zaopatrzę damską łazienkę w soczewki. - Ile mam czasu? - Charlie będzie za pięć minut. Zachowuj się normalnie. Esme skinęła głową i wzięła mnie za rękę. – Najważniejsze, żebyś nie siedziała zbyt nieruchomo i nie poruszała się zbyt szybko – powiedziała. - Usiądź, jeśli on też usiądzie – wtrącił się Emmett. – Ludzie nie lubią tak sobie stać. - Co jakieś trzydzieści sekund rozglądaj się dookoła – dodał Jasper. – Ludzie nie patrzą się zbyt długo w jeden punkt. - Pięć razy skrzyżuj nogi, a potem pięć razy same kostki – powiedziała Rosalie. Kiwałam głową przy każdej poradzie. Zauważyłam, jak robili niektóre z tych rzeczy już wczoraj. Wydawało mi się, że uda mi się naśladować te czynności. - I mrugaj przynajmniej trzy razy na minutę – powiedział Emmett. Zmarszczył brwi, a potem rzucił się do pilota na drugim końcu stolika. Włączył telewizor na rozgrywki futbolowe lokalnego college’u i kiwnął głową sam do siebie. - Poruszaj też rękami. Zbieraj włosy do tyłu, albo udawaj, że coś drapiesz – powiedział Jasper. - Powiedziałam „Esme” – poskarżyła się Alice, gdy wróciła. – Przytłoczycie ją. - Nie, chyba wszystko zapamiętałam – powiedziałam. – Siedzieć, rozglądać się, mrugać, wiercić się. - Dobrze – pochwaliła mnie Esme. Uścisnęła moje ramiona. Jasper zmarszczył brwi. – Będziesz wstrzymywać oddech tak długo, jak to możliwe, ale musisz poruszać ramionami, żeby wyglądało to chociaż tak, jakbyś oddychała. Odetchnęłam i znów skinęłam głową. Edward przytulił mnie z drugiej strony. – Dasz radę – wymruczał słowa zachęty do mojego ucha. - Dwie minuty – powiedziała Alice. – Może już powinnaś usiąść na kanapie. W końcu byłaś chora. I w ten sposób nie będzie widział, jak się ruszasz. Alice popchnęła mnie w stronę sofy. Próbowałam poruszać się powoli, żeby moje kończyny były bardziej niezdarne. Wywróciła oczami, a to oznaczało, że nie szło mi zbyt dobrze. - Jacob, potrzebuję Renesmee – powiedziałam. Jacob skrzywił się, ale nie poruszył. Alice pokręciła głową. – Bello, to mi nie pomaga cokolwiek zobaczyć. - Ale ja jej potrzebuję. Ona mnie uspokaja – dźwięk paniki w moim głosie nie mógł być udawany. - Dobrze – warknęła Alice. – Trzymaj ją tak nieruchomo, jak tylko możesz, a ja postaram się widzieć dookoła niej – westchnęła, wyraźnie znużona, jakby ktoś ją poprosił, by w wakacje pracowała po godzinach. Jacob też westchnął, ale przyniósł mi Renesmee, z wielką powagą w oczach, a potem szybko umknął przed wzrokiem Alice. Edward usiadł obok, i otoczył ramieniem mnie i Renesmee. Pochylił się i spojrzał jej z pełną powagą w oczy. - Renesmee, ktoś bardzo szczególny przyjdzie dziś zobaczyć się z tobą i twoją mamą – powiedział uroczystym tonem, jakby spodziewał się, że rozumie każde jego słowo. Czy rozumiała? Spojrzała wyraźnie na niego, z taką samą powagą. – Ale on nie jest taki jak my, ani nawet jak Jacob. Musimy być wobec niego bardzo ostrożni. Nie powinnaś mu mówić rzeczy w taki sposób, jak to robisz z nami. Renesmee dotknęła jego twarzy. - Dokładnie – powiedział. – I on sprawi, że poczujesz pragnienie. Ale nie wolno ci go ugryźć. On się nie wyleczy tak jak Jacob. - Czy ona cię rozumie? – szepnęłam. - Tak. Będziesz uważna, prawda, Renesmee? Pomożesz nam? Renesmee znów go dotknęła. - Nie, nie mam nic przeciwko, jeśli ugryziesz Jacoba. To jest w porządku. Jacob zaśmiał się. - Może powinieneś sobie pójść, Jacob – powiedział Edward zimno, patrząc w jego kierunku. Wciąż mu nie wybaczył, ponieważ wiedział, że bez względu na wszystko i tak poczuję ból. Ale ja przyjęłabym ten ból z wdzięcznością, gdyby to miała być najgorsza rzecz, jaka może mnie spotkać dzisiejszego wieczoru. - Powiedziałem Charliemu, że tu będę – odparł Jacob. – Potrzebuje duchowego wsparcia. - Duchowego wsparcia – zadrwił Edward. – Jak dotąd Charlie wie, że to ty jesteś najbardziej odrażającą kreaturą z nas wszystkich. - Odrażającą? – zaprotestował Jake, a potem cicho zaśmiał się do siebie. Usłyszałam, jak koła zjechały z autostrady na cichą, wilgotną ziemię na podjeździe Cullenów, i mój oddech znów zakłuł. Serce pewnie waliłoby mi jak młot, gdyby w ogóle biło. Zdenerwowało mnie, że moje ciało nie reagowało we właściwy sposób. Skoncentrowałam się na równym biciu serca Renesmee, żeby się uspokoić. Pracowało całkiem szybko. - Dobra robota, Bello – wyszeptał Jasper z aprobatą. Edward mocniej zacisnął swoje ramię wokół mnie. - Jesteś pewien? – zapytałam go. - Jak najbardziej. Dałabyś radę dokonać wszystkiego – uśmiechnął się i mnie pocałował. Nie był to do końca całus w usta, ale moje dzikie instynkty wampira znów odciągnęły uwagę. Wargi Edwarda były jak zastrzyk jakiejś uzależniającej substancji do mojego systemu nerwowego. Chciałam więcej, od razu. Całą siłą woli przypomniałam sobie o dziecku w moich ramionach. Jasper wyczuł moją zmianę nastroju. – Eee, Edwardzie, myślę, że nie powinieneś jej teraz rozpraszać w taki sposób. Musi się skupić. Edward odsunął się. – Ups – powiedział. Zaśmiałam się. To był mój tekst, od samego początku, od naszego pierwszego pocałunku. - Później – powiedziałam, a niecierpliwość zgniotła mój żołądek w kulkę. - Skup się, Bello – ponaglił Jasper. - Dobrze – odepchnęłam te drżące uczucia. Charlie, był teraz główną sprawą. Utrzymać dziś Charliego w bezpieczeństwie. Będziemy mieli całą noc… - Bello. - Przepraszam, Jasper. Emmett zaśmiał się. Dźwięk radiowozu Charliego był coraz bliższy. Minęła ta sekunda lekkomyślności, każdy znów był nieruchomy. Skrzyżowałam nogi i poćwiczyłam mruganie. Samochód zatrzymał się przed domem i pozostał bezczynny przez kilka sekund. Zastanawiałam się, czy Charlie był równie zdenerwowany, co ja. Potem zgasł silnik i trzasnęły drzwiczki. Trzy kroki po trawie, a potem osiem roznoszących się echem dudnięć na drewnianych schodach. Jeszcze cztery kroki przez werandę. Później cisza. Charlie wziął dwa głębokie wdechy. Puk, puk, puk. Odetchnęłam po raz ostatni. Renesmee jeszcze bardziej zagłębiła się w moich ramionach, skrywając swoją buzię w moich włosach. Carlisle otworzył drzwi. Jego zestresowany wyraz twarzy zmienił się na powitalny, jak kanał w telewizji. - Witaj, Charlie – powiedział, wyglądając tak jak powinien – zakłopotany. Bądź co bądź, mieliśmy być w Atlancie, w Centrum Kontroli nad Chorobami. Charlie wiedział, że go okłamano. - Witaj – powitał sztywno Carlisle’a. – Gdzie jest Bella? - Tutaj, tato. Uch! Mój głos był taki niewłaściwy. I na dodatek, zużyłam trochę z mojego zapasu powietrza. Uzupełniłam to na powrót szybkim haustem, zadowolona, że zapach Charliego jeszcze nie rozprzestrzenił się po pokoju. Zdumiony wyraz twarzy Charliego powiedział mi, jak dziwny był mój głos. Jego oczy skierowały się na mnie i zwęziły. Odczytałam emocje z jego twarzy. Szok. Niedowierzanie. Ból. Utrata. Strach. Złość. Podejrzliwość. Większy ból. Przygryzłam wargę. To było śmieszne – moje nowe zęby były ostrzejsze wobec mojej granitowej skóry, niż moje ludzkie były w porównaniu z ludzkimi ustami. - Czy to ty, Bella? – wyszeptał. - Tak – skrzywiłam się na dźwięk mojego głosu podobnego do szumu wiatru. – Cześć, tato. Wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić. - Hej, Charlie! – powitał go Jacob. – Jak tam? Charlie rzucił mu pojedyncze gniewne spojrzenie, zadrżał w obliczu wspomnień, i znów spojrzał na mnie. Powoli, Charlie przeszedł przez pokój, dopóki nie znalazł się kilka metrów ode mnie. Rzucił oskarżycielskie spojrzenie Edwardowi, a potem znów zawisł wzrokiem na mnie. Ciepło biło z jego ciała z każdym uderzeniem jego serca. - Bella? – zapytał ponownie. Przemówiłam niższym głosem, starając się, by nie był tak dźwięczny. – To naprawdę ja. Zacisnął szczęki. - Przepraszam, tato – powiedziałam. - Wszystko z tobą w porządku? – zażądał odpowiedzi. - Szczerze i naprawdę wspaniale – przyrzekłam. – Zdrowa jak ryba. I tyle było po moim tlenie. - Jake powiedział mi, że to było… konieczne. Że umierałaś – wypowiedział te słowa, jakby ani trochę w nie nie wierzył. Przygotowałam się, skupiłam na ciepłym ciężarze Renesmee, pochyliłam ku Edwardowi w poszukiwaniu wsparcia, i wzięłam głęboki wdech. Zapach Charliego pełen był płomieni, uderzających mnie na całej długości gardła. Ale było to coś o wiele więcej niż ból. Były to też ostre dźgnięcia pragnienia. Charlie pachniał o wiele bardziej smakowicie, niż cokolwiek, co mogłam sobie wyobrazić. Nieznani turyści z polowania byli pociągający, lecz Charlie był podwójnie kuszący. I był oddalony tylko o kilkadziesiąt centymetrów, wypuszczając ustami wilgotne ciepło do suchego powietrza. Ale tym razem to nie było polowanie, a on był moim ojcem. Edward ścisnął moje ramiona ze współczuciem, i Jacob wysłał mi przez pokój pełne skruchy spojrzenie. Próbowałam się pozbierać i zignorować ból oraz pragnienie. Charlie czekał na moją odpowiedź. - Jacob mówił prawdę. - Przynajmniej on jeden – burknął Charlie. Miałam nadzieję, że mimo zmian na mojej twarzy, Charlie mógł odczytać wypisane na niej wyrzuty sumienia. Pod moimi włosami, Renesmee pociągnęła nosem, gdy woń Charliego dotarła i do niej. Zacieśniłam mój uścisk wokół niej. Charlie zobaczył moje nerwowe spojrzenie w dół i podążył za nim. – Och – powiedział, a cały gniew odpłynął z jego twarzy, zostawiając tylko zdumienie. – To ona. Sierota, o której mówił Jacob, i którą adoptujecie. - Moja bratanica – gładko skłamał Edward. Musiał zdecydować, ze podobieństwo między nim a Renesmee było zbyt widoczne, by móc je zignorować. Lepiej skłamać na początku, że są spokrewnieni. - Myślałem, że straciłeś swoją rodzinę – powiedział Charlie z wyrzutem w głosie. - Straciłem rodziców. Mój starszy brat został adoptowany, tak jak ja. Później już go nigdy nie widziałem. Ale sąd odnalazł mnie, gdy on i jego żona zginęli w wypadku, pozostawiając swoje jedyne dziecko bez żadnych bliskich. Edward był w tym taki dobry. Jego głos był równy, z odpowiednią dozą niewinności. Potrzebowałam praktyki, żebym też mogła się tego nauczyć. Renesmee wyjrzała zza moich włosów, znów wdychając powietrze. Nieśmiało spojrzała na Charliego spod swoich długich rzęs, a potem znów się schowała. - Jest… cóż, jest śliczna. - Tak – zgodził się Edward. - Chociaż to duża odpowiedzialność. Dla was dwojga wszystko dopiero się zaczęło. - Co innego mogliśmy zrobić? – Edward delikatnie przejechał palcami po jej policzku. Widziałam, jak na chwilę dotknął jej ust – przypomnienie. – Czy ty byś jej odmówił? - Hmm. Cóż – nieobecnie pokręcił głową. – Jake powiedział, że mówicie na nią Nessie. - Nieprawda – odparłam, mój głos zbyt ostry i przeszywający. – Ma na imię Renesmee. Charlie ponownie skupił się na mnie. – Co ty o tym myślisz? Może Carlisle i Esme mogliby… - Ona jest moja – przerwałam. – Ja jej chcę. Charlie zmarszczył brwi. – Zrobisz ze mnie dziadka w tak młodym wieku? Edward się uśmiechnął. – Carlisle też jest dziadkiem. Charlie rzucił Carlisle’owi, wciąż stojącemu przy frontowych drzwiach, sceptycznie spojrzenie. Carlisle wyglądał jak młodszy, przystojniejszy brat Zeusa. Charlie prychnął, a potem się roześmiał. – To mnie chyba pociesza – jego oczy znów powędrowały w stronę Renesmee. – Z pewnością jest ona czymś, na co warto popatrzeć – jego ciepły oddech delikatnie pofrunął przez przestrzeń między nami. Renesmee pochyliła się w kierunku zapachu, wygrzebując się zza moich włosów, i spoglądając mu po raz pierwszy prosto w twarz. Charliemu zaparło dech w piersiach. Wiedziałam, co zobaczył. Moje oczy – jego oczy – skopiowane dokładnie w jej idealną twarzyczkę. Charlie zaczął hiperwentylować. Jego usta zadrżały, a ja mogłam zobaczyć jak cicho wypowiadał liczby. Liczył wstecz, próbując zmieścić dziewięć miesięcy w jednym. Próbując zebrać to do kupy, ale nie widząc sensu w dowodzie, który miał tuż przed sobą. Jacob wstał i klepnął Charliego po plecach. Pochylił się, by szepnąć mu do ucha. Tylko Charlie nie wiedział, że wszyscy to słyszeliśmy. - Musisz to wiedzieć, Charlie. Wszystko w porządku. Obiecuję. Charlie przełknął ślinę i skinął głową. A potem jego oczy roziskrzyły się, gdy o krok zbliżył się do Edwarda, z mocno zaciśniętymi pięściami. - Nie chcę nic wiedzieć, ale kłamstw mam już dość! - Przykro mi – powiedział Edward spokojnie. – ale musisz znać oficjalną wersję lepiej niż tę prawdziwą. Jeśli masz być częścią naszej tajemnicy, liczy się tylko oficjalna wersja. Wszystko po to, by ochronić Bellę, Renesmee, jak i resztę z nas. Czy dla nich możesz kłamać? Pokój pełen był posągów. Skrzyżowałam kostki. Charlie ciężko sapnął, a potem spojrzał na mnie. – Dziecko, mogłaś mnie ostrzec. - Czy to naprawdę ułatwiłoby cokolwiek? Zrobił surową minę, a potem ukląkł na podłodze przede mną. Widziałam ruch krwi w jego szyi pod skórą. Czułam jej delikatną wibrację. Tak jak i Renesmee. Uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego jedną różową rączkę. Przytrzymałam ją. Przycisnęła swoją drugą rękę do mojej szyi. W myślach miała pragnienie, ciekawość i twarz Charliego. Coś w jej wiadomości pozwoliło mi przypuszczać, że doskonale zrozumiała słowa Edwarda. Rozpoznała pragnienie, ale w tej samej chwili je pokonała. - Wow – zdziwił się Charlie. – Ile już ma? - Eee… - Trzy miesiące – powiedział Edward, a potem dodał powoli. - … raczej, wygląda na trzy miesiące, mniej więcej. W niektórych kwestiach jest bardziej dojrzała, w innych mniej. Bardzo rozważnie, Renesmee pomachała mu. Charlie zamrugał spazmatycznie. Jacob trącił go łokciem. – A nie mówiłem, że jest wyjątkowa? Charlie uchylił się przed dotykiem. - Och, daj spokój Charlie – mruknął Jacob. – Jestem tym samym człowiekiem, co wcześniej. Po prostu zapomnij o dzisiejszym popołudniu. To przypomnienie sprawiło, że wargi Charliego zbladły, ale tylko kiwnął głową. – Po prostu odgrywasz w tym wszystkim jakąś rolę, tak Jake? – zapytał. – Ile wie Billy? Dlaczego ty tu w ogóle jesteś? – spojrzał na twarz Jacoba, która jaśniała, gdy wpatrywał się w Renesmee. - Cóż, mógłbym ci o tym opowiedzieć – Billy wie absolutnie wszystko – ale jest w tym dużo o wilko... - Uch! – zaprotestował Charlie, zakrywając uszy. – Nieważne! Jacob uśmiechnął się. – Wszystko wspaniale się ułoży, Charlie. Staraj się po prostu nie wierzyć temu, co widzisz. Mój tata wymamrotał coś niezrozumiale. - Woo! – wrzasnął nagle Emmett swoim głębokim basem. – Jazda, Gatorsi! Jacob i Charlie podskoczyli. Reszta z nas zamarła. Charlie pozbierał się, a potem spojrzał przez ramię na Emmetta. – Floryda wygrywa? - Właśnie zaliczyli pierwsze przyłożenie – potwierdził Emmett. Strzelił oczami w moim kierunku, poruszając brwiami jak czarny charakter w sztuce teatralnej. – Czas najwyższy, żeby ktoś zdobył jakieś punkty. Zwalczyłam syknięcie. Odetchnąć z Charliem tuż przede mną? To by było przekroczenie granicy. Ale Charlie już nic nie zauważał. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech, wciągając powietrze, jakby chciał, żeby dotarło aż po czubki jego palców u stóp. Zazdrościłam mu. Podniósł się, obszedł Jacoba szerokim łukiem, i prawie upadł na wolny fotel. – Cóż – westchnął. – Chyba powinniśmy zerknąć, czy dadzą radę utrzymać prowadzenie. tłumaczenie: Noorey 26. Błyszcząc - Nie wiem co powinniśmy powiedzieć Renée na ten temat – zawahał się Charlie, stojąc już jedną stopą po drugiej stronie drzwi. Wyprostował się i wtedy zaburczało mu w brzuchu. Przytaknęłam. - Wiem, wiem. Nie chce jej wystraszyć. Trzeba ją chronić, to nie są wiadomości dla tchórzliwych. Wykrzywił twarz w smutku – Chciałbym móc ciebie także chronić, gdybym tylko wiedział jak. Ale wiem także, że ty nigdy nie byłaś tchórzliwa. Ja również się uśmiechnęłam. Charlie z roztargnieniem poklepał się po brzuchu – Pomyślę nad tym, mamy czas aby to przedyskutować, prawda? - Oczywiście – obiecałam. Pod wieloma względami był to niesamowicie długi dzień, choć z drugiej strony niektóre momenty minęły stanowczo za szybko. Charlie był już spóźniony na obiad, który Sue Clearwater przygotowała dla niego i Billy’ego. Zapowiadał się niezręczny wieczór, ale przynajmniej Charlie zje prawdziwą kolację, cieszyłam się, że ktoś próbował uchronić go przed śmiercią głodową, biorąc pod uwagę jego zdolności kulinarne. Ogólne napięcie spowodowało, że czas zaczął płynąć bardzo powoli. Przez cały czas Charlie pozostawał spięty, choć z drugiej strony wcale nie śpieszył się z powrotem do domu. Obejrzał dwa mecze, dzięki Bogu, był tak pogrążony we własnych rozmyślaniach, że zupełnie do niego nie docierały żarty Emmetta na temat piłki nożnej, ani komentarze po zakończonym już meczu. Potem były jeszcze wiadomości, które Charlie obejrzał wciąż siedząc, aż w końcu Seth przypomniał mu która to już godzina. - Charlie, czy ciągle zamierzasz spotkać się z Billym i moją mamą? No choć już. Bella i Nessie będą tu także jutro. Chodź, czas na małą wyżerkę, co? Dało się zauważyć w oczach Charlie’go, że nie był on tego tak pewny jak Seth, jednak posłusznie podążył za chłopcem. Nagle przystanął pełen wątpliwości. Chmury stawały się coraz rzadsze, deszcz ustał już całkowicie. Była nawet szansa, że w końcu pojawi się słońce. - Jake mówił, że zamierzaliście się ode mnie odsunąć – wymamrotał do mnie. - Nie chciałam tego robić, jeśli byłaby tylko jakakolwiek szansa by tego uniknąć. Właśnie z tego powodu ciągle jeszcze tu jesteśmy. - Mówił także, że mogłabyś zostać na trochę, gdybym tylko umiał być wystarczająco odporny i potrafił trzymać język za zębami. - Tak… ale nie mogę ci obiecać, że nigdy nie wyjadę. To trochę skomplikowane... - Muszę wiedzieć – powtórzył. - Dobrze. - Będziecie mnie odwiedzać, nawet jeśli się wyprowadzicie? - Obiecuję, tato. Teraz kiedy wiesz już wystarczająco dużo, myślę, że to może się udać. Będę tak blisko, jak tylko będzie Ci to potrzebne. Przygryzł wargę, a potem podszedł do mnie ostrożnie z szeroko otwartymi ramionami. Przełożyłam śpiącą Renesmee, tak, że teraz obejmowałam ją lewym ramieniem, zacisnęłam zęby, wstrzymałam oddech i otoczyłam prawym ramieniem, bardzo delikatnie, jego ciepłą i miękką talię. - Bądź naprawdę blisko, Bello – wymamrotał – naprawdę blisko. - Kocham cię, tato – wyszeptałam przez zaciśnięte zęby. Zadrżał i się odsunął. Opuściłam rękę. - Ja też cię kocham, moje dziecko. Cokolwiek jeszcze się zmieni, zawsze będę cię kochał, tego możesz być pewna. – Dotknął palcem do zaróżowionego policzka Renesmee. – Ona naprawdę jest bardzo do ciebie podobna. Starałam się by moje zachowanie było jak najbardziej normalnie, choć kłębiło się we mnie wiele różnych emocji. – Chyba bardziej do Edwarda – wyznałam niepewnie i po chwili dodałam – ale ma twoje loczki. Charlie drgnął a potem prychnął. - Hmmm, tak chyba właśnie tak, hmmm… więc dziadek. – pokiwał głową z niedowierzaniem. – Czy kiedykolwiek będę mógł ją potrzymać? Zamrugałam zszokowana, ale po chwili się uspokoiłam. Po chwili zastanowienia i ocenie wyglądu Renesmee (była pogrążona w głębokim śnie) zdecydowałam, że mogę przetestować swoje szczęście po raz kolejny, skoro wszystko dzisiaj układało się tak dobrze. - Proszę – powiedziałam podając ją mu. Odruchowo splótł ręce, tworząc coś w rodzaju kołyski, w której umieściłam Renesmee. Jego skóra nie była tak ciepła jak jej, ale i tak pod wpływem jego dotyku zadrżało mi gardło. W miejscach gdzie moja dłoń, dotknęła jego ręki pojawiła się gęsia skórka. Nie byłam do końca pewna czy była to reakcja na moją nową, niską temperaturę ciała, czy też miało to podłoże psychologiczne. Charlie chrząknął delikatnie, kiedy poczuł jej ciężar. – Jaka ona jest… dobrze zbudowana. Zmarszczyłam brwi. Dla mnie była lekka jak piórko. Może moja ocena nie była właściwa. - Dobrze zbudowana, ale to bardzo dobrze – Charlie dodał widząc moją miną. A potem wymamrotał sam do siebie – bo ona będzie musiała być twarda, otoczona przez całe to szaleństwo. – Kołysał ją delikatnie w ramionach, poruszając nimi od prawej do lewej. – To najpiękniejsze dziecko jakie kiedykolwiek widziałem, przebija nawet ciebie. Przepraszam skarbie, ale taka jest prawda. - Wiem o tym. - Śliczne dziecko – powtórzył, ale tym razem zabrzmiało to bardziej jak gaworzenie. Mogłam to zobaczyć w jego twarzy, mogłam zobaczyć jak to uczucie wypełnia go całego. Charlie był tak samo bezbronny wobec jej uroku, jak my wszyscy. Dwie sekundy w jego ramionach, a zawładnęła min bez reszty. - Czy mogę przyjść tu jutro? - Pewnie, tato. Oczywiście. Będziemy tu na pewno. - Lepiej żeby tak właśnie było – powiedział marsowym tonem, ale jego twarz była łagodna, ciągle wpatrzona w Renesmee. – Do zobaczenia jutro Nessie. - No nie, ty też! - Hmm? - Ona ma na imię Renesmee. Jak Renee i Esme zebrane razem. I się nie odmienia. Próbowałam się uspokoić, bez brania głębokiego oddechu. – Chcesz poznać jej drugie imię? - Pewnie. - Carlie. Pisane przez C. To połączenie Carlisle i Charlie. Zupełnie niespodziewanie, Charlie zmrużył oczy, a jego twarz rozpromienił szeroki uśmiech. – Dziękuję Bello. - To ja dziękuję tato. Tyle się pozmieniało w takim tempie, że jeszcze kręci mi się od tego wszystkiego w głowie. Gdybym ci nie powiedziała, nie wiem jak bym sobie z tym wszystkim poradziła, serio. – Powinnam chyba powiedzieć „jak zapanować nad tym czym się stałam”, ale to już byłoby chyba zbyt wiele informacji. Charliemu zaburczało w brzuchu. - Idź coś zjeść tato. Będziemy tu, na pewno. – Przypomniało mi się to uczucie, ten przebłysk w wyobraźni, strach że wszystko może zniknąć wraz z pierwszymi promieniami słońca. Charlie przytaknął i niechętnie oddał mi Renesmee. Obrócił odrobinę głowę i zajrzał do wnętrza domu, jego oczy przez chwile zrobiły się trochę dzikie, kiedy ogarnął wzrokiem duży, jasny pokój. Wszyscy ciągle tam byli (poza Jacobem, który, jak mogłam bez problemu usłyszeć, najeżdżał właśnie na lodówkę w kuchni). Alice siedziała rozparta na dolnych stopniach klatki schodowej, śmiejąc się i trzymając głowę Jaspera na swoich kolanach. Carlisle siedział pochylony nad książką, która spoczywała na jego kolanach. Esme mamrotała sama do siebie, szkicując coś w notatniku, podczas gdy Rosalie i Emmett stawiali podstawy dla wielkiego domu z kart do gry pod schodami. Edward tymczasem siedział przy fortepianie i grał łagodną melodię dla siebie samego. Nie było w ich zachowaniu niczego co by wskazywało na to, że ten dzień właśnie zmierza ku końcowi, że to może być czas aby coś zjeść, bądź rozpocząć przygotowania do nadchodzącej nocy. Coś nienamacalnego zmieniło się w atmosferze. Cullenowie nie starali się już tak bardzo jak wcześniej, ludzkie zachowania wydawały się dla nich zawsze tak nienaturalne, że teraz nawet Charlie był w stanie wyczuć różnicę. Wzdrygnął się, potrząsnął głową i westchnął. - Do zobaczenia jutro, Bella. - zmarszczył brwi, ale zaraz potem dodał – Chciałem powiedzieć, że to nie tak, że nie wyglądasz… dobrze. Przywyknę do tego. - Dzięki tato. Charlie przytaknął i odszedł zamyślony w kierunku swojego samochodu. Patrzyłam jak odjeżdża. W momencie. kiedy usłyszałam jak opony jego samochodu uderzają o drogę szybkiego ruchu, dotarło do mnie, że dałam radę. Że byliśmy razem cały dzień, a ja nie zrobiłam Charliemu krzywdy. Udało mi się, i to bez niczyjej pomocy. To musi być mój dar! Wszystko to wydawało mi się zbyt idealne, aby mogło być prawdziwe. Czy naprawdę mogłam mieć wszystko, moją nową rodzinę, tak samo jak i niektórych członków tej starej? A wydawało mi się, że to wczorajszy dzień był idealny. - Łaaał – wyszeptałam. Zamrugałam i poczułam jak trzecia para szkieł kontaktowych rozpada się. Muzyka płynąca z fortepianu ucichła i poczułam jak Edwarda kładzie brodę na moim ramieniu, obejmując mnie jednocześnie w tali. - Wyjęłaś mi to z ust. - Edward, zrobiłam to. - To prawda. Byłaś niesamowita. My tu wszyscy zamartwiamy się o problemy związane z byciem nowonarodzonym, a ty po prostu pokonujesz je jeden za drugim, jakby nigdy nic – zaśmiał się cichutko. - Ja tam nie jestem nawet pewien czy ona w ogóle jest wampirem, nie wspominając już o nowonarodzonym – zawołał Emmett spod schodów – jest zbyt oswojona. Wszystkie te krępujące komentarze, które wygłaszał przed moim ojcem, zabrzmiały w moich uszach ponownie i najprawdopodobniej gdybym nie trzymała właśnie Renesmee... Ponieważ nie mogłam rozładować całkowicie nagromadzonych we mnie emocji zawarczałam tylko pod nosem. - Uuuuuu, przerażające – zaśmiał się Emmett Syknęłam i Renesmee poruszyła się w moich ramionach. Zamrugała parę razy, po czym rozejrzała się dokoła lekko zdezorientowana, obwąchała otoczenie, i dotknęła mojej twarzy. - Charlie wróci tu jutro – zapewniłam ją - Znakomicie – powiedział Emmett, tym razem Rosalie śmiała się wraz z nim. - Wcale nie tak fantastycznie, Emmett – powiedział Edward pogardliwie, wyciągając ręce, aby wziąć ode mnie Renesmee. Mrugnął do mnie, gdy lekko zdezorientowana niechętnie mu ją oddawałam. - Co masz na myśli? – dopytywał się Emmett. - Czy nie uważasz, że to trochę lekkomyślne, zrażać do siebie najsilniejszego wampira w całym domu? Emmett odrzucił głowę do tyłu i wychrypiał – No proszę Cię! - Bella – Edward szepnął do mnie, podczas gdy Emmett przysłuchiwał się z uwagą. – Czy pamiętasz jak kilka miesięcy temu, prosiłem cię byś wyświadczyła mi przysługę, gdy już staniesz się nieśmiertelna? Słowa te spowodowały że coś zaczęło mi świtać na ten temat, przez nieco zaćmiony pryzmat ludzkiego umysłu. Po chwili przypomniałam sobie o co chodziło i wyszeptałam – Och! Alice wydała z siebie długi, świergoczący śmiech. Jacob wychylił głowę z za rogu, buzię miał wypchaną jedzeniem. - Co? – warknął Emmett. - Naprawdę? - spytałam Edwarda. - Zaufaj mi. – odpowiedział. Wzięłam głęboki wdech. – Emmett, co powiesz na mały zakład? Emmett natychmiast stanął przede mną wyprostowany – Świetnie, dawaj. Przygryzłam na moment wargę. On jest taki potężny. - Jeśli się za bardzo boisz… – zaczął