...

Tom II - Prawdziwe oblicze

by przygody-sary-jane

on

Report

Category:

Documents

Download: 0

Comment: 0

212

views

Comments

Description

II tom Przygód Sary Jane na papierze.
Download Tom II - Prawdziwe oblicze

Transcript

Przygody Sary Jane Tom II – Prawdziwe oblicze Autor: Łukasz Skórko Poznań, 2013 Tytuł oryginału: Przygody Sary Jane. Tom II – Prawdziwe oblicze Text © Copyright by Łukasz Skórko Poznań 2013  © Copyright for Characters, places and names by BBC United Kingdom, 2007 Projekt okładki: Maciej Gorzelańczyk Ilustracja na okładce: BBC, Maciej Gorzelańczyk Korekta: Maciej Gorzelańczyk Książka służy w celach reklamowych i promocyjnych. Wspierana jest przez akcję „Poland loves Sarah Jane”, stronę przygodysaryjane.cba.pl oraz fanpage „Przygody Sary Jane” na Facebook’u. Podziękowania Maćkowi, za pomoc w zrealizowaniu marzeń tak wielu fanów tego cudownego serialu! Od teraz dalsze przygody bohaterów są przelane na papier… Autor ROZDZIAŁ I - Jak mogliście mnie tak zawieść! – okrzyk dziwnej postaci zakrólował nad widownią. – Wy i ta wasza nędzna umiejętność łapania szczeniaków! Ostatnia szansa! Macie zniszczyć Układ Słoneczny, jeśli wam się nie uda – KONIEC z wami. Żegnam! Wkrótce czarna postać zniknęła w nicości… *** - Nie, to niemożliwe! Jak to? – Luke ciągle nie mógł pojąć tego, że Doktor, jego przyjaciel – jest jego ojcem – Skąd pewność? Powiedz, skąd? - Luke, sam nie miałem pewności. Wiele czasu poświęciłem na badanie tego tematu. Zbadałem wszystko, co się dało. I to kilka razy! Nie, badania się nie mylą. - Czyli… jak mam do ciebie mówić? Tato? - Wybierz, co uważasz za słuszne, synu. Po chwili Doktor rozpłynął się w powietrzu. Luke przez chwilę stał i wpatrywał się w chmurę dymu przed sobą. Po chwili i ona opadła, a po jego ojcu zostało tylko powietrze. Wrócił wolnym krokiem do domu. Wszyscy świętowali zwycięstwo nad Slitheenami. Gdy przyszedł czekał na niego właśnie kawałek jego ulubionej pizzy. Minął go jednak z niechęcią i skierował się do kuchni. Zerknął na tylne drzwi i wyszedł przez nie. Znalazł się w ogrodzie. Usiadł na ławce i rozmyślał nad tym, czego się właśnie dowiedział. - Jak to możliwe? Kiedy… przecież stworzyli mnie Baenowie… Nie rozumiem… - szeptał. - Mogę Ci to wyjaśnić – usłyszał głos. Na ławce, koło niego, znalazł się właśnie Doktor. - Jeśli tylko chcesz znać prawdę, jestem gotów Ci ją zdradzić. - Ty się mnie pytasz? Mów od razu! – trochę po chamsku odrzekł Luke. - Jak wolisz. Od wieków toczyłem bitwy, walki i wojny z rodem Baen’ów. Podczas jednej z walk niepostrzeżenie wzięli próbkę mojej krwi, wkłuwając we mnie specjalnie do tego przeznaczoną broń. Na początku nie pojąłem tego. Potem z tej krwi stworzyli Ciebie. - Ale mogli mnie stworzyć i bez tej krwi! - Wbrew pozorom nie mogli. Niestety. Baenowie mogą stworzyć ciało. Niestety krew – pozostaje niemożliwa do stworzenia. Musieli więc pobrać próbkę od kogoś idealnego, kogoś, kto nie choruje, nie śni… Rozumiesz. Byłem idealnym celem. Stworzyli ciało a potem wstrzyknęli w nie próbkę mojej krwi. Czyli jesteś moim synem. - To… nie wierzę. - Wiem, że trudno w to uwierzyć. Jesteś teraz pół człowiekiem i pół-władcą czasu. Mam dla Ciebie wiadomość, która może Cię nieco pocieszyć. - Jaką? - Możesz się regenerować. Ale jedynie 3 razy. - Super… - odparł nieco zrezygnowany chłopiec. - Wiem, że to szok