System is processing data
Please download to view
...

Kwantologia stosowana 3

by suplement

on

Report

Category:

Science

Download: 10

Comment: 0

958

views

Comments

Description

Download Kwantologia stosowana 3

Transcript

  1. 1. JANUSZ ŁOZOWSKI KWANTOLOGIA STOSOWANA 3 opowiastki filozoficzno-fizyczne dla dzieci dużych i małych copyright © 2015 by Janusz Łozowski wszelkie prawa zastrzeżone ISBN 978-83-932050-5-9 ja.lozowski@gmail.com 1
  2. 2. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 3.1 – Gdzie oni są? Ciężkie czasy, nie ma co. Świat schodzi na psy i w ogóle. Tu się w czasoprzestrzeni coś zadzieje, tam wybuchnie, a bywa, że zatnie po swojemu i ani się ruszy. Ciężkie czasy. W życiorysie kapitalisty również same niedogodności, a to bankowe konta nie chcą się po myśli zapełniać, a to śmierdzące robole tak jakoś krzywo patrzą i związkowo o podwyżkach co rusz wspomną, więc trudno się poruszać bez obstawy i odpowiedniego wyposażenia. Świat zwyczajnie nie rozumie, że taki kierujący swoje kłopoty ma, że się z żoną w sprawie rozwodu nie dogadał, że nowa wybranka kaprysem po sklepach chodzi i kupuje, co jej na oko padnie. Nie, ludzkość taka nieudaczna, że w niedoli współczuć nie potrafi, kłody w ciężkiej i na niwie pracy klasie posiadającej rzuca. Aż przykro to notować i nawet się wyskarżyć nie można. Ciężkie czasy dla zasobnych w pieniężny garb się porobiły, trzeba to szczerze stwierdzić. I nawet długo potwierdzenia tego szukać w przestrzeni nie trzeba, wystarczy odwiedzić prezesa W. Nie ma co ukrywać, prezes wszystkiego doszedł był sam i pracą. To znaczy sam zaganiał do pracy. Wiadomo, zatrudni się trutnia, co to z działaniem na rzecz dobra innego człowieka nie miał do czynienia i nawet nie posmakował wysiłku twórczego, to skutki tego będą dla dóbr prezesa opłakane, prezes o tym wiedział i wie. Dlatego nic na pastwę samodzielności innych nie zostawia, sam dopilnuje, sam tak pryncypialnie potrafi przysolić, że robol się nie zastanawia. Ale jak się nawet zastanawia, to szybko mu się odechciewa, bo prezes w try miga takiego darmozjada za pysk, po pysku – i niech sobie tam w dalekiej okolicy dalej pyszczy. Prezes wie, co robi. Tylko, tak się jakoś ostatnio porobiło na terytorium podległym do władania prezesa, że coś roboli trudno mu nagonić, a i te, co się u niego jakimś tam cudem ostały, nawet te przebąkują o zmianie i o wyprowadzce w inne okolice. Tak to się dzieje nie wiedzieć czemu, co prezesa niebywale dziwi. Tak czule przecież ludzkość szanuje, w potrzebie wspomoże śmieciówką roboczą, nadgodziny daje liczne, a w odpłacie taka niewdzięczność. - Nie ma co, ciężkie czasy nastały w życiu właściciela. Dobrobyt ludzkość męczy, w złe zachowanie mocno kieruje i ku zgubie ogólnej. Słowem, nie jest dobrze. Ale nic to, prezes się w sobie stanowczo zawziął, dalej działania ku pożytkowi chce prowadzić, swoją szlachetność chce pokazywać. I daleko, i szeroko postanowił publiczność o tym powiadomić. Prezes W., trzeba to przyznać, bardzo szeroko akcję werbunkową do roboli nakierował, można powiedzieć, że aż zasięg kosmiczny się w tym załapał. Z rozmachem to poszło. Bo, trzeba wiedzieć, jak już się za coś złapie, to całościowo się z tym zmaga, aż do podstaw, aż do wzmianki w telewizji i miejsca w 2
  3. 3. zestawieniu innych prezesów. W werbowanie roboli agencję konkretną zaangażował, znaczy się kosmiczną. Nie, nie dlatego, że innej nie było pod ręką. Jeżeli tak pomyśleliście, to w błędzie jesteście, z dalekosiężności prezesa to wynikało, z jego przenikliwości. Bo jak w okolicznej okolicy robola trudno złapać na minimalny cenowo plan kontraktowy, to trzeba poskrobać w dalszej rejonizacji. A jak i ta już przebrana przez konkurencję, to najlepiej odpowiednio słowny i radiowy komunikat zredagować, napisać, że tak a tak, że rozwojowa działalność, że zadowolenie, że horyzonty – no i coś tak pięknego a optymistycznego nadawać w dal daleką. I prezes W. tak właśnie zrobił, kosmiczny sygnał puścił, werbunek aż po najdalsze części wszechświata ogłosił na stanowisko. Cóż, ciężkie czasy widać wszędzie zaistniały, bo choć kapitalizm w siłę rośnie, to robolom dostatniej żyć się nie chce. I to pewnie w każdym zakątku kosmosu tak się aktualnie dzieje i wszędzie się tak robolskie pasożytnictwo pleni, bowiem prezes W. na swoją dobroć w odpowiedzi tylko ciszę usłyszał - prezes osobiście się przekonał, że świat jego wybitnego poziomu nie sięga. Nie można powiedzieć, że sygnalizację wolnych etatów pracowniczych prowadził byle jak i po łepkach, nic podobnego. Agencja się dobrze spisała, akcję nadawczą i nasłuchową prowadziła po wszystkich jako tako dostępnych kanałach, a nawet ulotki, gdzie się tylko udało, z informacją rzuciła, zawodowych naganiaczy zatrudniła. Nic. Trzeba uczciwie powiedzieć, że odzew na ogłoszenie był zerowy. Żadna się z dowolnego kierunku pracownicza osobowość nie zgłosiła, żaden się tam robol czy robot spod jasnej czy ciemnej gwiazdy nie zgłosił i chęci wysiłku ku chwale prezesa nie zameldował. Tym to już prezes się mocno zdziwił, aż takiej ciężkiej sytuacji w planach swoich nie uwzględnił. Wydało mu się to niepokojące, a też i mocno podejrzane. Badanie zlecił w temacie, gdzie ci inni są, spytał się nauki oraz tytularnej profesury. Bo w naukowe spojrzenie ufał. Zgłosił się z odpowiedzią taki jeden naukowy. Wyjaśnia, że obecna wiedza dziurawa w sprawie kosmitów, wzory co prawda liczne pisze i prawdopodobieństwo ich zasiedlenia oblicza po przecinku, ale samo liczenie funta niewarte, bo wszystko plus albo minus, a najpewniej i z sufitu. Drugi wyjaśniający na ograniczoną techniczną łączność oraz kłopoty porozumiewawcze zwracał uwagę. Że daleka, że prędkość skończona i że jak wysłać, to wnuki to odbiorą, a może i dopiero po naszym się końcu ktoś odezwie. Słowem, żadnego sensu w wysyłaniu komunikatów w dal kosmiczną nie widział, zwłaszcza że diabli wiedzą, po jakiej mowie będzie się to porozumiewało. Trzeci, taki w sobie filozofujący, doktor czy amator, o wyższości logiki nad praktyką rozpowiadał i dowodził, że nawet jeżeli tam i gdzieś robole się ze swoich legowisk wykluli, to pewne nie jest, w jakiej to kondycji funkcjonuje, biologicznej czy innej, a może też zupełnie nieziemskiej i w porozumieniu i zatrudnieniu same tylko i rozliczne problemy będą. A ponad to, dowodził, pewne nie jest, że im się w ogóle chce na ogłoszenia odpowiadać, bo może popadli tak w stan ogólnie medytacyjny, a może już dawno sobie dali spokój na 3
  4. 4. takie anonse reagować. Bo po cóż z galaktycznym planktonem stykać się i z wróblowatym byle czym dialog prowadzić. Przypadku skrajnej sytuacji też nie wykluczał, że stadium aktywnego oni jeszcze byli nie osiągnęli, że ich świadomość pracownicza w dalekich powijakach i nieodpowiednia do zadań prezesa. - Albo już nieodpowiednia, jako że im coś tam lokalnie w technologii poszło nie tak, a może spadło coś na nich. No i zdolni do świadczenia usług już nie są. Słowem, wszelka słyszalna cisza świadczy, że kosmos jeszcze gotów na szczodrobliwość oferty prezesa nie jest, że trzeba poczekać tak z kilka tysięcy lat, wówczas się może front badawczy zmieni i coś w temacie będzie więcej wiadomo. Nie można powiedzieć, żeby prezes W. zadowoleniem tryskał i żeby w tak zaistniałej sytuacji pogodził się z brakiem robolskiego zbioru pracowniczego. Zwłaszcza że wybranka serca kolejne zakupowe zbytki szaleńczo czyniła. Trzeba szczerze powiedzieć, że prezes nie ustawał w woli werbunku i dalej zlecał akcję po całości częstotliwości i po kanałach. Coś, mówił, przecież się gdzieś w tym wszystkim kryje, gdzieś oni muszą być, na tych tu, żeby ich jasna ciasna, świat się nie kończy. Ale w odruchu pewnej desperacji jeszcze jednego jajogłowca zwerbował w celu objaśnienia, żeby się upewnić w wątpliwościach. Cóż, ciężkie czasy, można powiedzieć, nawet naukowo. Bo tenże się naukowiec zupełnym dziwakiem okazał, choć gadatliwym. Zupełnie się prezesem i jego marzeniami nie przejmował, troski prezesa o plan i pracowniczy zysk pieniężny nie podzielał. Dziwny gość. No bo to, tak mówił, zupełnie nie ma sensu, nijakiego. Wyśle się w kosmiczną otchłań sygnał, powiadomi o lokalizacji i poda warunki w szczegółach, ale to przecież trafi w pustkę. Nie tylko dlatego, że tych innych mało i mniej, jakiś się gdzieś zapewne trafi, może też i chętny do kontaktu, może nawet i gotowy na zapotrzebowanie jakoś odpowiedzieć – tylko że, prezes musi mieć tego świadomość, zanim u niego zadźwięczy sygnał, że jest oferta dialogu, to nas już tutaj nie będzie. Nawet jak ta lokalizacja za najbliższym zakrętem, to i tak nas już nie będzie. Dlaczego, prezes się na to dopytuje, mocno pognębiony. Bo tak się w tym całym kosmicznym śmieciowisku to dzieje, że wszelkie plemiona i robole, że one tylko tu oraz teraz działają. Że można w historii już umieścić mniemanie, że tamci inni tak dowolnie sobie w świecie się pokazują, że splunąć i jaki kosmita się pokaże. Nic podobnego. To ściśle, bardzo ściśle w całości zmian zamieszkuje. - Że, mówiąc inaczej, tylko tak jak my, więc równoległe do nas to się dzieje, i nigdy w innym czasie. Znaczy się, że może się gdzieś w dalekim tam kosmosie i tak zadziać, że ktoś tam zafunkcjonuje rozumnie, ale my się o tym nie dowiemy. Bo ani wcześniej, ani później ten ktoś się tam się wyłonił z niebytu. - A, tak ogólnie mówiąc, to najpewniej nigdzie więcej nikogo nie ma. A nawet jak się to obok dzieje, tylko daleko od nas, jeżeli się i nawet tak samo dzieje, czyli technicznie, to i tak nigdy się o tym nie dowiemy w realności. - Coś tam sobie taka zbiorowość pracująca wyprodukuje, jakieś sygnały czy dobra rzuci w przestrzeń okoliczną i dalszą, jednak tak długo będzie się to snuło pośród gwiazdowego 4