Emmett Wyprostowałam ramiona – Ty. Ja. Siłujemy się na ręce. Stół w jadalni. Teraz. Emmett rozciągnął twarz w uśmiechu. - Eeee… Bella – powiedziała Alice – wydaje mi się, że Esme jest przywiązana do tego stołu. To antyk. - Dzięki. – Esme bezgłośnie zwróciła się do Alice. - Żaden problem – powiedział Emmett z olśniewającym uśmiechem. – Za mną Bella. Podążyłam za nim przez tylne wyjście, w stronę garażu. Czułam jak reszta idzie za nami. Dotarliśmy do wielkiego, granitowego głazu, leżącego samotnie, oderwanego od skał znajdujących się w pobliżu rzeki, który to był oczywiście celem Emmetta. Chociaż ten wielki kamień był lekko okrągły i o nieregularnych kształtach, mógł się nadać. Emmett umieścił swój łokieć na kamieniu i pomachał do mnie. Znowu zrobiłam się zdenerwowana, gdy zobaczyłam jak poruszają się potężne mięśnie Emmetta, ale udało mi się zachować spokojny wyraz twarzy. Edward obiecał, że będę silniejsza niż ktokolwiek inny, przez pewien czas. Wydawał się być bardzo przekonany o swojej racji, przekonany do tego stopnia, że poczułam się bardzo silna. Ale czy aż tak silna? Zastanawiałam się nad tym, patrząc na biceps Emmetta. Chociaż nie miałam nawet jeszcze ukończonych dwóch dni mojego nowego życia, mogłam jednak na coś liczyć. Jednak z drugiej strony, w moim przypadku nic nie było normalne, ani takie jakby można się tego spodziewać. Może ja wcale nie byłam tak silna jak normalny nowonarodzony. Może właśnie dlatego kontrolowanie siebie przychodziło mi z taką łatwością. Starałam się wyglądać jak najbardziej beztrosko, podczas gdy opierałam łokieć o kamień. - Dobra Emmett. Jeśli ja wygram nie powiesz już ani słowa na temat mojego życia seksualnego do nikogo, nawet do Rose. Żadnych aluzji, insynuacji, ten temat dla ciebie nie istnieje. Emmett zmrużył oczy. - Zgoda, ale jeśli to ja wygram, będzie dużo, dużo gorzej. Usłyszał, że przestałam oddychać i zaśmiał się złośliwie. W jego oczach nie było niczego co mogło by mi pomóc, albo świadczyło, że on blefuje. - Wycofasz się bardzo szybko, moja mała siostrzyczko – powiedział Emmett złośliwie. – Nie ma w tobie zbyt wiele dzikości, co? Założę się, że chatka nie ma nawet jednego zadrapania – zaśmiał się. – Czy Edward wspomniał ci ile domów Rose i ja rozwaliliśmy? Zacisnęłam zęby i chwyciłam jego dużą dłoń. – Jeden, dwa… - Trzy – mrukną i zaczął napierać swoją dłonią na moją. Nic się nie wydarzyło. Oczywiście, czułam siłę którą na mnie oddziaływał. Mój nowy mózg wydawał się całkiem dobry we wszystkich rodzajach kalkulacji, więc mogłam stwierdzić, że jeśli nie napotkałby on żadnego oporu, jego ręka mogłaby przebić skałę na wylot, bez większego problemu. Nacisk się wzmógł i zaczęłam się zastanawiać, czy betoniarka jadąca sześćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę po mocno spadzistej powierzchni miałby podobną siłę oddziaływania. Osiemdziesiąt kilometrów na godzinę? Sto kilometrów na godzinę? A może nawet więcej. Ale to nie wystarczyło bym się poruszyła. Jego ręka napierała na moją z miażdżącą siłą, ale nie było w tym nic nieprzyjemnego. Było mi nawet dobrze, w pewien dziwny sposób. Od czasu mojego przebudzenia byłam bardzo ostrożna, bardzo starając się niczego nie zniszczyć. To było dziwne uczucie, używać swoich mięśni. Pozwolić sile się wydobywać, a nie ją hamować. Emmett chrząknął, zmarszczył czoło, a całe ciało napiął w jednej linii w opozycji do mojej nieruchomej ręki. Pozwoliłam mu się pocić przez moment, podczas gdy ja rozkoszowałam się poczuciem szalonej siły wypływającej z moich rąk. Jednak po paru sekundach poczułam się już tym trochę znudzona. Napięłam mięśnie i Emmett stracił parę centymetrów. Zaśmiałam się. Emmett warknął surowo przez zęby. - I trzymaj język za zębami – przypomniałam mu, po czym przygwoździłam jego rękę do kamienia. Ogłuszający trzask odbił się od drzew. Kamień zadrżał i kawałek, około jednej ósmej całego głazu odłamał się i uderzył o ziemię. Wylądował na stopie Emmetta, a ja w tym momencie parsknęłam śmiechem. Usłyszałam przytłumiony śmiech Jacoba i Edwarda. Emmett, kopnął kawałek skały z taką siłą, że ten przeleciał przez rzekę, przecinając młody klon na pół, po czym spadł z łomotem na jodłę, która się zakołysała a następnie przewróciła na inne drzewo. - Jutro rewanż. - To nie minie tak szybko – powiedziałam mu – może powinieneś dać mi jakiś miesiąc. Emmett warknął, błyskając zębami. – Jutro. - Hej, wszystko by cię uszczęśliwić, starszy bracie. Gdy tylko się odwróciłam, Emmett uderzył w granit roztrzaskując go na lawinę maleńkich odłamków i proszek. To był kawał dobrej roboty, pomyślałam w dziecinny sposób. Zafascynowana tym niezaprzeczalnym dowodem na to, że byłam silniejsza od najsilniejszego wampira jakiego znałam, położyłam dłoń z szeroko rozstawionymi palcami na kamieniu. Następnie, powoli wbiłam w niego palce miażdżąc go - konsystencją przypominał mi teraz twardy ser. Po chwili moja dłoń była wypełniona żwirem. - Super – wymamrotałam. Z uśmiechem na twarzy, zaczęłam wykonywać okrążenia i niczym ciosami karate, siekałam głaz otwartą dłonią. Kamień wydał piskliwy odgłos, po czym zaskrzypiał i rozpadł się na dwie części, pozostawiając po sobie kłęby kurzu. Zaczęłam chichotać. Uderzałam i kopałam kamienie dalej, nie zwracając szczególnej uwagi na rozlegające się za moimi plecami chichoty. Bawiłam się doskonale, co chwilę parskając śmiechem. Aż nagle, usłyszałam zupełnie nowy; delikatniejszy, przypominający swym wysokim tonem melodie dzwonków, śmiech, który spowodował że natychmiast zaprzestałam swojej głupiutkiej zabawy. - Czy ona się właśnie śmiała? Wszyscy patrzyli teraz na Renesmee, z takim samym oniemiałym wyrazem twarzy, jaki zapewne malował się na mojej. - Tak – odpowiedział Edward. - A kto się nie śmiał? – wymamrotał Jake, wywracając oczami. - Może powiesz mi, że ty sobie nie pozwoliłeś na odrobinę zabawy podczas pierwszego biegu, psie – drażnił się Edward, choć jego ton nie był ani trochę wrogi. - To co innego – powiedział Jacob, a ja ze zdumieniem obserwowałam jak dla żartu dał Edwardowi kuksańca w ramię. – Bella powinna była dorosnąć. Zamężna, mama, i takie tam. Czy nie powinna teraz spoważnieć? Renesmee zmarszczyła brwi i dotknęła twarzy Edwarda. - Czego ona chce? – spytałam - Mniej powagi – odpowiedział Edward z uśmiechem – oglądając twoją zabawę, Renesmee bawiła się prawie tak samo dobrze jak ja. - Jestem zabawna? – zapytałam Renesmee, wyciągając ku niej ręce, w tym samym momencie co i ona do mnie. Wzięłam ją od Edwarda i podałam odłamek skały który właśnie trzymałam. – Chciałabyś spróbować? Uśmiechnęła się, swoim cudownym uśmiechem i ujęła kamień w obie rączki. Ścisnęła go, wgniatając lekko, trzymając go na wysokości oczu. Dało się usłyszeć delikatny odgłos rozcierania, i trochę kurzu. Zmarszczyła brwi i wyciągnęła rączkę z bryłką w moją stronę. - Wezmę to – powiedziałam, upuszczając kamień w piach. Zaklaskała i roześmiała się, ten cudowny dźwięk spowodował, że wszyscy przyłączyliśmy się do niej. Nagle słońce wyłoniło się zza chmur, rzucając promienie rubinowo złotego światła na naszą dziesiątkę, co spowodowało, że natychmiast zatraciłam się w pięknym wyglądzie własnej skóry, oświetlonej przez promienie słoneczne. Oszołomiło mnie to. Renesmee pogłaskała tą delikatną, diamentowo błyszczą się powierzchnię, następnie położyła rączkę zaraz przy mojej. Jej skóra iskrzyła lekko, w bardzo delikatny, subtelny sposób. Z pewnością będzie mogła wychodzić z domu w słoneczne dni. Dotknęła mojej twarzy, myśląc o różnicy i wyrażając swoje niezadowolenie. - Jesteś najpiękniejsza – zapewniłam ją. - Nie jestem pewien czy mogę się z tym zgodzić – powiedział Edward i gdy odwróciłam się, by mu odpowiedzieć, światło rozpromieniające jego twarz oszołomiło mnie do tego stopnia, że zapomniałam języka w gębie. Jacob stał z ręką wyciągniętą na wysokości twarzy, osłaniając oczy przed blaskiem. – Bella, dziwoląg. - skomentował. - Cóż za wspaniałe z niej stworzenie – wyszeptał Edward, niemalże zgadzając się z Jacobem, jak gdyby komentarz Jake'a był komplementem. Edward był zarówno oszołamiający jak i oszołomiony. To było dziwne uczucie, właściwie bardzo zadziwiające, teraz kiedy wszystko wydawało mi się dziwne i obce, było także coś, co wydawało mi się być zupełnie naturalne, normalne. Jako człowiek nigdy nie byłam w niczym najlepsza. Potrafiłam postępować z Renée, choć zapewne można by uznać, że wiele osób potrafiłoby to lepiej, Phil w każdym razie wciąż się nie poddawał. Byłam dobrym uczniem, ale nigdy najlepszym. Oczywiście, nigdy nie miałam nic wspólnego z żadnym sportem. Nic z aktorstwa czy muzykalności, czym mogłabym się pochwalić. Za czytanie książek nagród też się nie przyznaje. Po osiemnastu latach egzystencji przyzwyczaiłam się do bycia całkiem przeciętną. Zrozumiałam teraz, że już dawno temu odpuściłam sobie wszelkie starania, aby błyszczeć w jakiejś dziedzinie. Po prostu dawałam z siebie wszystko, nigdy do końca nie dopasowując się do wymagań mojego świata. Dlatego też było to takie niesamowite. Teraz byłam zadziwiająca, zarówno dla nich, jak i dla siebie samej. To było zupełnie tak, jakbym urodziła się po to, by zostać wampirem. Ta myśl spowodowała, że zachciało mi się śmiać, ale z drugiej strony miałam też ochotę śpiewać. Właśnie znalazłam swoje miejsce w świecie. Miejsce, gdzie pasowałam i mogłam w końcu błyszczeć. tłumaczenie: Noone 27. Plany podróżne Traktuję mitologię poważniej, odkąd stałam się wampirem. Często, kiedy patrzę wstecz na trzy pierwsze miesiące mojego życia jako nieśmiertelnej, wyobrażam sobie, jak może wyglądać nić mojego życia na tkaninie losu - jeśli taka w ogóle istnieje. Byłam pewna, że moja nić zmieniła kolory. Myślę, że początkowo była miłym beżem, wspierającym i niekonfliktowym, wyglądającym dobrze w tle. Teraz musi byś jasną purpurą lub może błyszczącym złotem. Gobelin utkany wokół mnie przez moją rodzinę i przyjaciół był piękny i jaskrawy, pełen ich jasnych, dopełniających kolorów. Byłam zaskoczona pewnymi nićmi zawartymi w moim życiu. Wilkołaki, z ich głębokimi, leśnymi kolorami były czymś, czego się nie spodziewałam; Jacob, oczywiście i Seth też. Ale moi starzy przyjaciele, Quil i Embry, stali się częścią tkaniny, kiedy przyłączyli się do sfory Jacoba, nawet Sam i Emily byli serdeczni. Napięcie między naszymi rodzinami zmalało, głównie z powodu Renesmee. Łatwo było ją pokochać. Sue i Leah Clearwater przeplatały się przez nasze życie również - następna dwójka, której nie oczekiwałam. Sue wzięła na siebie zadanie, aby ułatwić Charliemu przejście do tego niewiarygodnego świata. Przychodziła z nim do Cullenów prawie każdego dnia, chociaż nie wydawała się czuć tutaj tak dobrze jak jej syn i reszta sfory Jacoba. Nie odzywała się zbyt często, tylko kręciła się opiekuńczo koło Charliego. Zawsze była pierwszą osobą, na którą patrzył, kiedy Renesmee zrobiła coś niepokojąco zaawansowanego - co zresztą często się zdarzało. W odpowiedzi Sue znacząco mierzyła wzrokiem Setha, jakby chciała powiedzieć „Taa, co ty nie powiesz”. Leah czuła się jeszcze mniej swobodnie niż Sue i była jedyną osobą z naszej nowej, dalszej rodziny, która szczerze ukazywała niechęć dla naszego połączenia. Bądź co bądź, ona i Jacob zżyli się ze sobą, co spowodowało, że była blisko nas wszystkich. Raz go o to niepewnie zapytałam. Nie chciałam się wtrącać, ale ich związek był zupełnie inny niż kiedyś, co sprawiło, że byłam ciekawa. Wzruszył ramionami i powiedział, że to dotyczy sfory. Teraz była jego zastępcą, jego „Betą”, jak to kiedyś nazwałam. - Sądzę, że to się zaczęło, kiedy zacząłem traktować poważnie całą tą sprawę z Alfa - wyjaśnił Jacob Lepiej dopełnię formalności. Nowe obowiązki sprawiły, że Leah poczuła, że potrzebuje meldować się u niego częściej, a odkąd był zawsze z Renesmee... Leah nie była szczęśliwa, że musi być w naszym pobliżu, ale była wyjątkiem. Szczęście było teraz głównym elementem mojego życia, dominującym wzorem na gobelinie. Tak bardzo, że teraz moje stosunki z Jasperem były o wiele bliższe, niż kiedykolwiek mogłabym sobie to wyobrazić. Niemniej jednak, na początku bardzo mnie to irytowało. - No nie! - skarżyłam się Edwardowi pewnej nocy, kiedy położyliśmy Renesmee do jej dziecięcego łóżeczka z kutego żelaza. - Jeśli jeszcze nie zabiłam Charliego i Sue, to się już prawdopodobnie nie stanie. Chciałabym, żeby Jasper przestał się koło mnie cały czas kręcić! - Nikt w ciebie nie wątpi, Bella, ani trochę - zapewniał mnie. - Wiesz jaki jest Jasper - nie może się oprzeć klimatowi dobrych emocji. Przez cały czas jesteś taka szczęśliwa, kochanie, przyciągasz go, a on nawet o tym nie myśli. Wtedy Edward przytulił mnie mocno, ponieważ nic nie zadowalało go bardziej, niż mój entuzjazm w tym nowym życiu. A ja byłam w euforii przez większość czasu. Dni nie były wystarczająco długie, abym w pełni mogła uwielbiać moją córkę, a noce nie miały wystarczająco dużo godzin, abym całkowicie zaspokoiła się Edwardem. Niemniej jednak, była też druga strona radości. Jeśli obrócić materiał na drugą stronę życia, przypuszczam, że wzór na odwrocie byłby wyszyty ponurymi szarościami wątpliwości i strachu. Renesmee wypowiedziała swoje pierwsze słowo, kiedy miała dokładnie jeden tydzień. Słowem tym była „mama”, co powinno polepszyć mój dzień, jednak byłam tak wystraszona jej postępem, że ledwie mogłam zmusić moją zmrożoną twarz, żeby się do niej uśmiechnąć. Nie pomogło też, że na tym samym oddechu przeszła od jednego słowa do pierwszego zdania. „Mama, gdzie jest dziadek?” spytała czystym, wysokim sopranem, tylko niepokojąco głośnym, ponieważ byłam w pokoju naprzeciwko. Wcześniej spytała Rosalie, używając swojego normalnego (choć z drugiej strony odbiegającego od normy) sposobu komunikacji. Rosalie nie wiedziała, więc Renesmee zwróciła się do mnie. Kiedy po raz pierwszy zaczęła chodzić, mniej niż trzy tygodnie później, było podobnie. Przez moment zwyczajnie patrzyła się na Alice, obserwując, jak jej ciocia układa bukiety w wazonach rozstawionych po pokoju, tańcząc z ramionami wypełnionymi kwiatami. Renesmee bez chwili zachwiania podniosła się na nogi i przeszła po podłodze z prawie tak samo wielką gracją. Jacob wybuchnął gromkim aplauzem, ponieważ niewątpliwie była to reakcja, jakiej oczekiwała Renesmee. Sposób, w jaki był do niej przywiązany sprawiał, że swoje własne reakcje stawiał na drugim planie; jego pierwszą refleksją było, aby dać Renesmee to, czego pragnie. Jednak kiedy nasze oczy się spotkały, dostrzegłam bijącą z nich panikę. Ja również zaczęłam klaskać, żeby ukryć przed nią mój strach. Edward przyłączył się do mnie i nie musieliśmy znać swoich myśli aby wiedzieć, że są takie same. Edward i Carlisle rzucili się w wir poszukiwań, szukając jakiś podpowiedzi, czegoś, co można oczekiwać. Znaleźli niewiele, a i to nie było sprawdzone. Alice i Rosalie zazwyczaj zaczynały nasz dzień od pokazu mody. Renesmee nigdy nie nosiła tych samych ubrać dwa razy, częściowo dlatego, że prawie natychmiast z nich wyrastała, a częściowo dlatego, że Alice i Rosalie chciały stworzyć album ukazujący lata zamiast tygodni. Robiły tysiące zdjęć, utrwalając każdą fazę jej przyspieszonego dzieciństwa. Po trzech miesiącach Renesmee mogła być dużym jednolatkiem lub małym dwulatkiem. Kształtami nie przypominała małego dziecka; była szczuplejsza i bardziej powabna, jej proporcje bardziej przypominały dorosłego człowieka. Brązowe loki sięgały już do pasa. Nie ścięłabym ich nawet wtedy, gdyby pozwoliłaby mi na to Alice. Renesmee mówiła bezbłędnie pod względem gramatyki i wymowy, jednak rzadko się fatygowała, woląc pokazywać ludziom, czego chce. Umiała nie tylko chodzić, ale również biegać i tańczyć. Potrafiła nawet czytać. Pewnej nocy to Ja czytałam jej Tennysona, ponieważ płynność i rytm jego poezji wydawała się być bardzo kojąca. Ciągle musiałam szukać nowych książek; Renesmee nie lubiła powtórek w jej wieczornych opowieściach, tak jak podobno inne dzieci. Nie miała też cierpliwości do książek z obrazkami. Sięgnęła, żeby dotknąć mojego policzka i pokazała mi siebie trzymającą książkę. Dałam jej ją z uśmiechem. - „Jest tu słodka muzyka... - czytała bez wahania - ...opadająca łagodniej niż zdmuchnięte na trawę płatki róż, lub nocna rosa na niezmąconej wodzie pomiędzy ścianami cienistych granitów w błyszczącej przełęczy...” Moja ręka wykonała mechaniczny ruch, kiedy brałam książkę z powrotem. - Skoro czytasz, to jak masz zamiar zasnąć? - spytałam, ledwo powstrzymując drżenie głosu. Z obliczeń Carlisle'a wynikało, że wzrost jej ciała powoli malał; jej umysł dalej się rozwijał. Nawet gdyby tempo jej wzrostu się ustabilizowało, byłaby dorosłym człowiekiem nie więcej niż cztery lata. Cztery lata. Stara kobieta w wieku piętnastu lat. Tylko piętnaście lat życia. Ale była taka zdrowa. Żywotna, jasna, entuzjastyczna i szczęśliwa. Jej rzucająca się w oczy pomyślność sprawiała, że było mi łatwiej cieszyć się z nią chwilą i zostawić myślenie o przyszłości na jutro. Carlisle i Edward dyskutowali o naszych opcjach na przyszłość cichymi głosami w każdym kącie. Próbowałam ich nie słuchać. Nigdy nie odbywali tych dyskusji kiedy Jacob był w pobliżu, ponieważ była tylko jedna pewna rzecz, która zatrzymałaby jej starzenie i nie była to prawdopodobnie rzecz, z powodu której mój przyjaciel by się ucieszył. Ja zresztą też. Zbyt niebezpieczne! krzyczał mój umysł. Jacob i Renesmee byli do siebie podobni w tak wielu kwestiach, oboje pół - istoty, dwie rzeczy w tym samym czasie. Wszystkie legendy wilkołaków mówiły, że jad wampirów nie był dla nich drogą do nieśmiertelności, ale wyrokiem śmierci... Carlisle i Edward mieli już dość badań prowadzonych z dystansu, więc teraz zaczęliśmy przygotowywać się do podążenia za źródłem legend. Mieliśmy wrócić do Brazylii. Ticunas mieli legendy o dzieciach takich jak Renesmee... Jeśli takie jak ona kiedykolwiek istniały, prawdopodobnie jakieś opowieści o życiu pół - śmiertelnych dzieci wciąż gdzieś przetrwały... Pozostawało jedynie pytanie, kiedy wyjedziemy. Chciałam to opóźnić. W pewnej części było to spowodowane tym, że chciałam zostać niedaleko Forks do końca wakacji, dla spokoju Charliego. Jednak ważniejsza była inna podróż, którą wiedziałam, muszę odbyć najpierw - stała ona na pierwszym planie. Musiała być to również samodzielna podróż. Był to jedyny spór pomiędzy Edwardem i mną, od czasu, kiedy stałam się wampirem. Głównym punktem była część „samodzielna”. Faktem jednak było, że oni istnieli, a mój plan był jedynym, który miał jakiś racjonalny sens. Musiałam spotkać się z Volturi i musiałam zrobić to zupełnie sama. Nawet uwolnionym od starych koszmarów, w ogóle od jakichkolwiek snów, niemożliwym było zapomnieć o Volturi. Oni też nie pozostawili nas bez upomnienia. Do dnia, kiedy pojawił się prezent od Aro nie wiedziałam, że Alice wysłała zawiadomienie o ślubie do liderów Volturi; byliśmy daleko na Wyspie Esme, kiedy miała wizję żołnierzy Volturi - Jane i Aleca, najsilniejszych bliźniaków spośród nich. Wbrew rozporządzeniu, Kajusz planował zorganizować małe polowanie, żeby sprawdzić, czy wciąż jestem człowiekiem (ponieważ znałam sekret wampirzego świata, ja też musiałam do niego dołączyć lub pozostać cicho... na zawsze). Tak więc Alice wysłała zawiadomienie, wiedząc, że opóźni ich to do czasu, aż odszyfrują tego prawdziwy powód. Jednak ostatecznie przyjdą. To było pewne. Prezent sam w sobie nie był pozornie groźny. Ekstrawagancki, tak, prawie przerażający w swojej ekstrawagancji. Groźba była zawarta w jednej linijce tekstu napisanego przez Aro czarnym atramentem na kawałku grubego, prostego, białego papieru: „Cieszę się na osobiste spotkanie z nową Panią Cullen.” Prezent był zapakowany w ozdobnie rzeźbionym, zabytkowym drewnianym pudełku, wyłożonym złotem i masą perłową, zdobionym tęczą klejnotów. Alice powiedziała, że pudełko samo w sobie jest bezcennym skarbem, który mógłby przyćmić każdą biżuterię poza jedną, znajdującą się w środku. - Zawsze zastanawiałem się, gdzie zniknęły królewskie klejnoty, po tym, jak Jan bez Ziemi oddał je w zastaw w trzynastym wieku. - powiedział Carlisle - Chyba nie jest zaskoczeniem, że Volturi mieli w tym swój udział. Naszyjnik był prosty - złoto przeplatało się z grubym, prawie łuskowatym łańcuszkiem, jak gładki wąż oplatający się ciasno wokół szyi. Był na nim zawieszony jeden klejnot - biały diament wielkości piłeczki golfowej. Niesubtelne upomnienie w liściku Aro interesowało mnie bardziej niż biżuteria. Volturi musieli zobaczyć, że jestem nieśmiertelna oraz że Cullenowie byli im posłuszni, i musieli zobaczyć to wkrótce. Nie powinni zostać wpuszczeni do Forks. Był tylko jeden sposób, aby utrzymać nasze życie bezpiecznym. - Nie pojedziesz sama - Edward upierał się ze złością, jego dłonie zacisnęły się w pięści. - Nie skrzywdzą mnie - powiedziałam najłagodniej jak potrafiłam, zmuszając mój głos, by brzmiał pewnie. - Nie mają powodu. Jestem wampirem. Sprawa zamknięta. - Nie. Absolutnie nie. - Edwardzie, to jedyny sposób, aby ją ochronić. Nie miał prawa się z tym nie zgodzić. Miałam rację. Nawet po tak krótkiej znajomości Aro, wiedziałam, że jest on kolekcjonerem - a jego najcenniejsze skarby były żywe. Pożądał w swoich nieśmiertelnych zwolennikach piękna, talentu i rzadkości bardziej, niż jakiejkolwiek biżuterii zamkniętej w jego skarbcu. Wystarczająco pechowe było już to, że zaczął pożądać zdolności Alice i Edwarda. Nie miałam zamiaru dawać mu więcej powodów do zazdrości o rodzinę Carlisle'a. Renesmee była piękna, utalentowana i unikatowa - jedyna w swoim rodzaju. Nie miał prawa jej zobaczyć, nawet przez czyjeś myśli. A Ja byłam jedyną, której myśli nie mógł słyszeć. Oczywiście, że pojadę sama. Alice nie widziała żadnych kłopotów w związku z moją podróżą, ale martwiła się złą jakością swoich wizji. Powiedziała, że miała podobne zamglenia, kiedy istniały zewnętrzne decyzje, które mogły ze sobą kolidować, ale nie były pewne. Ta niepewność sprawiła, że Edward, już niezdecydowany, stawał się jeszcze bardziej przeciwny temu, co musiałam zrobić. Chciał jechać ze mną przynajmniej do Londynu, jednak ja nie zostawiłabym Renesmee bez obojga jej rodziców. Zamiast tego miał jechać Carlisle. Sprawiło to, że oboje z Edwardem poczuliśmy się troszkę spokojniej wiedząc, że Carlisle będzie tylko kilka godzin dalej ode mnie. Alice wciąż szukała czegoś o przyszłości, jednak rzeczy, które znajdowała nie były związane z tym, czego szukała. Nowe tendencje na giełdzie; prawdopodobna pojednawcza wizyta Iriny, chociaż jej decyzja nie była jeszcze pewna; burza śnieżna, która nie uderzy przez najbliższe sześć tygodni; telefon od Renee (ćwiczyłam swój „chory” i byłam w tym lepsza z dnia na dzień - dla Renee wciąż byłam chora, jednak zdrowiałam). Kupiliśmy bilety do Włoch dzień po tym, jak Renesmee skończyła trzy miesiące. Planowałam, że będzie to bardzo krótka podróż, więc nie powiedziałam o tym Charliemu. Jacob wiedział i wziął stronę Edwarda. Bądź co bądź, dzisiejsza sprzeczka dotyczyła Brazylii. Jacob był zdecydowany jechać z nami. Troje z nas - Jacob, Renesmee i ja polowaliśmy razem. Dieta składająca się z krwi zwierząt nie była najbardziej lubianą przez Renesmee - dlatego Jacob pojawił się z nami. Uczynił z tego rywalizację między nimi, co zachęcało ją bardziej niż cokolwiek innego. Renesmee była całkiem dobra w całej tej sprawie dobro kontra zło oraz polowania na ludzi; myślała po prostu, że darowana krew dawała miły kompromis. Ludzkie jedzenie napełniało ją i wydawało się być zgodne z jej organizmem, jednak reagowała na rozmaitość jedzenia z tą samą umęczoną cierpliwością, jak ja kiedyś na kalafior i fasolkę. Krew zwierząt była przynajmniej lepsza. Była bardzo ambitna, a możliwość pokonania Jacoba sprawiała, że była podekscytowana polowaniem. - Jacob - powiedziałam, próbując znów go przekonać, podczas gdy Renesmee tańczyła przed nami na długiej polanie, szukając zapachu jaki lubi. - Masz tu zobowiązania. Seth, Leah... Prychnął. - Nie jestem nianią mojej sfory. W każdym razie, oni wszyscy mają jakieś obowiązki w La Push. - Podobnie jak ty, prawda? W taki razie oficjalnie rzucasz szkołę średnią? Jeśli chcesz nadążyć za Renesmee musisz się uczyć o wiele ciężej. - To tylko urlop naukowy. Wrócę do szkoły kiedy wszystko... zwolni. Zapomniałam o celu tej kłótni, gdy to powiedział. Oboje automatycznie spojrzeliśmy na Renesmee. Patrzyła na płatki śniegu fruwające wysoko nad jej głową, roztapiające się przed zetknięciem z pożółkłą trawą strzelistej łąki, na której staliśmy. Jej plisowana sukienka w kolorze kości słoniowej była tylko o odcień ciemniejsza niż śnieg, a jej rudo - brązowe loki lśniły, chociaż słońce było schowane głęboko za chmurami. Kiedy patrzyliśmy, przykucnęła na chwilę i wyskoczyła piętnaście stóp w powietrze. Jej małe dłonie złapały płatek i rzuciły go lekko do jej stóp. Odwróciła się do nas ze swoim niezwykłym uśmiechem - to naprawdę nie było coś, do czego można przywyknąć - i otworzyła ręce, żeby pokazać nam idealną ośmioramienną śnieżną gwiazdę w swojej dłoni, zanim stopniała. - Ładna - pochwalił ją Jacob. - Myślę jednak, że grasz na zwłokę, Nessie. Kilkoma susami podbiegła do Jacoba; otworzył ramiona dokładnie w tym samym momencie, kiedy w nie wskoczyła. Mieli idealnie zsynchronizowane ruchy. Robiła to, kiedy miała coś do powiedzenia. Wciąż wolała nie mówić na głos. Renesmee dotknęła jego twarzy, rozkosznie naburmuszona, kiedy wszyscy słuchaliśmy dźwięków małego stada łosi daleko w lesie. - Oczywiiiście, że nie jesteś głodna, Nessie - Jacob odpowiedział względnie sarkastycznie. - Po prostu boisz się, że znowu złapię większą sztukę. Wyskoczyła z ramion Jacoba, lądując lekko na stopach i przewróciła