dla Ciebie. Mogę jakoś to Tobie wynagrodzić? W tej chwili Luke poczuł niezwykłą miłość i podziękę do Doktora. W końcu pewnie musiało boleć zabranie z niego krwi. A on pozwolił, aby Luke został stworzony. - Kocham Cię. Tato… - chłopiec odważył się na słowo, którego nigdy nie wypowiadał. Raczej prawie nigdy, ostatni raz powiedział go w przygodzie z Peterem Daltonem, ale już o tym zapomniał… ROZDZIAŁ II W wielkiej sali zjawiła się nagle dziwna postać. Popatrzyła w kierunku innej postaci i szepnęła: - Coraz gorzej… bardzo źle. Inna odpowiedziała: - Co się stało? - Ten chłopiec przestał mieć koszmary. Zaczynam się martwić. - To rzeczywiście pech. Trzeba ustalić przyczynę. - Zrobiłem to. - I? - Przyczyną jest… - TAK? - Doktor… - Wiedziałem! Wiedziałem! – zaczęła wrzeszczeć jedna z postaci waląc pięściami w ścianę. – Jak można to zmienić? - Jest jeden sposób. - Jaki? - Jeden z nich musi umrzeć. Jedna z postaci (najwyraźniej szef) podrapał się po czymś, co chyba było głową. Następnie uderzył w wielki czerwony przycisk przy drzwiach do komnaty. Od razu przy nim zjawiło się dziesięciu żołnierzy. Byli dobrze uzbrojeni. W najnowszą międzygalaktyczną broń laserową. - Słyszeliście? Macie to wykonać. Slitheeni wam pomogą. Mają u mnie dług. A wy – marsz do roboty. Albo Doktor albo ten jego ohydny synek ma zginąć. Jak najszybciej! Armia (składająca się z dziesięciu Sontarianinów i pięćdziesięciu Slitheenów) wyruszyła pośpiesznie w kierunku statku kosmicznego. W komnacie znowu można było dojrzeć tylko dwie sylwetki. - Zapraszam Cię na herbatkę – szepnął Trickster. - Z wielką uprzejmością… - odpowiedział Człowiek z Koszmaru i obaj skierowali się ku drzwiom. *** Luke rzeczywiście cieszył się ostatnio idealnym zdrowiem. Nie śnił koszmarów, miał dobry nastrój, a co najlepsze – sypiał całymi nocami… Nawet nauka nie stała teraz na pierwszym miejscu. Doktor odwiedzał go teraz niemal codziennie. Chłopiec nauczył ojca gry w piłkę nożną, oraz pokazał swoje zabawki, podręczniki oraz zdjęcia. Mieli sobie tyle do powiedzenia! Luke cieszył się jeszcze bardziej, gdy dowiedział się, że w weekend będzie mógł skorzystać z TARDIS. Tak! Będzie mógł nią kierować. (Co prawda, jedynie pod nadzorem Doktora, ale to nie miało teraz dla niego żadnego znaczenia.) Jeśli kiedyś odliczał dni do ważnych wydarzeń, teraz odliczał do soboty godziny! W piątek wieczorem był podekscytowany jak nigdy w życiu. Już jutro miała go czekać wędrówka w czasie i przestrzeni z jego nowym ojcem… Położył się wygodnie i przymknął oczy. Długo jeszcze rozmyślał. Cieszył się, że Sara Jane i przyjaciele tak serdecznie przyjęli tę wiadomość. Już zasypiał, gdy poczuł łagodny podmuch wiatru. Czyżby koszmary znów do niego wracały? Nagle usłyszał świst. Coś jakby odgłos broni laserowej. Szybko otworzył oczy i ujrzał przed sobą portal oraz kilku Sontarianinów. - Chodź z nami, młodzieńcze. Nadszedł twój czas. Luke pomyślał, że to sztuczka Doktora, żeby sprawdzić jego odwagę, więc zdecydowanym krokiem wszedł do portalu. Gdy ujrzał przed sobą hordę Slitheenów z bronią i siecią, zaczął żałować swego czynu. Siatka mocno go uścisnęła. Nie mógł wcale się poruszyć. Zdawało mu się, że widzi czyjąś twarz. Ale czyją? Jego mózg nie zafiksował tego, ponieważ wkrótce Luke zasnął. *** Po pobudce ujrzał wokół siebie biel. - No pięknie. Mam przechlapane. Siedział tak