  5. 5. pyłu, że i po nas proch zostanie, a wiadomość tu nie trafi. Tak na moje oko z kilka adresów we wszechświecie jest, gdzie ktoś może by i słowem się odezwał, ale nie więcej. A może żadnego. Trzeba szczerze przyznać, że prezes wiadomościami podbudowany być nie był. I trudno mu się dziwić. On tu chce wdrażać, ruszać pełną parą, szkolić i zatrudniać, plany rozwojowe dalekie snuje, agencje reklamujące wynajmuje i na wszelkie sposoby zachęca, a tu świat mu takie trudności tworzy. Nie dość, że jakieś tam podatki, że różne bzdurne kontrole urzędy nasyłają, że trzeba dbać o wygodę takich i innych darmozjadów, to jeszcze rzeczywistość się taka nieposłuszna dla przedsiębiorcy zrobiła. Nic, tylko współczuć w niedoli, tylko pocieszyć słowem lub czynem. A najlepiej skołataną głowę prezesową zniżką jaką wesprzeć, żeby się dobrze mu rozwijało. Ale czy to tak może się zadziać? Czy wredny świat zrozumie problem prezesa? Czy robol jeden z drugim pogoni się sam do roboty? Nie, w całości i nie. Aż żałość bierze. I jak tu w takich okolicznościach szukać wsparcia w gwiazdach, się na innym ludzie pracowniczym wesprzeć, jak to zrobić, jak go chyba nie ma? A jak nawet jest, to też z tego żadnego pożytku, bo dojazd do firmy na czas się nie zrealizuje. Ech. Nic, tylko sobie spokój ze wszystkim dać, machnąć ręką na pustkę i zająć się swoim życiem, z kapitału żyć. Przyjemności zacząć smakować... Powiedzieć trzeba szczerze, że prezes tak właśnie postąpić planuje i się odgraża. Ale jeszcze chwilowo się wstrzymuje, poczucie stanu wyższego i obowiązku nim włada. Jednak czasy ciężkie są, wszędzie to widać, dla zaradnych już zupełnie ciężkie. Więc nie wiadomo, co to będzie i kiedy prezes się na duchu załamie. Być może jakiś drobny sygnał od innych, jakieś takie "wow", które gotowość do kontaktu by zasygnalizowało, coś tak pociesznego by tu się przydało. Jednak prezes coraz mniej w sprawę inwestuje i nawet coraz mniej w kontakt wierzy. Ech... Jakby był podupadł w zaufaniu do innych, jakby stracił nadzieję, że gdzieś i kiedyś, że w ogóle. Aż przykro na to patrzeć. Ciężkie czasy, nie ma co. I niczego na horyzoncie nie widać. 5
  6. 6. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 3.2 – Szybko, coraz szybciej. ...czekajcie, spokojnie, to można wytłumaczyć. Taka analogia: zależność od poprzedniego pokolenia. Za nieodległy czas formalnie staniecie się dorosłymi. Jedni czekają tej chwili z utęsknieniem, inni obojętni, ale dla wszystkich, tak czy tak, jest to istotny i znaczący moment w życiu. Dlaczego? Ponieważ ustają, a raczej zmieniają swoją postać i natężenie siły, które sterowały na każdym kroku waszymi wyborami. Prawda, to czysto symboliczny fakt, ale przecież coś się zmienia, od tej daty jestem w innej sytuacji. Ma to przełożenie, ma odniesienie na pozornie tak odległy proces, jak wybuchający wszechświat. Rozszerzający się w coraz to większym tempie. Tę analogię warto pociągnąć w detalach, pozwala zrozumieć, co oraz dlaczego zachodzi w układzie, kiedy ustaje nacisk zewnętrzny, jak to się objawia w obserwacji wewnętrznej. A przy okazji, zupełnie i nawiasem, można z tego wyprowadzić wniosek, że i wszechświat jest "zanurzony" w środowisku - że musi być zewnętrzne wobec niego, ale zarazem konieczne środowisko, ponieważ inaczej nie sposób wyjaśnić tu obserwowanych zjawisk. Co się dzieje, kiedy przekraczam graniczną linię, w tym przypadku w postaci umownie zwanej "dorosłością"? Najważniejsze to poczucie, i to dominujące, ale i dojmujące, że "wszystko wolno". Oczywiście w praktyce bardzo szybko się okazuje, że wolno mało i bardzo mało, ale jednak to nie już jest stan poprzedni. Okres "do" tej granicy charakteryzuje się dominacją, zmniejszającą się w miarę dorastania człowieka, ale jednak silną dominacją rodziców; tego nie wolno, a tamto zupełnie zabronione, tylko pojedyncze sprawy można wykonać, znacie to dobrze. Nacisk "pola rodzicielskiego", użyję do opisania tego etapu takiego pojęcia, jest przemożny. Otacza, warunkuje, po prostu takie "pole" decyduje o zakresie swobody osobnika. Stadium początkowe jest całkowicie zdeterminowane, aż po elementy (a stan biologiczny po elementy elementów), tu swobody praktycznie nie ma. Ona się pojawia, jak człowiek nabiera ciała. W sensie dosłownym w otoczeniu się rozpycha, ale i przenośnie, jak zaczyna rozumieć, że ma takie a takie możliwości i prawa. Po prostu sam nabiera sił, a w efekcie może działać na otoczenie i je kształtować. Zaistniałe w środowisku zostawia ślad, mówiąc banalnie. I teraz zasadnicze w tym rozumowaniu pytanie: do jakiego momentu w życiu osobnika, tak namacalnie i fizycznie, działa wspomniane pole rodzicielskie? Macie pomysł na odpowiedź? Nie, nie tak. Do końca, zawsze. Uświadomcie to sobie, nigdy się z tego oddziaływania nie wyzwolicie, zawsze w tym polu pozostaniecie i zawsze będziecie pod jego wpływem. Zaskoczenie? Nie powinno być to zaskakujące. Pomyślcie, reguły, normy, zasady, którymi "karmią" was rodzice, a w szerszym ujęciu społeczeństwo, to zostaje z wami na zawsze, nie 6
  7. 7. sposób przecież bez tego funkcjonować. Oszem, buntujecie się, sam coś jeszcze z tego okresu pamiętam, ale to jest bunt w zakresie i przestrzeni możliwej, coś inaczej się ułoży, do czegoś innego się będzie odwoływało, nowość, ale bez szaleństwa. Bo żadnej wielkiej nowości być nie może. Czy będziecie się buntować przeciwko temu, że trzeba oddychać, że są prawa fizyczne? Zakazu nie ma, ale chyba nie warto próbować, przyznacie. Prawda, może kiedyś to wejdzie do obszaru modyfikacji i będzie można to zmienić, ale nie dziś. Ale jeżeli mówię, że na zawsze pozostaje się w obrębie określanego tak "pola rodzicielskiego", to przecież nie jest tak, że zawsze w równym stopniu, wręcz przeciwnie - i o to w tej analogi w głównym sensie chodzi. Jesteście jeszcze w takim wieku, że większość, bez przypadków losowych, posiada rodziców. Ale zdajecie sobie sprawę, że przychodzi taki moment, kiedy realnie odchodzą. Czyli, weźcie w swojej analizie to pod uwagę, w każdej ewolucji, w każdym procesie wyróżnialnym w świecie, więc zapewne i dla całości wszechświata, w takim przebiegu jest moment, kiedy "poprzednie pokolenie", które w swoim działaniu "otaczało opieką" zaistniały fakt, że to pokolenie schodzi ze sceny. I co? Zauważcie, że ustaje, teraz już radykalnie z działania znika "pole rodzicielskie". Pozostaje w pamięci, jakoś śladowo i marginalnie, na sposób "rwany" działa, ale to nie jest i być nie może działanie odczuwalne. Z momentem zaniku "rodziców" w otoczeniu tworzy się, zaczyna dominować pustka. Jest zapas danych, kultura, nawyki i podobne, to zostaje na zawsze, ale realnego już nacisku nie ma, poprzednie pokolenie odeszło. Rozumiecie? Owszem, nigdy zupełna pustka, bo to niemożliwe, ale nie ma już tej bezpośredniej i "twórczej" aktywności nacisku, który był wcześniej i nie ma tego zewnętrznego formowania ("formatowania"), które tak dalece wpływa na nasze istnienie. Są ciągle i zawsze inne obecne w otoczeniu ewolucje, nacisk nigdy nie spadnie do zera, ale to jest już stan zdecydowanie odmienny, nie tak jednoznacznie powiązany – dlatego jest to zmiana w każdym życiorysie fundamentalnie ważna i zasadnicza. Był okres "do" i jest czas "po". Zauważcie, wyobraźcie sobie, co się dzieje, kiedy nastaje chwila z brakiem oddziaływania "rodzica". Widzicie? Tu, widzicie, jest tak umownie narysowana granica sfery istnienia, a tu wolna przestrzeń – i co? Co się stanie? - Jasne. Jak jest wolny tor "w środowisko" i nic nie hamuje, albo słabo, to następuje, musi nastąpić wybuch. Czy absolutny wybuch? Skąd. Po pierwsze, coś w otoczeniu zawsze i na zawsze pozostaje, więc ogranicza. Ale ważniejsze jest to, co w wewnątrz takiej ewolucji w trakcie wybuchu się znajduje. Czyli to wspomniane dziedzictwo po rodzicach, reguły zmieniania się. Tak na poziomie cielesnym, fizycznym i biologicznym, tak reguły wyższego rzędu, więc normy zachowania i reagowania. To warunkuje, jak dany osobnik "wybucha" w świecie. Jeden, rozumiecie, bez utrwalonych na "beton" norm wybuchnie szybko i spali się błyskawicznie, inny, dla odmiany ukształtowany zgodnie w warunkami świata, ten sobie pożyje czas jakiś. Ale, i tu przechodzę do najważniejszej części tej analogii, ważny i najważniejszy element tego rozumowania jest taki, że trzeba się spytać: kiedy to się dzieje? Chodzi o moment, oczywiście w formule uśrednienia, kiedy następuje to przejście od stanu "dziecięcego" w 7
  8. 8. etap "dorosłości". Powtarzam, chodzi o chwilę pojętą logicznie, w realu to są losowe zdarzenia. Kiedy odchodzą "rodzice"? Macie coś do powiedzenia? Tak, dokładnie - w środku. W połowie życia osobniczego. Spójrzcie na swoje życiowe przypadłości, które już mieliście, ale także te, które będą waszym udziałem. Człowiek to takie coś, co w swojej łepetynie może wyprodukować proces, który nawet się jeszcze nie dokonał. Czyli na bazie zaobserwowanego w otoczeniu, wychodząc z ustalenia, że są obok was istnienia wam podobne, ale w innym już wieku, więc zwrotnie możecie założyć, że i wasze istnienie jakoś w przyszłości potoczy się podobnie. Nie tak samo, to niemożliwe, ale podobnie. Czyli, mówiąc wprost, zestarzejecie się. Co z tego wynika? Że życie osobnicze można podzielić na zasadniczo trzy etapy: dziecko, dorosły, stary. I zawsze tak. Czyli jest taki moment, kiedy na jednym brzegu wrzeszczy "berbeć", i to wy musicie za niego odpowiadać jako rodzic, ale na drugim brzegu wtapia się w tło pokolenie dziadków. Wy jesteście w środku tego zakresu, a jego brzegi to etap wstępny i zstępny. Że to się ciągle zmienia, że się nowość rozpycha i żąda dla siebie miejsca, a dziadkowie odchodzą, to oczywistość, banalna zmiana w toku zachodzenia. Co tu jest najważniejsze? Ten środkowy punkt przejścia. Tym razem opisany nie z uwagi na formalne, jakoś tam uzasadnione osiągnięcie wieku dorosłości, ale fizyczna dorosłość: nikogo już "przed" nami do zaniku nie ma, nic nie hamuje "wybuchu", rozumiecie? Poprzednio, jak wspominałem, póki żyli rodzice, jakiś nacisk był i czasami irytował. A to tego nie robisz dobrze, a już mógłbyś się w czymś porządnym zanurzyć, znacie to doskonale. I sami też również tacy będziecie, to pewne, mówię wam. Póki jest nacisk, choćby taki szczątkowy, "pola rodzicielskiego", nie ma mowy o pełnym, mocno w obserwacji zauważalnym wybuchu – kiedy zostaje przekroczona połowa istnienia ("połowiczny rozpad"), hamulce redukują się praktycznie do stanu zerowego. Z zastrzeżeniami oczywiście, jak wcześniej to w analogii padło, ale to praktycznie zero. Zauważacie zbieżność z obserwacjami kosmologicznymi, z narastaniem tempa zmiany w rozszerzaniu wszechświata? Widzicie powiązanie? Ale ta analogia idzie znaczenie dalej, to nie tylko nakreślenie w obrazie punktów zasadniczych zmiany, ale głębsze zależności. Macie świadomość, że istnieje bezpośrednie połączenie między pokoleniem dziadków a wnuków? Chodzi o to, że wnuczka swoje istnienie wywieść może i musi bezpośrednio od babci. Słyszeliście o tym? Nie, nie o zależność genetyczna tu chodzi, ale o to, że komórka rozrodcza, z której kształtuje się pokolenie wnuków, ta komórka tworzy się już w ciele "babci", dziewczynka rodzi się z pełnym zestawem komórek, które będą później cyklicznie wchodziły na drogę "w środowisko". W tym znaczeniu jest bezpośrednie połączenie między trzema poziomami ewolucji, trzy fale zmian, a funkcjonalnie jedność. Jakie to ma przeniesienie na wszechświat? Zapewne, opierając się na tej analogi, bezpośrednie. Czyli obecny wszechświat nie tylko w "polu rodzicielskim" się kształtował, ale jest powiązany z "polem 8