oczami - była taka podobna do Edwarda, kiedy to robiła. Wtedy rzuciła się w kierunku drzew. - Mam to pod kontrolą - powiedział Jacob, kiedy pochylałam się do startu. Zrywając podkoszulek popędził za nią roztrzęsiony do lasu. - Nie liczy się, jeśli będziesz oszukiwać - zawołał do Renesmee. Uśmiechnęłam się, patrząc na pozostawione przez nich fruwające liście i potrząsnęłam głową. Jacob zachowywał się czasem bardziej dziecinnie niż Renesmee. Zatrzymałam się, dając moim myśliwym fory. Wciąż będzie łatwo ich wytropić, a Renesmee kochała zaskakiwać mnie rozmiarem swoich zdobyczy. Uśmiechnęłam się znowu. Wąska łąka była bardzo cicha i pusta. Fruwający śnieg rozrzedzał się nade mną, prawie znikał. Alice widziała, że nie będzie padać przez wiele tygodni. Zazwyczaj Edward i ja razem chodziliśmy na polowania. Dzisiaj jednak był on z Carlisle'm, planując wycieczkę do Rio, rozmawiając za placami Jacoba... Zmarszczyłam brwi. Kiedy wrócimy, wezmę stronę Jacoba. Powinien jechać z nami. Miał w tym taki sam udział jak każdy z nas - jego całe życie było tego udziałem, podobnie jak moje. Podczas gdy moje myśli pogrążone były w najbliższej przyszłości, moje oczy rutynowo przesuwały się po zboczu, szukając zdobyczy, szukając niebezpieczeństwa. Nie myślałam o tym; było to automatyczne zachowanie. Lub może był inny powód mojego rozglądania się, jakiś maleńki odruch, który moje ostre jak brzytwa zmysły wyłapały, zanim zdałam sobie z tego sprawę. Kiedy moje oczy przemykały pomiędzy krawędziami odległego klifu, niebiesko - szarego wyróżniające się w zielono czarnym lesie, blask srebra - a może złota? - zwrócił moją uwagę. Skupiłam się na kolorze, którego nie powinno tam być, tak daleko we mgle, że nawet orzeł nie byłby w stanie tego rozpoznać. Utkwiłam w tym wzrok. Odpowiedziała mi tym samym. To, że była wampirem było oczywiste. Jej skóra była biała jak marmur, milion razy gładsza niż ludzka skóra. Nawet pod niebem zakrytym chmurami błyszczała nieco. Gdyby nie zdradziła jej skóra, zrobiłby to jej bezruch. Tylko wampiry i posągi mogły być tak idealnie nieruchome. Jej włosy były jasne, prawie srebrne. Ta jasność zwróciła moją uwagę. Wisiała prosto, jak liniał do tępej brzytwy, na jej podbródku, dzieląc go na środku. Była mi obca. Było całkowicie pewne, że nigdy wcześniej jej nie widziałam, nawet jako człowiek. Żadna z twarzy w mojej mętnej pamięci nie była taka sama jak ta. Jednak rozpoznałam ją od razu, po ciemnych, złotych oczach. Mimo wszystko Irina zdecydowała się przybyć. Przez chwilę gapiłam się na nią, a ona na mnie. Zastanawiałam się, czy też tak szybko rozpoznała, kim jestem. Uniosłam lekko dłoń, żeby pomachać, jednak jej usta wykrzywiły się nieznacznie, a twarz przybrała wrogi wyraz. Usłyszałam okrzyki zwycięstwa Renesmee i odpowiadającego jej wyciem Jacoba. Zobaczyłam, jak twarz Iriny drga odruchowo na ten dźwięk, kiedy dotarł do niej kilka sekund później. Jej nieruchomy wzrok przesunął się troszeczkę w prawo i już wiedziałam, co widzi. Ogromny, brunatny wilk, prawdopodobnie ten, który zabił jej Laurenta. Jak długo nas obserwowała? Wystarczająco długo, żeby zobaczyć naszą wcześniejszą, czułą wymianę zdań, byłam pewna. Jej twarz wykrzywiła się w bólu. Instynktownie wyciągnęłam ręce w przepraszającym geście. Odwróciła się z powrotem do mnie a jej usta skrzywiły się przez zęby. Jej szczęka otworzyła się, kiedy warknęła. Gdy ten przerażający dźwięk mnie dosięgnął, ona już się odwróciła i zniknęła w lesie. - Kurczę! - jęknęłam. Pobiegłam bardzo szybko do Renesmee i Jacoba, niechętnie mając ich daleko od siebie. Nie wiedziałam, który kierunek obrała Irina, a dokładniej jak wściekła była w tej chwili. Chęć zemsty była wspólną cechą wszystkich wampirów, jedną, którą nie łatwo było stłumić. Biegnąc z całych sił, zabrało mi tylko dwie sekundy, żeby do nich dotrzeć. - Mój jest większy - upierała się Renesmee, kiedy przedarłam się przez gąszcz ciernistych krzewów na małą, otwartą przestrzeń, na której stali. Uszy Jacoba wyprostowały się, kiedy udzielił się mu mój niepokój; skierował się do przodu szykując do skoku, i odsłonił swoje kły - jego pysk pokryty był krwią jego zdobyczy. Oczami przeszukiwał las. Mogłam usłyszeć warczenie wydobywające się z jego gardła. Renesmee zmieniła się tak samo jak Jacob. Zostawiła martwego jelenia leżącego u jej stóp, skoczyła w moje wyczekujące ramiona, przycisnęła swoja ciekawską rękę do mojego policzka. - Przesadnie zareagowałam - zapewniłam ich szybko. - Wszystko jest dobrze, tak myślę. Czekajcie. Włączyłam komórkę i wcisnęłam przycisk szybkiego połączenia. Edward odebrał po pierwszym sygnale. Jacob i Renesmee uważnie przysłuchiwali się naszej rozmowie. - Przyjdź, weź Carlisle'a - świergotałam tak szybko, że zastanawiałam się, czy Jacob za tym nadąża. Widziałam Irinę, a ona widziała mnie, ale wtedy zobaczyła Jacoba, wściekła się i uciekła, tak myślę. Nie pokazała się tu - w każdym razie jeszcze - ale wyglądała na wytrąconą z równowagi, więc myślę, że to zrobi. Jeśli nie, ty i Carlisle musicie jej poszukać i z nią porozmawiać. Tak mi przykro. Jacob zaburczał. - Będziemy tam za pół minuty - zapewnił mnie Edward i mogłam usłyszeć świst wiatru wytworzony przy jego biegu. Popędziliśmy z powrotem na drugą łąkę, czekając cicho, kiedy Jacob i ja ostrożnie słuchaliśmy nadejścia czegoś, czego nie znamy. Kiedy dźwięk nadszedł, był znajomy. Edward stał już obok mnie, Carlisle kilka sekund za nim. Byłam zdziwiona słysząc ciężkie odgłosy łap podążające za Carlisle'm. Przypuszczam, że nie powinnam być zdziwiona. Z Renesmee w jakimkolwiek niebezpieczeństwie, Jacob na pewno musiał wezwać posiłki. - Stała na tej krawędzi - powiedziałam im od razu, pokazując miejsce. Jeśli Irina ucieka, już ma bardzo duże fory. Czy zatrzyma się i wysłucha Carlisle'a? Jej wcześniejsze zachowanie sprawiło, że bardzo w to wątpiłam. - Może powinniście wezwać Emmetta i Jaspera i przyprowadzić ich tu. Wyglądała na bardzo... zdenerwowaną. Warknęła na mnie. - Co? - spytał gniewnie Edward. Carlisle położył rękę na jego ramieniu. - Jest zmartwiona. Poszukam jej. - Pójdę z tobą - upierał się Edward. Wymienili długie spojrzenia - prawdopodobnie Carlisle obliczał co jest większe: irytacja Edwarda wywołana przez Irinę, czy jego przydatność jako czytającego w myślach. Ostatecznie skinął głową i obaj zaczęli szukać tropu bez wzywania Jaspera lub Emmetta. Jacob irytował się niecierpliwie i szturchał mnie w plecy swoim nosem. Musiał chcieć, żeby Renesmee wróciła do bezpiecznego domu, tak na wszelki wypadek. Zgodziłam się z nim i pospieszyliśmy do domu, mając po swoich bokach Setha i Leah. Renesmee siedziała zadowolona w moich ramionach, z jedną ręką wciąż spoczywającą na mojej twarzy. Odkąd polowanie zostało przerwane, musiała tylko zadowolić się darowaną krwią. Jej myśli się uradowały. tłumaczenie: Emension 28. Przyszłość Carlisle i Edward nie potrafili złapać Iriny zanim jej ślad się rozwiał. Usiłowali zwęszyć jej zapach, idąc dalej w prostej linii, lecz nie było go już nigdzie w promieniu kilkunastu kilometrów na wschodnim wybrzeżu. To była moja wina. Przyszła, jak zobaczyła Alice, by zawrzeć pokój z Cullenami, tylko po to, żeby zobaczyć mnie w całkowitym porozumieniu z Jacobem. Pewnie dostrzegłabym ją wcześniej, gdyby nie on, gdybym poszła na polowanie z kimkolwiek innym. Tak dużo było do zrobienia. Carlisle zadzwonił do Tanyi i podzielił się z nią nowymi, rozczarowującymi wieściami. Tanya i Kate nie widziały Iriny od czasu, kiedy zadecydowały przyjechać na moje wesele i były zaskoczone, że była tak blisko, a nie wróciła do domu, to nie było dla nich łatwe - stracić siostrę, jakkolwiek długa miała być to rozłąka. Zastanawiałam się jak bardzo musiało to przypominać utratę ich matki, wieki temu. Alice mogła złapać jedynie kilka wskazówek dotyczących bliskiej przyszłości Iriny, nic jednak znaczącego. Nie wracała do Denali, przynajmniej to było pewne. Obraz był zbyt zamglony. Wszystko co Alice mogła zobaczyć, to to, że Irina jest widocznie zdenerwowana, podążała załamana przez jakieś ośnieżone pustkowie, na północy? Na wschodzie? Nie podjęła żadnej decyzji co do nowej drogi. Dni mijały a, oczywiście, nic się nie zmieniało. Irina i jej ból przesunęły się gdzieś w tło, ale nie zniknęły. Były ważniejsze rzeczy. Powinnam wyjechać do Włoch, najszybciej jak się da, w ciągu kilku dni. A w drodze powrotnej zajrzeć do Południowej Afryki. Każdy szczegół został przemyślany już setki razy. Chcieliśmy rozpocząć od Ticunas, badać legendy jak tylko się dało, dotrzeć do ich źródła. Jacobowi pozwolono w końcu pojechać z nami, nieodmiennie figurował w planach, bo bardzo prawdopodobne, że ludzie nie będą chcieli opowiadać historii o wampirach właśnie nam. Jeżeli Ticunas okazałoby się ślepą uliczką, wiele innych szczepów pozostawało jeszcze do sprawdzenia. Carlisle miał starych przyjaciół w Amazonii, mogliśmy ich odnaleźć, być może mieliby również dla nas jakieś przydatne informacje. Albo, w końcu, mogli podpowiedzieć nam, gdzie możemy znaleźć odpowiedzi. To bardzo prawdopodobne, że trzy amazońskie wampiry miały do czynienia z legendami o hybrydach, skoro same były kobietami. Nie mieliśmy pojęcia jak długo mogą potrwać poszukiwania. Nie powiedziałam jeszcze Charliemu o dłuższym wyjeździe i denerwowałam się tym, podczas gdy Edward i Carlisle skończyli dyskutować. Jak właściwie przedstawić mu tą sytuację? Wpatrywałam się w Renesmee, walcząc ze sobą wewnętrznie. Leżała skulona na sofie, jej oddech był wolny, zapadła w głęboki sen, a poplątane kosmyki rozprzestrzeniły się dookoła jej twarzy. Zwykle Edward i ja zabieraliśmy ją do naszego domku, do jej łóżka, ale dzisiaj ociągaliśmy się przed rozstaniem z rodziną, on i Carlisle długo planowali. W tej chwili Emmett i Jasper byli bardziej zajęci wymyślaniem możliwości do polowania. Amazonia oferowała zmianę jadłospisu. Jaguary i pantery, na przykład. Emmett fantazjował o zmaganiach z anakondą. Esme i Rosalie myślały o tym, co wezmą ze sobą. Jacob był z Samem, który będzie pilnował wszystkiego w czasie naszej nieobecności. Alice poruszała się powoli, jak na nią, po pokoju, niepotrzebnie czyszcząc już i tak nieskazitelną powierzchnię, łącznie z wiszącymi, wielkimi girlandami Esme. W tym momencie przestawiała wazy Esme na komodzie. Mogłam zobaczyć w jaki sposób jej twarz się zmienia, uświadamia, oczyszcza z emocji, staje się pusta i znów świadoma - przeszukiwała przyszłość. Wiedziałam, że usiłowała coś zobaczyć, pomimo ślepych plam, które powodowali Jacob i Renesmee w jej wizjach. Szukała czego możemy spodziewać się w Południowej Afryce, kiedy w końcu odezwał się Jasper. - Przestań Alice, to nie nasza sprawa. – aura spokoju cicho i niewidzialnie przebiegła pokój. Alice musiała znów martwić się o Irinę. Pokazała mu język i podniosła kryształową wazę z białymi i czerwonymi różami, zawracając w kierunku kuchni. Na białych kwiatach były tylko małe ślady starości, ale Alice widocznie miała w zamiarach jakąś chorobliwą perfekcję, jak gdyby chciała tym zatuszować brak wizji tej nocy. Wpatrując się znowu w Renesmee, nie dostrzegłam jak waza wyślizguje się z palców Alice. Usłyszałam tylko dźwięk rozbijanego kryształu i podniosłam wzrok w chwili, gdy dziesiątki tysięcy kryształków rozsypało się na marmurowej posadzce kuchni. Żadne z nas się nie poruszyło, gdy fragmenty kryształów odbiły się i rozleciały we wszystkich kierunkach z nieprzyjemnym brzdękiem, wzrok wszystkich wciąż utkwiony był w plecach Alice. Moją pierwszą, nielogiczną myślą, było, że Alice żartuje sobie z nas. Nie było żadnej możliwości, że Alice mogła upuścić coś, przez przypadek. Mogłabym przebiec cały pokój i złapać wysoko nad ziemią, gdybym nie była pewna, że ona go złapie. Po pierwsze, jak cokolwiek mogło wymknąć się z jej palców? Jej perfekcyjnie pewnych palców. Nigdy nie widziałam wampira upuszczającego coś przez przypadek. Nigdy. A potem Alice odwróciła się do nas, obracając w tak szybkim ruchu, że nawet tego nie dostrzegliśmy. Jej oczy, na wpół widzące nas, na wpół spoglądające w przyszłość, szerokie, błyszczące, zapełniające jej chudą twarz, wychodziły z orbit. Patrząc w nie wydawało się, że spogląda się na grób, pochowany pod strachem, desperacją i agonią w jej oczach. Usłyszałam Edwarda, łapiącego z trudem powietrze, był to przerywany, na wpół zaduszony dźwięk. - Co? – warknął Jasper, doskakując do niej w ułamku sekundy, krusząc kawałki kryształu pod swoimi stopami. Chwycił ją za ramiona i potrząsnął. Zadygotała lekko w jego rękach. – Co, Alice? Emmett poruszył się w zasięgu mojego wzroku, odsłonił zęby i wyjrzał przez okno, szukając jakiejś możliwości ataku. Od strony Esme, Carlisle’a i Rose dobiegała jedynie cisza, zamarli, tak samo jak ja. Jasper potrząsnął Alice ponownie. - Co jest? - Idą po nas – wyszeptali Alice i Edward, w perfekcyjnej synchronizacji. – Wszyscy z nich. Cisza. W końcu, zrozumiałam jako pierwsza, ponieważ to było coś, co zgadzało się z moją własną wizją. To było tylko odległe wspomnienie jakby ulotnego snu, delikatnego i niewyraźnego, jak gdybym oglądała go przez grubą zasłonę. W głowie zobaczyłam linię czerni, niewyraźna resztka, duch mojego na wpół zapomnianego snu z ludzkiego życia. Nie mogłam widzieć rubinowych tęczówek w tym zamazanym obrazie, błysku ich ostrych zębów, ale wiedziałam że tam są... Wyraźniejsze niż wspomnienie obrazu przyszło wspomnienie uczucia, wszechogarniającej potrzeby ochrony skarbu za mną. Chciałam porwać Renesmee w ramiona, ukryć pod własną skórą, włosami, uczynić niewidzialną. Ale nie mogłam nawet odwrócić się by na nią spojrzeć. Nie czułam się już zamieniona w kamień, lecz lód. Pierwszy raz od zamiany w wampira, poczułam chłód. Właśnie usłyszałam potwierdzenie wszystkich swoich strachów. Nie potrzebowałam wytłumaczenia, już wiedziałam. - Volturi – wyjąkała Alice. - Wszyscy z nich – jęknął Edward w tym samym momencie. - Czemu? – wyszeptała do siebie Alice. – Jak? - Kiedy? – szepnął Edward. - Czemu? – powtórzyła jak echo Esme. - Kiedy? – ponowił pytanie Jasper, głosem ostrym jak lód. Alice nie mrugnęła, ale skoncentrowała się do tego stopnia, że jej oczy stały się całkowicie puste. Tylko usta wciąż poruszały się w przerażeniu. - Nie długo – powiedziała równocześnie z Edwardem. A potem mówiła sama. – Śnieg w lesie, śnieg w mieście. Nieco ponad miesiąc. - Dlaczego? – tym razem spytał Carlisle. Odpowiedziała Esme. - Musi być powód. Może, żeby zobaczyć… - Tu nie chodzi o Bellę – powiedziała Alice pusto. – Przyjeżdżają wszyscy... Aro, Kajusz, Marek... każdy członek straży, nawet żony. - Żony nigdy nie opuszczają wieży – zaprzeczył Jasper, cicho. – Nigdy. Nie od powstania na południu. Nie od kiedy Rumuni próbowali ich obalić. Nawet kiedy polowano na nieśmiertelne dzieci. Nigdy. - Teraz przybędą – wyszeptał Edward. - Ale czemu? – Powtórzył Carlisle. – Nic nie zrobiliśmy! A nawet jeśli, co to mogło być, że ściągnęło to na nas? - Jest nas tak wielu – odpowiedział Edward bezbarwnie. – Muszą być pewni, że... Nie dokończył. - Ale to nie wyjaśnia jaki mają powód! Czemu? Poczułam, że znam odpowiedź na pytanie Carlisle’a i jednocześnie jej nie znam. Renesmee była powodem „dlaczego”, byłam pewna. Jakoś od samego początku wiedziałam, że po nią przyjdą. Nawet kiedy byłam jeszcze w ciąży, wszystko ostrzegało mnie przed tym, co teraz miało się zdarzyć. Tak, jakbym zawsze się spodziewała, że Volturi przyjdą, żeby zabrać moje szczęście ode mnie. Ale to nadal nie była odpowiedź. - Wracaj, Alice – poprosił Jasper. – Rozglądaj się za wskazówką. Szukaj. Alice powoli potrząsnęła głową, wzruszając ramionami. - To przyszło znikąd, Jazz. Nie szukałam ich, ani nawet nas, Patrzyłam po prostu za Iriną. Nie było jej tam, gdzie się jej spodziewałam... – Alice przerwała, jej wzrok znów odpłynął. Przez długą chwilę patrzyła w pustkę. A potem szarpnęła głową, jej wzrok stał się ostry. Usłyszałam jak Edward łapie oddech. - Zdecydowała, że do nich pójdzie – powiedziała Alice. - Irina zdecydowała, że pójdzie do Volturi. A kiedy to zrobiła... Tak jakby już na nią czekali. Jakby decyzja już została podjęta i tylko na nią czekali... Znów zapadła cisza, kiedy przyswajaliśmy sobie jej słowa. Co Irina mogła powiedzieć Volturi, że rezultatem była wizja Alice? - Nie możemy jej zatrzymać? – spytał Jasper. - Nie ma szans. Już prawie tam jest. - Co ona robi? – pytał Carlisle, ale nie zwracałam już uwagi na rozmowę. Całą uwagę skupiłam na obrazie, który starannie odtwarzałam w myślach. Widziałam Irinę na skale, obserwującą. Co zobaczyła? Wampira i wilkołaka jako dobrych przyjaciół. Przeszukiwałam obraz, szukając jakiś oczywistych wyjaśnień jej reakcji. Ale nic nie zobaczyłam. Oprócz tego zobaczyła dziecko. Najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek istniało, o skórze jak świeżo spadły śnieg, dużo bardziej niż ludzkie... Irina... osierocona siostra... Carlisle powiedział, że po utracie ich matki, zgładzonej przez sprawiedliwość Volturi, to uczyniło Tanyę, Kate i Irinę bardziej wymagającymi wobec prawa. Z minutę temu Jasper sam powiedział, że Volturi nie wyjeżdżali w takiej liczbie od polowań na nieśmiertelne dzieci. Nieśmiertelne dzieci, niewymawialne zagrożenie, tabu.... Z takimi wspomnieniami jak Iriny, jak inaczej mogłaby odczytać ten dzień na skale? Nie była dość blisko, żeby usłyszeć bicie serca Renesmee, by poczuć ciepło jej ciała. Rumieńce na twarzy Renesmee mogła uznać za sztuczkę, część tego, co zobaczyła. Mimo wszystko Cullenowie byli sprzymierzeni z wilkołakami. Z punktu widzenia Iriny nic nie było z nami... Irina, osłaniająca się od śniegu, niepłacząca za Laurentem, ale znająca swój obowiązek wobec Cullenów, wiedząca, co się z nimi stanie. Ale w końcu konsekwencje wygrały z wiekami przyjaźni. A odpowiedź Volturi na takie złamanie prawa była automatyczna, decyzja już została podjęta. Odwróciłam się, otulając śpiącą Renesmee, ukrywając we własnych włosach, chowając twarz w jej lokach. - Myślę, że chodzi o to, co zobaczyła tamtego popołudnia – powiedziałam głośno, przerywając Emmettowi, cokolwiek on mówił. – Dla kogoś, kto stracił matkę, bo stworzyła nieśmiertelne dziecko, jak może wyglądać Renesmee? Znów zapadła cisza, gdy wszyscy zrozumieli, o co mi chodzi. - Nieśmiertelne dziecko – wyszeptał Carlisle. Poczułam, że Edward uklęknął za mną, otaczając nas obie ramieniem. - Ale nie ma racji – mówiłam dalej. – Renesmee nie jest taka jak tamte dzieci. One są zamrożone, a ona rośnie każdego dnia. One się nie kontrolują, a ona nigdy nie zraniła Charliego, albo Sue, albo nawet choć odrobinę się na nich zdenerwowała. Ona umie się kontrolować. Już teraz jest bardziej inteligentna niż większość dorosłych. Nie ma powodu, żeby... Paplałam, czekając aż ktoś w końcu mnie poprze, czekając, aż lodowata atmosfera w pokoju nieco się uspokoi, kiedy zrozumieją, że mam rację. Pokój zdawał się jednak ochładzać jeszcze bardziej. Tylko mój cienki głos przerywał ciszę. Nikt nie wypowiedział ani słowa od dłuższego czasu. Wtedy Edward wyszeptał w moje włosy: - To nie jest rodzaj przestępstwa, którego oni będą dociekać, kochanie – powiedział cicho. – Aro zobaczy dowód w myślach Iriny. Przybędą tutaj, żeby niszczyć, nie szukać wyjaśnienia. - Ale nie mają racji - zaprotestowałam. - Nie będą czekać aż im to wyjaśnimy. Jego głos wciąż był cichy, łagodny, miękki… a jednak ból i pustka w nim była nieuchronna. Jego głos był jak oczy Alice wcześniej, jakby dobiegał ze środka grobu. - Co możemy zrobić? –zażądałam odpowiedzi. Renesmee była tak ciepła i perfekcyjna w moich ramionach, śpiąca spokojnie. Martwiłam się bardzo o to jak szybko ucieka jej wiek, o to, czy będzie miała mniej niż dekadę życia... Ten dramat teraz brzmiał wręcz ironicznie. Nieco ponad miesiąc... A więc to był limit, tak? Miałam więcej szczęścia niż jakikolwiek człowiek mógłby choćby wymarzyć. Czy było jakieś naturalne prawo dotyczące ilości szczęścia i smutku na świecie? A moja radość zepsuła równowagę? Cztery miesiące to wszystko, co mogłam mieć? To Emmett odpowiedział na moje retoryczne pytanie. - Będziemy walczyć – powiedział łagodnie. - Nie możemy wygrać – zaprotestował Jasper. Mogłam sobie wyobrazić jaki ma wyraz twarzy, jak obejmuje opiekuńczo Alice. - Cóż, nie zdołamy uciec. Nie z Demetrim po ich stronie. – Emmett prychnął i wiedziałam, że nie podoba mu się wizja ucieczki, w przeciwieństwie do walki. – I nie jestem taki pewien, że nie możemy wygrać – powiedział. – Jest kilka wyjść. Nie musimy walczyć sami. Odwróciłam głowę na te słowa. - Nie musimy też posyłać Quiletów na śmierć, Emmett! - Uspokój się, Bella. – Nic się nie zmieniło w jego postawie od chwili, gdy planował polowanie na anakondy. Nawet coś takiego nie mogło wytrącić Emmetta z równowagi. – Nie miałem na myśli sfory. Ale pomyśl, uważasz, ze Jacob albo Sam zignorują inwazję? Nawet jeśli chodzi o Nessie? Nie mówiąc już o tym, że dzięki Irinie, Aro wie teraz o sforze. Ale myślałem o naszych innych przyjaciołach. Carlisle powtórzył szeptem za mną. - Nasi inni przyjaciele też nie muszą być skazani na śmierć. - Ej, dajcie im skończyć – powiedział Emmett uspokajającym tonem. – Nie mówię, że muszą z nami walczyć. – Mogłam wręcz zobaczyć jak w jego głowie formułuje się plan. - Może mogą po prostu stanąć za nami, kiedy przybędą Volturi, żeby zawahali się. Bella ma rację. Jeżeli moglibyśmy ich zmusić, żeby choć chwilę posłuchali, nie mieliby powodu do walki. Na twarzy Emmetta zagościł ślad uśmiechu. Byłam zaskoczona, że nikt go jeszcze nie walnął. Ja chciałam. - Tak – powiedziała Esme ochoczo. – To ma sens, Emmett. Wszystko, co musimy zrobić, to ich zatrzymać. Na tyle długo, żeby mogli nas wysłuchać. - Musimy mieć sporo świadków – powiedziała Rosalie ostro, jej głos brzęczał jak szkło. Esme pokiwała głową w zgodzie, jakby nie słyszała sarkazmu w słowach Rosalie. - Oto możemy poprosić naszych przyjaciół. O świadectwo. - To możemy zrobić – powiedział Emmett. - Musimy ich spytać już teraz – mruknęła Alice. Gdy spojrzałam w jej oczy, znów były ciemne. – Muszą być bardzo ostrożni. - Kto? – spytał Jasper. Oboje, Edward i Alice zerknęli na Renesmee. Oczy Alice zaszkliły się. - Rodzina Tanyi – powiedziała. – Klan Siobhan. Amuna. Kilku samotników, Garrett i Mary na pewno. Może Alistar. - A co z Peterem i Charlotte? – spytał Jasper na wpół ze strachem, na wpół z nadzieją, że odpowiedzią będzie „nie”, i jego starszy brat będzie mógł uciec od nadchodzącej rzezi. - Może. - A amazonki? – spytał Carlisle. – Kachiri, Zafrina i Senna? Alice początkowo zagłębiła się bardziej w swoją wizję, żeby odpowiedzieć, ale w końcu potrząsnęła głową, a jej oczy znów wróciły do teraźniejszości. Przez sekundę napotkała wzrok Carlisle’a, a potem wbiła wzrok w podłogę. - Nie widzę. - Co to było? – spytał Edward szeptem żądającym odpowiedzi. – Ta część dżungli. Będziemy ich tam szukać? - Nie widzę – powtórzyła Alice, nie patrząc mu w oczy. Błysk zdziwienia przemknął przez twarz Edwarda. – Musimy się pośpieszyć, wszystko musi być gotowe zanim spadnie śnieg. Musimy sprowadzić tutaj kogo się da. – Zreflektowała się. – Musimy spytać Elezara. W tym chodzi o coś więcej niż tylko nieśmiertelne dziecko. Cisza zapadła znów na moment, gdy Alice pogrążyła się w transie. Gdy skończyła, zamrugała powoli, jej oczy już na pewno patrzyły na teraźniejszość. - Jest tak dużo do zrobienia. Musimy się pospieszyć – wyszeptała. - Alice? – spytał Edward. – To było za szybko... nie zrozumiałem. Co to była za...? - Nie widzę! – odpowiedziała mu bez wyjaśnień. – Jacob już prawie tu jest! Rosalie zrobiła krok w kierunku drzwi. - Pogadam z... - Nie, daj mu wejść – powiedziała Alice szybko, a jej głos zdawał się podnosić z każdym słowem. Uwolniła się od Jaspera i pociągnęła go w stronę drzwi. – Będę widzieć lepiej z daleka od Nessie. Muszę iść. Naprawdę muszę się skoncentrować. Muszę zobaczyć wszystko, co tylko mogę. Muszę iść. Chodź, Jasper, nie ma czasu do stracenia. Wszyscy mogliśmy usłyszeć odgłosy kroków Jacoba na schodach. Alice pociągnęła niecierpliwie za dłoń Jaspera. Poszedł za nią szybko, skonfundowany, podobnie jak Edward. Przekroczyli drzwi, zagłębiając się w srebrzystą noc. - Pośpieszcie się! – zawołała do nas jeszcze. – Musicie znaleźć ich wszystkich. - Znaleźć kogo? – spytał Jacob, zamykając za sobą drzwi wejściowe. – Gdzie poszła Alice? Nikt nie odpowiedział, wszyscy po prostu wpatrywali się w niego. Jacob potrząsnął głową, pozbywając się wilgoć z włosów i włożył ramiona w rękawy koszulki, nie spuszczając Renesmee z wzroku. - Hej, Bells! Myślałem, że będziecie już w domu… Spojrzał wreszcie na mnie, zamrugał ze zdziwienia. Zobaczyłam jak w końcu atmosfera pokoju dotknęła i jego. Spojrzał na dół, wytrzeszczając oczy na mokrą plamę na podłodze, rozrzucone róże i kawałeczki kryształu. Jego palce zadrżały. - Co? – spytał głucho. – Co się stało? Nie wiedziałam od czego zacząć. Inni też nie umieli znaleźć słów. Jacob przebył pokój w trzech długich krokach i opadł na kolana obok Renesmee i mnie. Czułam gorąco promieniujące z jego ciała, tak samo jak drżenie jego ramion i dłoni. - Wszystko z nią w porządku? – spytał dotykając jej czoła, potrząsając głową, gdy słuchał bicia serca. – Nie okłamuj mnie, Bella, proszę! - Nic złego nie dzieje się z Renesmee – odpowiedziałam zdławionym głosem, z trudem znajdując słowa. - Więc z kim? - Z nami wszystkimi – wyszeptałam. I mój głos był taki sam, jakby dobiegał z wnętrza grobu. - Już po wszystkim. Wszyscy zginiemy. tłumaczenie: Lir 29. Ucieczka Siedzieliśmy tak całą noc, przepełnieni przerażeniem i smutkiem. Alice wciąż nie wracała. Wszyscy byliśmy u kresu wytrzymałości, niezdolni nawet, żeby się poruszyć. Carlisle niemalże nie był w stanie