sobie i rozmyślał. Był uwięziony. Co prawda, nie miał już na sobie sieci żadne sznury go nie ściskały… Ale jaki sens w życiu, skoro nie widzi niczego prócz nicości? Nagle zobaczył przed sobą coś czarnego. Owa rzecz stawała się coraz większa… Chłopiec zrozumiał więc, że to „coś” się zbliża. Nagle postać się zatrzymała i stanął przed nim Trickster. - Witaj malutki… - podszedł do niego i uścisnął mu twarz nie oszczędzając siły. - Czego chcesz?! – Luke próbował wyrwać się z uścisku. - Och… niczego, zaraz Cię zostawię… Chcę ci tylko powiedzieć, że właśnie uwięziłem cię w wymiarze piątym. Tak. Teoretycznie ludzie w wymiarze piątym mogą się przemieszczać gdzie i kiedy chcą. Ale ty ni masz tej umiejętności. Może ci się uda uciec, ale wiedz, że Sontarianie i Slitheeni strzegą tego miejsca – i nie uciekniesz mi. Po chwili Trickster zniknął, jakby nigdy go tam nie było. Chłopiec zaczął sądzić, że to przemęczenie, i żadnego kosmity tam nie było. Po chwili powieki mu się same zamknęły i po chwili zasnął. ROZDZIAŁ III - Luke! Pora wstawać! Zapomniałeś już o podróży TARDIS? – Sara Jane wycierając ręce ręcznikiem krzyknęła z kuchni. Wiedziała, że zwykle sobotami Luke woli nieco pospać, więc postanowiła go obudzić. Zdawało jej się nieco dziwne, ż Luke, który nie mógł usiedzieć na miejscu w oczekiwaniu na podróż z Doktorem, teraz sobie spokojnie śpi. Kobieta skierowała się ku drzwiom pokoju chłopca. Gdy tam weszła i zobaczyła puste łóżko – przestraszyła się na dobre. Natychmiast pobiegła na strych. - Panie Smith… - nie zdążyła dokończyć polecenia, a Xylok sam się otworzył. - Saro Jane, w nocy zafiksowałem tu aktywność obcych. - Na pewno! Ktoś porwał Luke’a!!! - Tak, to prawdopodobne. W jego pokoju był utworzony portal. Zjawili się tam Sontarianie i Slitheeni. - Znowu te podłe zielone stwory. Mam ich dość! – Sara Jane była naprawdę zła. – Proszę wysłać wiadomości Sky, Rani i Clyde’owi. Natychmiast! Gdy Pan Smith zajmował się pisaniem i wysyłaniem wiadomości, Sara Jane dzwoniła właśnie do dyrektora szkoły Sky. Udało jej się ją usprawiedliwić i odłożyć słuchawkę, gdy w pokoju zjawili się Clani. - Co się stało? Sara Jane opadła na krzesło. Było jej naprawdę słabo. - Luke został porwany. - O Boże… - Rani nie mogła w to uwierzyć. – Kto za tym stoi? - Sontarianie i Slitheeni – pan Smith dodał. - Musimy coś zrobić! – Clyde też zaczął się denerwować. - Zaraz przyjdzie Sky i razem coś wymyślimy. Panie Smith, proszę ustalić, gdzie znajduje się mój syn. Natychmiast! Właśnie na strych wpadła Sky. Podeszła do niej Rani i wszystko szeptem wytłumaczyła. Dziewczyna nie chciała jeszcze bardziej zdenerwować Sarę Jane. - Saro Jane… - zaczął pan Smith – Wygląda mi to na jakąś unię. W porwaniu maczało palce wiele ras kosmitów. Wiemy, że Luke’a porwali Sontarianie i Slitheeni. Ale oni nie mogli go uwięzić tam, gdzie został uwięziony. Twierdzę, że maczał w tym palce również Trickster. - Gdzie jest mój syn?! - W wymiarze piątym… Sara Jane osłupiała. Jak on się stamtąd wydostanie? Oto pytanie. Nagle kobieta spojrzała na Sky. Dopiero teraz dostrzegła coś w stylu amuletu na jej szyi. - Skąd to masz? Najpierw dziewczynka nie zrozumiała, o co jej chodzi, ale po chwili odrzekła: - Ach! O to chodzi… Przychodziła dziś do szkoły taka pani, która robi wisiorki, amulety i naszyjniki własnoręcznie. Kupiłam sobie ten. Ładny, prawda? – i