  9. 9. dziadków", poprzednią generacją. Z tym zastrzeżeniem, że skoro już obecny układ przyspiesza w rozpadzie, to znaczy, że i pokolenie z epoki "dziadków" dawno nie istnieje, ale i "rodzice" to przeszłość oraz czas dokonany. Co dalej? Pytanie nie jest głupie. Znacie te serwowane w mediach i innych publikatorach ujęcia, że wszechświat to się będzie w każdym kierunku rozszerzał, rozszerzał - aż w nieskończoność. Cóż, logika w tym pewna jest, nie ma co zaprzeczać, jednak z fizyką posiada to mało wspólnego. Że do nieskończoności, to prawda. Jak spojrzycie na swoje życie i zajmowanie coraz nowych terenów do obserwacji i penetracji, to też zauważycie, że potrzeba na to coraz więcej energii. Chcecie gdzieś się wybrać na wycieczkę, trzeba środków, nic za darmo, wiadomo. No i nie inaczej we wszechświecie. Jak się rozszerza, to znaczy musi z czegoś czerpać zasoby. Bo chwilowo tak się składa, że nie widać braków w wewnętrznym ciśnieniu. Ciało, wiadomo, generalnie się już rozpada, ale zarazem pozostaje w stabilnej dynamicznej strukturze, bo dostaje zasilanie pokarmem "od spodu". Czym jest zasilacz i jak działa, to może w tej chwili pomińmy, to omówimy przy okazji. Ale jest faktem, że obecnie takie "oddolne" zasilanie biegnie i nawet skutecznie uzupełnia ubytki. Owszem, jeżeli poprowadzić logicznie tor przemieszczania się faktu w takim rozszerzaniu się, poprowadzić tor cząstki, to on musi biec w nieskończoność, inaczej tego się nie da zrobić. Tylko czy, tak w realu, to jest nieskończoność? Czy w dowolnie długim czasie można łatać ubytki w wybuchającym układzie? Odnieście to do ciała, które was unosi, czy można w nieskończoność uzupełniać braki? No nie, aż tak uprzejma ewolucja nie jest, starość dopada człowieka w najmniej miłym momencie, sami się przekonacie. Czyli wszechświat, to co za taki układ się pojmuje, również "za moment" odczuje braki, coś się w nim zatnie lub pomarszczy, jakieś możliwości odpadną. To nie tam i kiedyś się stanie, ale za chwilę. Przyszło nam zaistnieć "w czas środkowy", korzystamy z najlepszej kondycji układu, ale przecież w dziejach to mgnienie oka, już się kończy. Tylko rozmiar struktury sprawia, że dla nas to troszeczkę trwa i możemy o tym sobie tutaj porozmawiać. Wszechświat rozszerza się, i to coraz szybciej. To już wiadome, to już policzone. Wystarczy skierować przyrząd w dowolną stronę nieba i staje się to widoczne. Co istotne, jest to proces, który widać z pozycji od wewnątrz. Czyli widać skutek, a przyczynę trzeba sobie dobudować logicznie. Można powiedzieć, że na szczęście, ponieważ w chwili, kiedy tu dojdzie warstwa zjawisk oznaczających przyczynę, nas już dawno nie będzie. Ale ponieważ reguła zjawisk jest zawsze ta sama oraz biegnie tak samo, to można poznać to, co zadziało się przed naszym zaistnieniem – i to, co będzie po nas. Jedną z metod w tym działaniu jest "zasada analogii", i warto z niej korzystać. Dlatego, wychodząc z tego i tutejszego świata, na bazie fizycznie rozpoznanej, można zbudować obraz wszelakich zjawisk. I teraz ważne pytanie: dlaczego szybciej? Ponieważ wokół brakuje i nigdy już nie będzie czynnika hamującego. Skoro sfera wszechświata przybiera w gabarytach, skoro rośnie średnica układu, to każdy się 9
  10. 10. dziejący fakt, każde tyknięcie zmiany ten stan pogłębia – elementy są coraz dalej. Banalna geometria załatwia sprawę, puchnie, to się rozpada – a jak się rozpada, to coraz szybciej puchnie. Ciekawe i istotne jest w tym procesie to, że każde "tyknięcie" to stan maksymalny i szczyt fali – takiego wcześniej tu nie było, ale i później nie będzie. Każde pokolenie, widzicie, to zmiana, która ma w swojej historii etap początkowy, przechodzi przez środek i ma wówczas najlepsze dopasowanie do otoczenia – oraz etap końcowy, w którym wtapia się w tło. Zawsze jest szczyt, ale chwilowy, bardzo krótkotrwały. Każde pokolenie to szczyt na fali. Skorzystajcie z tego. 10
  11. 11. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 3.3 – Kosmos. No, tego, na ostatniej lekcji było... o Kosmosie. Czyli o wszechświecie w innej terminologii. No, po prawdzie, to co innego, ale tak to się w nauce porobiło, że im kosmos się zmieszał z wszechświatowym faktem i sami nie wiedzą, co jest co. Mówiliśmy o tym. - I ten wszechświat w każdą stronę się rozciąga, no i jakąś tam materią połyskuje, albo też i gdzieś głęboko toto się objawia. A ten, no, kosmos, to dalsze oraz już logiczne. Albo filozoficzne, też mówiliśmy. No i ten wszechświat, tego... w onym kosmosie się znajduje, tutaj się to wszystko zmienia, i w ogóle. A w tym kosmosie, tak jakoś to się dzieje, że się dzieje i dzieje, i nie ma w tym żadnego końca i początku. Mówiliśmy jeszcze, że to już starożytni, tacy Gracy oraz podobni, że się wysilili w pomyślunku, no i ten cały kosmos, co to się nie zaczyna i nie kończy, że oni coś takiego sobie chodząc tam i wszędzie wydumali. Wiadomo, kiedyś to wszystko było lepsze, tata tak mówi. No i oni, ci z greki, znaczy się, takie kosmiczne coś w opisach podali, i tak to już idzie. I my się o tym uczymy. Tata mi mówił, że po cholerę nam to, ale ja nie wiem... No i owym mądralom ze starożytności było wyszło, że to musi się z tego i niczego składać, że nic i coś się dzieje. No i że ten cały kosmos z nieskończoności do wieczności się z takiego elementarnego i atomowego składa. Prawda, atom to już dawno tacy kolejny byli w swoich naukowych narządach rozbili i na kawałki podzielili, ale to nie o to chodzi, tylko o tę, no, abstrakcję. Albo słowne pojęcie, i to właśnie ci z przeszłości wiekowej mieli na uwadze. Bo jak se tak chodzili i te atomowe jednostki ustalali, to przecie wiedzieć nie mogli, że później to się w pył podatomowy rozbije i że to się składać będzie z drobnicy. Oni, te stare greki i podobni, oni nic takiego nie wiedzieli, dla nich to jedynka matematyczna była, taka logiczna atomowa jedynka. A jak to już się historią nazywało, to w szczegółach zupełnie bez znaczenia. No więc ten kosmiczny ciąg logiką jest wypełniony, znaczy się, że porządek ponadczasowy w nim zawsze panuje. Czyli zawsze się dzieje tak samo, a najpewniej matematyczną interpretacją. No i że ten się kosmos już ostatecznym elementem owej logiczności okazuje, że się dalej w poznawaniu rozumne bytowanie żadnym podejściem czy chwytem jakim logicznym nie wypuści. Ja tam nie wiem, może i tak jest, ale to pewne nie jest - mówię, jak było na lekcji mówione. No i ten cały kosmiczny ład logiką przesiąknięty, tu tylko podobno dwa elementy są, tak mówiliśmy. Takie zero jest, czyli nic - takie już zupełne nic. No i takie jakieś coś. Jedynka, znaczy się, takie coś czegoś. Czego, to żeśmy dokładnie nie mówili, bo to mało ważne było widać. No i to nic i to coś się mieszają w nieskończoności, i 11
  12. 12. same są nieskończone, tak mówiliśmy. No i jeszcze w nieskończonym tym całym kosmosie wszystko się przesuwa z miejsca na miejsce, się znaczy rusza, zmiana jest, znaczy się. Jest jakiś fakt, jedynka i podobnie, no i ona się rusza z tego miejsca, gdzie akuratnie się w tej nieskończoności lokuje. A jak się rusza, to od razu jest inna i zupełnie inna okoliczność. Mówiliśmy o tym. No bo jak się taka z czegoś składająca jedynka przesunie, no i też o jedynkę, to robi w onym kosmosie ciekawą sprawę, czyli czas i przestrzeń powołuje do zaistnienia swojego. Płaszczyznę pojęciową, znaczy się. Tylko, mówiliśmy tak, tylko trzy elementy składowe ów kosmos tak w każda nieskończona stronę wyznaczają. Więc to nic i to coś, no i z ruchem to się dzieje. I w efekcie końcowym, ale nigdy i nigdzie w kosmosie się kończącym, z tego się wszystko skończone i po liczne, i po nieskończone wielokrotnie poczyna. Początek logicznie prosty i maksymalnie prosty, mówiliśmy i ja teraz to opowiadam, a końcem z tej logiczności jest nieskończony ciąg przechodzenia jednego w jakoś kolejne, i nieskończenie kolejne. I zawsze w onej bezkresnej kosmiczności wszystko tylko tak i nie inaczej się dzieje, zawsze w jednakiej regule matematycznie sterowanej się to objawia. I zawsze wiecznie się powtarza. Acz nigdy się to samo nie powtarza. Zawsze to inna bytowość cielesna - choć taka sama. No, to sprawa ważna, mówiliśmy o tym. Bo jak to się tak w dowolnie wyznaczonym kierunku rusza, to od razu opisać to można, przecież z jedynki żadnego opisu się nie wyciągnie, ale z przemieszczenia na jedynkowy dystans i owszem. Bo to na takim poziomie poruszenie się w kosmosie dzieje, zero-jedynkowym. I od razy jest możliwość w tym opisywaniu zmianę ruchową wyskalować, co by nauki miały pożytek z tego, i żeby w zegarach można było godzinę ustawić. Jak już taki z naukowcem drugim to zauważą, to ową zmienność mogą sobie linijką i podobnie powierzyć, czas i przestrzeń wyskalują. I jest pożytek, i jest krok dalszy w zrozumieniu. Dziwne to, mówiliśmy o tym, ale tak w tym kosmosie jest, te coś i nic się mieszają z pożytkiem dla całości. Że to proste jest, to w szczegółach nie powiem, ale to prostsze już być nie może. Przecież dalej swoją logiką nie można sięgnąć. I nic prostszego się zmyśleć nie daje. Jak już tak się w to poważnie i z sensem wgryźć, to owo nic i owo coś to ściana i koniec. Czyli koniec myślenia na tym się mieści. Nic i coś, jak z tego wnioskować należy, to koniec kosmosu i w ogóle. No i teraz, tak mówiliśmy jeszcze, jak się to coś w owym nic tak z zawsze do zawsze snuje logicznie i prosto, to wieczność się przez to tworzy, czas absolutny, znaczy się. I przestrzeń absolutna, się znaczy. Podobno fizyczni się na takie coś krzywią, o żądnym tam z absolutnością elemencie gadać nie chcą, ale wiadomo jacy fizyczni są, im wszystko się granicami pokazuje. A ja tam w absolutność też przekonanie mam, tata też. I że to wszystko tutaj trzyma, że taka kosmiczna logiczność tu się we wszystkim pokazuje. Że to fizyczna logiczność, nigdy nie inna, ale logiczność. 12