wydobyć z siebie głosu, gdy wyjaśniał wszystko Jacobowi. Opisywanie wizji Alice na nowo pogorszyło jeszcze sytuację. Nawet Emmetta nie stać już było na dowcipne uwagi czy swobodę, do której zdążył nas przyzwyczaić. Gdy zaczynało świtać i widziałam, że Renesmee lada chwila się obudzi, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nieobecność Alice tak się przedłuża. Miałam nadzieję uzyskać od niej trochę więcej informacji, zanim moja córka zacznie zadawać pytania. Chciałam móc udzielić jakiś odpowiedzi. Mnie samej też przydałaby się odrobina nadziei. Przynajmniej tyle, żebym mogła uśmiechnąć się i chronić Renesmee przed przerażającą prawdą. Przez cały ten czas moja twarz przypominała maskę. Nie byłam pewna, czy potrafiłabym zmusić się do uśmiechu. Jacob chrapał w kącie, rzucając się niespokojnie we śnie. Przypominał stertę futra rzuconą na podłogę. Sam wiedział już o wszystkim. Pozostałe wilki przygotowywały się na to, co miało nadejść, choć pewne było, że żadne przygotowania nie pomogą. Sfora miała zginąć razem z całą moją rodziną. Skóra Edwarda błyszczała w pierwszych promieniach słońca, wpadających przez okna. Odkąd Alice wyszła, nie odwróciłam od niego twarzy nawet na chwilę. Wpatrywaliśmy się w siebie całą noc. Patrzyliśmy na to, bez czego żadne z nas nie było w stanie żyć – siebie nawzajem. Zobaczyłam swoje roziskrzone odbicie w jego przepełnionych bólem oczach gdy słońce sięgnęło też mojej skóry. Edward pierwszy przerwał ciszę. Najpierw nieznacznie ruszył brwiami, potem ustami. - Alice – powiedział krótko. Jego głos przypominał dźwięk kruszącego się lodu. Idąc za jego przykładem, wszyscy spróbowaliśmy przełamać paraliżujące emocje. - Długo jej nie ma. – mruknęła Rosalie, wyraźnie zaskoczona. - Gdzie ona może być? – Emmett niecierpliwe zrobił krok ku drzwiom. Esme położyła dłoń na ramieniu Rose. - Nie powinniśmy jej przeszkadzać... - To nigdy nie trwało tak długo - przerwał Edward. To nowe zmartwienie z powrotem ożywiło jego twarz. Oczy miał otwarte szeroko, widać w nich było jeszcze więcej strachu, dodatkowej paniki. – Carlisle, jak sadzisz, czy Alice zorientowałaby się w porę, gdyby Volturi wysłali kogoś po nią? Oczami wyobraźni natychmiast ujrzałam półprzezroczystą twarz Aro. Miał okazję zajrzeć we wszystkie zakamarki umysłu Alice. Wiedział o niej wszystko. Doskonale znał jej możliwości. Emmett przeklął na tyle głośno, że Jacob natychmiast poderwał się i zaczął warczeć. W oddali usłyszeliśmy powarkiwania reszty jego sfory. Wszyscy zerwaliśmy się na równe nogi. - Zostań z Renesmee! – zdążyłam krzyknąć do Jacoba wybiegając z domu. Wciąż byłam silniejsza od pozostałych, więc z łatwością wyprzedziłam Esme i Rosalie. Pędziłam szaleńczo przez gęsty las aż znalazłam się tuż za Edwardem i Carlisle'm. - Byliby w stanie ją zaskoczyć? – głos Carlisle’a brzmiał jakby ten stał zupełnie nieruchomo, a nie biegł ile sił w nogach. - Nie wiem, jak mogłoby się to im udać – odpowiedział Edward – ale Aro zna Alice lepiej niż ktokolwiek inny. Lepiej niż ja. - To może być pułapka? – zapytał Emmett gdzieś za nami. - Możliwe – Edward nie był pewien – Nie czuję żadnego obcego zapachu. Byli tu tylko Alice i Jasper... ale dokąd szli? Trop zakręcał szerokim łukiem: najpierw ciągnął się na wschód od domu, później prowadził na północ po drugiej stronie rzeki, a po kilku milach znów z powrotem na zachód. Ponownie przekroczyliśmy rzekę, przeskakując niemal równocześnie. Edward biegł na czele, koncentrując się, żeby nie zgubić tropu. Esme zamykała nasz pościg. Biegła na samym końcu po lewo. Chwilę po tym, jak przeskoczyliśmy rzekę po raz drugi, wskazała ręką na południe. - Czuliście tamten zapach? – spytała. Edward nie zwrócił uwagi na jej spostrzeżenie. - Pilnujmy głównego śladu. Jesteśmy prawie na granicy terytorium Quileutów. – rozkazał krótko – Trzymajcie się razem. Sprawdźcie, czy skręcili na północ, czy na południe. Nie znałam granicy z paktu tak dobrze jak pozostali ale wyczuwałam ślady wilczego zapachu w wiejącym od wschodu wietrze. Edward i Carlisle zwolnili, co chwilę rozglądając się na boki, szukając miejsca, w którym trop znów zakręci. Zapach wilków był coraz intensywniejszy. Edward uniósł głowę i nagle się zatrzymał. Reszta grupy także zamarła. - Sam? – głos Edwarda nie zdradzał żadnych emocji – O co chodzi? Sam w ludzkiej postaci wyłonił się spomiędzy drzew kilkaset metrów przed nami i zmierzał w naszym kierunku z dwoma ogromnymi wilkami u boku. Rozpoznałam Paula i Jareda. Dotarcie do nas zabrało Samowi trochę czasu. Dostatecznie dużo, żeby zirytowało mnie jego powolne, ludzkie tempo. Nie chciałam stać bezczynnie i zastanawiać się, co się stało. Chciałam działać, objąć Alice, mieć pewność, że jest bezpieczna. Obserwowałam jak Edward blednie, słuchając myśli Sama. Ten jednak zignorował go zupełnie i zwrócił się od razu do Carlisle’a. - Tuż po północy przyszli tutaj Alice i Jasper i poprosili żebyśmy pozwolili im przejść przez nasz teren do oceanu. – zameldował. - Wpuściłem ich i sam odprowadziłem do wybrzeża. Tam natychmiast weszli do wody i już nie wrócili. Gdy szliśmy razem, Alice prosiła, żebym porozmawiał z wami, zanim powiem cokolwiek Jacobowi. Powiedziała, że to niezwykle ważne. Miałem czekać tu na was i dać wam ten list. Mówiła tak, jakby od tego zależało życie nas wszystkich. Mówiąc to, wyciągnął złożoną kartkę, całą pokrytą drobnym czarnym drukiem. To była strona wydarta z książki. Gdy Carlisle rozkładał ją, by odczytać napisaną po drugiej stronie wiadomość, przebiegłam wzrokiem po drukowanych słowach i natychmiast rozpoznałam fragment „Kupna weneckiego”. Zapach nie pozostawiał wątpliwości. Kartka została wyrwana z mojej książki. Przeprowadzając się do naszego domku zabrałam od Charliego kilka drobiazgów: trochę normalnych ciuchów, wszystkie listy od mamy i swoje ulubione książki. Kolekcja dzieł Shakespeare’a jeszcze wczoraj rano była w domu na półce... - Alice postanowiła nas opuścić. – wyszeptał Carlisle. - Co takiego? – zawołała Rosalie z niedowierzaniem. Carlisle obrócił kartkę, żebyśmy wszyscy mogli przeczytać. Nie szukajcie nas. Nie ma czasu do stracenia. Pamiętajcie: Tanya, Siobhan, Amun, Alistair, wszyscy nomadzi, jakich znajdziecie. Będziecie ich potrzebować. My poszukamy Petera i Charlotte po drodze. Naprawdę przykro nam, że musimy odejść w ten sposób, bez pożegnania ani wyjaśnień ale to dla nas jedyna droga ratunku. Kochamy was. Znów stanęliśmy jak sparaliżowani. Ciszę przerywało jedynie bicie serca wilków, ich oddechy. Ich myśli także musiały być bardzo wyraźne, bo Edward poruszył się jako pierwszy. - Tak, sytuacja jest aż tak niebezpieczna. – odpowiedział cicho na to, co usłyszał w głowie Sama. - Na tyle, żeby porzucić rodzinę w potrzebie? – Sam nie krył oburzenia. Widocznie nie czytał wiadomości zanim ją nam przekazał i teraz żałował, że posłuchał wszystkich instrukcji Alice. Twarz Edwarda przypominała maskę. Dla Sama mogło to wyglądać na przejaw złości albo arogancji, ale ja w oczach ukochanego widziałam przede wszystkim ogromny ból. - Nie wiemy, co zobaczyła. – powiedział – Alice nie jest ani nieczuła ani tchórzliwa. Po prostu wiedziała więcej niż my. - My nigdy byśmy nie... – zaczął Sam, ale Edward natychmiast mu przerwał. - Jesteśmy z sobą związani inaczej niż wy. W odróżnieniu od was, my wciąż dysponujemy wolną wolą. Sam uniósł brodę, a oczy nagle mu pociemniały. - Jednakże powinniście wziąć sobie do serca to ostrzeżenie – ciągnął Edward – Nie musicie brać w tym udziału. Wy wciąż możecie się wycofać, uniknąć tego, co widziała Alice. Sam uśmiechnął się ponuro. - My nie mamy zamiaru uciekać. Za jego plecami Paul prychnął pogardliwie, potwierdzając słowa przywódcy. - Proszę, nie skazuj swojej rodziny na rzeź przez swoją dumę – Carlisle wtrącił cicho. Sam spojrzał na niego nieco przyjaźniej. - Edward już wspomniał, że nie dysponujemy taką wolnością, jak wy. Renesmee jest nam równie bliska, co wam. Jacob nie może jej zostawić, a my nie możemy zostawić jego. – to mówiąc, zerknął na wiadomość od Alice i zacisnął usta. - Nie znasz jej – zareagował Edward. - A ty ją znasz? – Sam spytał ponuro. Carlisle położył dłoń na ramieniu Edwarda. - Mamy wiele do zrobienia, synu. Niezależnie od decyzji, jaką podjęła Alice, nie możemy być głupcami i nie posłuchać rad, jakie nam zostawiła. Wracajmy do domu i weźmy się do pracy. Edward kiwnął głową, ale twarz miał wciąż wykrzywioną bólem. Gdzieś za plecami słyszałam cichy szloch Esme. Nie wiedziałam, jak zmusić swoje nowe nieśmiertelne ciało do płaczu. Potrafiłam tylko patrzeć. Nie czułam nic. To wszystko wydawało się tak nierealne. Zupełnie jakbym po tych kilku miesiącach znów śniła, miała koszmary. - Dziękuję ci, Sam – powiedział Carlisle na pożegnanie. - Tak mi przykro – odpowiedział Sam – Nie powinniśmy byli ich przepuścić. - Dobrze zrobiliście. Alice ma prawo sama decydować o sobie. Nie mogę odebrać jej tej wolności. Zawsze postrzegałam rodzinę Cullenów jako całość, jednostkę, której nie da się rozdzielić. W tamtej chwili uświadomiłam sobie, że nie zawsze tak było. Carlisle stworzył Edwarda, Esme, Rosalie i Emmetta, Edward stworzył mnie. Były między nami więzy krwi i jadu. Nigdy nie pomyślałam o Alice i Jasperze jako obcych ludziach, adoptowanych przez moją rodzinę. Ale prawda była taka, że Alice sama przyłączyła się do Cullenów. Wniosła swoją historię, zupełnie niezwiązaną z innymi członkami rodziny, przyprowadziła Jaspera, który też miał swoją własną przeszłość i dopasował się do już istniejącej grupy. Zarówno ona, jak i Jasper zaznali życia bez Cullenów. Czy naprawdę postanowiła zacząć wszystko od nowa, widząc, że jej czas z Cullenami dobiegał końca? A więc już nic nie da się zrobić. Straciliśmy wszelką nadzieję. Alice wiedziała, że nie mamy żadnych szans, dlatego odeszła, ratując siebie i Jaspera. Powietrze wydało mi się nagle gęste i czarne, jakby absorbowało moją rozpacz. - Ja nie zamierzam poddać się walki – warknął Emmett – Alice powiedziała nam, co mamy robić. Bierzmy się do roboty. Pozostali przytaknęli z zaciętymi twarzami, koncentrując się na tym maleńkim cieniu szansy, jaki dała nam Alice. Nikt nie miał zamiaru czekać bezczynnie na śmierć. Tak. Będziemy walczyć. Co jeszcze nam pozostało? Najwyraźniej mieliśmy też zaangażować w to innych, bo tak kazała nam Alice. Jak moglibyśmy nie posłuchać jej ostatniej rady? Wilki tez się do nas przyłączą, walcząc dla Renesmee. My będziemy walczyć, oni będą walczyć, a i tak wszyscy zginiemy. Nie potrafiłam być tak zdecydowana, jak pozostali. Alice wiedziała, z czym przyjdzie nam się zmierzyć. Dawała nam jedyną szansę, jaką mogła dostrzec. Szansę, która dla niej wydała się zbyt mała, żeby podjąć ryzyko. Ja już czułam się pokonana. Odwróciłam się od Sama i pobiegłam za Carlisle'm w kierunku domu. Biegliśmy nie koncentrując się na drodze. Nie musieliśmy już nigdzie się spieszyć. Byliśmy już prawie przy rzece, gdy Esme uniosła głowę. - To tam był ten drugi ślad. Całkiem świeży. Kiwnęła głową w kierunku, na który wcześniej próbowała zwrócić uwagę Edwarda. Wcześniej, gdy spieszyliśmy, by ocalić Alice... - Ten trop zostawiła sama, bez Jaspera. Pewnie była tu wcześniej. – głos Edwarda był pozbawiony wszelkich emocji. Esme wyglądała na zawiedzioną, ale zgodziła się z Edwardem. Odbiłam nieco w prawo, zostając w tyle. Edward pewnie miał rację, ale jednak... W końcu jakimś cudem Alice zostawiła swój list na kartce z mojej książki. - Bella? – zawołał Edward, widząc, że przystanęłam. - Chcę sprawdzić ten trop – odpowiedziałam, starając się jednocześnie wyłapać zapach Alice. Ślad wiódł w innym kierunku, niż ten, którym poszliśmy wcześniej. Nie miałam wprawy w tych sprawach, ale zapach był niemalże taki sam. Zupełnie jakby po prostu odjęto od niego zapach Jaspera. Złote oczy Edwarda były puste. - Pewnie prowadzi z powrotem do domu – mruknął. - W takim razie tam się spotkamy. Najpierw myślałam, że puści mnie samą, ale gdy tylko odeszłam na kilka kroków jego oczy jakby znów ożyły. - Pójdę z tobą – powiedział cicho – Spotkamy się w domu, Carlisle. Carlisle kiwnął głową i pobiegł dalej razem z pozostałymi. Poczekałam, aż znikną z pola widzenia, po czym spojrzałam na Edwarda pytająco. - Nie mógłbym pozwolić ci odejść nawet na chwilę – wyjaśnił szeptem – Już sama myśl o tym sprawia mi ból. Nie potrzebowałam więcej wyjaśnień. Rozumiałam go doskonale. Pomyślałam sobie, że mogłoby nie być go przy mnie i zdałam sobie sprawę, że mnie też by to bolało, bez względu na to, jak krótka miałaby być ta rozłąka. Zostało nam tak mało tego wspólnego czasu. Wyciągnęłam do niego dłoń. Ujął ją natychmiast. - Pospieszmy się – powiedział – Renesmee niedługo się obudzi. Pobiegliśmy razem nowym tropem. Może to było głupie, marnować czas, który mogliśmy spędzić z córką tylko po to, żeby zaspokoić ciekawość, ale wiadomość od Alice nie dawała mi spokoju. Przecież równie dobrze mogła wydrapać ją na skale albo drzewie, jeśli naprawdę brakowało jej przyborów do pisania. Mogła też zabrać kartkę z któregoś z domów w okolicy. Dlaczego użyła akurat mojej książki? Kiedy wydarła tę kartkę? Nie zdziwiło mnie, że trop prowadził do naszego domku w lesie. Alice poszła na około, trzymając się jak najdalej od domu Cullenów i wilków w pobliskim lesie. Edward ściągnął brwi w zdziwieniu gdy stało się jasne, dokąd zmierza szlak. - Zostawiła Jaspera i kazała mu czekać, żeby przyjść tu? – próbował znaleźć w tym jakiś sens. Byliśmy już prawie na miejscu, gdy zdałam sobie z czegoś sprawę. Oczywiście, cieszyłam się, że Edward jest ze mną, że trzyma mnie za rękę, ale czułam, że powinnam przyjść tu sama. Alice wyrwała kartkę z książki i wróciła z nią do Jaspera. To było do niej niepodobne. Miałam przeczucie, że zrobiła tak żeby coś mi przekazać. Nie mogłam tylko zrozumieć, co. To była moja książka, więc ta dodatkowa wiadomość musiała być dla mnie. Gdyby Alice chciała wtajemniczyć w to Edwarda, to pewnie podarłaby jedną z jego książek...? - Daj mi minutkę – poprosiłam, uwalniając dłoń z jego uścisku gdy w końcu stanęliśmy przed drzwiami. Edward zmarszczył czoło. - O co chodzi, Bello? - Proszę – nie mogłam mu tego wytłumaczyć. Z jakiegoś powodu miał o niczym nie wiedzieć. – Chociaż pół minutki. Nie czekałam na odpowiedź. Pognałam do środka, zamykając drzwi za sobą. Podbiegłam prosto do półki z książkami. Zapach Alice był świeży, miał najwyżej kilkanaście godzin. W kominku dogasał ogień, którego ja nie zapalałam. Szybko znalazłam „Kupca weneckiego” i otworzyłam książkę na stronie tytułowej. Tam, tuż obok pozostałości po wyrwanej kartce, pod napisem „Kupiec wenecki - William Shakespeare” widniały słowa: Zniszcz to. Pod spodem było jakieś nazwisko i adres w Seattle. Kiedy Edward wszedł do pokoju raczej po trzynastu, nie trzydziestu sekundach obserwowałam już płonącą w kominku książkę. - Bella, co się dzieje? – spytał zaniepokojony. - Była tu. Wyrwała stronę z mojej książki, żeby napisać na niej swój list. - Ale dlaczego? - Nie wiem – skłamałam. - To dlaczego spaliłaś tę książkę? - Ja... – nie wiedziałam, co powiedzieć. Pozwoliłam, żeby Edward zobaczył frustrację i ból na mojej twarzy, Nie miałam pojęcia, co Alice próbowała mi przekazać. Wiedziałam tylko, że bardzo się postarała, żeby nie dotarło to do nikogo, prócz mnie, jedynej osoby, której myśli były dla Edwarda tajemnicą. Najwyraźniej miała ważny powód, żeby coś przed nim ukrywać. - Wydało mi się to słuszne – wyjąkałam. - Nikt z nas nie wie do końca, o co jej chodzi – szepnął Edward. Wpatrywałam się w płomienie w milczeniu. Byłam ostatnią osobą, która mogłaby okłamywać Edwarda. Czy tego właśnie chciała ode mnie Alice? Taka była jej ostatnia prośba? - Kiedy siedziałyśmy w samolocie do Włoch – zaczęłam szeptem. To, co chciałam powiedzieć może obiektywnie nie było kłamstwem, ale w tym kontekście nie było też prawdą. – wtedy, gdy leciałyśmy cię ratować... Alice okłamała Jaspera, żeby nie przyszło mu do głowy lecieć za nami. Wiedziała, że zginąłby, gdyby stanął na drodze Volturi. Wolała już sama umrzeć, niż narazić go na niebezpieczeństwo. Tak samo wolała żeby mnie zabito, żebyś ty zginął. Edward nie potrafił odpowiedzieć. - Alice ma swoje priorytety – powiedziałam. Zdałam sobie sprawę, że to, co przed chwilą powiedziałam w ogóle nie było kłamstwem. Zabolało. - Nie wierzę – Edward w końcu się odezwał, ale nie po to, żeby się ze mną kłócić. Brzmiało to raczej, jakby chciał przekonać sam siebie, że to, co mówię to nieprawda. – Może to Jasperowi coś grozi i mamy większe szanse, jeśli go z nami nie będzie. Może... - Powiedziała by nam, gdyby to o to chodziło. Wysłała by go gdzieś. - Myślisz, że zostawiłby Alice? Może musi go znowu okłamywać. - Może – udałam, że się zgadzam, kończąc tym samym tę rozmowę – Wracajmy do domu. Nie ma czasu do stracenia. Edward znów złapał mnie za rękę i pobiegliśmy razem. Wiadomość od Alice nie dodała mi otuchy. Gdyby naprawdę istniał jakiś sposób na uniknięcie nadchodzącego pogromu, Alice by nie odeszła. Nie widziałam żadnej innej możliwości. Próbowała przekazać mi coś innego, niż drogę ucieczki. Ale czego innego mogłabym potrzebować? Może sposobu, żeby coś ocalić? Czy cokolwiek mogłam jeszcze uratować? Carlisle i pozostali nie próżnowali podczas naszej nieobecności. Mimo, że odłączyliśmy się od nich zaledwie na parę minut, zastaliśmy ich w domu gotowych do drogi. W kącie Jacob w swojej ludzkiej postaci trzymał Renesmee na kolanach. Oboje obserwowali nas szeroko otartymi oczyma. Rosalie zdążyła już zamienić swoją obcisłą jedwabną sukienkę na grube jeansy, sportowe buty i zapinaną na guziki koszulę, podobną do tych, które ludzie często zakładają na długie wędrówki. Esme była ubrana podobnie. Na ławie stał globus, ale najwyraźniej wszystko zostało już omówione. Wszyscy czekali tylko na nas. Atmosfera zmieniła się nieco. Widocznie instrukcje od Alice podbudowały wszystkich poza mną i świadomość, że nie będą czekać bezczynnie dawała im nadzieję. Spojrzałam na globus i zaczęłam zastanawiać się, w którym kierunku udamy się najpierw. - Mamy zostać tutaj? – spytał Edward, wpatrując się w Carlisle’a. Nie wyglądał na zadowolonego. - Alice powiedziała, że będziemy musieli pokazać wszystkim Renesmee i musimy być w tym bardzo ostrożni. – Carlisle odpowiedział spokojnie – Przyślemy wam tu każdego, kogo uda nam się znaleźć. Chyba rozumiesz, Edwardzie, że najlepiej nadajesz się do tego zadania. Edward przytaknął, ale wyjaśnienia Carlisle’a go nie uspokoiły. - Macie do przeszukania naprawdę ogromy teren. - Rozdzielimy się – wtrącił Emmett – Rose i ja zapolujemy na nomadów. - Będziecie mieli tu pełne ręce roboty – dodał Carlisle – Tanya z rodziną przyjadą rano. Nie mają pojęcia, o co chodzi. Przede wszystkim będziesz musiał przekonać ich, żeby nie zareagowali tak, jak Irina, żeby nie wyciągali pochopnych wniosków. Po drugie, musisz dowiedzieć się, co miała na myśli Alice, mówiąc o Eleazarze. Potem decyzja, czy zostaną z nami jako świadkowie zależy tylko od nich. Gdy przybędą następni, będziesz musiał zaczynać wszystko od początku. O ile, oczywiście, uda nam się kogoś przekonać do przyjazdu. – westchnął – Twoje zadanie może okazać się najtrudniejsze. Wrócimy ci pomóc tak szybko, jak się da. Dotknął ramienia Edwarda, po czym pocałował mnie w czoło. Esme przytuliła nas oboje, Emmett szturchnął nas przyjaźnie, Rosalie zmusiła się do uśmiechu, posłała Renesmee całusa, a Jacobowi pełne niechęci spojrzenie. - Życzę szczęścia – rzucił Edward, gdy wszyscy wychodzili. - Nawzajem – odparł Carlisle – Wszyscy będziemy go potrzebować. Obserwowałam, jak jedno po drugim, znikali za drzwiami. Nie potrafiłam wykrzesać w sobie nadziei, która im towarzyszyła. Wiele bym dała, żeby móc na chwilę sama usiąść do komputera. Musiałam dowiedzieć się kim jest ten J. Jenks i dlaczego Alice zadała sobie tyle trudu tylko po to, żeby jego nazwisko nie dotarło do nikogo poza mną. Renesmee obróciła się w ramionach Jacoba i dotknęła jego policzka. - Nie wiem, czy przyjaciele Carlisle’a przyjdą. – mruknął w odpowiedzi na jej pytanie – Mam nadzieję, że tak. Wygląda na to, że jest nas teraz trochę za mało. A więc Renesmee wiedziała już o wszystkim. Rozumiała aż za dobrze, co się dzieje. W porządku, rozumiem, że wilkołak da obiektowi swojego wpojenia wszystko, o co go poprosi, ale to już lekka przesada. Czy chronienie mojej córki nie było ważniejsze niż odpowiadanie na każde jej pytanie? Spojrzałam uważnie na Renesmee, wypatrując w jej twarzy oznak strachu. Była tylko zmartwiona i bardzo poważna gdy rozmawiała z Jacobem. - Nie, nie możemy pomóc. Musimy zostać tutaj. – kontynuował Jacob – Ci wszyscy ludzie przyjadą tu zobaczyć ciebie, a nie dom i krajobrazy. Renesmee zmarszczyła brwi. - Nie, ja nie muszę nigdzie iść. – Jacob odpowiedział na kolejne pytanie, po czym spojrzał nagle na Edwarda pytająco – Prawda? – upewnił się. Edward zawahał się na moment. - No już, wyrzuć to z siebie – mój przyjaciel zawołał niecierpliwie. Był na skraju załamania. Jak my wszyscy z resztą. - Widzisz, wampiry, które przyjdą nam pomóc nie są takie jak my – zaczął Edward niepewnie. – Poza nami tylko rodzina Tanyi żyje w poszanowaniu dla ludzkiego życia, a nawet i oni nie dbają o wilkołaki. Myślę, że byłoby bezpieczniej... - Potrafię o siebie zadbać. – Jacob wszedł mu w słowo, ale Edward nie zwrócił na to uwagi. - Bezpieczniej dla Renesmee – kontynuował – gdyby jej historia przynajmniej na pierwszy rzut oka nie łączyła się z wilkołakami. To zwiększyłoby szanse, że nasi przyjaciele nam pomogą. - Ładni mi przyjaciele. Odwróciliby się od was, gdyby wiedzieli, z kim się zadajecie? - Myślę, że w innych okolicznościach byliby bardziej tolerancyjni. Jacob, zrozum, zaakceptowanie Nessie nie będzie dla nich łatwe. Po co utrudniać to jeszcze bardziej? - To nieśmiertelne dzieci są aż tak złe? - Zeszłej nocy Carlisle zdążył przybliżyć Jacobowi zasady panujące wśród wampirów. - Nawet nie potrafisz wyobrazić sobie, jak głęboko tamte wydarzenia zapadły moim pobratymcom w pamięć. - Edward... – wciąż nie przyzwyczaiłam się, że Jacob zwraca się do mojego ukochanego bez cienia niechęci, czy goryczy. - Wiem, Jake. Rozumiem, że będzie ci ciężko ją zostawić. Zobaczymy jak to będzie, jak inni na nią zareagują. Na wszelki wypadek Nessie musi zachować anonimowość przez kilka kolejnych tygodni. Zostanie w naszym domku w lesie do chwili, gdy będziemy mogli bezpiecznie ją wszystkim przedstawić. Jeżeli będziesz trzymał się dostatecznie daleko od tego domu to... - Da się zrobić. – Jacob zgodził się natychmiast. – To co, mamy jutro gości? - Tak, to nasi najbliżsi przyjaciele. Wyjątkowo, w ich przypadku najlepiej będzie zagrać w otwarte karty. Możesz zostać, jeśli chcesz. Tanya i jej rodzina wiedzą o tobie. Mieli nawet okazję poznać Setha. - Racja - Jacob przytaknął. - Powinieneś powiedzieć Samowi, co zamierzamy – ciągnął Edward. – W okolicy może się wkrótce pojawić wielu obcych. - Masz rację. Chociaż z drugiej strony nie powinienem się do niego odezwać po tym, co zrobił zeszłej nocy. - Słuchanie Alice jest zazwyczaj bardzo rozsądne. Jacob zazgrzytał zębami. Widziałam w jego oczach, że podzielał opinię Sama w kwestii tego, co zrobili Alice i Jasper. Gdy oni rozmawiali, ja podeszłam do okna, starając się przybrać zagubiony i zmartwiony wyraz twarzy. Nie było to wcale trudne. Stanęłam koło komputera i oparłszy głowę o ścianę przebiegłam palcami po klawiaturze. Wciąż wpatrywałam się w las za oknem, starając się, żeby to, co robię wyglądało na nieświadome działanie. Tylko czy wampiry kiedykolwiek robiły coś nieświadomie? Podejrzewałam, że i tak nikt nie zwraca na mnie uwagi, ale nie odwróciłam się, żeby sprawdzić. Gdy kątem oka dostrzegłam światło bijące od monitora, znowu uderzyłam palcami w klawiaturę, a potem postukałam w drewniany blat, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń, po czym zerknęłam znów na monitor. Znalazłam tylko niejakiego Jasona Jenksa, prawnika. Ponownie położyłam ręce na klawiaturze, starając się, dla niepoznaki, wciskać klawisze w równym rytmie. Jason Jenks miał stronę internetową swojej firmy, ale podany tam adres był inny niż ten, który zapisała mi Alice. Też był w Seattle, ale różnił się kod pocztowy. Zapamiętałam szybko numer telefonu, po czym, niby od niechcenia wciskając klawisze, wpisałam w wyszukiwarkę adres z listu od Alice. Niestety, nic nie znalazłam. Zupełnie jakby taki adres w ogóle nie istniał. Chciałam sprawdzić na mapie, ale uznałam, że to już by było kuszenie losu. Szybko usunęłam historię i wyłączyłam komputer. Dalej patrzyłam przez okno, co jakiś czas stukając placami w blat, kiedy usłyszałam za sobą ciche kroki. Odwróciłam się, mając nadzieję, że z mojej twarzy nie da się odczytać nic niepokojącego. Renesmee wyciągnęła do mnie rączki, żeby ją przytulić. Kiedy to zrobiłam ułożyła główkę na mojej szyi. Nie zniosłabym, gdyby coś jej się stało. Bałam się o siebie, o Edwarda, o całą rodzinę, ale to było nic w porównaniu z tym, co czułam myśląc o stracie córki. Musiałam znaleźć sposób, żeby ją ratować, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobię. Nagle dotarło do mnie, że tak naprawdę, to tylko tego chcę. Ze wszystkim mogłam się jakoś pogodzić, ale nie ze świadomością, że jej życie jest w niebezpieczeństwie. Moja kochana córeczka była jedyną rzeczą, którą po prostu musiałam ocalić. Czy Alice wiedziała, że właśnie tego będę najbardziej pragnąć? Renesmee dotknęła delikatnie mojego policzka. Pokazała mi moją twarz, Edwarda, Jacoba, Rosalie, Esme, Carlisle’a, Alice, Jaspera, przeskakując z jednego członka naszej rodziny na kolejnego coraz szybciej. Pokazała też Setha i Leah, Charliego, Sue i Billy'ego. Gdy skończyła, zaczęła znów od