zademonstrowała jak można go otworzyć, a w środku była malutka skrytka. Sara Jane wolała to przemilczeć. Łza zakręciła jej się w oku. Zawróciła się i zbiegła do salonu. *** Luke zaraz po przebudzeniu zaczął trenować. Wiedział, że nie ma szans, ale zawsze mógł spróbować. Starał się zmusić umysł, aby przemieścił go gdzieś. Bardzo usilnie myślał o miejscu trzy kroki przed sobą. Nagle wszystko zaczęło go boleć. Gdy otworzył oczy, stał w miejscu, o którym myślał. - Tak! Udało się. Teraz zaczął myśleć o Bannerman Road. Myślał długo, bardzo długo… Ból przeszywał całe ciało chłopca. Od stóp do głów wszystko go bolało. Zaczął żałować, że zechciał się przemieścić do domu. *** Drużyna zbiegła po schodach zaraz za Sarą Jane. Gdy zbliżyli się do niej – płakała. Pierwszy raz płakała. To było nie do pomyślenia. Gdy ich zobaczyła wybiegła na podwórko. Chciała być sama. Wtedy jej towarzysze postanowili pozostawić ją w pokoju. Poszli więc i usiedli w salonie. Nagle usłyszeli krzyk. Wszyscy wybiegli na podwórko. Tam, przed drzwiami domu leżał Luke. Przy nim siedziała Sara Jane. Clyde natychmiast wziął go na ręce i zaniósł na strych. - Panie Smith, zapraszam. - W czym mogę wam pomóc? - Proszę o szczegółową analizę chłopca! - Sara Jane zjawiła się w pokoju. Clyde położył Luke’a. Rani pobiegła po wodę, a Sky próbowała go obudzić. - Saro Jane, nic nadzwyczajnego nie widzę. Po prostu udało mu się wrócić z piątego wymiaru… - Mówi pan, jakby to nic nie znaczyło. Pani Smith! Tu chodzi o PIĄTY WYMIAR!!! – krzyknęła Rani, która właśnie lała wodę do ust chłopca. *** - Durnie! Mówiłem, że macie go pilnować! – Trickster nigdy tak bardzo się nie denerwował. Slitheeni znów go zawiedli. Ale czemu Sontarianie nie zatrzymali uciekającego chłopca? – Dość tego! Otworzył wielki portal, który pochłonął całą armię. Nareszcie się ich pozbył. Ale pozostawał kolejny kłopot. Trzeba znaleźć tego chłopca. I najlepiej zabić. Ale nie może nikomu ufać. Zrobi to sam. Tylko Człowiek z koszmaru mu pomoże. Właśnie on się zjawił. - O wilku mowa! Właśnie wysłałem tych gówniarzy do nicości. Idę zabić smarkacza własnoręcznie. Nie chcę mieć drugiego Doktora na głowie! Jeden sprawia i tak dużo kłopotu. - Zgadzam się z tobą, mój drogi. Szykujemy atak na pojutrze. Zajdziemy go od tyłu, nic nie zrozumie… *** Luke już wrócił do świata żywych. Powoli przyzwyczajał się do otoczenia. Nawet odbył już podróż TARDIS z Doktorem. Właśnie wracał ulicą do domu, ponieważ Doktor wolał nie zostawiać TARDIS koło domu Sary Jane. Twierdził, że byłoby to zbyt podejrzane. Nagle gdzieś 400 metrów przed sobą ujrzał Sky. - Sky! – zawołał. Jednak ona go nie słyszała. Ruszył więc za nią. Właśnie skręciła do podwórka ich domu. Nagle Luke usłyszał świst i przez chwilę ujrzał przed sobą dwie postacie. Zdawało mu się, że jedna z nich to Człowiek z koszmaru. Jednak po chwili opadł bezwładnie na ziemię. Ból przeciął jego ciało, lecz potem usał. Miał wrażenie, że przeszło po nim stado mrówek. Zrozumiał – zabili go. Nadszedł wreszcie czas, aby kosmici wygrali bitwę. Ale wojnę przegrają! Luke mocno się skupił. Resztkami sił i wiedzy nabytej w wymiarze piątym starał się skupić na wisiorku Sky, która zaraz miała wejść do domu. Nagle wszystko ucichło, a Sky poczuła ciepło wypływające z amuletu… Ciąg dalszy nastąpi… W serii „Przygody Sary Jane” ukazały się również:
Fly UP