  13. 13. Bo to tak na właśnie logikę logiczną trzeba opisywać, inaczej się nie daje. Skoro tutaj się to przesuwa i zmiennością wszelaką jakoś pokazuje, skoro nic po horyzont stałego i nieruchawego, to przecie daleko tam, gdzieś w owym kosmicznym i starożytnie pojętym stanie bez kresu i początku, że to kosmiczne całościowe i logiczne musi w sobie stałe być, się żadnością nie zmieniać. Bo jak? Tu się całość zmienia, ale całość ponad ta całością też się będzie zmieniać? To niemożebne, tata mi mówił, a tata wie, co mówi. Jak tu się zmienia i wzajemnie zjada, to tam dalej i wyżej już tak być nie może - się nie da tak w nieskończoną wieczność tej zmienności ciągnąć, bo to absurdem logicznie niestrawnym się odbija, tak to idzie. Musi się w tym logicznym konstrukcie, niechby i w nieskończoności, stałość na jakim tam poziomie analitycznym pokazać, tego prosta logika i w ogóle logika się doprasza. A nawet wymusza, co by się w bezkresie dowodzenia nie zapętlić, albo i zagubić. Tak to idzie. Mówiliśmy o tym, musi być kres dowodzenia, tak w górę, tak w dolne rejony schodząc. Jako na dole, tako i na górze być musi. Czyli na dole jednostka już do niczego nie rozdrabnialna, nic w sobie już więcej mająca - ale takoż i na górze logiki musi się byt jednostką charakteryzujący znaleźć, tak to musi iść. A wszystko między tymi faktami jednostką opisane, to także zawsze i tylko jednostka, też inaczej być nie może. Logika to mówi, prosta logika. Że to będzie skomplikowana i zmieniająca się jednostka, czyli wszechświat taki na przykład, to oczywista oczywistość, zrozumiałość. Ale to zawsze jednostka będzie. I my w niej, też jednostka. No i jak już takie coś się w tej kosmicznej nieskończoności będzie wiecznie przemieszczało, mówiliśmy o tym, to się gdzieś lokalnie i szczegółowo i musowo z innym czymś zderzy. Czyli się zetknie albo zakołuje w parze. Jak to po detalicznym szczególe się dzieje, to w mówieniu nie było wyjaśnione, to ma być na następnej lekcji. Ale w kosmosie to musi zachodzić, czyli się jedno coś z drugim łączyć, w końcu jakoś mogę dziś takie zadziałanie w wypowiedzi opisać. Ale, po prawdzie swojej, takie kosmiczne zespolenie to nie byle co, to skutkami się objawia. I nieskończenie się tak to objawia, też już o tym mówiliśmy. Tu się coś zetknie i światem jakimś dogodnym się w kosmosie objawi, tam się zetknie, ale innym już światem. No i to już niezbyt miły świat będzie, znaczy się nie do zagospodarowania czy wykorzystania. Tata mi mówił, że to może być różnie, że to się wzorami opisuje, że to zbiorowść ogromna jest, takowe światy, się znaczy. Bo ten nasz to taki nietypowy swoją dobrocią on jest, i to mocno nietypowy. Mówiliśmy o tym. Tak, mówiliśmy. Jak już taka nieskończona prosta z inną prostą się w kosmosie przetną, to lokalnie w wieczności się coś zaczyna jakoś cieleśnie dziać. No i jest, no i zaczyna być byt, co to wszystko i w ogóle obserwuje. I nawet wnioski co do tego wyciąga. Czasami i z logiką się to nawet spotyka. Bo to jest tak, mówiliśmy tak, że się w onym bezkresnym kosmosie wszechświat zapala, znaczy wybucha. Lub nie wybucha, bo tata mówił, że to jeszcze pewne nie jest, może się to wybuchowo dzieje, a może inaczej. Nie wiem, to się jednak tak w wieczności dzieje, że skończony element się buduje. Jakiś mniej i 13
  14. 14. więcej, a nawet większy element. No i taki to element się zmienia. Jest tego dużo i bardzo dużo, to w opisywaniu naukowym, co to je laboranci różni robią, wychodzi po detalu. Takie tam w latach lub kilometrach opisy robią. I wychodzi im, że to się kiedyś tam zaczęło, ale bardzo dawno, tego najstarsi nie pamiętają, no i się kiedyś też tam zakończy. - I nikt tego nie zobaczy. Ale tak będzie. Tata mówi, że tak być musi, bo wszystko w tym tu się zaczyna i kończy. I ten wszechświatowy supeł jedynek i zer się rozsupła i nigdy już tak samo się nie zasupła. Że to tak w tym kosmosie raz na nieskończoność. No, ja tam nie wiem, może, ale tata tak mówi. A na lekcji tego nie było, wszechświata dokładnie nie omówiliśmy. Wszechświat podobno w dalszym planie lekcyjnym się znajduje, więc się wyjaśni, jak on w tej kosmicznej nieskończoności się objawia i dlaczego on taki jest i nie inny. Mówiliśmy tylko, że jest, no i to dobrze, że on jest, bo możemy teraz o kosmosie sobie poopowiadać, i w ogóle. Jeszcze mówiliśmy tak - że ten kosmos cały to matematyka zasiedla i logika. Logikę to ja rozumiem, tata też mówi, że to podstawa, że znać trzeba. Ale matematyka mi się nie podoba, wiem, że tamto albo inne można policzyć, dodać lub odjąć, ale mi się podobać jakoś nie podoba. No bo jako to tak, że matematyczne liczby gdzieś sobie tam siedzą, a my je później na lekcji zapisujemy, to mi się dziwaczne w swojej sztuczności wydaje. Tata też mówił, że to głupie i że się tym przejmować nie trzeba. Że to tacy z pustką w głowie powołują w istnienie fizyczne i się swoją nieuwaga logiczna chwalą. Nie wiem, może tak, może nie, ale mi się to nie podoba. Ja w żadne tam takie bezkostne konstrukcje nie wierzę, w fizykę i owszem, ale żeby coś bez podstawy fruwało w każdą stronę, nie, dziękuje, dla mnie to z obszaru przedszkolnego jest. Prawdą jest, ja tam nie bronię w takie zjawy bezfizyczne wierzyć i to głośno wypowiadać, ja tam dopuszczam inną logikę, ale sam się w takie i podobne nie bawię. Kosmos to kosmos, mówiliśmy, coś i nic, i wystarczy. Po co tam jeszcze dalsze umieszczać, komplikować, się w analizy pogmatwane wprzęgać. Prostota na dole, prostota na górze maksymalna, i wystarczy. I się sprawdza logicznie. A później niech sobie te matematyki w świecie dogodnym do takiej kombinatoryki na liczbach się sposobią, niech gryzą świat w poszukiwaniu sensu, się niech starają logikę pokazać i zyski z tego pociągnąć, ja to sobie biorę do serca i akceptuję, mi to nie przeszkadza. - Ale żadnego w poza-świecie wszechświatowym bytu bezcielesnego nie potrzeba, to w analizie zbędny element, do takiego się nie trzeba odnosić. Tak to mówiliśmy, tak ja to mówię. Jest NIC, jest COŚ, jest ruch – i starczy. 14
  15. 15. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 3.4 – Ile istnieje wszechświatów? Jak to ile – nieskończenie wiele. No, może nie do końca. Sprawa, widzicie, aż tak prosto prezentować się nie prezentuje, jest tu pewien haczyk. A nawet i hak, w końcu o nieskończoność biega. Przecież bezkres to takie miejsce, gdzie w detalu może się wszystko zdarzyć... Tak mówią. Że jest jeden, to wiadomo, tego podkreślać nie ma co. To widać, to słuchać, to czuć. Ale czy to już wszystko, czy może dalej jeszcze jakiś w tymże bezkresie się trafi, to pewne nie jest. I nigdy nie będzie w szczegółach pewne. Ale zastanowić się można, okoliczności zbadać możne, no i logicznie i filozoficznie rozwinąć się w boju analitycznym można. A co, nie takie zagadnienia się brało na widelec i je smakowało. Co tam jaki wszechświat w tę czy w druga stronę, skoro sprawa w sobie możliwa do zgłębienia, to warto się wysilić - co sobie żałować. Na początku... Stop! Żadnego początku. Na na tym poziomie analizy nie ma żadnego początku. Kiedy w rozważaniach pojawia się Kosmos, czyli nieskończoność oraz wieczność, a dalej NIC i COŚ i ruch czegoś poprzez nicość – jeżeli rozpatruję zakres poza konkretnym wszechświatem, czyli środowisko do tutejszej fizyki, to żadnego początku ani końca już nie ma, ten zakres zmian podlega Ewolucji, a nie ewolucji. Dobrze, punkt pierwszy jest tym samym zdefiniowany. Kosmos to stan – to logicznie wywiedzione dopełnienie do tutejszej chwilowości i skończoności. Na bazie fizyki, na fundamencie doświadczenia, które wnosi, że wszystko ma swój początek, środek i koniec – na tym się opierając ustalam, że do tutejszego niezbędne jest nieskończone i wieczne procedowanie, żeby uzasadnić ten kawałek podłogi. Inaczej w zaistniałe, u jego zarania, muszę wprowadzić niezwyczajny, może i skrajnie dziwaczny logicznie fakt, który obserwowane zakotwiczył by w istnieniu. Jeżeli warunkiem aktualności tego świata jest stan nieskończony i wieczny, ale zawsze Fizyczny, co podkreślam dla tej tam prawdy i że to żaden tam ten, rozumiecie, dziw abstrakcyjny – gdy u tego tutejszego początku jest logiczna i zborna w sobie krok po kroku reguła i maksymalnie proste elementy tworzące, to nie ma w tym żadnego początku ani końca. Początek i koniec w Kosmosie to przypadłość faktów niższych, choćby takiego "wszechświata", tak to przykładowo opisując. Kosmos, warto powtórzyć – to NIC i COŚ. Oraz zmiana przebiegająca z nieskończoności do nieskończoności. Reszta jest tego pochodną. Dlatego punkt drugi jest następujący. W tymże Kosmosie wspomniane NIC to matematyczne zero, a COŚ kwanty 15
  16. 16. energii, matematyczne jedynki. COŚ w Kosmosie to takie najmniejsze z najmniejszych, do niczego już nie rozdrabnialne. I tego COŚ jest nieskończenie wiele. I jak to COŚ sobie tak pędzi przez NIC, to się lokalnie, jak to w nieskończoności bywa i być musi, losowym rozkładem w jakieś takie tam zapętlenie się zamota. W taki wspomniany wszechświat, jeden, a może i wiele, to do ustalenia w dalszym toku analizy. Pospolitość i Kosmiczna oczywistość. Jak w grę wchodzi bezkres i wieczny ruch, to skutek musi być, nie ma odwołania. Między takimi zaistnieniami to może sobie i nieskończony odcinek zmiany się zadziać, to nie ma znaczenia. Z punktu widzenia zaistniałego bytu, który stwierdzi w swoim badaniu, że jest okolica i on sam – z punktu widzenia kogoś takiego nieskończenie wielki przedział zmiany, to nieskocznie mały przedział; kiedy brak obserwatora, który taki fakt ustali, nie ma tematu – kiedy nie istnieje byt postulujący nieskończoność Kosmosu i wiecznego ruchu, świata nie ma. Tak po prostu. Żeby stwierdzić, że coś jest, musi być to COŚ oraz musi istnieć ten, kto taki fakt wygłosi. Brak którejkolwiek strony w tym działaniu wyklucza samo działanie i każdy wniosek. Punkt trzeci analizy. W tak definiowanym Kosmosie, który jest kwantem i jednostką, ale w formule wewnętrznego podwojenia – w takim zakresie można wyznaczyć pewne analogie do wszechświata. Po co? Żeby ten zakres zrozumieć. Przecież, jako obserwator, na zawsze pozostaję we wnętrzu świata w toku zmiany, świata z początkiem i końcem – to mój "dom"; i to na zawsze. I abstrakcje opisujące ten świat są stąd, i innych nigdy w moim postrzeganiu nie będzie. Muszę z nich korzystać, żeby zakres Kosmosu opisać, bo innych pojęć do tego zadania nie mam. Tutejszym światem zajmować się już nie będę, to stan lokalny w Kosmosie, ale odwoływać się do niego na każdym kroku muszę - to konieczność. To, co dalsze w tej analizie, jest teraz w centrum zagadnienia, jednak to, co było wcześniejsze, to jest fundamentem działania. Zmiana w Kosmosie jest nieskończona i wieczna – a więc zachodzi w swojej skwantowanej rytmice zawsze-ciągle, nie ma początku ani też końca. I nigdy inaczej. Jednak dla mnie - żebym mógł ją zrozumieć - musi podlegać podziałowi na jednostki i etapy. Ale tylko dla mnie, przecież sam proces nic o kwantach i odcinkach nie wie, zmiana się toczy, i dobrze. To w moim logicznym postrzeganiu Fizycznie ciągła zmiana dzieli się na elementy i zbiory tych elementów, dzieli się na fakty i zmianę. Co z tego wynika? Że można znaleźć w Kosmosie analogię do "czasu" i "przestrzeni". A to ma już znaczenie poznawcze. Czyli, jeżeli postrzegam, wyznaczam ruch, zmianę w takim zakresie, to oczywista dla mnie analogią jest tutejszy czas – i tym samym w Kosmosie również mogę przeprowadzić ujęcie zmiany jako kwantowego zdarzenia, zwłaszcza że kwanty jednostkowe, jedynki zmiany, że to jest dokładnie to samo. I dlatego mogę mówić o "czasie absolutnym" – o zmianie zdefiniowanej jako "kwantowe tykanie". Ale nie tylko tak, jeszcze jest jedno odniesienie do pojęć, które w logice opisującej wielkości skrajne istnieje. Przecież "czas" w jego maksymalnym ujęciu to synonim wieczności – zmiana tocząca się 16