początku. Martwiła się tak samo, jak my wszyscy, ale tylko martwiła. Najwyraźniej Jacob ukrył przed nią to, co najgorsze: to, że nie ma dla nas nadziei... że wszyscy zginiemy już za miesiąc. Zatrzymała się dłużej na twarzy Alice, stęskniona i zagubiona. Gdzie jest Alice? - Nie wiem, kochanie – wyszeptałam. – Ale to, co robi na pewno jest słuszne. Alice ma zawsze rację. Cóż, a przynajmniej słuszne dla niej. Nie chciałam myśleć o niej w ten sposób, ale nie mogłam nic na to poradzić. Powody, dla których Alice postąpiła tak, a nie inaczej wydawały mi się aż nadto oczywiste. Renesmee westchnęła, a jej tęsknota stała się jeszcze bardziej wyczuwalna. - Też mi jej brakuje – szepnęłam. Poczułam, że mój wyraz twarzy zmienia się wbrew mojej woli, tak, jakby chciał dopasować się do smutku, który czułam. Oczy zrobiły się nieprzyjemnie suche i zaczęłam mrugać, chcąc pozbyć się tego dziwnego uczucia. Przygryzłam wargę. Chciałam wziąć głęboki oddech, ale poczułam się tak, jakbym dławiła się powietrzem. Nie wiedziałam, co się dzieje. Renesmee odsunęła się, by na mnie spojrzeć i wtedy zobaczyłam siebie jej oczami. Wyglądałam dokładnie tak samo, jak Esme dzisiaj rano. A więc tak płaczą wampiry. Oczy Renesmee wilgotniały gdy patrzyła na moją twarz. Głaskała mnie po policzku, ale nie po to, żeby coś mi pokazać. Po prostu próbowała mnie pocieszyć. Nigdy nie sądziłam, że więź między matką i córką będzie w naszym przypadku działać też w drugą stronę, tak jak to było ze mną i Renée. Ale w końcu w ogóle niewiele wiedziałam o naszej przyszłości. Gdy w oczach Renesmee pojawiły się łzy, osuszyłam je pocałunkiem. Zdziwiona, przyłożyła sobie dłoń do oka i przyglądała się później mokrym paluszkom. - Nie płacz, skarbie – powiedziałam – Wszystko będzie dobrze. Nic ci się nie stanie, już ja o to zadbam. Nawet jeśli nie mogłam zrobić nic więcej, to wciąż miałam szansę ocalić moją Renesmee. Byłam pewna, że to właśnie Alice próbowała mi przekazać. Alice wiedziała, co będę czuć i na pewno zostawiła mi jakiś sposób. tłumaczenie: Atrivie 30. Zniewalająca Było zbyt wiele do przemyślenia. Jak miałam znaleźć czas, żeby samotnie zapolować na J. Jenksa, i czemu Alice chciała, żebym o nim wiedziała? Jeżeli wskazówka Alice nie miała nic wspólnego z Renesmee, jak mogę ocalić córkę? Jak ja i Edward wytłumaczymy rano to wszystko Tanyi i jej rodzinie? A jeśli zachowają się jak Irina? Jeśli wszystko przerodzi się w walkę? Nie wiedziałam jak walczyć. Jak miałam się tego nauczyć w ciągu miesiąca? Czy były jakieś szanse, żebym nauczyła się tego dostatecznie szybko, żeby stanowić dla Volturi jakikolwiek problem? Czy byłam skazana na bezużyteczność? Bycie kolejną, bezużyteczną nowonarodzoną? Tak wielu odpowiedzi potrzebowałam, a nie miałam nawet szans zapytać. Pragnąc zachować coś normalnego dla Renesmee, trzymałam się tego, żeby zabrać ją do domu w czasie snu. Jacob był łatwiejszy do zniesienia pod postacią wilka, stres też, kiedy czuł się gotowy do walki. Chciałam czuć się podobnie, czuć gotowość. Biegał po lesie, wciąż na straży. Kiedy zapadła w głęboki sen, wsadziłam Renesmee do jej łóżeczka i przeszłam do salonu, żeby zadać moje pytania Edwardowi. Jedynego, którego mogłam spytać, przynajmniej po części, jednym z moich największych problemów była trudność ukrywania przed nim czegokolwiek, nawet przy pomocy moich cichych myśli. Stał, tyłem do mnie, patrząc w ogień. - Edward, ja... Uprzedził mnie i przebył pokój, jakby nie zajęło mu to wcale czasu, nawet najmniejszej części sekundy. Zdołałam tylko dostrzec dziki wyraz jego twarzy, zanim jego usta uderzyły w moje, a jego ramiona oplotły mnie jak żelazne obręcze. Przez resztę nocy nawet nie pomyślałam o swoich pytaniach. Nie zajęło mi dużo czasu, żeby pojąć co sprawiło u niego taki humor, a nawet mniej, żeby poczuć się dokładnie tak samo. Chyba będę potrzebowała lat, żeby dojść do porządku z tą wszechogarniającą pasją, którą czułam do niego fizycznie. I wieków, by móc całkowicie korzystać z życia. Jeżeli pozostał nam tylko miesiąc razem... Cóż, nie wiedziałam, jak mogę pogodzić się z takim zakończeniem. W końcu nie mogę przecież pomóc, będąc samolubna. Wszystko, czego pragnęłam, to kochać go tak mocno, jak tylko potrafiłam, przez ten czas który nam pozostał. Ciężko było mi odciągnąć się od niego, kiedy wstało słońce, ale mieliśmy robotę do wykonania, trudniejszą być może, niż poszukiwania reszty rodziny razem wzięte. Gdy tylko pozwoliłam sobie na myślenie o tym, co nadchodziło, poczułam jak moje nerwy stają się coraz bliższe przerwaniu, napięte i cienkie. - Chciałbym, żeby można było wyciągnąć informacje z Eleazara przed wyjaśnieniem im wszystkiego o Nessie – mruknął Edward, gdy ubieraliśmy się w wielkiej garderobie, która bardziej przypominała mi o Alice, niż bym tego chciała. – Na wszelki wypadek. - Ale nie zrozumiałby pytania – zgodziłam się. – Myślisz, ze pozwolą nam wyjaśnić? - Nie wiem. Wyciągnęłam nadal śpiącą Renesmee z jej łóżeczka i mocno przytuliłam ją do siebie, chowając twarz w jej loczkach, a jej słodki zapach, tak bliski, wyparł wszystkie inne. Nie mogłam stracić dzisiaj ani sekundy. Były odpowiedzi, których potrzebowałam, ale nie byłam pewna jak wiele czasu spędzę dziś z Edwardem sam na sam. Jeżeli z rodziną Tanyi wszystko pójdzie dobrze, miejmy nadzieję, to będziemy mieli towarzystwo przez dosyć długi okres czasu. - Edwardzie, nauczysz mnie jak walczyć? – spytałam go, wyczulona na jego reakcję, kiedy przytrzymywał dla mnie drzwi. Tak jak mogłam się tego spodziewać. Zamarł, jego poważne oczy utkwił we mnie, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy. Albo ostatni. Jego wzrok spoczął na naszej córeczce, śpiącej w moich ramionach. - Jeżeli dojdzie do walki, niewiele będziemy mogli zrobić – wymigał się od odpowiedzi. Opanowałam swój głos. - Więc zostawisz mnie, niezdolną do obrony samej siebie? Zadrżał, drzwi zatrzasnęły się, zawiasy zaskrzypiały w proteście, gdy zacisnął pięści. A potem się zgodził. - Jeżeli tak to stawiasz... Myślę, że musimy się wziąć do roboty jak najszybciej. Przyznałam mu rację i ruszyliśmy w stronę dużego domu. Nie śpieszyliśmy się. Zauważyłam, że to co mogłabym zrobić, nie zwiększyłoby naszych szans. Byłam nieco niezwykła, na swój sposób, na swój własny sposób – jeśli wyjątkowo odporny umysł można nazwać specjalnym. Ale czy był jakiś sposób, żeby to wykorzystać? - Co jest ich największą zaletą? Oni mają w ogóle jakieś wady? Edward nawet nie musiał pytać, czy miałam na myśli Volturi. - Alec i Jane są najsilniejsi w ataku – powiedział bezbarwnie, jakby mówił o drużynie koszykówki. – Ich atak nie jest właściwie nawet realny. - Ponieważ Jane może spalić cię w miejscu – przynajmniej umysłem. A co robi Alec? Czy nie powiedziałeś kiedyś, że jest niebezpieczniejszy od Jane? - Tak. W pewien sposób on jest antidotum na Jane. Ona sprawia, ze czujesz największy ból, jaki możesz sobie wyobrazić. Alec, z drugiej strony, sprawia, że nie czujesz nic. Absolutnie nic. Czasem, kiedy Volturi stają się zbyt łaskawi, proszą Aleca, żeby znieczulił tak kogoś przed egzekucją. Jeżeli ich zaskoczył, lub spodobał się w jakiś sposób - Znieczulił? Ale jak on może być bardziej niebezpieczny od Jane? - Bo odcina od ciebie wszystkie uczucia razem. Zero bólu, ale też wzroku, zapachu, dotyku. Całkowita zmysłowa izolacja. Jesteś sama w ciemności. Nawet nie czujesz, kiedy cię spalają. Zadygotałam. To było to, na co mogliśmy liczyć w najlepszym wypadku? Nie widzieć, ani nie czuć śmierci? - To sprawia, że jest jedynie tak groźny jak Jane – opowiadał nadal Edward, tym samym pozbawionym uczuć głosem, - ponieważ oboje mogą cię rozbroić, sprawić, że będziesz bezbronna. Różnica między nimi jest taka jak między Aro i mną. Aro słyszy myśli, ale tylko jednej osoby na raz. Jane może zranić tylko tego, na kim się skupia. Ja słyszę wszystkich na raz. Nagle zrobiło mi się zimno, kiedy to powiedział i wiedziałam do czego zmierza. - I Alec potrafi spacyfikować nas wszystkich na raz? – wyszeptałam. - Tak – powiedział.- Jeśli użyje przeciwko nam swojego daru, będziemy stali ślepi i ubezwłasnowolnieni, dopóki nas nie powybijają – a może od razu spalą, bez zawracania sobie głowy rozrywaniem. Oczywiście, możemy próbować walczyć, ale prędzej poranimy siebie nawzajem niż jednego z nich. Przez chwilę szliśmy w ciszy. Pomysł nagle napłynął do mojej głowy. Nic obiecującego, ale lepsze niż nic. - Myślisz, że Alec dobrze walczy? – spytałam. – W porównaniu z tym, co może zrobić, to znaczy, chyba nie musi walczyć, mając taki dar. Ciekawa jestem czy w ogóle próbował... Edward spojrzał na mnie ostro. - O czym myślisz? Patrzyłam przed siebie. - Cóż, prawdopodobnie nie będzie w stanie zrobić tego ze mną, prawda? Jeżeli ta jego umiejętność jest taka jak Ara, Jane i twoja. Może... nigdy naprawdę nie myślał o potrzebie obrony samego siebie... i jeśli nauczę się kilku trików... - Był z Volturi przez wieki – przerwał mi Edward, w jego głosie nagle zabrzmiała panika. Prawdopodobnie wyobrażał sobie to co ja: Cullenów, stojących bezużytecznie, niczym martwe posągi - wszyscy, poza mną. Będę jedyną, która może zawalczyć. – Tak, może być pewny swojej siły, ale ty wciąż jesteś nowonarodzoną, Bella. Nie mogę sprawić, żebyś była tak silna w kilka tygodni. Jestem pewien, że ćwiczył. - Może tak, może nie. To jedyna rzecz, jaką ja mogę zrobić, a inni nie. Nawet jeżeli tylko rozproszę go na chwilę... – Czy uda mi się zająć go na tyle długo, żeby dać innym szansę? - Proszę, Bello – powiedział Edward przez zaciśnięte zęby. – Nie rozmawiajmy o tym. - Bądź poważny. - Spróbuję nauczyć cię, czego tylko będę mógł, ale proszę, nie sprawiaj, że będę myślał o tym jak poświęcasz się w dywersji... – zakrztusił się i nie skończył. Zgodziłam się. Zachowam więc dla siebie swoje plany. Po pierwsze Alec, a potem, jeśli tylko uda mi się jakimś cudem zwyciężyć, Jane. Jeżeli tylko wszystko poszłoby dobrze – unieszkodliwiłabym dwójkę najgroźniejszych z Volturi. Wtedy być może byłaby szansa... Moje myśli pomknęły dalej. A jeżeli byłam w stanie wyłączyć ich z gry, lub nawet zabić? Szczerze, dlaczego ktoś taki jak Jane czy Alec musiałby uczyć się bitewnych sztuczek? Nie mogłam wyobrazić sobie drobnej Jane odpierającej atak, nawet tylko w teorii. Jeżeli byłam w stanie ich zabić, jaką to by zrobiło różnicę. - Muszę się nauczyć wszystkiego. Tak dużo, jak tylko da się wepchnąć mi do głowy w ciągu miesiąca – zamruczałam. Zachowywał się, jakbym nic nie powiedziała. Kto następny więc? Moje plany były ważne tylko, jeśli Alec nie przebije się przez moją obronę. Usiłowałam znaleźć dla mojej twardej czaszki jakieś inne pola do popisu. Nie wiedziałam co zrobią inni. Oczywiście, wojownicy tacy jak Felix byli poza moim zasięgiem. Mogłam jedynie dać Emmettowi prawo do uczciwej walki. Nie wiedziałam za wiele o reszcie straży Volturi, poza Demetrim. On bez wątpienia był wojownikiem. Nie było żadnego innego powodu, dla którego przetrwał tak długo, zawsze wystawiony na pierwszy cel ataku. Jeżeli byłby ktoś lepszy, Volturi by go zmienili. Aro nie otaczał się słabszymi ludźmi. Gdyby nie Demetri, moglibyśmy uciec. Przynajmniej ci z nas, którzy by zostali. Moja córka, ciepło w moich ramionach... Ktoś mógłby z nią uciec. Jacob, albo Rosalie, ktokolwiek by został. I… jeśli Demetri by nie istniał, Alice I Jasper byliby bezpieczni na zawsze. Co zobaczyła Alice? Że część rodziny mogłaby przetrwać? Przynajmniej dwójka z nich? Czy mogłabym ją za to winić? - Demetri... – zaczęłam. - Demetri jest mój – powiedział twardo Edward. Spojrzałam na niego szybko i dostrzegłam agresję na jego twarzy. - Czemu? – wyszeptałam. Na początku nie odpowiedział. Kiedy w końcu dotarliśmy do rzeki w końcu wyszeptał: - Dla Alice. To jedyne podziękowanie jakie mogę jej dać za ostatnie pięćdziesiąt lat. Więc myślał o tym samym co ja. Usłyszałam ciężkie kroki Jacoba na zamarzniętej ziemi. Po chwili pojawił się przy mnie, jego czarne oczy utkwione były w Renesmee. Skinęłam mu i powróciłam do swoich pytań. Było jeszcze trochę czasu. - Edwardzie, jak myślisz, czemu Alice powiedziała nam, żebyśmy spytali Eleazara o Volturi? Był ostatnio we Włoszech, czy coś? Co może wiedzieć? - Eleazar wie o Volturi wszystko. Zapomniałem, że o tym nie wiesz. Miał być jednym z nich. Syknęłam mimowolnie. Jacob burknął obok mnie. - Co? – dopomniałam się wyjaśnień, a w mojej głowie pojawił się obraz czarnowłosego mężczyzny z wesela, ubranego w długi szary płaszcz. Twarz Edward złagodniała, uśmiechał się lekko. - Eleazar jest bardzo łagodną osobą. Nie był zbytnio szczęśliwy z Volturi, ale respektował prawo i to, że był potrzebny. Czuł, że pracuje na większe dobro. Nie żałuje czasu, jaki z nimi spędził Ale kiedy znalazł Carmen, znalazł też swoje miejsce na świecie. To bardzo podobne osoby, oboje zadziwiająco miłosierne jak na wampiry. – Znów się uśmiechnął. – Spotkali Tanyę i jej siostry i nigdy nie spoglądali w tył. Są bardzo przyzwyczajeni do takiego stylu życia. Myślę, że gdyby nie spotkali Tanyi i tak znaleźli by sposób, żeby obywać się bez ludzkiej krwi. Coś mi się jednak nie zgadzało. Nie mogłam tego pogodzić. Współczujący żołnierz Volturi? Edward spojrzał na Jacoba i odpowiedział na pytanie, które nie padło. - Nie, nie był ich wojownikiem. Miał dar, który właściwie jest bardzo wygodny. Jacob musiał zadać nasuwające się pytanie. - Instynktownie wyczuwał dary innych, dodatkowe umiejętności, jakie miały inne wampiry – powiedział mu Edward. – Dawał Arowi możliwość wzięcia pod uwagę tego, co dana osoba może mu dać, jeśli się z nią sprzymierzy. Był też bardzo pomocny, kiedy Volturi rozpętywali bitwę. Ostrzegał, kiedy ktoś z przeciwników miał jakieś szczególnie umiejętności, które mogły im sprawić kłopoty. To było rzadkie, raczej trudno sprawić Volturi trudności. Częściej ostrzegał Ara, żeby dał szansę komuś, kto mógłby być pożyteczny. Dar Eleazara działał też na ludzi, lecz raczej mglisto. Aro mógł sprawdzać ludzi, którzy chcieli się przyłączyć. Było mu przykro, kiedy odchodził. - Pozwolili mu odejść – spytałam. – Jak? Jego uśmiech pociemniał i wykrzywił się. - Volturi nie chcą uchodzić za takich, jakimi ty ich widzisz. Są instytucją, która zapewnia nam pokój i cywilizację. Wielu członków ich straży dołączyło do nich, bo sami chcieli im służyć. Może to dziwnie zabrzmi dla ciebie, ale oni są dumni z tego kim są, nie zmuszano ich do tego. Wbiłam wzrok w ziemię. - Im wolno tak źle postępować tylko wobec przestępców, Bella. - Nie jesteśmy przestępcami. Jacob mruknął potwierdzająco. - Ale oni tego nie wiedzą. - Naprawdę myślisz, że zmusimy ich do zatrzymania się i posłuchania? Edward zamarł jedynie na moment i wtedy wzruszył ramionami. - Jeżeli zdobędziemy wystarczająco wielu przyjaciół, którzy staną za nami. Może. Jeśli. Nagle poczułam jak ważne jest to, co mieliśmy dzisiaj zrobić. Edward i ja zaczęliśmy poruszać się szybciej, przechodząc w bieg. Jacob szybko podążył za nami. - Tanya nie jest już daleko – powiedział Edward. – Musimy być gotowi. Jak mogliśmy być gotowi? Próbowaliśmy i próbowaliśmy, myśleliśmy i myśleliśmy. Powinniśmy im od razu pokazać Renesmee? Albo najpierw ukryć? Jacob ma być w pokoju? Albo na zewnątrz? Powiedział swojej sforze, żeby byli w pobliżu, ale niewidoczni. Powinien zrobić to samo? W końcu, Renesmee, Jacob – w ludzkiej formie – i ja czekaliśmy w rogu obok frontowych drzwi w jadalni, siedząc przy wielkim, wypolerowanym stole. Jacob pozwolił mi na razie trzymać Renesmee, potrzebował miejsca, w razie, gdyby musiał szybko się przemienić. Chociaż cieszyłam się mając ją w ramionach, sprawiało to, że czułam się bezużyteczna. Przypominało mi, że w walce z dorosłymi wampirami byłam niczym więcej jak łatwym celem, nie potrzebowałam wolnych rąk. Usiłowałam przypomnieć sobie Tanyę, Kate, Carmen i Eleazara z wesela. Ich twarze były niewyraźne w moich niecałkowitych wspomnieniach. Pamiętałam tylko, że byli piękni. Nie przypominałam sobie życzliwości w ich oczach. Edward opierał się bez emocji o przeszkloną ścianę, patrząc w naszą stronę. Wyglądał jakby wcale nie widział pokoju przed sobą. Wsłuchiwaliśmy się w auta, mijające zjazd na drodze, żadne z nich nie zwolniło. Renesmee objęła mnie za szyję, rączką dotknęła policzka, ale nie przywołała żadnego obrazu. Nie miała żadnych wzorów do tego jak się czuła. - A jeśli mnie nie polubią? – wyszeptała, a wszyscy zwrócili natychmiast na nią wzrok. - Oczywiście, że cię... – zaczął mówić Jacob, ale zamilkł, gdy na mnie spojrzał. - Oni cię nie rozumieją, Renesmee, ponieważ nigdy nie spotkali kogoś takiego jak ty – powiedziałam jej, nie chcąc obiecywać czegoś, co mogło się nie zdarzyć. – Sprawić, żeby zrozumieli to problem. Zamrugała, a w mojej głowie pojawiły się obrazy twarzy nas wszystkich po kolei. Wampira, wilkołaka, człowieka. Ona nie należała nigdzie. - Jesteś niezwykła, ale to nie jest zła rzecz. Pokręciła głową nie zgadzając się. Myślała o naszych twarzach i powiedziała: - To moja wina. - Nie – Jacob, Edward i ja powiedzieliśmy w tym samym czasie, ale zanim mogliśmy zacząć jej tłumaczyć, usłyszeliśmy dźwięk, na który czekaliśmy: dźwięk zwalniającego silnika i odgłos poruszania się po ścieżce. Edward opuścił kąt i stanął w drzwiach, czekając. Renesmee ukryła się w moich włosach. Jacob i ja spojrzeliśmy po sobie z desperacją. Auto poruszało się szybko, szybciej niż jeździli Charlie albo Sue. Usłyszeliśmy jak wjeżdża na łąkę i zatrzymuje się przed werandą. Czworo drzwi otworzyło się i zamknęło. Nie mówili nic, kiedy docierali do drzwi. Edward otworzył zanim ktokolwiek zapukał. - Edward! – zawołał kobiecy głos z entuzjazmem. - Witajcie Tanyo, Kate, Eleazarze, Carmen. Trzy głosy wymruczały powitanie. - Carlisle powiedział, że musisz pogadać z nami osobiście – powiedział pierwszy głos, Tanya. Mogłam słyszeć, że wszyscy nadal są na zewnątrz. Wyobraziłam sobie Edwarda w drzwiach, blokującego wejście. - Co się stało? Kłopoty z wilkołakami? Jacob przewrócił oczami. - Nie – powiedział Edward. – Nasze przymierze z nimi jest silniejsze niż kiedykolwiek. Kobieta zachichotała. - Nie zaprosisz nas do środka? – spytała Tanya. I mówiła dalej, nie czekając na odpowiedź. – Gdzie jest Carlisle? - Carlisle wyjechał. Na chwilę zapadła cisza. - O co chodzi, Edwardzie? – zażądała wyjaśnień Tanya. - Jeżeli moglibyście obiecać mi nie wyciągać wniosków przez kilka minut – odpowiedział. – Mam wam coś trudnego do wyjaśnienia i muszę was prosić o otwarcie się na wyjaśnienia. - Z Carlislem wszystko w porządku? – spytał męski głos z niepokojem. Eleazar. - Z żadnym z nas nie jest w porządku, Eleazarze. – Powiedział Edward i poklepał coś, pewnie ramię Eleazara. – Ale fizycznie z Carlislem wszystko dobrze. - Fizycznie? – spytała Tanya ostro. – Co masz na myśli? - Mam na myśli, że cała moja rodzina jest w realnym zagrożeniu. Zanim wam wyjaśnię, proszę was o jedno. Słuchajcie mnie do końca zanim zareagujecie. Proszę was o wysłuchanie mnie. Dłuższa cisza zapadła po tym przemówieniu. Gdy milczenie się przedłużało, Jacob i ja spojrzeliśmy na siebie ze zmartwieniem. Jego wargi były białe. - Słuchamy – powiedziała w końcu Tanya. – Wysłuchamy wszystkiego zanim osądzimy. - Dziękuję ci, Tanyo – podziękował Edward gorąco. –Nie mieszalibyśmy was w to, gdybyśmy mieli jakiś wybór. Edward poruszył się. Usłyszeliśmy odgłosy kroków przechodzących przez drzwi. Ktoś pociągnął nosem. - Wiedziałam, że te wilkołaki są w to zamieszane – mruknęła Tanya. - Tak, i są po naszej stronie. Znów. To spowodowało milczenie ze strony Tanyi. - Gdzie jest twoja Bella? – spytał jeden z kobiecych głosów. – Jak się czuje? - Dołączy do nas wkrótce. Dobrze, dziękuję. Zmieniła się w nieśmiertelną z zaskakująco dobrym rezultatem. - Opowiedz nam o zagrożeniu, Edwardzie – powiedziała Tanya cicho. – Wysłuchamy cię i staniemy po waszej stronie, tam, gdzie należymy. Edward wziął głęboki oddech. - Wolałbym, żebyście najpierw sami zobaczyli o co chodzi. Posłuchajcie – w pokoju obok. Co słyszycie? Zapadła cicha i ktoś się poruszył. - Najpierw posłuchajcie, proszę – powiedział Edward. - Wilkołaka, jak sądzę. Słyszę bicie jego serca – odpowiedziała Tanya. - Co jeszcze? – spytał Edward. Pauza. - Co to za trzepotanie? – spytała Kate albo Carmen. – Jakiś... rodzaj ptaka? - Nie, ale zapamiętajcie co słyszycie. A teraz, co czujecie? Poza wilkołakiem. - Tam jest człowiek? – wyszeptał Eleazar. - Nie – nie zgodziła się Tanya. – To nie człowiek... ale... bliżej mu do człowieka niż do jednego z nas. Co to, Edwardzie? Chyba nigdy nie czułam czegoś takiego. - Odsuńcie od siebie tendencyjne zachowania. - Obiecałam ci, że posłucham, Edwardzie. - Dobrze więc. Bella? Przynieś Renesmee, proszę. Moje nogi były jak z waty, ale wiedziałam, że to tylko wrażenie. Zmusiłam się, żeby nie zawracać, nie poruszać się wolno, gdy tylko stanęłam na nogach i przeszłam kilka metrów do rogu. Ciepło z ciała Jacoba promieniowało, kiedy szedł tuż za mną. Weszłam na jeden krok do większego pokoju i zamarłam, niezdolna podejść bliżej. Renesmee wzięła głęboki oddech i wynurzyła się z moich włosów, jej ramiona drżały, oczekując odrzucenia. Myślałam, że przygotowałam się nie ich reakcję. Na zarzuty, krzyki, bezuczuciowy stres. Tanya odsunęła się o kilka kroków, jej truskawkowe loki zawirowały, jak człowiek usuwający się przed jadowitym wężem. Kate skoczyła aż do drzwi i opadła się o ścianę. Zszokowany syk wydobył się zza jej zaciśniętych zębów. Eleazar znalazł się przed Carmen, osłaniając ją. - Och, proszę – usłyszałam Jacoba skarżącego się na wydechu. Edward owinął ramiona dookoła Renesmee i mnie. - Obiecaliście posłuchać – przypomniał im. - Niektórych rzeczy nie można wysłuchać! – zawołała Tanya. – Jak mogłeś, Edwardzie? Nie wiesz co to oznacza? - Musimy stąd iść – powiedziała nerwowo Kate z ręką na klamce. - Edwardzie… - Eleazar nie umiał znaleźć słów. - Poczekajcie – powiedział Edward, a jego głos stał się ostrzejszy. – Pamiętajcie co słyszeliście, czuliście. Renesmee nie jest tym, za kogo ją macie. - Nie ma wyjątków od reguły, Edward. – Tanya odsunęła się w tył. - Tanya – powiedział Edward ostro – mogłaś słyszeć bicie jej serca! Zatrzymaj się i pomyśl co to znaczy. - Bicie jej serca? – wyszeptała Carmen, uwalniając się od ramion Eleazara. - Nie jest całkowicie wampirzym dzieckiem – odpowiedział Edward, zwracając uwagę na mniej żywiołową reakcję Carmen. – Jest w połowie człowiekiem. Czwórka wampirów spojrzała na niego, jakby mówił w języku, którego żadne z nich nie znało. - Posłuchajcie mnie. – Głos Edwarda zmienił się w jedwabisty przekonujący ton. – Renesmee jest jedyna w swoim rodzaju. Jestem jej ojcem. Nie stwórcą – biologicznym ojcem. Tanya lekko pokręciła głową. Nie rozumiała tego. - Edwardzie, nie możesz spodziewać się, że my... – zaczął Eleazar. - Wytłumacz mi to inaczej, Eleazarze. Możesz czuć ciepło jej ciała w powietrzu. Krew w jej żyłach, Eleazarze. Możesz ją wyczuć. - Jak? - westchnęła Kate. - Bella jest jej biologiczną matką – powiedział jej Edward. – Ona zaszła w ciążę, nosiła i urodziła dziecko, kiedy nadal była człowiekiem. To niemal ją zabiło. Zdążyłem wprowadzić wystarczającą ilość jadu do jej serca, żeby ją ocalić. - Nigdy o takim czymś nie słyszałem – powiedział Eleazar. Jego ramiona nadal były sztywne, mówił chłodno. - Fizyczne stosunki między człowiekiem a wampirem nie są zwykłe – odpowiedział Edward z nutą ponurego humoru w głosie. – A ludzie, którzy to przetrwali chyba jeszcze mniej. Zgadzacie się ze mną, kuzynki? Obie i Kate i Tanya rzuciły mu spojrzenie z ukosa. - Dalej, Eleazarze. Na pewno widzisz różnicę. To Carmen odpowiedziała na jego słowa. Obeszła Eleazara, ignorując jego na wpół wyartykułowane ostrzeżenie i ostrożnie podeszła bliżej do mnie. Spojrzała w dół wolno, uważnie przyglądając się twarzy Renesmee. - Masz oczy swojej matki – powiedziała cichym, łagodnym głosem – ale twarz swojego ojca. I potem, nie mogąc się powstrzymać, uśmiechnęła się do Renesmee. Uśmiech, który w odpowiedzi posłała jej Renesmee był porażający. Dotknęła mojej twarzy, nadal patrząc na Carmen. Wyobraziła jak dotyka twarzy Carmen i pytała, czy to byłoby w porządku. - Masz coś przeciwko, żeby Renesmee ci sama o wszystkim opowiedziała? – spytałam Carmen. Nadal byłam zbyt zdenerwowana, żeby mówić głośniej niż szeptem. – Ma dar do wyjaśniania rzeczy. Carmen nadal się uśmiechała. - Mówisz, mała? - Tak – odpowiedziała Renesmee swoim drżącym sopranem. Cała rodzina Tanyi podskoczyła na ten dźwięk, poza Carmen. – Ale mogę pokazać ci więcej niż powiedzieć. Umieściła swoją małą rączkę na policzku Carmen. Carmen zesztywniała, jakby przez jej ciało przeszedł wstrząs elektryczny. Eleazar był przy niej w następnej chwili, ręce położył na jej ramionach i usiłował ją odciągnąć. - Zaczekaj – powiedziała Carmen bez tchu, szeroko otwartymi oczami spoglądając na Renesmee. Renesmee „pokazywała” Carmen swoje wyjaśnienia przez długi czas. Edward z przejęciem obserwował Carmen i bardzo chciałam w tej chwili słyszeć to, co on. Jacob kręcił się niecierpliwie za mną i wiedziałam, ze chciałby tego samego. - Co pokazuje Nessie? – spytał wstrzymując oddech. - Wszystko – mruknął Edward. Kolejna minuta minęła, kiedy Renesmee zdjęła rękę z twarzy Carmen. Uśmiechała się zwycięsko, patrząc jak oszołomiona jest wampirzyca. - Ona naprawdę jest twoją córką, prawda? – wydyszała Carmen, wbijając topazowe oczy w Edwarda. – Tak wielki dar! Może pochodzić jedynie od bardzo utalentowanego ojca. - Wierzysz w to, co Ci pokazała? – spytał z przejęciem Edward, - Bez wątpienia – powiedziała prosto Carmen. Twarz Eleazara zmarszczyła się w zwątpieniu. - Carmen! Carmen wzięła jego rękę i ścisnęła. - Niemożliwie to brzmi, ale Edward powiedział ci nic więcej poza prawdą. Pozwól dziecku ci pokazać. Carmen pociągnęła Eleazara bliżej do mnie i skinęła na Renesmee. - Pokaż mu, mi querida. - Ay caray! – drgnął i odsunął od niej. - Co ci zrobiła? – Zaniepokoiła się Tanya, podchodząc ostrożnie bliżej. Kate zrobiła również kilka kroków. - Chciała ci tylko pokazać swoją stronę tej historii – powiedziała Carmen uspokajająco. Renesmee skrzywiła się niecierpliwie. – Zobacz to, proszę – nakazała Eleazarowi. Wyciągnęła do niego rękę i zbliżył się o kilka centymetrów, aż jego czoło znów dotknęło jej dłoni. Zadrżał, kiedy to się zaczęło, ale tkwił tam nadal, zamykając oczy w skupieniu. - Ach – powiedział, kiedy znów otworzył oczy, kilka minut później. – Widzę. Renesmee uśmiechnęła się do niego. Zawahał się, ale po chwili wbrew własnej woli odwzajemnił uśmiech. - Eleazar? – spytała Tanya. - To wszystko prawda, Tanyo. To nie nieśmiertelne dziecko. Jest pół człowiekiem. Podejdź. Sama zobacz. Tanya podeszła do mnie w ciszy, gdy nadeszła jej kolej, a potem Kate, obie zszokowane pierwszym obrazem, jaki wywołało dotknięcie Renesmee. A potem, podobnie jak Carmen i Eleazar wydawały się kompletnie zwyciężone, kiedy to się skończyło. Zerknęłam na wygładzoną twarz Edwarda, zastanawiając się jak mogło to być takie proste. Jego złote oczy były czyste, pozbawione cienia. Nie było więc żadnych zastrzeżeń. - Dziękuję, że posłuchaliście – powiedział cicho. - Ale jest przecież to wielkie niebezpieczeństwo, przed którym nas ostrzegaliście – powiedziała Tanya. – Skoro nie ze strony dziecka, jak widać, to pewnie przez Volturi. Jak się o niej dowiedzieli? Kiedy przybędą? Nie zaskoczyło mnie jak szybko zrozumiała. Mimo wszystko, co mogło zagrozić rodzinie tak silnej jak nasza? Jedynie Volturi. - Kiedy Bella spotkała Irinę, tego dnia w górach – wyjaśnił Edward – miała ze sobą Renesmee. Kate syknęła, zmrużywszy oczy. - Irina to zrobiła? Wam? Carlisle’owi? Irina? - Nie – wyszeptała Tanya. - Ktoś inny… - Alice widziała jak tam zmierza – powiedział Edward, a ja zastanowiłam się, czy ktokolwiek dostrzegł z jakim trudem wymawia imię Alice. - Jak mogła to zrobić? – pytał sam siebie Eleazar. - Wyobraźcie sobie, że dostrzegacie Renesmee z odległości. Nie czekalibyście na wyjaśnienia. Tanya zmrużyła oczy. - Nie ważne co pomyślała. .. Jesteście naszą rodziną. - Nic teraz ni możemy zrobić z wyborem Iriny. Już za późno. Alice dała nam miesiąc. I Tanya i Eleazar podnieśli głowy. Kate zmarszczyła brwi. - Tak długo? – spytał Eleazar. - Przychodzą wszyscy. Muszą się przygotować. Eleazar wciągnął powietrze. - Cała straż? - Nie tylko straż – powiedział Edward zaciskając szczęki. – Aro, Kajusz, Marek. Nawet żony. Zaskoczenie wydzierało im z oczu. - Niemożliwe – powiedział Eleazar bezbarwnie. - To samo powiedziałem dwa dni temu – powiedział Edward. Eleazar nachmurzył się, a kiedy przemówił niemal warczał. - Ale to nie ma żadnego sensu. Czemu mieliby wciągać siebie i żony w niebezpieczeństwo? - To od początku nie miało sensu. Alice powiedziała, że to coś więcej niż przestępstwo o którym myślą, że je popełniliśmy. Myślała, że będziesz wiedział o co chodzi. - Coś więcej niż kara? Więc co? – Eleazar zaczął krążyć do drzwi i z powrotem, jakby był tutaj sam, jego brwi zmarszczyły się, gdy uparcie wbijał wzrok w podłogę. - A co z innymi? Carlislem i Alice i resztą? – spytała Tanya. Zmartwienie Edwarda było niemal niedostrzegalne. Odpowiedział jedynie częściowo na jej pytanie. - Szukają przyjaciół, którzy mogą nam pomóc. Tanya nachyliła się do niego, trzymając ręce przed sobą. - Edward, niezależnie od tego ilu przyjaciół sprowadzicie, nie pomożemy wam wygrać. Możemy dla was jedynie umrzeć. Musisz to wiedzieć. Oczywiście, może nasza czwórka zasługuje na to, po tym, co Irina zrobiła wam teraz, i jak zawiedliśmy w przeszłości – jako zadośćuczynienie. Edward szybko pokręcił głową. - Nie prosimy was o to, żebyście z nami walczyli, albo umierali, Tanya. Wiesz, ze Carlisle nigdy by o to nie poprosił. - Więc co, Edwardzie? - Szukamy jedynie świadków. Jeżeli moglibyśmy zatrzymać ich choć na moment. Jeżeli daliby nam się wytłumaczyć... – Dotknął policzka Renesmee, a ona chwyciła jego rękę i przycisnęła do swojej skóry. – To ciężkie mieć wątpliwości co do naszej historii, kiedy widzisz ją samodzielnie. Tanya wolno pokiwała głową. - Myślisz, że jej przeszłość będzie miała znaczenie? - Tylko jeśli wątpią w jej przyszłość. Ten punkt prawa był dla chronienia przed zdemaskowaniem nas przez występki dzieci, które nie potrafiły się opanować. - Nie jestem w sumie niebezpieczna – wtrąciła Renesmee. Słuchałam jej wysokiego, czystego głosu na nowy sposób, zastanawiając się jak musi brzmieć dla innych. – Nigdy nie skrzywdziłam Dziadka, ani Sue, ani Billy’ego. Kocham ludzi. I ludzi- wilków, jak mój Jacob. – Puściła rękę Edwarda, żeby pacnąć ramię Jacoba. Tanya i Kate wymieniły szybkie spojrzenie. - Gdyby Irina nie zjawiła się tak wcześnie – zamyślił się Edward – moglibyśmy tego wszystkiego uniknąć. Renesmee dorasta niespodziewanie szybko. Gdyby minął kolejny miesiąc, wyglądałaby na rok starszą na przykład. - Cóż, to jest coś, co możemy poświadczyć – powiedziała Carmen zdecydowanym tonem. – Będziemy mogli przysiąc, że widzieliśmy jak dorasta. Jak Volturi mogliby zignorować taki dowód? Eleazar wyszeptał: - Właśnie, jak? – ale nie podniósł wzroku, nadal kontynuując krążenie i nie zwracając na nas właściwie uwagi. - Tak, będziemy dla was świadczyć – powiedziała Tanya. – Właśnie tyle. Pomyślimy, co więcej możemy zrobić. - Tanya – zaprotestował Edward, słysząc dużo więcej w jej myślach niż było w jej słowach – nie oczekujemy, że będziecie dla was walczyć. - Jeżeli Volturi nie zatrzymają się, żeby posłuchać naszego świadectwa, nie możemy po prostu stać i się przyglądać – upierała się Tanya. – Ale, oczywiście, mogę mówić tylko za siebie. Kate parsknęła. - Naprawdę tak we mnie wątpisz, siostro? Tanya uśmiechnęła się do niej szeroko. - To jest samobójcza misja, mimo wszystko. Kate odpowiedziała uśmiechem i mruknęła nonszalancko. - Wchodzę w to. - Ja też, zrobię co się da, żeby ochronić to dziecko – zgodziła się Carmen. A potem, jakby nie mogła już wytrzymać otworzyła ramiona w stronę Renesmee. - Więc, mogę cię potrzymać, bebé linda? Renesmee chętnie sięgnęła w stronę Carmen, zachwycona nową przyjaciółką. Carmen przytuliła ją, mrucząc do niej po hiszpańsku. To było tak, jak wcześniej z Charliem i jeszcze wcześniej z Cullenami. Renesmee była zniewalająca. Jak to robiła, że przekonywała do siebie wszystkich, bez wyjątku, do tego stopnia, że byli w stanie oddać za nią własne życie? Przez chwilę pomyślałam, że może to, co planujmy będzie możliwe. Może Renesmee sprawi niemożliwe i wygra z wrogami tak. jak to zrobiła z przyjaciółmi? A wtedy przypomniałam sobie, że Alice nas opuściła i cała nadzieja zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. tłumaczenie: Lir 31. Utalentowana - Jaka jest w tym rola wilkołaków? – spytała Tanya, przypatrując się Jacobowi. Jacob zaczął mówić zanim Edward zdążył odpowiedzieć. – Jeśli Volturi nie wstrzymają się, żeby wysłuchać historii Nessie, znaczy się Renesmee – poprawił się, przypominając sobie, że Tanya nie zrozumiałaby jego głupiego przezwiska. – my ich zatrzymamy. - Bardzo odważnie dzieciaku, ale to byłoby niemożliwe nawet dla bardziej doświadczonych w walce, niż wy jesteście. - Nie wiesz co potrafimy. Tanya wzruszyła ramionami. – To wasze życie, oczywiście wy decydujecie co z nim zrobić. Oczy Jacoba przeniosły się na Renesmee – nadal w ramionach Carmen, z Kate wiszącą nad nimi - łatwo było wyczytać w nich tęsknotę. - Ta mała jest wyjątkowa – dumała Tanya – trudno jej się nie oprzeć. - Bardzo utalentowana rodzina – mruknął Eleazar chodząc tam i z powrotem. Jego tempo wzrastało. Migał co sekundę od drzwi do Carmen w tę i z powrotem. – Ojciec czytający w myślach, matka- tarcza, i jak by nie nazwać tej magii, którą nas to niezwykłe dziecko czarowało. Zastanawiam się czy jest jakieś określenie na to, co ona robi i czy jest to normalne dla hybrydy wampira. Jak gdyby nawet można taką rzecz uznać za normalną! Hybryda wampira, zaiste! - Przepraszam – powiedział oszałamiającym głosem Edward. Wyciągnął rękę i złapał ramię Eleazara, gdy ten miał zamiar obrócić się znowu w stroną drzwi. - Jak przed chwilą nazwałeś moją żonę? Eleazar spojrzał na niego z zaciekawieniem, jego szaleńcze chodzenie w kółko na chwile ustało. – Tarczą, tak sądzę. Ona mnie teraz blokuje, więc nie mogę być pewny. Gapiłam się na Eleazara, marszcząc brwi w zakłopotaniu. Tarcza? Co miał na myśli mówiąc, że go blokuję? Stałam zaraz przy nim, nie broniąc się w żaden sposób. - Tarcza? – powtórzył Edward oszołomiony. - No przestań, Edwardzie! Jeśli ja nie mogę z niej nic wyczytać, wątpię że ty możesz. Jesteś w stanie usłyszeć co teraz myśli? - Nie - mruknął Edward – ale ja nigdy tego nie potrafiłem zrobić. Nawet gdy była człowiekiem. - Nigdy? - Eleazar zamrugał. – Interesujące. To wskazywałoby raczej na potężny ukryty talent, jeśli objawiało się to tak wyraźnie nawet przed przemianą. Nie potrafię przebić się przez jej tarczę, żeby to sprecyzować. Mimo wszystko, musi być nadal niedoświadczona – ma tylko kilka miesięcy. – Spojrzenie, które rzucił w stronę Edwarda, było teraz prawie że poirytowane. - I widocznie jest kompletnie nieświadoma tego, co robi. Zupełnie nieświadoma. Paradoksalne. Aro wysyłał mnie po całym świecie, żebym szukał takich anomalii, a ty natykasz się na to zupełnie przez przypadek i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. – Eleazar potrząsnął głową w niedowierzaniu. Zmarszczyłam brwi. – O czym ty mówisz? Jak mogę być tarczą? Co to w ogóle znaczy? – Jedyne co mogłam sobie wyobrazić to śmieszną średniowieczną zbroje. Eleazar, gdy mi się przyglądał., przechylił głowę na jedną stronę. - Sądzę, że byliśmy w straży nadmiernie formalni jeśli o to chodzi. Wprawdzie klasyfikowanie talentów jest subiektywną, przypadkową sprawą; każdy talent jest unikalny, nigdy dokładnie taki sam się nie powtarza. Ale ty, Bello, jesteś dość łatwa do sklasyfikowania. Talenty, które są czysto obronne, które chronią jakiś aspekt jego posiadacza, zawsze nazywane są tarczami. Testowałaś kiedyś swoje zdolności? Blokowałaś kogokolwiek poza mną i swoim małżonkiem? Zajęło mi parę sekund, mimo tego jak szybko mój nowy mózg pracował, żeby sformułować odpowiedź. - To działa tylko z pewnymi rzeczami – powiedziałam. – Moja głowa jest w pewien sposób... prywatna. Ale to nie powstrzymuje Jaspera od wpływania na mój nastrój, czy Alice od widzenia mojej przyszłości. - Czysto umysłowa obrona - Eleazar skinął głową. – Ograniczona, ale silna. - Aro nie mógł jej usłyszeć – wtrącił Edward. – Chociaż była człowiekiem kiedy się spotkali. Oczy Eleazara powiększyły się. - Jane próbowała sprawić mi ból, ale nie mogła – powiedziałam. – Edward myśli, że Demetri nie potrafi mnie odszukać, i że Alec też nie może mi zaszkodzić. Czy to dobrze? Eleazar nadal z otwartymi ustami, przytaknął. – Całkiem. - Tarcza! – powiedział Edward, głęboka satysfakcja przesycała jego ton. - Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Jedyną taka osobą, którą kiedykolwiek wcześniej poznałem, była Renata, a to, co robiła, było zupełnie inne. Eleazar odrobinę doszedł do siebie. – Tak, żaden talent nie objawia się w dokładnie taki sam sposób, ponieważ nikt nigdy nie myśli dokładnie tak samo. - Kim jest Renata? Co potrafi? – spytałam. Renesmee też była zainteresowana, odchyliła się od Carmen tak by mogła widzieć naokoło Kate. - Renata jest osobistym ochroniarzem Ara – powiedział mi Eleazar. – Bardzo praktyczny rodzaj tarczy, i także bardzo silny. Pamiętałam niewyraźnie mały tłum wampirów stojących w wyczekiwaniu blisko Ara w jego makabrycznej wieży, kilku mężczyzn, kilka kobiet. Nie mogłam przypomnieć sobie twarzy kobiet w tym nieprzyjemnym, przerażającym wspomnieniu. Jedną z nich musiała być Renata. - Zastanawiam się… - Eleazar dumał. – Widzisz, Renata jest potężną tarczą przeciwko fizycznemu atakowi. Jeśli ktoś zbliża się do niej – albo do Ara, ponieważ ona zawsze jest blisko przy nim we wrogim otoczeniu, ten ktoś zaczyna... zbaczać z kursu. Dookoła niej jest siła, która odpycha, chociaż jest prawie niezauważalna. Po prostu orientujesz się, że idziesz w innym kierunku, niż planowałeś, z niejasnym wspomnieniem, dlaczego na samym początku chciałeś iść tą drugą drogą Potrafi rozciągnąć tarcze na kilka metrów od siebie. Ochrania także Kajusza i Marka, jeśli jest taka potrzeba, ale jej priorytetem jest Aro. - Jednak to, co ona robi nie jest w rzeczywistości fizyczne. Podobnie jak ogromna większość naszych darów, to ma miejsce wewnątrz umysłu. Zastanawiam się, kto by wygrał, gdyby próbowała cię zawrócić? - potrząsnął głową. – Nie słyszałem, żeby dary Ara czy Jane zostały kiedykolwiek udaremnione. - Mama, jesteś wyjątkowa – Renesmee powiedziała bez żadnego zdziwienia, jakby komentowała kolor moich ubrań. Czułam się zdezorientowana. Czy nie poznałam już swojego daru? Miałam moje super opanowanie, które pozwalało pominąć mi straszne lata jako nowonarodzonej. Wampiry miały tylko jedną umiejętność naraz, prawda? Czy może Edward miał rację na samym początku? Zanim Carlisle zasugerował, że moje opanowanie mogłoby być czymś poza naturalnym, Edward myślał, że moje hamowanie się było po prostu produktem dobrego przygotowania – skupienia i nastawienia, oświadczył. Który miał rację? Czy było coś więcej co potrafiłam robić? Nazwą i kategorią do czego byłam? - Potrafisz to rozprzestrzenić? – zapytała Kate z zainteresowaniem. - Rozprzestrzenić? – zapytałam. - Wypchnij to z siebie – wyjaśniła Kate. – Osłoń kogoś poza sobą. - Nie wiem. Nigdy nie próbowałam. Nie wiedziałam, że powinnam to potrafić. - Och, możesz nie być w stanie – powiedziała szybko Kate. – Niebiosa tylko wiedzą, że pracuję nad tym od stuleci, a najlepsze co mogę zrobić, to przeprowadzić prąd przez skórę. Gapiłam się na nią ze zdziwieniem. - Kate posiada ofensywną umiejętność – powiedział Edward. – Coś podobnego do tej Jane. Odsunęłam się od Kate automatycznie, a ona się zaśmiała. - Nie jestem sadystyczna – zapewniła mnie. – To coś, co przydaje się podczas walki. Słowa Kate wsiąkały, zaczynając robić związki w mojej głowie. Osłoń kogoś poza sobą, powiedziała. Jakby istniał jakiś sposób, żebym mogła włączyć inną osobę do mojej niezwykłej, dziwacznie cichej głowy. Pamiętałam Edwarda kulącego się na starożytnych kamieniach wieży w zamku Volturi. Chociaż to były ludzkie wspomnienia, były ostrzejsze, bardziej bolesne niż większość innych – jakby były przyczepione do tkanek mojego mózgu. Co jeśli mogłabym to powstrzymać? Co jeśli mogłabym go ochronić? Ochronić Renesmee? Co jeśli istniał nawet najsłabszy promyk możliwości, że byłam w stanie ochronić także ich? - Musisz mnie nauczyć jak to robić! – nalegałam, bezmyślnie chwytając ramię Kate. – Musisz pokazać mi jak! Kate skrzywiła się w moim uścisku. – Może, jeśli przestaniesz próbować zmiażdżyć mi moją kość promieniową. - Ups! Przepraszam! - Osłaniasz się, w porządku. – powiedziała Kate. – Ten ruch powinien porazić twoją rękę. Nie czułaś niczego przed chwilą? - To nie było konieczne, Kate. Nie chciała ci zrobić krzywdy – Edward zamruczał pod nosem. – Żadna z nas nie zwróciła na niego uwagi. - Nie, niczego nie czułam. Robiłaś to coś z prądem elektrycznym? - Tak. Hmm. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto nie by tego nie poczuł, nieśmiertelnego czy kogokolwiek. - Powiedziałaś, że wyrzucasz to. Na swoją skórę? Kate przytaknęła. - To miało w zwyczaju pojawiać się tylko na moich dłoniach. Podobnie jak u Ara. - Albo u Renesmee – wtrącił Edward. - Ale po wielu ćwiczeniach, mogę wysyłać prąd na całe moje ciało. To dobra obrona. Ktokolwiek próbuje mnie dotknąć, pada jak człowiek rażony paralizatorem. Spowalnia go to tylko na sekundę, ale to wystarczająco długo. Słuchałam jej tylko w połowie, moje myśli krążyły wokół pomysłu, że mogłabym być w stanie ochronić moją małą rodzinę, jeśli tylko wystarczająco szybko bym się tego nauczyła. Żarliwie miałam nadzieję, że mogłabym być także dobra w rozprzestrzenianiu tego czegoś, podobnie jak byłam jakoś tajemniczo dobra we wszystkich innych aspektach bycia wampirem. Moje ludzkie życie nie przygotowało mnie do rzeczy, które przyszły naturalnie, i nie mogłam zmusić się do wiary, że ta skłonność będzie trwała. Czułam jakbym nigdy wcześniej nie pragnęła czegoś tak strasznie, jak teraz: być w stanie ochronić to, co kocham. Ponieważ byłam tak zaabsorbowana, nie zauważyłam cichej wymiany między Edwardem i Eleazarem dopóki nie stała się rozmową na głos. - Pamiętasz chociaż jeden wyjątek? – zapytał Edward. Spojrzałam, by zrozumieć jego uwagę i zdałam sobie sprawę, że wszyscy już się im przypatrywali. Pochylali się ku sobie w skupieniu, wyraz twarzy Edwarda napięty w podejrzeniu, Eleazara niezadowolony i niechętny. - Nie chcę myśleć o nich w ten sposób – Eleazar powiedział przez zęby. Zdziwiłam się nagłą zmianą atmosfery. - Jeśli masz rację… – znowu zaczął Eleazar. Edward mu przerwał – Ta myśl była twoja, nie moja. - Jeśli ja mam rację... Nie potrafię nawet pojąć co by to znaczyło. Zmieniłoby to wszystko w świecie, który stworzyliśmy. Zmieniłoby znaczenie mojego życia. Czego byłem częścią... - Eleazar, twoje intencje były zawsze najlepsze. - Czy to miałoby w ogóle jakieś znaczenie? Co ja zrobiłem? Ile żyć… Tanya położyła rękę na ramieniu Eleazara w pocieszającym geście. – Co przegapiliśmy, mój przyjacielu? Chcę wiedzieć, żebym mogła te myśli zakwestionować. Nigdy nie zrobiłeś nic, co warte byłoby takiego strofowania siebie. - Och, nigdy? – Eleazar mruknął. Następnie wzruszył ramionami strącając jej rękę i zaczął znowu chodzić po pokoju, nawet szybciej niż wcześniej. Tanya obserwowała go przez pół sekundy a potem skupiła się na Edwardzie. – Wyjaśnij. Edward kiwnął głową, jego skupione oczy podążały za Eleazarem, gdy zaczął mówić. – Próbował zrozumieć dlaczego tylu z Volturi ma przybyć, by nas ukarać. To nie jest sposób, w jaki załatwiają sprawy. Oczywiście jesteśmy największym, dojrzałym klanem, z którym mieli do czynienia, ale w przeszłości inne klany łączyły się, by się ochraniać. I nigdy nie stanowiły wyzwania, pomimo swojej liczebności. My jesteśmy bliżej związani, i to jest ważny czynnik, ale niezbyt ogromny. - Przypominał sobie inne razy, gdy klany były karane, za to, czy za tamto, i przyszedł mu do głowy pewien szablon. To był szablon, którego reszta straży nigdy by nie zauważyła, ponieważ to Eleazar był tym, który przekazywał stosowne informacje do Ara. Szablon powtarzany mniej więcej co drugie stulecie. - Co to był za szablon? – spytała Carmen, patrząc się na Eleazara, podobnie jak Edward. - Aro osobiście niezbyt często brał udział w karnych wyprawach - powiedział Edward. – Ale w przeszłości, kiedy Aro w szczególności czegoś chciał, nie trwało długo zanim znajdywały się dowody na to, że ten, czy tamten klan, popełnił jakąś niewybaczalną zbrodnię. Starożytni decydowali się dołączyć, by patrzeć jak straż wymierza sprawiedliwość. I wtedy, gdy klan ten był już prawie całkowicie zniszczony, Aro udzielał jednemu z nich przebaczenia, temu, którego myśli, jak twierdził, były szczególnie skruszone. Zawsze okazywało się, że ten wampir miał dar, dar którego Aro pragnął. Zawsze ta osoba dostawała miejsce w straży. Utalentowany wampir zostawał szybko przeciągany na ich stronę, wdzięczny za łaskę. Nie było wyjątków. - To musi być ekscytująca sprawa, zostać wybranym – zasugerowała Kate. - Ha! – Eleazar warknął, nadal w ruchu. - Jest jedna wśród straży – powiedział Edward, wyjaśniając gniewną reakcję Eleazara. – Nazywa się Chelsea. Ma wpływ na więzi uczuciowe pomiędzy ludźmi. Może je poluźnić i umocnić. Może zmusić kogoś, by czuł się związany z Volturi, by chciał przynależeć, chciał ich zadowolić… Eleazar nagle się zatrzymał. – Wszyscy rozumiemy dlaczego Chelsea jest istotna. W walce, jeśli bylibyśmy w stanie pozbyć się lojalności między sprzymierzonymi klanami, dużo łatwiej moglibyśmy ich pokonać. Gdybyśmy mogli odseparować uczuciowo niewinnych członków klanu od winnych, sprawiedliwość mogłaby zostać wymierzona bez niepotrzebnej brutalności. Winny zostałby ukarany bez ingerencji, a niewinny oszczędzony. W przeciwnym razie niemożliwe by było powstrzymanie całego klanu od walki. Więc Chelsea niszczy więzi, które trzymają ich razem. Wydaje mi się to wielką dobrocią, dowodem litości Ara. Podejrzewam, że Chelsea trzymała naszą własną grupę ciaśniej związaną, ale to również było dobrą rzeczą. Czyniło nas skuteczniejszymi. Pomagało nam łatwiej koegzystować. Rozjaśniło mi to stare wspomnienia. Nie miało to dla mnie sensu, dlaczego straż tak chętnie słuchała swoich mistrzów, z oddaniem prawie że kochanków. - Jak bardzo silny jest jej dar? – spytała Tanya ostrym tonem głosu. Jej wzrok szybko przeleciał po każdym członku rodziny Eleazar wzruszył ramionami. – Byłem w stanie odejść z Carmen – i wtedy potrząsnął głową. – Ale cokolwiek słabszego, niż więzi pomiędzy partnerami, są zagrożone. Przynajmniej w normalnym klanie. Tamte więzi są jednak słabsze niż te w naszej rodzinie. Stronienie od ludzkiej krwi czyni nas bardziej cywilizowanymi, pozwala nam tworzyć prawdziwe więzi miłości. Wątpię, że mogłaby wpłynąć na naszą lojalność, Tanya. Tanya kiwnęła głową, wydając się uspokojona, podczas gdy Eleazar kontynuował swoją analizę. - Jedynym powodem, który przychodzi mi na myśl, dlaczego Aro zdecydował się przybyć osobiście, zabierając ze sobą aż tylu, jest to, że jego celem nie jest kara lecz pozyskanie – powiedział Eleazar. – Musi tu być, by kontrolować sytuację. Ale potrzebuje całej straży dla ochrony przed tak wielkim, obdarzonym talentami klanem. Z drugiej strony, pozostawienie innych starożytnych niechronionych w Volterze... Zbyt ryzykowne – ktoś mógłby spróbować to wykorzystać. Więc wszyscy przybywają razem. Jak inaczej mógłby zachować talenty, które chce? Musi ich pragnąć bardzo mocno – dumał Eleazar. Głos Edwarda był cichy jak jego oddech. - Z tego co widziałem z jego myśli ostatniej wiosny, to Aro nigdy nie chciał niczego bardziej niż Alice. Poczułam jak usta mi się otwierają, przypominając sobie koszmarne obrazy, które wyobrażałam sobie dawno temu: Edward i Alice w czarnych pelerynach z krwistoczerwonymi oczami, ich twarze zimne i odległe, gdy stali tak blisko jak cienie. Ręce Ara na ich ramionach... Czy Alice ostatnio to widziała? Czy widziała Chelsea próbującą pozbawić ją jej miłości do nas, przywiązać ją do Ara i Kajusza i Marka? - To dlatego Alice odeszła? – spytałam, głos mi się załamał wymawiając jej imię. Edward położył mi ręce na policzku. – Sądzą, ze tak musiało być. By pozostawić Ara z dala od rzeczy, którą chciał najbardziej pozyskać. By trzymać jej zdolność z dala od jego rąk. Usłyszałam zaniepokojone szemranie Tanyi i Kate i przypomniałam sobie, ze nie wiedzą o Alice. - Ciebie też chce – wyszeptałam. Edward wzruszył ramionami, jego twarz nagle stała się trochę zbyt spokojna. – Nie za bardzo. Nie mogę dać mu niczego więcej niż to, co już ma. I oczywiście to jest uzależnione od tego, czy znajdzie sposób, by zmusić mnie do jego woli. Zna mnie i wie, jak to mało prawdopodobne – podniósł jedną brew cynicznie. Eleazar zmarszczył brwi z obojętności Edwarda. – Zna również twoje słabości – zwrócił uwagę i potem spojrzał na mnie. - To nic, o czym musimy teraz dyskutować – szybko powiedział Edward. Eleazar zignorował aluzję i kontynuował. – Prawdopodobnie, mimo to chce też twoją małżonkę. Musiał być zaintrygowany talentem, który mógł mu się przeciwstawić w jego ludzkim wcieleniu. Edward był niezadowolony z tego tematu. Mi tez się nie spodobał. Jeśli Aro chciał żebym coś zrobiła – cokolwiek – jedynie co musiał zrobić to zagrozić Edwardowi a podporządkowałabym się. I vice versa. Czy śmierć była mniejszym zmartwieniem? Czy to rzeczywiście pojmania powinniśmy się obawiać? Edward zmienił temat. – Myślę, że Volturi na to czekali – na jakiś pretekst. Nie mogli wiedzieć jaką postać przybierze ich wymówka, ale plan był już na miejscu, gdy przyszedł czas. Dlatego Alice zobaczyła ich decyzję, zanim Irina do niej doprowadziła. Decyzja była już postanowiona, czekali tylko na pozorne uzasadnienie. - Jeśli Volturi nadużywali zaufania wszystkich nieśmiertelnych, których umieszczali na…- szepnęła Carmen. - Czy to ma jakieś znaczenie? – spytał Eleazar. – Kto by w to uwierzył? A jeśli nawet inni byliby przekonani, że Volturi wykorzystuje ich moce, w jaki sposób robiłoby to różnicę? Nikt nie jest w stanie im się przeciwstawić. - Mimo to, część z nas jest najwyraźniej wystarczająco szalona by próbować – wymamrotała Kate. Edward pokiwał głową. – Jesteś tu tylko po to, by być świadkiem, Kate. Jakikolwiek by był cel Ara, nie sądzę, że jest gotowy zszargać dla tego reputację Volturi. Jeśli będziemy w stanie odeprzeć jego dowody przeciwko nam, będzie zmuszony zostawić nas w spokoju. - Oczywiście – szepnęła Tanya. Nikt nie wyglądał na przekonanego. Przez kilka długich minut nikt niczego nie powiedział. Potem usłyszałam dźwięk opon skręcających z nawierzchni szosy na nieutwardzoną drogę do domu Cullenów. - Oh cholera, Charlie – wymamrotałam. – Może Denali mogliby się przenieść na górę aż... - Nie – powiedział Edward odległym głosem. Jego oczy były daleko, wpatrując się tępo w drzwi. – To nie twój ojciec – jego wzrok skupił się na mnie. – Alice wysłała jednak Petera i Charlotte. Czas się przygotować na następną rundę. tłumaczenie: Anonim 32. Spółka Dom Cullenów posiadał w sobie niezwykłą magię – mimo, że roiło się w nim od wielu przejezdnych wampirów, wszędzie można było poczuć spokój