  17. 17. nieskończenie to wieczność. Tak po prostu. I dalej – "przestrzeń", tutejsze pojmowanie przestrzeni. Kosmos z jego bezkresem to oczywista i maksymalna analogia do rejestrowanej w okolicy przestrzeni – nieskończoność to "przestrzeń absolutna" i z definicji bez brzegów. Dla mnie, wewnątrz świata z brzegami, to stan logicznie ostateczny, dalej się w analizie nie posunę. Wyjść z wszechświata mogę, z nieskończoności nigdy. I jeszcze dalej. Bo jest suma tych form postrzegania. - Skoro jest analogia "czasu" i "przestrzeni", to złożenie również jest możliwe w opisie Kosmosu. Skoro sprawdza się we wszechświecie, skoro fakty tworzące są te same i reguła jest ta sama, to zmiana przebiegająca poza wszechświatem może i musi być tak samo opisywana. Skala jest znacząco inna, skrajnie maksymalne, ale mechanizm ten sam. Więc i wnioski podobne. Czyli można w nieskończono-wiecznej zmianie wyznaczać przebiegi w formule "czasoprzestrzeni" – łącznej. Podział na składowe takiego zakresu jest uproszczeniem, etapem, który – analogicznie, jak się to działo we wszechświecie – trzeba wcześniej wypracować. A to po to, żeby przejść na łączne, zsumowane postrzeganie tej zmiany. Bo to w ostatecznym ujęciu ma znaczenie. I pomaga odpowiedzieć na przykład, ile jest w Kosmosie światów do tego podobnych – albo zupełnie niepodobnych. Punkt czwarty. Kosmiczny bezkres to nieskończony zbiór jednostek, wspomnianych we wcześniejszym wejściu najmniejszych z najmniejszych. Tak to się z tej analizy wyłania. Czegoś w Kosmosie jest nieskończenie wiele i jest to dopełnione również nieskończonym "zbiorem" NIC. Kosmos ma cechy nieskończoności i wieczności, ale i elementy tworzące także są nieskończone. I teraz można przeprowadzić takie działanie logiczne: połączyć na jednej prostej - jak to w przypadku prostej musi być, biegnącej z nieskończoności w nieskończoność – "nanizać" na tę prostą wszelkie jednostki kwantowe energii. Można tak zrobić? Można. A wręcz nawet trzeba. Dlaczego? Ponieważ to pierwszy ważny krok analizy. Bo co z takiego uszeregowania jednostek na prostej wynika? Fizyka Kosmosu jest taka, że te jedynki oczywiście są rozrzucone losowo i bezładnie, inaczej tego nie można opisać. Tu jedynka czegoś, dalej kolejna – i tak w nieskończoność. A jedynkę czegoś od drugiej tak pojmowanej jedynki dzieli "jedynka" pustki. Najmniej jedynka nic, bo oczywiście druga skrajność jest taka, że nieskończoność. Czym jest "jedynka" NIC? To intuicyjnie łatwo uchwytne, ale jakby nieco trudniej opisywalne. Można ująć to tak: jeżeli kwant czegoś się przemieści o kwant, to opuszczone miejsce jest równoważne tej kwantowej jedynce. I gdyby ponownie ta jedynka znalazła się w tym punkcie, to zapełni do bez reszty. Nieco pokrętne, ale zrozumiałe. No i mam teraz tę prostą z uszeregowanymi od nieskończoności aż do nieskończoności kwantami. Że losowe rozmieszczone, to już nie ma w tej analizie znaczenia – wiadomo Fizyka sobie, logika sobie. Choć jedno z drugiego wynika i jest wzajemne powiązanie. 17
  18. 18. Czym jest taka prosta? I to najciekawsze na tym etapie pytanie. Taka prosta jest ni mniej i ni więcej, ale "stanem chwilowym" czasoprzestrzeni. Dla tego tu wszechświata stanem chwilowym – albo analogicznie dla Kosmosu też absolutnym stanem chwilowym. Czyli najmniejszym z możliwych takiej zmiany "tyknięciem". To sekunda Kosmosu. Jedna prosta jest stanem analogicznym do jednostkowej zmiany, jest najmniejszą zmianą, jaka może zajść. Z oczywistym dopełnieniem, że jest to połączone, jako zawsze fakt niezbędny, z NIC, z pustką. Samej prostej i w bezruchu opisać nie można, jak punktu. Ale jeżeli przemieszczę taki punkt, czy prostą, to zmiana położenia kwantu o kwant – to wnosi najmniejszy zakres i zmiany, i przestrzeni, to jest czasoprzestrzeń. Albo absolutna już czasoprzestrzeń Kosmosu. Zasada jest ta sama, kwant w ruchu, takie zdarzenie wyznacza najmniejsze "tyknięcie". I tworzy, buduje takim rytmem "czasoprzestrzeń". Czyli płaszczyznę. Jeżeli rozpatruję odcinek na prostej, więc w Kosmosie lokalny już wszechświat, ten zakres ma punkt początkowy i końcowy, ale także i środkowy, z mojej perspektywy najważniejszy. I mogę, skutkiem tej zmiany położenia elementów, wyznaczyć rym – czyli skwantować ruch. I to samo, ale już w maksymalnym zakresie, mogę przeprowadzić dla Kosmosu, żadna dziwna procedura – tylko wykorzystanie tego, co mam w otoczeniu, co udało mi się wypracować na temat świata. Ponieważ ten świat jest pochodną, skutkiem Kosmicznej reguły, bo inaczej by nie zaistniał, to nie tylko mam prawo opierać się na analogiach z tego obszaru, ale muszę je wykorzystywać, żeby każdy poziom takiej analizy się ze sobą zgadzał. To proste. Punkt piąty. Mam najmniejsze "tyknięcie" w Kosmicznej Ewolucji – jeden i zero, COŚ i NIC w integralnym, niezbędnym logicznie połączeniu. I mam w bezkresie poprowadzoną prostą, która się kolejnymi punktami w tym Kosmosie przemieszcza. Każdy kwant energii się przemieszcza tak na własną rękę, ale w tym logicznym uporządkowaniu nieskończony zbiór prostej również się przemieszcza o kwant. I co? I jest tenże ruch nieskończonym z zasady. W nieskończoności nie ma zahamowania, nie ma momentu zatrzymania – jest co najwyżej chwilowe zapętlenie w jakiś byt, w "odcinek" bytujący na prostej. A to oznacza, że jeżeli prosta nieskończona będzie, na przykład na rysunku, wyznaczona z góry do dołu - to przesunięcie jej o kwant w bok, czyli prostopadle, że to rozpocznie, tyknięcie po tyknięciu, w Kosmicznym bezkresie budować płaszczyznę. Proste. Sumowanie się w nieskończoności stanów chwilowych buduje, wyznacza płaszczyznę. I nic innego. A czym jest taka płaszczyzna? Oczywiście wiecznością. Nieskończoność jest stanem chwilowym, ale to zarazem bezkres, więc nieskończoność absolutna – jedna i jedyna, innej przecież nie ma. Ale ruch w takim nieskończonym zakresie, złożenie wszelkich stanów chwilowych Kosmosu, to buduje nieskończoność potencjalną, czyli w tym tu odniesieniu wieczność. Nieskończoność to "przestrzeń", wieczność to "czas". 18
  19. 19. Punkt szósty. Czy Kosmos to płaszczyzna? W ujęciu logicznym – tak. Ale w ujęciu Fizycznym – nie. Skoro Kosmos to nieskończoność, to symbolizującą taką zmianę także nieskończoną płaszczyznę można "zamknąć" w sferę – skoro Fizycznie w tak pojmanym zakresie rozkład elementów jest wszechkierunkowy i bez wyróżnionego faktu, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taką płaszczyznę "styknąć" brzegami i zbudować nieskończoną sferę. Dla wygody opisu i zrozumienia – ale i dlatego, że tak można. Co to daje? Obraz zmiany, którą można opisać jako kołową. Coś się będzie działo jako fakt pierwszy w moim ujęciu, coś będzie punktem środkowym, coś końcowym. Wieczny obrót w nieskończoności tym samym dla mnie nabiera cech i staje się rozpoznawalny, definiowalny – a i nawet policzalny. Fizyka Kosmosu nic o takim działaniu nie wie i niczego takiego nie stosuje, ale dla mnie taki zabieg jest bardzo, ale to bardzo koniecznym – inaczej tego nie zrozumiem. Inaczej tej jedności nie przeniknę. Podział jest mój i dla mnie, w moich, stąd i teraz abstrakcjach – jednak może i musi posłużyć do opisu zawsze i wszędzie. Dlatego musi być przeprowadzony. W tym kołowym ujęciu - dla mnie rzeczywiście w obrazie przypomina to "kołowrót" – nie ma Fizycznie wyróżnionego miejsca, wszystkie są równie istotne, bowiem składają się na całość. Ale mój podział na etapy takiego wiecznego "obrotu", to wnosi owe istotne z punktu widzenia obserwatora momenty i mniej ważne. Bo przecież i tutaj te wyróżniające się możliwością zaistnienia struktur chwile będą. Jak jest losowość rozmieszczenia, to skutkiem tego musi być "okresowe" w zmianie mniej lub bardziej dogodne chwile, coś się zbiegnie dość prosto – albo odwrotnie, trudno. Ale jest też pewna konstatacja tego ruchu "po kole" - że nawet jak po jednej stronie proces się kończy, to symetrycznie do niego się zaczyna tworzyć dopełnienie, że nie ma nigdy stanu braku. Albo że jest ogromna wyrwa w procesie. To niemożliwe. Nieskończoność tego Kosmicznego zakresu jest zapełniona dokładnie nieskończoną ilością kwantów, ani mniej, ani więcej. A to oznacza, że jest to wielkość absolutna, najściślej wyznaczona – jedyna taka wartość. Wszelakie inne są zawsze przybliżeniem, nieostre, rozmyte. Nieskończoność to stan maksymalny i jednoznaczny – i nie można tego inaczej rozumieć bez popadnięcia w sprzeczności. Owe wszelkie "dziwy" nieskończone skutecznie zagospodarowuje wieczność, natomiast nieskończoność to jedność i jedyność. Czyli również w bezkresie Kosmosu jest maksymalne zbiegnięcie się elementów i maksymalne rozproszenie – i w każdym, w każdym punkcie tej kołowej zmiany jest to w równowadze. I dlatego, jak jeden etap się kończy, to po drugiej stronie - która Fizycznie może być wszak tuż obok - buduje się dopełnienie. I nigdy niczego nie brakuje. To w końcu nieskończoność-wieczność Ewolucji. Punkt siódmy. Kosmos można więc opisywać z poziomu jednostki – i jednostki. Raz 19