i wygodę. Dużym ułatwieniem był brak snu. Jedynie pory posiłków stanowiły niewiadomą. Staraliśmy się ze wszystkich sił, by nasza współpraca była jak najbardziej owocna. Polowanie było możliwe i dopuszczalne. Osobiście miałam jednak cichą nadzieję, że okaże się ono czymś zbędnym i zupełnie niepotrzebnym. Przez tą możliwość czułam się nieswojo. Edward udowodnił jak dobrym jest gospodarzem, spełniając każdą zachciankę naszych gości. Jacob był lekko przygaszony. Działał wbrew sobie. Jednak w tej chwili Renesmee była dla niego najważniejsza, więc dzielnie przymykał oko na fakt, że w tej okolicy roiło się od żądnych krwi morderców. Dziwiło go z jaką łatwością wampiry go zaakceptowały. Niedogodności, o których wspominał Edward nie stały się rzeczywistością, co w wielkim stopniu ułatwiało współpracę między dwoma odwiecznymi wrogami, którzy w tej chwili zawiesili broń. Leah, Seth, Quil i Embry mieli podążać za Samem. Jacob dołączyłby do nich trochę później, z trudem znosząc rozłąkę z Renesmee, która w tej chwili z zaciekawieniem rozglądała się po domu. Wszystko ćwiczyliśmy niezliczona ilość razy. Peter i Charlotte mieli niebawem podążyć nieznana dla nich drogą... Nie obawiali się jednak – darzyli Alice i Jaspera całkowitym zaufaniem. Alice nie poinformowała ich o kierunku swojej wędrówki, również nie obiecała im, że jeszcze kiedykolwiek się spotkają. Peter i Charlotte nigdy wcześniej nie widzieli nieśmiertelnego dziecka. Znali reguły i nigdy nie przypuszczali, że kiedykolwiek będzie to im dane. Wcale ich to nie cieszyło, czy fascynowało – zareagowali niemal równie negatywnie, co wampiry z Denali. Jednak ciekawość poznania Renesmee okazała się silniejsza. Carlisle przysłał też swoich przyjaciół z Irlandii i Egiptu. Irlandzki klan przybył jako pierwszy. Jego członków łatwo było przekonać do naszych racji. Ich liderka – Siobhan, była niezwykle urodziwą kobietą, której ruchy przypominały dostojne falowanie oceanu. Zawsze towarzyszył jej Liam. Mała, rudowłosa dziewczynka o imieniu Maggie nie rzucała się w oczy. Jednak posiadała dar – zawsze wiedziała kiedy ktoś ją okłamywał. Zakomunikowała, że Edward mówił prawdę, więc Siobhan i Liam zdecydowali, że z przyjemnością poznają Renesmee. Amun i reszta Egipskich wampirów to już inna historia Nawet nie chcieli spróbować zaakceptować Renesmee. Niebawem mieli wyjechać. Benjamin – zadziwiająco radosny wampir, wyglądem przypominał małego chłopca. Jednocześnie wydawał się być lekkomyślny i twardo stąpający po ziemi. Te dwie cechy jakimś cudem tym razem się nie wykluczały. Amun po wielu namowach postanowił nam pomóc. Jednak nie zmienił zdania co do Renesmee - zabronił wszystkim członkom klanu choćby jej dotknąć. Wszyscy członkowie klanu egipskiego byli zadziwiająco do siebie podobni. Niedoinformowani mogli uważać, że naprawdę są rodziną. Amun był najstarszy spośród wszystkich, bezsprzecznie uważany za przywódcę. Kebi była niczym jego cień. Zawsze w rozmowie zwracała się do rozmówcy w liczbie mnogiej. Tia, przyjaciółka Benjamina była kobietą, od której po prostu emanowała dobroć. Każde słowo przez nią wypowiedziane było niezwykle przemyślane i wyważone. Benjamin potrafił owinąć sobie wokół palca kogo tylko chciał. Jego dar dla innych mógł okazać się przekleństwem. - Nie o to chodzi. - wyjaśnił Edward, gdy w końcu byliśmy sami tej nocy. – Jego dar jest bardzo wyjątkowy. Nic dziwnego, że Amun boi się go stracić. Broni go przed Aro, tak samo, jak my chronimy Renesmee. Amun dobrze wiedział jak bardzo wyjątkowy będzie Benjamin, jeszcze zanim go stworzył. - Co on tak właściwie może zrobić? - To niezwykle potężny dar, nawet twoja osłona nie dała by mu rady. – uśmiechnął się krzywo. - On nie manipuluje umysłem tylko siłami natury - ziemią, wiatrem, wodą i ogniem. Nadal eksperymentuje. Z tego co wiem Amun chce go ukształtować na swoją najpotężniejszą broń. Jednak... wydaje mi się, ze chłopak jest zbyt niezależny by dać sobą pokierować. - Lubisz go... - domyśliłam się z tonu jego głosu. - Wie dobrze czym jest dobro i zło. Podoba mi się jego nastawienie do świata. Amun i Kebi byli nierozłączni. Nie pochwalali tego, że Benjamin chciał się zaprzyjaźnić z członkami innych klanów. Miałam nadzieję, że powrót Carlisle złagodzi napięcie, które spowodował Amun. Emmett i Rose, na polecenie Carlisle przysłali nomadów. Garett przybył jako pierwszy - wysoki, smukły wampir, w którego rubinowych oczach można było dostrzec pragnienie. Jego długie, rudawe włosy związane rzemykiem w koński ogon oraz jego wyraz twarzy sugerowały, że jest ryzykantem. Miałam wrażenie, że uwielbia wyzwania i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Miał dobry kontakt z siostrami Denali i nie tracił cierpliwości, odpowiadając na niezliczone pytania dotyczące ich niezwykłego stylu życia. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek byłby w stanie przejść na wegetarianizm, chociażby na próbę. Później przybyli Mary i Randall, którzy najwyraźniej zaprzyjaźnili się w czasie drogi. Oni również postanowili nam pomóc, po tym jak z zaciekawieniem wysłuchali historii Renesmee. Zupełnie jak Denali rozważali co zrobią, jeśli Volturi nie będą chcieli słuchać wyjaśnień. Ta trójka koczowników do nas dołączyła. Oczywiście z każdym nowo przybyłym wampirem Jacob stawał się bardziej zdystansowany i nieprzychylny. Na każdego patrzył spode łba. Miałam wrażenie, że on sam nie wiedział na czym stoi. Carlisle i Esme wrócili po tygodniu, a Rose i Emmett kilka dni później. Czuliśmy się raźniej gdy wszyscy byli w domu. Carlisle przywiózł do domu kolejnego gościa, angielskiego wampira - Alistaira, który nie lubił częstych wizyt, dlatego nie odwiedzał Carlisle częściej niż raz na sto lat. Alistair był typowym samotnikiem, który uwielbiał wędrówki, dlatego Carlislowi zajęło mnóstwo czasu by go odnaleźć. Od początku trzymał się na uboczu. Nie było tajemnicą, że zgromadzeni w naszym domu goście za nim nie przepadali. Zamyślony, czarnowłosy wampir poprosił Carlisle na słówko. On także odmówił zbliżania się do Renesmee. Edward poinformował Carlisle, Esme i mnie, że Alistair obawiał się tej wizyty oraz, że podejrzewał Volturi o wielokrotne nadużycie władzy. - Oczywiście nie ujdzie ich uwadze, że tu byłem. – było słychać jak żali się na strychu. Przez tyle wieków żył w popłochu. Carlisle rozmawiał ze wszystkimi, który znaleźli się na liście Volturi przez ostatnie dziesięć lat. Nie mógł uwierzyć, że zagubiłam się gdzieś w tym bałaganie. On był istotą przepełnioną nadzieją. Alistair, zupełnie jak Demetri był tropicielem jednak o wiele mniej dokładnym i skutecznym. Nagle pojawiły się nieoczekiwane Amazonki. Ani Carlisle ani Rosalie w żaden sposób nie mogli się z nimi skontaktować, dlatego szczerze wątpili w ich przybycie. - Carlisle. – przywitała się z nim wyższa z kobiet. Obie były pokaźnego wzrostu i można było odnieść wrażenie, że zostały rozciągnięte. Były do siebie podobne - posiadały nadludzko długie ręce, palce i nogi. Na ich pociągłych twarzach najbardziej widoczny był orli nos, a czarne włosy miały upięte w warkocze. Ubrane były w zwierzęce skóry, które przykrywały jedynie skórzaną bieliznę i podkoszulek. Nie tylko ich wizerunek był drapieżny i ekscentryczny – miały intensywnie szkarłatne oczy. Nigdy nie spotkałam wampirów aż tak oddalonych od cywilizacji. To Alice je przysłała. Zastanawiałam się, co ona tak właściwie robiła w Ameryce Południowej. Może pojechała tam tylko dlatego, że jako jedyna była w stanie spotkać się z Amazonkami? - Zafrino i Senno… Witajcie. – przywitał je Carlisle. – Ale gdzie jest Kachiri? Nigdzie jej nie widziałem. - Alice stwierdziła, że będzie lepiej, jeśli się rozdzielimy. – powiedziała Zafrina głębokim głosem, który idealnie pasował do jej dzikiego usposobienia. - Nie lubimy być z dala od siebie, ale Alice zapewniła nas, że tak będzie najlepiej. - W moim zachowaniu pojawiło się cos dziwnego – zapragnęłam jak najszybciej poznać te tajemnicze istoty z dalekiego świata. Ze spokojem wysłuchały historii naszej rodziny. Amazonki po prostu uwielbiały Renesmee. Jednak mimo to, martwiły mnie ich gwałtowne ruchy. Obie wampirzyce były nierozłączne, zupełnie jak Amun i Kebi. Wydawały się być jednym spójnym organizmem, jednak Zafrina miała do powiedzenia ostatnie słowo. Wiadomość o Alice była niezwykle pocieszająca. Oczywiście pomijając to, że była na jakiejś niebezpiecznej misji daleko od domu. Edward był podekscytowany faktem, że te dwie wampirzyce z Ameryki Południowej wstąpiły w nasze szeregi. Zafrina posiadała dar, który mógł stanowić niebezpieczną broń. Może chociaż to powstrzymało by Volturi. - To tylko bardzo bezpośrednia iluzja - wyjaśnił Edward. Zafrinę zaintrygowała moja odporność. Gdy kontynuował, w jego oczach pojawiło się jakieś nowe nieznane uczucie. - Ona potrafi celowo wywoływać u ludzi halucynacje. Na przykład teraz mogłoby mi się wydawać, ze jestem w środku lasu tropikalnego. Bardzo trudno byłoby mi z tym oponować, oczywiście przymykają oko na fakt, że w tej chwili trzymam się mocno w ramionach. Usta Zafriny wygięły się w wymuszonym uśmiechu. Zmierzyła go wzrokiem. - Imponujące - stwierdził Edward. Renesmee była zafascynowana rozmową i bez żadnych obaw wyciągnęła rękę w kierunku Zafriny. - Czy zobaczę…? - spytała. - Co chciałabyś zobaczyć? - spytała Zafrina. - To, co pokazałaś tatusiowi. Zafrina kiwnęła głową, a ja patrzyłam na nią z niepokojem, ponieważ Renesmee nieprzytomnie spoglądała w przestrzeń. - Więcej… - rozkazała. Renesmee tak się to spodobało, ze później ciężko było jej wytrzymać z dala od Zafriny i jej pięknych obrazów, która potem zadziwiająco często rozmyślała o małej, co napawało mnie niepokojem. Czułam, że bez przerwy mnie ocenia. Musiałam jednak przyznać, że podobał mi się sposób w jaki Zafrina zajmowała się Renesmee. Cieszył mnie fakt, że dostałam trochę wolnego czasu by nauczyć się nowych umiejętności. Nie najlepiej wspominam pierwszą lekcje walki. Edward unieruchomił mnie po kilku sekundach, a potem znieruchomiał. Wiedziałam, że coś poszło nie tak, jak powinno. - Przepraszam, Bello. – powiedział. - Nie poszło mi najlepiej. Spróbujmy jeszcze raz. – zachęciłam. - Nie powinienem... - Co to ma znaczyć..!? Przecież dopiero co zaczęliśmy... Nie odpowiedział. - Wiem, że nie jestem w tym dobra, ale mogłabym się wiele nauczyć. Dla zabawy rzuciłam się na niego. Nie obronił się, więc runęliśmy razem na ziemię. Nawet nie drgnął, gdy pocałowałam go w szyję. - Wygrałam! Jego źrenice się zwęziły, ale nie powiedział ani słowa.. - Edward, coś nie tak? Dlaczego nie chcesz mnie uczyć? Odpowiedział po dobrej minucie. - Nie powinienem... Musisz po prostu to zdzierżyć. Rose i Emmett też są w tym nieźli. Zupełnie jak Tanya i Eleazar. - To nie sprawiedliwe! Pomogłeś wszystkim nawet Jasperowi, więc dlaczego mnie odmawiasz pomocy…?! Westchnął poirytowany. W jego smutnym spojrzeniu dominowała czerń. - Nie chcę postrzegać cię jako cel. Podczas walki mógłbym cię nawet zabić. – odsunął się – Nie mamy zbyt wiele czasu, niech ktoś inny nauczy cię podstaw. - Chcę tylko ciebie… - Znajdź sobie innego nauczyciela. Wiele razy wracaliśmy do tego tematu jednak mimo to nigdy nie zmienił zdania. Emmett podszedł do tego nadmiernie entuzjastycznie. Wszystkie lekcje przypominały walki wrestlingu, a przecież nie o to mi chodziło. Gdybym mogła mieć jakiekolwiek uszkodzenia ciała, byłabym posiniaczona od stóp aż po czubek głowy. Rose, Tanya i Eleazar byli cierpliwi i wymagający. Nomad Garett był zaskakująco dobrym nauczycielem. Potrafił łatwo się ze wszystkimi porozumieć, dlatego dziwiło mnie, że nie dołączył do żadnego klanu. Udało mi się nawet raz stanąć do walki z Zafriną. Bardzo ją polubiłam. Nauczyłam się wielu rzeczy w krótkim czasie, jednak cały czas miałam wrażenie, że to jedynie podstawy. Wiedziałam, że w prawdziwej walce trzeba działać jak najszybciej. Jak na razie sprawiało mi to wiele trudności. Musiałam to w sobie zdusić. Chciałam być przecież pomocną dłonią, a nie kulą u nogi. Gdy nie myślałam o Renesmee i nie uczyłam się walczyć – ćwiczyłam z Kate nad z zwiększeniem możliwości mojej osłony. Tak, bym mogła ochraniać swoich bliskich. Edward bardzo mnie w tym wspierał. To było bardzo trudne. Nie wiedziałyśmy od czego powinnyśmy zacząć. Pragnęłam być w stanie ochronić Edwarda, Renesmee i innych moich bliskich. Mój upór w tym przypadku na niewiele się zdał. Czułam się tak jakbym próbowała rozciągnąć niewidzialną gumę, która znikała w najmniej oczekiwanym momencie. Tylko Edward zgodził się być naszym królikiem doświadczalnym. Po wielu godzinach ćwiczeń miałam wrażenie, że powinnam być zmęczona, jednak odczuwałam tylko psychiczne znużenie. Moje ciało było zbyt idealny by poddać się czemuś tak ludzkiemu, jak wysiłek. Dobijał mnie fakt, że to Edward odczuwał ból podczas moich eksperymentów. Tak naprawdę wolałabym, by Zafrina mi pomagała. Wtedy Edward mógłby wpatrywać się w jej przepiękne iluzje, choć na chwilę zapominając o cierpieniu. Zdaniem Kate potrzebowałam lepszej motywacji, a to oznaczało tylko Edwarda. Do używania swojego daru podchodziła wręcz sadystycznie – wcale mnie to nie cieszyło. Jej zdaniem miło spęczała ze mną czas. - Cześć, skarbie. – przywitał się radośnie Edward próbując ukryć dziwne zdrętwienie w jego głosie. Chciał podtrzymać mnie na duchu – Dobra robota, Bello. - Wzięłam głęboki oddech skupiając się na pozytywach. Musiałam jak najbardziej rozciągnąć moją osłonę, zupełnie jak gumę. - Kate i znowu to samo! – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Kate położyła dłoń na ramieniu Edwarda. Westchnął z wyraźną ulgą. - Tym razem nic nie poczułem… - Tym razem też nie poszło ci najlepiej. – stwierdziła Kate marszcząc brwi. - Przepraszam! Ja naprawdę nie rozumiem. – pożaliłam się.- Dlaczego nie potrafię tego zrobić…?! - Bello, odwalasz kawał dobrej roboty. – zapewnił Edward – Uczysz się od niedawna i robisz duże postępy. Kate, skomplementuj ją. - Mogłabym ale nie czuje jeszcze takiej potrzeby. Mam wrażenie, że jeśli się postara zrobi to o wiele lepiej. – stwierdziła Kate z dziwnym wyrazem twarzy. – Nadal uważam, że nie ma odpowiedniej motywacji. - Kate – powiedział Edward ostrzegawczo doskonale wiedząc co planuje. Podążyła w kierunku Zafriny, Jacoba i… Renesmee. - Nessie – towarzysze szybko skrytykowali jej ohydne przezwisko. – Chciałabyś pomóc mamusi..? - Nie zgadzam się! – oponowałam instynktownie. Edward przytulił mnie uspokajająco. Widziałam jak Kate idzie tu z Renesmee. - Mowy nie ma! - warknęłam. Mimo to otworzyłam zapraszająco ramiona by przytulić Renesmee. - Ale mamusiu… ja chcę pomóc – stwierdziła zdecydowanym głosem, wtulając się w moją szyję. - Nie. - powiedziałam, szybko się wycofując. Kate wyciągnęła rękę w naszym kierunku, robiąc kilka kroków naprzód. - Nie ośmielisz się – wysyczałam. - Mylisz się. – szła w naszym kierunku uśmiechając się triumfalnie, niczym myśliwy do jego przyszłej ofiary. Wtuliłam się mocniej w Renesmee cofając się rytmicznie. Kate prawdopodobnie nigdy nie zrozumie matczynej miłości. Na pewno nie ma nawet bladego pojęcia, jak ciężko wychowuje się nieśmiertelnie dziecko. Płonęłam z wściekłości, która zrodziła we mnie głębokie skupienie. Wyraźnie wyczuwałam moją osłonę, zupełnie, jakby była tarczą, która miała mnie chronić przed ciemnymi mocami. Rozciągnęłam ją wokół siebie Renesmee. Kate nadal szła miarowym krokiem, a z moich ust wydarło się warknięcie. - Lepiej uważaj, Kate. – powiedział Edward ostrzegawczo. Kate nagle uskoczyła w bok. Renesmee była bezpieczna na moich plecach. - Słyszysz cokolwiek od Nessie…? – spytała go, uspokajającym głosem. Edward stanął miedzy mną, a Kate. - Nie, absolutnie nic. – odpowiedział. – A teraz proszę, daj Belli chwilę na uspokojenie. - Nie mamy wiele czasu. Nie powinnyśmy pozwalać sobie na delikatność. – oponowała. - Cofnij się na chwilę, Kate. Kobieta zmarszczyła brwi, ale potraktowała go poważnie. Renesmee przycisnęła mocniej dłonie do mojej szyi. Wiedziała, ze ten atak był tylko ćwiczeniem. Czuła się bezpiecznie, tym bardziej, gdy tata był blisko. Uspokoiłam się – nadal widziałam spectrum światła. Mimo złości zdawałam sobie sprawę, że to co powiedziała Kate, posiadało w sobie dużo rozsądku. Gniew mi pomagał. – jednak to wcale nie oznacza, że lubiłam być wzburzona. - Kate – warknęłam. Oparłam dłoń na plecach Edwarda,. Nadal czułam moją osłonę – elastyczną powłokę otaczająca Renesmee i mnie. Spróbowałam wciągnąć Edwarda pod nasz klosz bezpieczeństwa. – nie udało się. – Z Edwardem się nie powiodło. – szepnęłam bardziej zdyszana niż zła. Zamrugała i położyła dłoń na ramieniu mojego ukochanego. - Nic nie czuje. – stwierdził Edward. Kate zaśmiała się serdecznie - A teraz? – spytała. - Nadal nic. - A teraz? – spytała dźwięczniej. - Absolutnie nic nie czuję. Kate po chwili odeszła. - Widzisz to? – spytała Zafrina swoim dzikim głosem z dziwnym akcentem. - Nie widzę nic nadzwyczajnego. – odparł Edward. - A ty, Renesmee? – pytała dalej. Renesmee uśmiechnęła się do niej kiwając głową z zaprzeczeniem. Moja złość straciła trochę na sile. Mimo to miałam zaciśnięte szczęki i ciężko sapałam, ponieważ coraz bardziej ciążyła mi moja osłona, która równomiernie się rozciągała. - Bez paniki.. – poradziła Zafrina wampirom, które nie spuszczały ze mnie wzroku. – Chce zobaczyć jak bardzo może ją rozciągnąć. -Wszyscy z wyjątkiem Senny ciężko oddychali. Tylko ona była gotowa na to, co zamierza zrobić Zafrina. W oczach pozostałych malowała się trwoga. - Podnieś rękę kiedy wyceluje. – pouczyła mnie hardo. – Zobaczymy jak wiele istot jesteś w stanie osłonić. Zaczęłam oddychać niespokojnie. Czekało mnie bardzo trudne wyzwanie. Wszyscy moi bliscy mieli być pod ostrzałem, a ja miałam być jedyną osobą, która mogłaby skrócić ich męki. Kate stała bardzo daleko. Zacisnęłam szczęki w skupieniu by osłonić również i ją. Patrzyłam w niepokoju na wyraz jej twarzy i zauważyłam, że spogląda na mnie z ulgą. - Fascynujące. – wyszeptał Edward. – Twoja osłona działa tylko w jednym kierunku. Ja nadal jestem wstanie czytać im w myślach. Oczywiście z wyjątkiem ciebie. Niestety... Tak się zastanawiałem… - dalej tylko mruczał pod nosem, a ja zupełnie nie mogłam go zrozumieć. - Bardzo dobrze. – pochwaliła mnie Zafrina. – Teraz! Niestety powiedziała to za wcześnie i moja osłona skurczyła się do poprzednich rozmiarów. Renesmee po raz pierwszy została oślepiona, a inni, których miałam osłaniać dostali silnych drgawek. Musiałam znowu niemiłosiernie ją rozciągnąć. - Czy będę w stanie utrzymać to przez minutę? – spytałam z westchnieniem. Od chwili, gdy zostałam wampirem odpoczynek był zbędny, stanowiącym jednocześnie dar i przekleństwo. - Oczywiście, że tak. – zapewniła Zafrina. - Kate! – krzyknął nagle Garett. Zazwyczaj wampiry były pozbawione współczucia. Ten wampir z rudawymi włosami i nieprzeciętnym wzrostem wydawał się być gotowy na moje lekcje praktyki. - Na twoim miejscu nie robiłbym tego.- ostrzegł go Edward. Garett zignorował jego ostrzeżenie nadal szedł w kierunku Kate. - Tak. – zgodziła się z przebiegłym uśmiechem. – Czyżbyś był ciekawy? Garrett wzruszył ramionami. - Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. – wyznał. – Najlepsze powinnyśmy zostawić na koniec. - Może i masz rację. – przyznała Kate. Na jej twarzy malowała się powaga. – Może to działa tylko przez krótki okres i na młodych osobników… Ty wyglądasz na silnego – może poradziłbyś sobie z moim darem. – dla niego zabrzmiało to jak zaproszenie. Garett uśmiechnął się wyzywająco – pewnie dotknął jej dłoni palcem wskazującym. - Ostrzegałem cię. –wymamrotał Edward. Garett po chwili szeroko otworzył oczy. Spojrzał się na Kate, a na jego twarzy zagościł promienny uśmiech. - Zadziwiające – stwierdził z przekonaniem. - Podobało ci się? – spytała sceptycznie. - Nie jestem szaleńcem – stwierdził podnosząc się z kolan – Ale to było coś niesamowitego! - Właśnie to chciałam usłyszeć. Edward wniósł oczy do nieba. Nagle usłyszałam zaskoczony głos Carlisle'a: - Alice was przysłała? – zapytał. Był wyraźnie podenerwowany. Hmm. Czyżby kolejni nieoczekiwani goście? Edward, tak jak reszta naszych towarzyszy udał się w kierunku domu. Podążyłam za nimi nieco wolniej, cały czas trzymając Renesmee na barana. Postanowiłam dać Carlisle trochę czasu, by mógł przekonać nowo przybyłych gości. Mocno utuliłam Renesmee w ramionach, gdy spacerowałam dookoła domu, by w końcu wejść kuchennymi drzwiami. - Nikt nas tu nie przysłał. – głęboki głos odpowiedział na jego pytanie. Natychmiast przypomniałam sobie tembr głosu Kajusza i Aro – zamarłam. Wiedziałam, że pokój jest zatłoczony. Było słychać jedynie płytkie oddechy. - Więc co was tu sprowadza? – spytał ostrożnie Carlisle. - Podróżowaliśmy po świecie i słyszeliśmy, że niedługo macie zmierzyć się z Volturi. Jak widać nie były to tylko pogłoski. Zastaliśmy tu imponujące zgromadzenie istot nadprzyrodzonych. - Nie rzucamy wyzwania Volturi. – odpowiedział Carlisle nieco spięty. – To tylko jedno wielkie nieporozumienie. Mam nadzieje, że niebawem wszystko zostanie wyjaśnione. Naprawdę w niczym nie zawiniliśmy... - Nie obchodzi nas źródło tego konfliktu. – zapewnił pierwszy głos. - Ani czas kiedy on nastąpił.- dodał drugi. - Czekaliśmy półtora tysiąclecia by zmierzyć się z tą włoską szumowiną. – stwierdził pierwszy. – Dałbym wiele, by zobaczyć ich upadek. - Bardzo chcielibyśmy przyczynić się do ich porażki. – dodał drugi, gładko. – Wierzymy, ze może się udać. - Bello? – zawołał Edward zmęczonym głosem. – Proszę, przynieś tu Renesmee. Może powinniśmy sprawdzić intencje naszych rumuńskich gości. Wiele wampirów przybyło tu, by chronić Renesmee. Jeśli na jej widok w ich głosie pojawiłby się gniew, wszystko byłoby jasne. Gdy weszłam do pokoju, zobaczyłam jak wiele naszych pobratymców, zerka na nich nieufnie. A Carmen, Tanya, Zafrina i Senna stanęły między nimi a Renesmee. Nowo przybyłe wampiry były niskie i szczupłe. Jeden miał włosy w odcieniu popielatego blondu, a drugi był brunetem. Ich zimne spojrzenie przypominało mi Volturi, a ich oczy były wąskie i ciemno czerwone. Ubrani w ciemne ubrania, które nie były przesadnie nowoczesne. Ciemnowłosy wampir uśmiechnął się gdy weszłyśmy. - No, no Carlisle. Byłeś nieposłuszny, nieprawdaż? - Ona nie jest tym, czym ci się wydaje, Stefanie. - Troszczymy się o nią. – stwierdziła blond włosa wampirzyca. - Poza tym Vladimirze, jak już wspominaliśmy... Nie chcemy rzucić wyzwania Volturi. - Wtedy moglibyśmy liczyć tylko na przychylny los... - zaczął Stefan. - Miejmy nadzieje, że szczęście będzie nam sprzyjało. – przerwał mu Vladimir. W końcu znaleźliśmy 17-stu świadków – Irlandczycy, Siobhan, Liam i Maggie; Egipcjanie, Amun, Kebi, Benjamin i Tia; Amazonki, Zafrina, Sann; Rumuni, Vladimir i Stefan; koczownicy, Charlotte i Peter, Garett, Alistar, Mary i Rudolph – uzupełniając naszą rodzinę jedenasty. Tanya, Kate, Eleazar i Carmen, która nalegała. by traktować ją jak członka rodziny. Nie wliczając Volturi, to chyba było największe zgromadzenie wampirów, w historii naszego gatunku. Byliśmy pełni nadziei. Renesmee zyskała tak wiele, w tak krótkim czasie. A Volturi tylko czekało na odpowiedni moment... Ci dwaj Rumuni skupili się na własnych żalach stosunku do Volturi, którzy obalili ich imperium piętnaście wieków temu. Nigdy nie dotknęliby Renesmee, ale nie obnosili się z niechęcią do niej. Podchodzili entuzjastycznie do naszego sojuszu z wilkołakami. Obserwowali moje lekcje z Zafriną i Kate, obserwowali również Edwarda i Benjamina… Spokojnie wyczekując upragnionego spotkania z Volturi. Każdy z nas posiadał odrobinę nadziei na powodzenie naszego planu. tłumaczenie: Madeline & Lily 33. Fałszerstwo - Charlie, ta sprawa musi pozostać w ścisłej tajemnicy. Wiem, że minął już tydzień odkąd ostatnio widziałeś Renesmee, ale odwiedziny to teraz nie jest najlepszy pomysł. Może to ja zawiozę ją do Ciebie? Charlie milczał przez chwilę, zastanowiłam się czy czasem nie wyczuł napięcia w moim głosie. Ale wymamrotał. - Muszę wiedzieć, uh. Zdałam sobie sprawę, że była to tylko jego ostrożność przed nadprzyrodzonymi sprawami, która spowodowała, że późno odpowiedział. - Dobrze, dziecko – odpowiedział. - Możesz ją przywieźć dziś po południu? Sue przynosi mi lunch. Jest przerażona moim gotowaniem, zupełnie tak samo jak Ty, gdy pierwszy raz przyjechałaś. Charlie zaśmiał się i westchnął na myśl o dawnych czasach. - Dzisiejszy popołudnie będzie idealne. - Im szybciej, tym lepiej. Za długo to odkładałam. - Czy Jake przyjedzie z Wami? Mimo, że Charlie nie miał pojęcia o wpojeniu Jacoba w Renesmee, ich przywiązanie było oczywiste dla każdego. - Najprawdopodobniej. Nie było możliwości, by Jacob zrezygnował z popołudnia z Renesmee, z dala od tych wszystkich wampirów. - Może powinienem też zaprosić Billy'ego - Charlie zadumał się. - Ale... Hmm. Może innym razem. Słuchałam go połowicznie, lecz wystarczająco, by dostrzec dziwną niechęć, gdy mówił o Billym, ale nie wystarczająco by martwić się, dlaczego tak jest. Charlie i Billy są dorośli; jeśli coś jest nie tak między nimi, mogą się zająć tym sami. Miałam zbyt wiele ważniejszych spraw na głowie. - Do zobaczenia za chwilę. – powiedziałam i odłożyłam słuchawkę. Ta wyprawa to było coś więcej niż tylko chronienie mojego ojca przez dwudziestoma siedmioma, dziwnie dobranymi wampirami, które przysięgły, że nie zabiją nikogo w odległości 300 mil, ale zawsze... Oczywiste było to, że żaden człowiek nie powinien się kręcić w pobliżu tej grupy. To była wymówka, jaką musiałam dać Edwardowi: zabieram Renesmee do Charliego, żeby nie musiał przychodzić tutaj. To był dobry powód, by wyjść z domu, ale nie prawdziwy. - Dlaczego, nie możemy wziąć Twojego Ferrari? – Jacob narzekał, gdy spotkaliśmy się w garażu. Byłam już w Volvo Edwarda wraz z Renesmee. Edward obchodził wkoło mój ,,następny” samochód; ale tak jak się spodziewał, nie okazywałam odpowiedniego entuzjazmu. Jasne, był ładny i całkiem szybki ale lubiłam biegać. - Zbyt rzuca się w oczy – powiedziałam. - Moglibyśmy iść pieszo, ale to doprowadziło by Charliego do szału. Jacob wydał pomruk niezadowolenia, ale wsiadł na przednie siedzenie. Renesmee wdrapała z moich kolan, na jego. - Jak się masz? – zapytałam go, gdy wyjechałam z garażu. - A jak myślisz? – zapytał Jacob z przekąsem. - Mam dosyć tych śmierdzących pijawek. Zauważył wyraz mojej twarzy i przemówił, zanim jeszcze zdążyłam coś powiedzieć. - Tak, wiem, że są dobrzy, są tu by pomóc, ocalą nas wszystkich. Itp., itd. Mów sobie, co chcesz, ale Dracula Jeden i Dracula Dwa powodują, że skóra cierpnie. Musiałam się uśmiechnął. Rumuni, też nie byli moimi ulubionymi gośćmi. - Z tym się z Tobą zgadzam. Renesmee potrząsnęła głową, ale nic nie powiedziała; inaczej niż wszyscy, uważała Rumunów za fascynujących. Wysiliła się, by mówić przy nich na głos, gdyż nie pozwolili jej siebie dotknąć. Zapytała ich o ich wyjątkową skórę i mimo, że bałam się, że będą urażeni tym pytaniem, ucieszyłam się, bo sama byłam tego ciekawa. Nie wydawało się, że było im przykro z powodu jej pytania. Może byli tylko lekko smutni. - Siedzieliśmy nieruchomo przez bardzo długi czas, dziecko – odpowiedział Vladimir, a Stefan kiwnął głową, ale nie dokończył jego zdania, jak to zwykle miał w zwyczaju. - Kontemplowaliśmy nad naszą własną boskością. To była oznaka naszej mocy, że wszystko przychodziło nam z łatwością. Łupy, dyplomy, zachcianki. Usiedliśmy na naszych tronach i myśleliśmy, że jesteśmy Bogami. Przez długi czas nie zauważaliśmy, że się zmieniamy- niemal w skamieliny. Myślę, że Volturi zrobili nam przysługę, gdy spalili nasze zamki. Stefan i ja przynajmniej przestaliśmy skamieniać. Teraz oczy Volturi pokryte są warstwą mętnego kurzu, ale nasze są przejrzyste. Wyobrażam sobie, że da nam to przewagę, gdy wydłubiemy im oczodoły. Po tym, starałam się trzymać Renesmee z dala od nich. - Jak długo zostaniemy u Charliego? – zapytał Jacob, przerywając moje przemyślenia. Byłam wyraźnie zrelaksowana, gdy wyjechałam z domu pełnego nowych mieszkańców. Byłam szczęśliwa, że nie byłam dla niego wampirem. Wciąż byłam tylko Bellą. - Właściwie, całkiem długo. Ton mojego głosu, przykuł jego uwagę. - Czy chodzi tu o coś więcej, niż tylko o odwiedziny Twojego ojca? - Jake, wiesz, że jesteś całkiem niezły w kontrolowaniu swoich myśli przy Edwardzie? Uniósł jedną, czarną brew. - Tak? Kiwnęłam, patrząc na Renesmee. Wyglądała przez okno, ale nie umiałam powiedzieć, jak bardzo interesuje ją nasza rozmowa. Nie brnęłam więc dalej. Jacob czekał, aż dodam coś jeszcze i wypchnął dolną wargę, gdy zorientował się o co mi chodziło. Gdy dojechaliśmy w ciszy, mrużyłam w deszczu oczy, przez te wkurzające szkła kontaktowe. Nie były już tak upiorne, jak na początku- zdecydowanie bardziej zbliżały się do nudnego czerwono pomarańczowego koloru, niż jasnego szkarłatu. Niedługo będą wystarczająco bursztynowe, bym mogła odstawić soczewki. Mam nadzieję, że ta zmiana, nie zasmuci Charliego za bardzo. Jacob wciąż przeżywał przerwaną konwersację, gdy dotarliśmy do Charliego. Nie rozmawialiśmy, szliśmy szybkim, ludzkim krokiem przez deszcz. Tata, czekała na nas; drzwi były otwarte zanim zdarzyłam zapukać. - Hej! Wydaje się, jakby minął rok! Niech no spojrzę na Ciebie - Nessie! Chodź do dziadka! Mógłbym przysiądź, że urosłaś o pół stopy. Jesteś chudziutka, Ness. - Przeszył mnie ostrym spojrzeniem. - Nie karmią Cię? - To przez ten wystrzałowy rozwój – wymamrotałam.