  20. 20. z poziomu kwantu logicznego, najmniejszego z najmniejszych, a raz z poziomu kwantu logicznego - największego z największych. Czyli w formule "wszechświata". Na każdym poziomie analizy jest kwant oraz zbiór kwantów – a co więcej, rytm zmiany w obu zakresach jest taki sam, ten sam. I fundamentalnie prosty. "Na dole" jest niepodzielne i najmniejsze, "na górze" jest największe z możliwych, ale rytmika zmiany tych kwantów jest ta sama. Dlaczego to istotne? Ponieważ jeżeli chcę ustalić - a co najmniej zgrubnie określić – ile istnieje wszechświatów, to muszę działanie odnieść raz do stanu chwilowego, a raz do wieczności; zależnie od tego, na czym się w analizie skoncentruje, od tego zależy wynik. I raz będzie skromny, liczebnie ograniczony – a raz nieskończony, bo wówczas wieczność wejdzie w opis. Nieskończoność chwilowa zawiera w sobie nieskończoną ilość jedynek kantowych, ale wytworzyć może w sobie skończoną liczbę wszechświatów, ale ponieważ przebiega to w formule wiecznej zmiany, tym samym kolejne przemieszczenia kwantów mogą budować kolejne byty w liczbie nieskończonej. Przy okazji, ponieważ wiąże się to z powyższym. Owszem, ustalenie, że przez punkt można przeprowadzić nieskończoną liczbę prostych - to jest oczywistość. Ale z istotnym ograniczeniem, które nie może być przeprowadzone w geometrii: nie jednocześnie. Przez punkt może w trakcie Ewolucji przejść nieskończenie wiele kwantów, ale one tu są następczo, nie jednocześnie. Dlatego w jednej nieskończoności w tym samym miejscu może znajdować się nieskończenie wiele zdarzeń – bo są względem siebie w przesunięciu. W przesunięciu co najmniej o jednostkę zmiany. Proste. Punkt ósmy. Ile istnieje wszechświatów? Jak to ile? To zależy od tego, co się obserwatorowi podsunie do liczenia. Jeżeli ograniczy się do fizyki i tutejszych wniosków, to jeden. Chwilowo zaistniały i już wiadomo, że skończony w czasie i przestrzeni. - Ale jeżeli byt poznający w analizowaniu się rozpędzi, jeżeli z wzorów nie wyrzuci różnorakich nieskończoności, bo są pozornie niepotrzebne, to sobie liczbę tych zdatnych do zamieszkania światów zwiększy też o nieskończoność. Z tym istotnym dalej zastrzeżeniem, że to jeszcze zależy. Bo jeżeli zacznie opisywać Kosmos poprzez stan chwilowy, to się mu w liczeniu pokaże skromna reprezentacja wszechświatowa, a i z niej do zamieszkania będzie tylko kilka - może i jeden nawet. W końcu i na poziomie nieskończonego-wiecznego kołowania jest środek zmiany, środek Ewolucji. Coś przed środkiem może być znośne do zbudowania bytu, ale najpewniej – jeżeli w ogóle – pojawi się takie myślące i działające coś w środku. Przecież dopiero wszechświat dopełniony z każdego kierunku jest tym najlepszym, najsymetryczniejszym, a więc zdatnym do zaistnienia skomplikowanych struktur, które momentalnie się nie rozpadają. Jeżeli natomiast opis będzie na zasadzie, że w nieskończoności to można wszystko, a nawet więcej – to efektem musi być zliczanie tej nieskończoności w kolejnych stanach chwilowych, więc w wieczności. No i skutek jest łatwy do podania: nieskończoność bytów, bezkresna liczba światów, zaiste kosmiczne liczby w opisie. I na końcu jest 20
  21. 21. zdumienie, zaskoczenie – a i emocjonalne pomieszanie, że to się w tym Kosmosie tak dzieje. Jak się wejdzie w procedurę zliczania ze zmieszaniem pojęciowym, na wyjściu musi być brak granic. O ile ma to ograniczone znaczenia w zakresie wszechświata, o tyle Kosmos w jego zmianie bez takiego rozróżnienia jest niepoznawalny. I efekt zaskakuje. Że niepotrzebnie – w tym punkcie to już chyba oczywistość. Prawda? Nieskończoność-wieczność to ja. 21
  22. 22. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 3.5 – Cząstki elementarne. Wiecie, ja tam nic przeciwko szkole nie mam, instytucja nawet tam jakoś potrzebna. Rodzicielskość musi zarabiać na jednym i drugim, i kolejnym etacie, to trzeba gdzieś bachory przechować w godzinach dziennych - żeby się nie szwendały bez celu. W takiej potrzebie to szkolny budynek za okolicznościowe więzienie może robić. Wszystko oczywiste, nawet i akceptowalne pokoleniowo. Tylko, widzicie, problem w tym jest, że w tej szkole trafiają się tacy, co to gdzieś tam, zapewne w słusznie minionym czasie, w tej innej społecznej dziejowości, że oni wówczas jakoś tak się rolą i pedagogiką przejęli, że teraz chcę pilnowanych czegoś nauczyć. Że to ze szkodą dla delikatnych osobowości, że to może przynieść coś w osobniczej przyszłości złego, taki belfer z drugą nauczycielką, a i dyrektorem placówki na dokładkę, oni w swoim zapale nauczania tego pod uwagę nie biorą. Bo to wyjdzie taki nauczony do świata i się po nim rozejrzy, no i stwierdzi, że świat to zupełnie coś tak innego od podręcznika, że trudno się w nim poruszać. Lektury może i generalnie ciekawe były, oprócz tych nieciekawych - może i palce do matematyki były przydatne, ale obecnie się to mniej sprawdza. W realności bowiem chodzi o smykałkę do interesu, a nie zdolności we wzorach, i tak dalej. Słowem, nie ma co kryć, że nauczanie szkolne dalekie od lokalnego zapotrzebowania produkcyjnego, że tylko dziatwie szkodę robi. Mało życiowe zasoby pod oczy i umysłowość podsuwa, horyzonty otwiera. A nawet wrażliwość wyrabia. A to błąd. Wiecie, ja tam szkoły generalnie nie krytykuję, mówiłem, że swoje zasługi placówka posiada, tylko że nie na każdym kierunku tak się to dobrze dzieje. Szczególnie na uważanie trzeba mieć fizyczny i podobnie rzeczywisty zakres. Niby niczego tu w młodej osobowości i umysłowości zepsuć nie da, niby kierownictwo szkodliwość takiego i analogicznego nauczania już dawno zauważyło i profilaktycznie się z eksponowania tego przedmiotu wycofało na rzecz aktualnie wielce potrzebnego duchowego kształtowania przez osoby uduchowione, ale w tej i owej jeszcze szkolnej placówce, chyba przez niedopatrzenie i inne zaniedbania - no że tam się fizyka ostała. No i jest problem, i to spory. Bo przyjdzie sobie taki on, albo taka ona, na lekcje z fizykiem, a może i fizyczką w roli głównej. I co? I przyjdzie na tej fizycznej lekcji, na ten przykład, zagadnienie elementarne. Czyli będzie się pokazywało obecnym i jeszcze nieuśpionym, że są cząstki, że one w świecie całym są. No i że one są elementarne. Taka, wiecie, się w te młode umysłowości przesączy informacja, że to wszystko, tak od dołu do góry, składa się z cząstek. Że co prawda atom starożytny i podobne to przeszłość, ale że, tak czy owak, to zbudowane z faktów elementarnych. No i jest problem, powiem ja wam. Duży problem. 22
  23. 23. Niby, zgoda, spojrzeć tu, spojrzeć tam, wszędzie jakaś składowa w tym jest, jedynka albo podobnie. Tylko że, sami zważcie, jak to w szczegółach poszturchać, to każda taka jednostka okazuje się nieco inna w budowie. A nawet mocno inna. Bo okazuje się, to przede wszystkim, że to żadna tam i elementarna cząstka, że to złożenie. Tu już niby fizyk w swoim przyrządzie lub zderzaczu wykryje, że to fakt, że złota cząstka do niczego tam nie redukowalna, a za chwilę już mu się kłopot we wzorach pokazuje i w poprzedniej jedynce świata wielość kolejnych jedynek widzi. A jak nawet nie widzi, to postuluje, bo inaczej to mu się zgadzać w tych przeliczeniach nie chce. No i jest problem. Taki mianowicie problem - czy jest jakaś w tym dzieleniu świata, w tym dolnym zakresie elementarna jednostka, czy jej nie ma? Można w nieskończoność drobić rzeczywistość, czy nie? Fakt, zagadnienie po prawdzie mało istotne, w szkole można się nim zbytnio nie kłopotać i dziatwie, jeżeli chce słuchać, o takim czym opowiadać. Nawet przy okazji mówić, że to cegiełki świata, że się z tego nasza cielesność składa i wszelka. Można tak robić, ale po co, przecież wiadomo, że za chwilę kolejne zderzenie elementów się objawi dalszym, czyli głębszym poziomem i że znów trzeba będzie o elementarnym czymś uczyć. Lepiej od razu powiedzieć, że niczego w ten deseń nie ma, że fizycznie i eksperymentalnie żadnego jednego i ostatniego się nie chwyci. Gonić można, a jak, ale się nigdy nie dogoni. Bo takiej jedynki nie ma. Czy to oznacza, że zupełnie jedynki wszystkiego nie ma? No, nie, i jeszcze raz nie. Ja niczego takiego nie powiedziałem i nigdy takoż nie powiem. Jedynka jest i być musi. Tylko że poza fizyką. Trzeba wiedzieć i tak tego w szkole uczyć, że fizyka, że badanie w realu, w zakresie dostępnym, że takie działanie nigdy nie może się poziomu elementarnego dopracować, to niemożliwe. Ani teraz, ani w dowolnym czasie. Fizyczny może drobić i drobić, coraz większe siły do poznawania zaprzęgać, pomyślunek wysilać budową sprzętu, jednak i tak na zawsze pozostaje się w strefie zbiorów i tylko zbiorów. Na zawsze, powtarzam. Bo fizyka, jako taka, to fakt złożony, wszelkie fakty rejestrowane w dowolny sposób przez naukę zwaną fizyką - tak rejestrowane fakty są złożeniem. To wewnętrzny, więc daleki od dna świata poziom - to suma faktów, nigdy fakt jednostkowy. Ale to zarazem nie oznacza, że nie ma takiego ostatniego, takiego już fundamentalnego – jak najbardziej jest. I musi być. Bo nie ma w działaniu rozdrabniającym ciągu nieskończonego, on się kończy. W tym tylko jednak sęk, że się kończy w analizie logicznej, kiedy na pojęciach się to prowadzi – kiedy opisuje to Fizyka. Albo w innym nazwaniu filozofia. Banalny fizyk tego zakresu w żaden sposób się nie dopracuje, i musi mieć tego świadomość; dobroduszny i zarazem łatwowierny w otoczenie fizyk, cóż - żadnego pewnego elementu nie złapie, ponieważ go nie ma. Badania oczywiście trzeba prowadzić, nakłady ponosić, drobić aż po kres możliwości danego czasu i przestrzeni. Ale po co od razu tak szeroko rozpowiadać, że cząstek elementarnych się szuka - po co to zaraz w modele i tabelki, podobno ostateczne, zestawiać, szkolne i 23
  24. 24. pozaszkolne społeczeństwo mamić, że już, że za chwilę się to całe i wszelkie rozpozna, kiedy to nieprawda. Kiedy to błąd logiczny i myślowy. To błąd, którego nawet nie chce skorygować ustalenie, że jest taka graniczna prędkość świata, że nic i nigdzie się szybciej ruszać po świecie nie rusza. Jakoś tak z tego oczywistego faktu nikt wiedzy nie wyprowadza, że to prędkość nie przemieszczania się, ale tempo tworzenia się oznacza. Że to największa, fizycznie obserwowalna w realu zmiana, że to szybkość zbieganie się w jednostkę elementów, tych niżej leżących elementów. Fotom się buduje, osiąga stan całej jednostki i pełni – i dopiero takie coś może podać, przenieść fakt dalej. To nie foton wędruje przez wszechświat, ale nacisk, fala w trakcie zmiany. I w ramach tej fali, w każdym jej punkcie, foton w kolejny foton się buduje, i to oznacza przeniesienie sygnału. Nie jednostka pędzi, ale zdolność budowania się jednostek. Im większa konstrukcja, tym wolniej taka fala się przemieszcza, tym większej liczby elementów składowych się w nią musi zbiec. Bo i każda taka cząstka w ciele się buduje, i całość. A to trwa. Wszechświat, tak zwany "wszechświat", to nie pustka przetykana tu i tam czymś materialnym, atomem czy fotonem. To maksymalnie - i to maksymalnie zapchana struktura. Tu ciągle jeszcze wewnątrz nie ma pustki więcej niż na jednostkę. I dlatego jest ruch, i dlatego się fala może przemieszczać. I dlatego może się coś w duże i większe, no i mierzalne struktury budować. - To oczywiście za chwilę zmieni się, za moment w dziejach tej konstrukcji ubytki przewyższą dziury i możliwości łatania, jednak to jeszcze trochę potrwa i pozwoli na obserwacje. Tylko że to nastąpi, i to nieodległe. Układ, to już w każdą stronę widać, wybucha - a ten wybuch jeszcze przyspiesza. Przestańcie wy wszyscy nauczać te biedne dzieci, że jakieś cząstki czy podobne zaludniają rzeczywistość. Trzeba im powiedzieć prawdę, że to wszystko, co się jakoś tam daje obserwować, to wytrącona, na podobieństwo osadu wytrącona w ramach wszechświata materialna, ale zawsze na moment tak zaistniała "cząstka". Że, tak naprawdę, to w głębokim rozumieniu chwilowa, dynamiczna, a przede wszystkim cały czas zmieniająca się konstrukcja energetyczna. Pobiera elementy z otoczenia i się buduje, ale i traci. Jeżeli więcej pobiera, to się cieleśnie rozpycha w świecie, a jak więcej traci, to zanika. Każde ciało, każdy fizyczny fakt to dwie linie procesu, wypadkowa tworzy to, co widać. Jesteśmy bytami na samym dnie, albom górze, jak kto woli. Żyjemy w najgłębszym punkcie rzeczywistości, ciśnie na nas cały wszechświat i jego elementy – i to z każdej strony. Jesteśmy jak te stwory na głębinie, które nic o tym wielkim nacisku nie wiedzą, ponieważ to ich całe istnienie warunkuje – widzimy i wyróżniamy to, co się tu pokazuje, czyli wytrąca osadem, ale to dalece nie wszystko. Dalece ważniejsze jest to, czego w takim, właśnie fizycznym ujęciu żadnym sposobem pokazać nie może. Ważniejszy jest "ocean" i jego falowanie, bo to jego przemiany są tu warunkiem wszelkich zmian. I nas, jako faktów. Ważniejszy jest "wirtualny" ocean, który otacza wszelkie materialne i rozbudowane 24
  25. 25. fakty, jak to, co w pobieżnym i powierzchownym oglądzie widać jako materię czy promieniowanie. To wepchnięte, zepchnięte na ten nasz poziom elementy, to stanowi nas i nas buduje – żyjemy na dnie, na płaskim dnie rzeczywistości. I warto sobie z tego zdać sprawę. Problem tylko w tym, że ten wirtualny dla nas ocena jest zakresem głównym i najważniejszym. I, tak naprawdę, to ten podprogowy stan jest realnością, a wszystkie "osady" chwilowe i nietrwałe. Procesy Fizyczne należy opisać i rozumieć odwrotnie: od najbardziej małych i stałych, po najbardziej skomplikowane i nietrwałe. Czyli po nas samych. Na koniec analizy rzeczywistości okazuje się, że ważniejsze jest w całości tło, tak niepozorne i lekceważone, najczęściej pomijane w badaniu tło. Na koniec okazuje się, że wszystko, co wystaje z tego tła, co tak rzuca się w oczy i przyrządy, to tutaj tylko na chwilę i zaraz zniknie – wyrosło "z grzybni" tła, rozejrzało się dalej i bliżej, czasami nawet o faktach pomyślało, no i zanika, wtapia się ponownie we wszechświatowe, tudzież w kosmiczne tło. Wyłoniło się z nieskończoności i wraca do nieskończoności. Ech... i że to było raz jedyny w tejże nieskończonej wieczności... Dajcie więc spokój już z tymi cząstkami, faktami, bytami – przecie to wszystko złudzenie. To wszystko zbiór elementów w trakcie zmian i zawsze chwilowy w tej formule. Przestańcie powtarzać, że można w badaniu złapać coś ostatecznego, że trzeba się tylko silnie napiąć i zebrać, a będzie element. Nie będzie. Nie ma żadnego elementu. Żadnej jednostki fizycznie w badaniu być nie może. Świat to zmiana, dopasowanie się, ewolucja w trakcie zachodzenia. Po co mącić dziatwie poglądy jakimiś stałymi i jednostkami, przecież sami widzą, że niczego stałego nie ma. Się zatrudnią na umowę zlecenie, to ich szybko ze stałości widzenia i doznawania otoczenia wytrąci zwolnienie – się nauczą, że jest jaki tam dogmat, to przy najbliższym zakręcie dziejowym się tego tak w całości odechce. No, chyba że szkoleni tak będą niemądrze, że się tego dogmatu uchwycą na zabój. Ale świat ich wówczas z tej błędnej i złej hipotezy szybko wyprowadzi. Znaczy się poza rzeczywistość i w całości wykasuje. Trzeba dziatwę nauczyć jednego: że jest zmiana i że świat to fakt w ciągłej odmianie. No i tego, żeby mieli oczy szeroko na wszystko otwarte. Bo za zakrętem może czaić się niespodziewane. Jeżeli taką wiedzę wyniosą ze szkolnego budynku i systemu, to w zupełności im na dalszą drogę starczy, poradzą sobie. A cząstki elementarne? Cóż, to już historia. 25
  26. 26. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 3.6 – Osobliwość niejedno ma imię. Najlepiej być średniakiem. Takie, widzicie, prawo ewolucyjne jest. Może ono i mało efektowne, może swoją zawartością nieciekawe na pierwsze oko – ale jest. No i wszechświatowa zmiana je na każdym kroku preferuje. Bo, dajmy na to, taki mikry. Wiadomo, coś takiego podskakuje i się rzuca, ale na boisku toto pokopią po kostkach albo i wyżej. A jak się wnerwią, to i konusem nazwą – albo i gorzej. Czasami takiemu z ambicji ślina cieknie, łokciami się w zbiorowości rozpycha, nawet do stanowisk z tego przerostu dochodzi, ale przecież i tak wie, że na niego inni z góry patrzą, uwagi robią, nawet i celowo czy przez nieuwagę spluną. Słowem, żadna przyjemność być maluchem. A duży? Też nie inaczej, również się głową w autobusie po suficie obija, nogi gdzieś daleko w dole się snują i nie wiadomo, w co się włazi. No i w ogóle końcówki cielesne jakieś takie niezgrabne są u takiego i jakby samoistne w przemieszczaniu. Słowem, duża ciałem i gabarytem ewolucja to żadna tam przyjemność. Ale najgorzej, widzicie, mają byty w sobie rozrosłe, takie w jedną stronę rozrosłe, w drugą, a nawet w każdą. Takie, co to grubasem w podwórkowej mowie się określa. Nagromadzi taki w sobie byt zapasów kwantowej energii, zajmuje siedzenie w pojeździe albo dwa, obficie się poci, sapie na chodach, w ogóle ciężko idzie i źle funkcjonuje w każdym wymiarze. Słowem, przykrość na to patrzeć. Prawda, sprawiedliwie trzeba opis uzupełnić, że taka olbrzymia, w sobie obficie ciałem obrosła ewolucja, to rzadko z zachcenia tak w tą energetyczną nadmiarowość popadła, że to zrządzenie losowe oraz przypadek. Że tak się w okolicy ewolucyjnej porobiło, tak wirowało kwantami – że olbrzym teraz się kręci albo i nadolbrzym. A to, też wiadomo, nic dobrego tej nadmiernej konstrukcji nie wróży. To się szybko dzieje i wybuchowo się dzieje. Słowem, widzicie, średniactwo w ewolucji jest najlepsze. Powiecie, że to tylko tak chwilowo, że lokalnie, że dawniej aż tak nie było, bo i zasobów do skonsumowania nie było. Powiecie, że się rozpędziłem w stanowieniu reguły. A nie, zupełnie i nie. Na ten przykład spójrzcie w górę i światową dal czasową oraz przestrzenną, w te tam gwiazdowe układy spójrzcie i się przyjrzyjcie. I jak, widzicie? Jak jaka wielka w sobie taka gwiazdowość, jak napakowana energia, to od razu wiadomo, że długo w swoim świeceniu nie pociągnie. A i koniec też ma spektakularny, można powiedzieć, że wybuchowy. A nawet, że osobliwy. Jak taki się olbrzymi bączek kręci, to się zaraz rozleci, w siebie się głęboko zapadnie, a nadmiarowość prochem i pyłem po okolicy się rozejdzie. Taka, widzicie, czarna dziura w czasoprzestrzeni z takiego bytu z nadwagą zostaje. I dużo tego jest w każdym kierunku. 26
  27. 27. Ale powyższe to tak ogólnie i na rozgrzewkę, dla wprowadzenia oraz pokazania związku między gabarytami a szansą na istnienie. I nie o ten element układanki gwiazdowej tu chodzi. Pytanie, widzicie, w temacie jest ważniejsze: czy czarny dół, taka osobliwość w ewolucji - czy to jednostka czy zbiór? Powiecie, że to pytanie z gatunku niedorzecznych i odlotowych, że przecież badanie, że obserwacja, że wzorki – że wszystko podtyka w sposób oczywisty zbiór i że tylko zbiór. Jaka galaktyka albo nawet i lokalne zgrupowanie czegoś, tam się osobliwość pokazuje, mimo że jej nie widać. A ja wam na to powiem, że wasza racja i owszem jest – ale ona taka w sobie połowiczna; że wasza racja fizycznie pełna, ale mimo tego dalej jednostronna i niepełna. Spójrzcie tak, jest "twarz"? Jest. A jest każdorazowo inna? Jest. I z tego, widzicie, wynika szersze ustalenie. Że jest "czarna dziura", osobliwość znaczy się – i że jest takiego czegoś konkretne i fizyczne w formie zbioru rozłożenie w świecie. Jest logiczna jednostka, która realizuje się fizycznie zbiorem. I zawsze tak. Rozumiecie? A co więcej, osobliwość to nie tylko zapaść, to nie tylko czerń i horyzont zdarzeń – ale i druga postać brzegu: maksymalne oddalenie elementów od siebie. Jest osobliwość maksymalnego zbiegnięcia, tu w formule "czarnej dziury", ale jest i osobliwość rozbiegnięcia, a więc "chmura kwantów". Z jednej strony logicznie ustalam w zmianie kierunek do zapaści, z drugiej kierunek do rozproszenia – a zakres pomiędzy to to wszystko, co można tak czy owak zaobserwować. Rozumiecie? W takiej analitycznej procedurze trzeba wyjść od stanu zero, czyli pierwszej w nieskończoności Kosmosu zarysowanej sfery, wytworzonej warstwy kwantowej. Zaistniała jako skutek nacisku zewnętrznego. I zmienia się kwantowo, według reguły. Czyli pierwszym stanem jest maksymalne oddalenie jednostek, które tworzą zbiór w postaci wszechświata. A raczej na taki moment jest to dopiero "zadatek", który może przekształcić się w wszechświat z jego rytmem zmian. Proces w sensie logicznym rozpoczyna się stanem maksymalnego, ale już wspólnego istnienia elementów składowych. W maksymalnie logicznym sensie, gdzie wchodzi w grę nieskończoność, w takim ujęciu przedłużenie torów oddalających się od wszechświata kwantów można poprowadzić również w nieskończoność, i to byłoby w analizie kosmicznej obecne, jednak w tym przypadku, dla konkretnej ewolucji, tu stanem maksymalnym jest jednokwantowa powłoka sfery, w której następnie zaistnieje świat. Ten i tylko ten. I proces dociskania, "pompowania" kwantami tej sfery trwa, długo trwa. Kwanty tworzące to jednostki niepodzielne już do niczego, a więc zapełnienie zakreślonej tak przestrzeni musi trwać. Tylko że w tym przebiegu miliard w tę czy drugą stronę nie ma znaczenia – w tym przebiegu do zaistnienia obserwatora, który to skonstatuje, a i same miliardy wprowadzi w liczenie, do tego momentu daleko albo i jeszcze dalej. Czy dla niezaistniałego bytu ma to jakieś w sobie tam znaczenie? Absolutnie nie, i żadne nie. Prawda? 27