- Hej, Sue - zawołałam zza jego ramienia. Zapach kurczaka, pomidorów, czosnku i sera wydobywał się z kuchni; prawdopodobnie podobał się wszystkim, oprócz mnie. Ja czułam tylko świeżą sosnę i połać kurzu. Renesmee zabłysła dołeczkami. Nigdy nie mówiła przy Charliem. - Wyjdźcie z zimna dzieci. Gdzie jest mój zięć? - Zabawia przyjaciół – powiedziała Jacob a później parsknął.- Masz szczęście, że wyplątałeś się z tej pętli, Charlie. To wszystko co mam do powiedzenia. Uderzyłam Jacoba lekko w nerkę. - Ała! - jęknął. Cóż, myślałam, że to było lekko. - Właściwie Charlie, to jestem chłopcem na posyłki. Jacob posłał mi ukradkowe spojrzenie, ale nic nie odpowiedziałam. - Przed zakupami świątecznymi co, Bells? Wiesz, że zostało Ci już tylko kilka dni. - Taa... Bożonarodzeniowe zakupy - odpowiedziałam leniwie. To wyjaśniało te połacie kurzu. Charlie wyciągnął stare dekoracje. - Nie martw się, Nessie - wyszeptał jej do ucha. - Mam dla Ciebie drugie wyjście , jeśli Twoja mama się nie popisze. Wywróciłam przed nim oczami, ale mówiąc szczerze, w ogóle nie myślałam o świętach. - Lunch na stole – zawołała Sue z kuchni. - Chodźcie. - Do zobaczenia później, tato. - powiedziałam, wymieniając szybkie spojrzenie z Jacobem. Mimo, że nie mógł opanować myślenia przy Edwardzie, przynajmniej nie miał czym się z podzielić. Nie wiedział, co miałam zamiar zrobić. Oczywiście, gdy wsiadłam do samochodu, pomyślałam, że sama tak naprawdę nie mam pojęcia. Drogi były ciemne i gładkie, ale jeżdżenie już mnie nie obawiało. Miałam idealny refleks i praktycznie nie musiałam skupiać się na drodze. Problemem było kontrolowanie prędkości, gdy miałam towarzystwo. Chciałam jak najszybciej zakończyć dzisiejszą misję, rozwiązać zagadkę, tak by móc wrócić do decydującego zadania – nauki. Nauki, jak chronić jednych i zabijać drugich. Coraz lepiej radziłam sobie ze swoją osłoną. Kate nie czuła już potrzeby, by dalej mnie motywować - nie było mi trudno znaleźć powody by poczuć złość, teraz, gdy wiedziałam co było kluczem - pracowałam głównie z Zafriną. Była zadowolona z moich postępów; byłam w stanie pokryć teren o objętości prawie dziesięciu stóp, przez więcej niż jedną minutę, mimo, że mnie to wykańczało. Dziś rano chciała sprawdzić, czy potrafię w jednej chwili wyłączyć osłonę. Nie wiedziałam, czemu miałoby to służyć, ale Zafrina uważała, że pomoże mi to się umocnić, to tak jak ćwiczenie mięśni brzucha i pleców zamiast tylko ćwiczeń na ramiona. Ostatecznie, możesz podnieść więcej ciężarów, gdy wszystkie mięśnie masz mocniejsze. Nie byłam w tym najlepsza. Dostrzegłam jedynie w przelocie rzekę w dżungli, którą próbowała mi pokazać. Były inne sposoby by przygotować mnie do nieuchronnego, ale zostały dwa tygodnie i bałam się, że zaniedbam najpotrzebniejszą rzecz. Dziś mogłabym skorygować to niedopatrzenie. Przypomniałam sobie odpowiednią mapę i nie miałam problemów ze znalezieniem drogi do adresu, nie istniejącego w Internecie, adresu J. Jenkers’a. Moim następnym byłyby Jason Jenks, pod innym adresem, takim którego Alice mi nie podała. Powiedzenie, że nie była to przyjemna okolica byłoby niedomówieniem. Najmniej rzucający się w oczy samochód Cullenów wciąż znacznie się wyróżniał na ulicy. Moja stara ciężarówka wyglądałaby tu zdrowo. Gdyby były to moje ludzkie lata, pozamykałabym drzwi i odjechała tak szybko, jak to tylko możliwe. Byłam tym wszystkim zafascynowana, starałam się wyobrazić sobie Alice w tym miejscu ale nie potrafiłam. Budynki - wszystkie trzy sklepy, położone wąsko, na tyle ile widziałam w smugach deszczu, wszystkie domy wyglądały na stare, podzielone na różnorakie mieszkania. Ciężko powiedzieć, jakiego koloru była łuszcząca się farba. Wszystko bledło w odcieniach szarości. Kilka budynków miało umiejscowione interesy na pierwszym piętrze- obskurny bar z pomalowanymi na czarno oknami, zaopatrzony duchowo sklep z neonowymi dłońmi, świecącymi dopasowanie na drzwiach, salon tatuażu i ośrodek opieki z kawałkiem taśmy która sklejała połamane okno frontowe. Nigdzie w środku nie było żadnych lamp, mimo, że na zewnątrz było tak ponuro, że ludzie powinni potrzebować światła. W oddali słyszałam niskie, mamroczące głosy, brzmiało to jak odgłosy z TV. Widziałam kilka osób, dwoje czmychało w deszczu, w przeciwnych kierunkach i jeden siedział na ganku szemranego, biura prawniczego i czytał zmokniętą gazetę pogwizdując. Radosny dźwięk nie pasował do otoczenia. Byłam tak otumaniona beztroskim grajkiem, że nie zdałam sobie sprawy, że ten opuszczony budynek stał w miejscu, gdzie powinna być ulica, której szukałam. Nie było żadnych numerów na tym wyniszczonym budynku, ale salon tatuażu miał numer o dwa mniejszy. Zatrzymałam się i przez chwilę siedziałam bezczynnie. Planowałam wejść do tego śmietnika tą czy inną drogą, ale jak to zrobić by gwiżdżący facet mnie nie zauważył? Mogłabym zaparkować na następnej ulicy i wejść od tyłu... Ale może być więcej świadków po tamtej stronie. Może przez dachy? Czy było na to wystarczająco ciemno na takie rzeczy? - Hej, panienko – zawołał mnie gwiżdżący facet. Odsunęłam okno od strony pasażera, tak, by móc go słyszeć. Mężczyzna zostawił swoją gazetę, a teraz gdy mogłam go lepiej zobaczyć, jego ubranie mnie zaskoczyło. Pod szmaciany prochowcem, był zbyt dobrze ubrany. Nie było bryzy, by pomogła mi wyczuć zapach, ale jego ciemna, czerwona koszula, wyglądała na jedwabną. Zmierzwione, czarne włosy były poplątane i dzikie, ale jego cera była idealnie gładka a zęby białe i proste. Kontrast. - Może nie powinna pani tu parkować samochodu – powiedział. - Może go tu nie być, gdy pani wróci. - Dzięki za ostrzeżenie. – powiedziałam. Wyłączyłam silnik i wysiadłam. Może mój gwiżdżący przyjaciel udzieli mi odpowiedzi na kilka pytań i obejdzie się bez włamywania. Otworzyłam moją wielką, szarą parasolkę - nie żebym się przejmowała stanem długiej, kaszmirowej sukienki, którą miałam na sobie. Tak po prostu zachowałaby się człowiek. Mężczyzna zmrużył oczy w deszczu i gdy zobaczył moją twarz, wytrzeszczył oczy. Przełknął ślinę i słyszałam jego przyśpieszone bicie serca, gdy podeszłam. - Szukam kogoś – zaczęłam. - Jestem kimś - zaoferował się z uśmiechem. - Co mogę dla Ciebie zrobić, piękna? - Jesteś J. Jenksem? – zapytałam. - Oh - powiedział, a wyraz jego twarzy zamienił się z oczekiwania w zrozumienie. Wstał i zmierzył mnie wzrokiem. - Dlaczego szukasz J.? - To moja sprawa. - Poza tym, nie miałam pojęcia. - Ty jesteś J.? - Nie. Przez dłuższą chwilę, mierzyliśmy się wzrokiem, z góry na dół prześwietlał mój perłowoszary płaszcz. Nie wyglądasz jak powszechny klient. - Prawdopodobnie nie jestem zwyczajnym klientem- zgodziłam się. - Ale muszę się zobaczyć z nim jak najszybciej. - Nie wiem co mam zrobić - przyznał. - Czemu nie powiesz jak masz na imię? Uśmiechnął się szeroko. - Max. - Miło Cię poznać, Max. Teraz, powiedz mi, co robisz dla zwykłych klientów? Jego szeroki uśmiech, zastąpiła niezadowolona mina. - Powszechni klienci J’a nie wyglądają tak jak Ty. Ludzie Twojego pokoju nie korzystają z biur pod miastem. Kierujecie się wprost do luksusowych biur w drapaczach chmur. Powtórzyłam adres, który miałam, przygotowując listę pytań. - Tak, to to miejsce - odpowiedział, po czym zapytał podejrzliwie. - Dlaczego tam nie pojechałaś? - Ten adres dostałam z niezawodnego źródła - Gdybyś szukała czegoś dobrego, nie byłoby Cię tutaj Zacisnęłam usta. Nigdy nie byłam dobra w blefowaniu, ale Alice nie pozostawiła mi zbyt wielu alternatyw. - Może, nie szukam niczego dobrego. Twarz Maxa skruszała. - Słuchaj paniusiu... - Bella. - Dobrze. Bella. Słuchaj, potrzebuję tej pracy. J. bardzo dobrze mi płaci, za to tylko, że zwykle siedzę sobie tutaj cały dzień. Chcę Ci pomóc, naprawdę, ale - mówię oczywiście hipotetycznie, zgoda? Czy cokolwiek Ci tam pasuje. Ale jeśli kogoś w to wciągnę, a ta osoba będzie miała później przez to problemy- wylecę z pracy. Rozumiemy się? Myślałam przez chwilę, przegryzając wargę. - Nigdy nie widziałeś tu nikogo takiego jak ja? Nikogo podobnego? Moja siostra jest ode mnie dużo niższa i ma krótkie, czarne, wywinięte włosy. - J. zna Twoją siostrę? - Tak mi się wydaję. Max zadumał się przez chwilę. Uśmiechnęłam się do niego a on wyjąkał. - Powiem Ci co zrobię. Zadzwonię do J.’a i opiszę mu Ciebie. Niech on podejmie decyzję. Co wiedział J. Jenks? Czy mój opis, coś mu mówił? To mogło nie wystarczyć . - Nazywam się Cullen - powiedziałam Maxowi, zastanawiać się czy to czasem, nie za dużo informacji. Alice zaczęła mnie irytować. Naprawdę musiałam wiedzieć tak niewiele? Nie mogą przekazać mi jednego, dwóch słów więcej... - Cullen, zapamiętałem. Patrzyłam jak starannie wykręca numer. Cóż, mogłabym zadzwonić do J. Jenks’a , jeśli to nie zadziała. - Hej J. Tu Max. Wiem, że nie powinienem dzwonić do Ciebie pod ten numer, chyba, że jest to nagły wypadek... - A jest to nagły wypadek? – w końcu usłyszałam głos po drugiej stronie. - Cóż, nie zupełnie. Jest tu dziewczyna, która chcę się z Tobą zobaczyć... To nie jest nagły wypadek. Czemu nie zastosowałeś klasycznej procedury? - Nie posłużyłem się normalną procedurą, bo ona nie jest zwyczajna. Jest z władzy? - Nie... Nie możesz być tego pewien. Wygląda jak z jedna z Kubarevów? - Nie - daj mi powiedzieć dalej, dobrze? Mówi, że znasz jej siostrę, czy coś w tym rodzaju. Nie zwyczajna. Jak ona wygląda? Zmierzył mnie od stóp do głów. - Wygląda jak cholerna supermodelka, oto jak wygląda. Uśmiechnęłam się a on puścił mi oczko, po czym kontynuował. - Fantastyczne ciało, blada jak prześcieradło, długie, prawie do pasa, ciemnobrązowe włosy, potrzebuje porządnie się wyspać- coś z tego brzmi znajomo? Nie. Jestem szczęśliwy, że okazujesz słabość pięknym kobietom. - Taa... jestem naiwny, gdy chodzi o piękności, co w tym złego? Przepraszam, że zawróciłem Ci głowę. Zapominałem się. - Nazwisko – wyszeptałam. - Oh tak, racja. Poczekaj – powiedział Max. - Mówi, że nazywa się Bella Cullen. Pomogło? Nastąpiła głucha cisza, nagle głos po drugiej stronie zaczął krzyczeć, używając słów, które rzadko słyszy się poza stacją dla ciężarówek. Wyraz twarzy Maxa zmienił się, z twarzy zniknął uśmiech, a jego usta pobladły. - Bo nie zapytałeś! – wykrzyknął spanikowany Max. Nastąpiła kolejna pauza, kiedy J. dochodził do siebie. Piękna i blada? Zapytał, już spokojniej J. - Przed chwilą to powiedziałem, czyż nie? Piękna i blada? Co ten facet wiedział o wampirach? Czy był jednym z nas? Nie byłam przygotowana na taki rodzaj konfrontacji. Zazgrzytałam zębami. W co ta Alice mnie wplątała? Max czekał chwilę, gdy inny głos, pokrzykując, znieważał go i instruował, spojrzał na mnie ze wzrokiem pełnym przerażenia. - Ale spotykasz się z ludźmi z miasta tylko w czwartki... Ok, ok! Już się robi. Rozłączył się. - Chce się ze mną widzieć? – zapytałam łagodnie. Max groźnie się na mnie spojrzał. - Powinnaś mi powiedzieć, że jesteś klientem priorytetowym. - Nie wiedziałam, że jestem. - Myślałem, że możesz być gliną - przyznał. Chodzi mi o to, nie wyglądasz jak glina. Ale zachowujesz się dziwnie, piękna. Wzruszyłam ramionami. - Handel narkotykami? –zgadywał. - Kto? Ja? – zapytałam. - Taa, Ty albo Twój chłopak czy cokolwiek. - Nie, wybacz. Nie jestem fanką narkotyków, tak samo mój mąż. Nic z tych rzeczy. Max przeklął. - Mężatka. Nie dajesz odetchnąć. Uśmiechnęłam się. - Mafia? - Nie. - Przemyt diamentów? - Proszę Cię! Takimi sprawami się zazwyczaj zajmujesz, Max? Może potrzebujesz nowej pracy. Muszę przyznać, że dobrze się bawiłam. Nie miałam kontaktu w ludźmi, poza Sue i Charliem. Bawiły mnie jego nieudolne starania. Byłam też zadowolona z tego, z jaką łatwością przychodziło mi nie zabijanie go. - Musisz być zamieszana w coś dużego. I złego. - zamyślił się. - To nie do końca tak. - Wszyscy tak mówią. Ale komu innemu potrzebne są papiery? Albo, powinienem powiedzieć kogo stać by płacić za nie J’owi. To i tak nie moja sprawa. – powiedział, po czym znów wymamrotał słowo mężatka. Dał mi zupełnie nowy adres ze szczegółowymi instrukcjami, po czym patrzył jak odjeżdżam, oczami pełnymi podejrzeń i żalu. W tym momencie byłam gotowa na prawie wszystko – na rodzaj nowoczesnej kryjówki w stylu czarnego charakteru z Jamesa Bonda. Więc myślałam, że Max podał mi zły adres, by poddać mnie testowi. Albo, może kryjówka była w podziemiu, poniżej znajomego deptaku naprzeciw leśnego wzgórza w przyjemnym, rodzinnym sąsiedztwie. Wyjechałam w wolne miejsce i spojrzałam na wyrafinowany znak : JASON SCOTT - PEŁNOMOCNIK PRAWNY. Biuro w środku było beżowe z selerowo zielonymi akcentami, niewinnie i neutralnie. Nie było czuć wampirzej woni, co pozwoliło mi się zrelaksować. Nic prócz nieznanego ludzkiego zapachu. Rybny tank wisiał na ścianie a słodka i ładna blond recepcjonistka siedziała za biurkiem. - Witam – przywitała mnie. - W czym mogę pomóc? - Jestem tu by zobaczyć się z Panem Scottem. - Jest pani umówiona? - Nie do końca. Uśmiechnęła się głupawo. - To może chwilę potrwać. Może pani usiądzie, kiedy ja... April! Domagający się, męski głos skrzeczał z telefonu, na biurku. Oczekuję niedługo Pani Cullen. Uśmiechnęłam się i wskazałam na siebie. Przyślij ją natychmiast. Rozumiesz? Nie obchodzi mnie, że nie jest umówiona. Oprócz zniecierpliwienia, słyszałam coś jeszcze w jego głosie - stres, nerwy. - Właśnie przyjechała - powiedziała April, tak szybko jak tylko umiała. Co? Przyślij ją! Na co czekasz? − Już się robi, Panie Scott! - Wstała na równe nogi, ręce jej się trzęsły, gdy pokazywała mi drogę wzdłuż krótkiego korytarza, zaproponowała mi kawę, czy cokolwiek na co miałabym ochotę. - Proszę - powiedziała otwierając mi drzwi do głównego gabinetu, z biurkiem z ciężkiego drewna i waniliowymi ścianami. - Zamknij za sobą drzwi - zażądał tenorowy głos. Przeglądałam się mężczyźnie za biurkiem, kiedy April pośpiesznie się wycofała. Był niski i łysiejący, z wydatnym brzuchem, prawdopodobnie około pięćdziesiątki. Miał na sobie czerwony, jedwabny krawat, koszulę w biało niebieskie paski, a jego marynarska marynarka wisiała na krześle. Trząsł się, był chorobliwie blady, pot spływał mu po czole. J. poprawił się i niepewnie wstał z krzesła. Uniósł rękę zza biurka. - Pani Cullen. Cóż za zaszczyt. Uścisnęłam mu dłoń szybko, skrzywił się delikatnie przez dotyk mojej zimnej skóry, ale nie wydawał się być tym zaskoczony. - Pan Jenks. Czy może woli pan - Scott? Znów się skrzywił. - Cokolwiek sobie życzysz, oczywiście. - Możesz będziesz mówił do mnie Bella, a ja do Ciebie J.? - Niczym starzy przyjaciele - zgodził się, wycierając chusteczką pot z czoła. Wskazał mi krzesło, bym mogła usiąść. - Muszę spytać, czy w końcu spotykam uroczą żonę Pana Jaspera? Rozważałam to przez chwilę. Więc, ten człowiek znał Jaspera, nie Alice. Znał i bał się go. - Właściwie, jego bratowa. Zacisnął wagi, jakby chwytał te pojęcia, tak kurczowo jak ja. - Ufam, że Pan Jasper cieszy się dobrym zdrowiem? – zapytał ostrożnie. To wyjaśniało zmieszanie J’a. Pokiwał głową i splótł palce. - Tak więc, powinnaś przyjść od razu do głównego gabinetu. Moi asystenci tutaj posłaliby Cię od razu do mnie, nie ma sensu przechodzić przez mało gościnne kanały. Przytaknęłam. Nie byłam pewna, dlaczego Alice podała mi ten adres do getta. - No ale, jesteś już tutaj. W czym mogę Ci pomóc? - Dokumenty - powiedziałam, tak jakbym wiedziała, o czym mówię. - Oczywiście - J. zgodził się natychmiast. - Mówimy o aktach urodzenia, aktach zgonu, prawach jazdy, paszportach, kartach zdrowia…? Wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się. Byłam dłużna Maxowi. I wtedy mój uśmiech zniknął. Alice wysłała mnie tu nie bez powodu i byłam pewna, że chodziło o ochronę Renesmee. Jej ostatni prezent dla mnie. Jedyna rzecz, jaką wiedziała, że będę potrzebować. Jedyny powód, dla którego Renesmee potrzebowałaby podrobionych dokumentów, byłby gdyby musiała uciekać. A stałoby się tak, gdybyśmy przegrali. Gdyby miała uciekać ze mną i Edwardem, nie potrzebowałaby tych dokumentów natychmiast. Byłam pewna, że zdobycie przez Edwarda dowodów osobistych, nie byłoby problemem. I byłam pewna, że umiałby uciekać i bez ich. Przebiegłby z nią tysiące mil. Przepłynąłby ocean. Gdybyśmy byli z nią, by ją ratować. Ta cała dyskrecja była po to, by nie dotarło to do myśli Edwarda. Bo było wysokie prawdopodobieństwo, że wszystko to, co wie Edward, wie też Aro. Gdybyśmy przegrali, Aro wyciągnąłby wszystkie informacje jakich pragnął, zanim zabiłby Edwarda. Tak podejrzewałam. Nie możemy wygrać. Ale możemy spróbować zabić Demetriego, zanim sami zginiemy, dając Renesmee szansę ucieczki. Moje serce było jak otoczak w klatce piersiowej - rozbity ciężar. Wszystkie moje nadzieje wyblakły niczym słońce za mgłą. Kogo w to wciągnę? Charliego? Był takim bezbronnym człowiekiem. I jak dostarczę mu Renesmee? Nie będzie go w pobliżu walki. I tak zostaje jedna osoba. Tak naprawdę, nigdy nie było nikogo innego. Przemyślałam to wszystko tak szybko, że J. nawet nie zauważył mojej pauzy. - Dwa akty urodzenia, dwa paszporty, jedno prawo jazdy - powiedziałam wyważonym głosem. Jeśli zauważył zmianę w moim zachowaniu, udawał, że nic takiego się nie stało. - Nazwiska? - Jacob…Wolfe (Wolf - Wilk). I... Vanessa Wolfe. - Wydawało się, że Nessie to w sam raz pseudonim dla Vanessy. Jacob wkurzy się na Wolfe’a. Wypisał szybko na bloku papieru.- Drugie imiona? - Wpisz obojętnie co. - Jak wolisz. Wiek? - 27 dla mężczyzny i 5 dla dziewczynki. Jacob to pociągnie. Był bestią. A biorąc pod uwagę przyrost Renesmee, lepiej, że mierzyłam wysoko. Mógłby być jej ojczymem... - Potrzebuję zdjęć, jeśli chcesz bym wykończył dokumenty- powiedział J., wtrącając się w moje myśli. - Pan Jasper, zwykle chciał wykańczać je sam. Cóż, to tłumaczyło, dlaczego J. nie wiedział jak wygląda Alice. - Poczekaj - powiedziałam. To było szczęście. Miałam kilka rodzinnych zdjęć w portfelu i jedno idealne - Jacob trzymający Renesmee na schodach - miało zaledwie miesiąc. Alice dala mi je kilka dni przed... Oh, chyba szczęście, nie było w to jednak zamieszane. Alice wiedziała, że będę miła to zdjęcie. Może nawet miała jaką mglistą wizję, że będę go potrzebowała, zanim jeszcze mi je dała. - Proszę. J. przyglądał się zdjęciu przez chwilę. - Twoja córka, jest do Ciebie bardzo podobna. Sprężyłam się. - Jest bardziej podobna do ojca. - Nie jest nim ten mężczyzna. - Dotknął twarzy Jacoba. Zwężyłam oczy, nowe krople potu pojawiły się na czole J’a. - Nie. To jest bliski przyjaciel rodziny. - Wybacz mi - wymamrotał a jego długopis znów poszedł w ruch. - Na kiedy potrzebujesz dokumenty? - Mogę dostać je za tydzień? - To duży pośpiech. To będzie kosztowało podwójnie - ale wybacz mi. Zapomniałem z kim rozmawiam. Oczywiste było, że znał Jaspera. - Po prostu podaj sumę. Nie zdecydował się wypowiedzieć cenę na głos, ale byłam przekonana, że wiedział, że gdy chodziło o Jaspera, pieniądze nie grały. Nawet nie biorąc pod rozwagę ilość kont bankowych na całym świecie, które Cullenowie mieli przypisane na różne nazwiska. Tych pieniędzy było tyle, że można by za nie utrzymać mały kraj przez dekadę. Przypominało mi to setki haczyków na ryby, jakie Charlie miał w każdej szafce. Wątpię, czy ktokolwiek zauważy brak sumy, jaką przygotowałam sobie na dzisiaj. J. napisał cenę na końcu kartki. Pokiwałam spokojnie. Miałam nawet więcej przy sobie. Otworzyłam swoją torbę i wyjęłam odpowiednią sumę pieniędzy- miałam wszystko w papierze, popakowane w pliki po pięć tysięcy, więc wyjęcie ich zajęło dużo czasu. - Proszę. - Ah, Bello, nie musisz dawać mi całej sumy od razu. Możesz dać mi drugą połową, po otrzymaniu wszystkich dokumentów. Uśmiechnęłam się do zdenerwowanego mężczyzny. - Ależ ufam Ci, J. Poza tym, dam Ci bonus - drugie tyle, kiedy otrzymam dokumenty. - Nie ma takiej potrzeby, zapewniam Cię. - Nie martw się tym. - Nie mogłam ich wziąć ze sobą. - Więc spotykamy się za tydzień w tym samym miejscu, o tej samej porze? Zasmucił się. - Właściwie, wolę dokonywać transakcji w miejscach nie związanych z moim różnorodnymi biznesami. - Oczywiście. Na pewno nie robię tego w sposób, jakiego oczekujesz. - Przyzwyczaiłem się nie mieć żadnych oczekiwań, gdy chodzi o rodzinę Cullenów. Wykrzywił usta, po czym doprowadził swoją twarz do porządku. - Może spotkamy się o ósmej, dokładnie za tydzień w The Pacifico? Jest to nad Jeziorem Union, jedzenie jest wyśmienite. - Idealnie. - Nie, żebym towarzyszyła mu przy obiedzie. Wstałam i znów uścisnęłam mu dłoń. Tym razem się nie skrzywił. Ale wydawało się, że czymś się martwi. Przygryzł wargę. - Będziesz miał problemy z ostatecznym terminem? - zapytałam. - Co? - uniósł głowę, by odpowiedzieć na moje pytanie. - Ostateczny termin? Oh, nie. Nie ma obaw. Na pewno, będę miał dokumenty na czas. Miło byłoby mieć ze sobą Edwarda, wtedy wiedziałabym, czym tak naprawdę martwi się J. Westchnęłam. Posiadanie sekretów przed Edwardem było wystarczająco złe ale bycie z dala od niego to było już za wiele. - W takim razie do zobaczenia za tydzień. tłumaczenie: Natalia 34. Zadeklarowani Zanim zdążyłam wysiąść, usłyszałam muzykę. Edward nie grał od nocy, w której wyjechała Alice. Zatrzasnęłam drzwi od samochodu, słuchając jednocześnie, jak piosenka zatacza teraz koło i zmienia się w moją kołysankę. Edward witał mnie w domu. Powoli wyciągnęłam Renesmee – śpiącą po całym tym dniu – z wozu. Jacob został u Charliego – powiedział, że zamierza zabrać się do domu wraz z Sue. Zastanawiałam się, czy wypełniając swój umysł błahostkami, nie próbował wyrzucić z niego wspomnienia wyrazu twarzy, jaki miałam, przechodząc przez drzwi Charliego. Gdy tak szłam powoli w stronę domu Cullenów, zauważyłam, że nadzieja i otucha, które zdawały się tworzyć niemal widzialną aurę wokół dużego, białego budynku, należały do mnie, również tego ranka. Poczułam się dziwnie. Słuchając, jak Edward gra dla mnie, znowu zachciało mi się płakać. Jednak wzięłam się w garść. Nie chciałam, by był podejrzliwy. Gdybym mogła jakoś pomóc, nie zostawiłabym w