  28. 28. Pompuje się, pompuje – pompuje – pompuje ten wszechświatowy balon, zagęszcza w sobie, ciśnienie wewnętrzne pod naciskiem zewnętrznym narasta – i w pewnym tam momencie to "iskrzy", się znaczy zapala w sobie, światłem czy innym podobnym fotonem rzuca się w przyrząd i w obserwację. Taka chwila, widzicie, w tym pompowaniu świata sobie nastaje, że kwant do kwantu się zbliża, ciepło zaczyna drgać, jak w każdym pompowaniu być powinno, rozgrzewa się ciało, znaczy się w tym nabieraniu masy – i się budzi do istnienia. Pustka się kwantem w kwant zapełniła, no i coś fizycznego może powstać. Powstanie jedno, drugie, nawet trzecie – czyli piramida elementów się tworzy, a wszędzie na "zakrętach" zmiany osobliwość zaczyna po oczach dawać sygnały. Po prawdzie brzegowa osobliwość żadnych tam w odbiorze sygnałów nie rzuca, chowa się poza obserwacją, ale czy to ważne – czy nie można sobie na licencję poetyczną pozwolić przy takim czymś? No, można. Tego żadnym tam sposobem nie widać, tylko pośrednio daje o sobie znać, ale osobliwość jest – musi być w tym przebiegu. W każdym musi być. Bo co jest końcem takiego zapadania się warstw kwantowych? Brzeg i jego maksymalne zbiegnięcie. Kiedy ściskać elementy do siebie, to w tym działaniu jest oczywisty kres: można docisnąć kwanty na tyle – że już dalej się nie da. To fizycznie ekstremalnie kłopotliwy do opisu proces, zbliżanie się do granicy zawsze jest trudne, a w tym przypadku szczególnie, ale logicznie i filozoficznie nie ma w tym niczego nadzwyczajnego – kwanty zbliżyły się tak do siebie, że już nie ma wolnego miejsca, wszystko uprzednio odrębne, teraz jest już jednym ciałem, jednostką. I kwantem tym samym. Podkreślam, w opisie, który może prowadzić fizyk, w takim obrazie nie ma miejsca na etap brzegowy, na punkt. Kiedy fizyk opisuje ten przebieg zagęszczania się, dla niego zbliżanie się do granicy ma i mieć musi charakter nieskończony – w jego wewnętrznym, zbieżnym ze zmianą opisem, tu nie ma brzegu, to jest poza. - Kiedy jest opis i zmiana, jest fizyk – kiedy zmiana ustaje, nie ma opisu i fizyka. I jest zakres "poza". Wewnętrzny we wszechświecie, widać skutki tej struktury, ale nie ma jej w obserwacji. Istnienie osobliwości jest domeną filozofii. I tylko filozofii. Czyli zewnętrznego spojrzenia na zmianę i jej rytmikę. Słowem, końcem jest jednostka, kwant w formule "czarna dziura". A w innym nazwaniu, ewolucyjnie szerszym – osobliwość. I jest to osobliwość maksymalnego połączenia. Na początku linii zmian jest osobliwość maksymalnego rozproszenia, na końcu natomiast tworzy się osobliwość maksymalnego zbiegnięcia, połączenie wszystkich wcześniejszych elementów w jednostkę. Nie ma znaczenia, jak wielka to będzie jednostka – to może mieć gabaryty planety, gwiazdy czy wszechświata, a będzie jednostką. Skoro w tym obiekcie nie ma elementów składowych, skoro wszystko tak zbiło się ze sobą, że nie ma pustki, to takie ciało jest kwantem, jedynką w rozumieniu logicznym. Na początku jest "chmura" jedynek, kwantów w zbiorze – na końcu zapaści jest jedynka kwantowa i potencjalny, a w tej chwili "zastygły" zbiór. Za chwilę to się zmieni, ale w tym szczególnym, brzegowym i osobliwym punkcie jest tylko kwant - jest jednostka. 28
  29. 29. Ale, widzicie, to nie koniec, absolutnie nie koniec. Bo co dzieje się, kiedy proces osiąga maksymalne zbiegnięcie? Ustaje, degraduje się, kończy? Nic z tych rzeczy. Przecież z chwilą maksymalnego połączenia się w jednostkę, w takie "na mgnienie" zastygłe w zmianie ciało, teraz już nic nie ciśnie – bo co ma cisnąć? W tym układzie nie ma siły, która mogłaby jeszcze coś więcej w byt wcisnąć. W byt, który jest przecież maksymalnie, do ostatniego kwantu dociśnięty. W takim kwancie-jednostce proces uzyskuje swoje maksymalne w ewolucji wszechświata złożenie – jest jednostką. I co może dziać się dalej? Skoro nic nie ciśnie, to proces ani się zatrzyma w tym stadium, ani będzie dziwaczny, ani nie pobiegnie w gdzieś czy kiedyś tam. - Jest osobliwość zawarta we wszechświecie? No jest. Może proces się zatrzymać? Nie może. Jeżeli brak czynnika nacisku czy hamowania, proces nie może się zatrzymać. Czy może się zmieniać inaczej niż kwantowo? Nie może. - Czyli co może? Może się warstwa po warstwie złuszczać, tracić zbiegnięte wcześniej w punkt kwanty na rzecz środowiska. Oczywiście jednostkami, niepodzielnymi do niczego mniejszego kwantami, ale musi tracić zasoby. I nie tak jakoś delikatnie i przez parowanie – to jest wybuch, maksymalne w formie i szybkości oddalanie się elementów od osobliwości. Że to w środowisku jest tonowane, że to nie jest absolutnie swobodny albo niestabilny kierunkowo wybuch? To oczywista oczywistość, przecież te kwanty mają do pokonania całą strukturę wszechświata, po wiele razy wejdą w fizyczne konstrukcje i ciała, zanim na dobre opuszczą ten świat i popędzą do nieskończoności, wielokrotnie się sprawdzą w dopełnianiu lokalnych istnień. Dlatego to nie jest "wybuch", a proces wybuchania – to wybuch pod kontrolą samego wybuchu. Do jakiego momentu może biec rozpraszanie elementów? Do maksimum. A więc tak daleko i długo, jak może. Czyli w większości do stanu maksymalnego rozproszenia w tym wszechświecie. Bo przecież warstwy oddalające się od osobliwości w niewielkim stopniu od razu dotrą do brzegu i się oddalą w bezkres – większość odbije się od takiej granicznej strefy, większość nie zostanie przepuszczona przez ten graniczny ścisk i wróci, ponownie wejdzie w przebieg "do środka", do maksymalnego zagęszczenia. I przebędzie tę drogę wielokrotnie, zanim faktycznie ucieknie. I dobrze, bo w ten sposób – nieco ubocznie – po drodze to i owo w tym wielokrotnym zapętleniu może powstać. Na przykład obserwator. Czyli w historii wszechświata są aż trzy stany osobliwe, w takiej zmianie można wyróżnić etap pierwszy, maksymalne rozproszenie – w drugim i środkowym, maksymalne zbiegnięcie – w trzecim maksymalne rozproszenie ponownie. To jest pełny cykl, w ujęciu generalnym, w takim zdarzeniu, które definiuje jako "wszechświat". Osobliwość w formule "czarna dziura", czy zbiór takich faktów, to tylko jeden z wielu punktów. Ważny, ale pozostałe również są ważne. Czarne dziury zasilają podporogowo rzeczywistość, dla fizyka jest to ocean energii wybijający "spod podłogi" i niemierzalny, ale to zawsze proces biegnący do przodu, przed siebie – tylko raz dociera 29
  30. 30. do jednego brzegu i się od niego odbija, a drugi raz znajduje się na krawędzi i się zapada do jedności – i ponownie zawraca. Zmiana zawsze toczy się do przodu, choć zawsze w zapętleniu. Ważne w tym opisie, zauważcie, jest filozoficzne spojrzenie – nie w tym konkretnym czyli dla wszechświata przebiegu, ale faktycznie już dla całości poznania. Że, po pierwsze, są trzy etapy dla każdej ewolucji – i że są dwa w zmianie brzegi i punkty osobliwe, to po drugie. Osobliwość to nie jedna forma, osobliwość niejedno ma imię. I dotyczy to każdej bez wyjątku ewolucji. Każdej bez wyjątku. Zauważcie, że nie ma znaczenia, co wezmę do analizy, jaki będę na stoliku w laboratorium, czy na kartce papieru, obrabiał logicznie w jego etapach pośrednich proces, w każdym wyróżnię początek, stan maksymalnie rozproszony, później środek, maksymalne zrównoważenie składników, czyli "po równo" stanu połączenia i rozproszenia – no i na drugim brzegu koniec zmiany, ponownie osobliwość rozproszenia składników. Aż do nieskończoności. Maksymalne oddalenie, maksymalne połączenie, maksymalne oddalenie – tak wygląda schemat zmiany w maksymalnym ujęciu. To są punkty w zmianie, brzegowe punkty i osobliwe. A co więcej, to też musicie uwzględnić w analizie, zawsze – zawsze dopełnieniem jednej formy osobliwości jest w środowisku stan drugi i symetrycznie w zmianie rozłożony. Jeżeli wyróżniam na przykład w ewolucji osobliwość zbiegnięcia, "czarną dziurę", mam w otoczeniu dopełnienie w postaci rozproszenia, tło jest zapełnione. Jeżeli w procesie wyróżniam rozproszenie, to dopełnia to zbiór w ogromnej i rozproszonej postaci czarnych dołów. Funkcjonalnie zbiór, jednak w logicznym ujęciu jednostka. Czarnych dziur jest mnogość na niebie, ale spełniają fizycznie tę samą rolę – i dlatego są filozoficznie jednostką; zbiór czarnych dołów jest liczny, ale funkcją wypełnia jeden tok zdarzeń. Itd. Ale na koniec jeszcze jedno warto sobie w kontekście osobliwości i zakresu brzegowego w ewolucji przywołać. Tak dla rozrywki, ale też żeby sobie skojarzyć to i owo. Ot takie tam komórki elementarne, po jednej stronie "jajeczko", a po drugiej "plemniki". Niby tutejsze i niezwykle w swojej ewolucji zdarzenia. Ale to przecież maksymalne zbiegnięcie w postaci jednej kwantowej struktury – i maksymalne rozproszenie w formie jednostek kwantowych; tu jedynka, tu zbiór jedynek; tu jedynka w otoczeniu i w dopełnieniu chmury jedynek – tu chmura jako zbiór, ale zarazem i jednostka liczenia, a tu jedynka i kwant, ale zarazem w zbiorze do tego jajeczka podobnych jajeczek, już w innych ewolucjach i bytach fizycznych. A proces ewolucyjny to przechodzenie ze strony na stronę, raz się w osobliwość jednego typu przeleje, raz w drugą – a pomiędzy, tak "po drodze", coś się zadzieje. Osobliwość niejedno ma imię. Na przykład moje. Albo Twoje. 30
  31. 31. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 3.7 – Płaszczyzna wielowymiarowa. Obywatelu matematyku, spokojnie, proszę odłożyć ten przedmiot, to ciężkie jest, może się uszkodzić. Tak, dobrze, proszę usiąść. Tak, oddychać głęboko, głęboko. Tak, rozluźnić się, spojrzeć za okno i na zieleń, to podobno pomaga na stres... Tak, pomaga... I teraz, obywatelu, proszę się zastanowić. Wiem, sprawa dziwacznie się prezentuje, wiem, wygląda to odlotowo, czy jakoś tak, ale się proszę nie denerwować, wyjaśnienie padnie. Za stronę albo cztery, ale padnie. Płaszczyzna wielowymiarowa to nie przejaw zwichrowania i czegoś spoza naukowego oglądu, ale konieczność. Obywatel za czas jakiś sam to potwierdzi. Tak, obywatelu, obywatel to potwierdzi. I sam to potwierdzi, zupełnie nie przymuszony. Że to koncept, że to wspomożenie abstrakcyjne w poznawaniu świata, trzeba to przyznać, tak to idzie. Ale, obywatelu, obywatel przyzna i potwierdzi, że wszystko, cała zawartość obywatelskiej głowy oraz każdej głowy, to abstrakcje. - To jakoś tam zsumowane w pojęciowe konstrukcje zaobserwowane w świecie regularności. Tak samo dzieje się w tym przypadku. - Nazwa jak nazwa, obywatelu, ale coś za tym się kryje. Tak, obywatelu, coś się za tym kryje. Wiem, obywatelu, jestem tego świadom, to moja odpowiedzialność. Przykład podam, zrozumienie to wspomoże. Naocznie obywatel zapozna się i rozumem ogarnie, później wnioski wyciągnie. I tak - obywatel siądzie wygodnie, obywatel oczy wyobraźni popuści i się rozejrzy. Taka sceneria badawcza się rozciąga: sala kinowa i ciemność wszędzie. I scena jest, i ekran ogromny jest, taka biała i płaska ekranowa powierzchnia od sufitu do podłogi. A przed nią, plecami do widowni, stoi byt obserwujący, dalej "obserwatorem" się nazywający. Samiusieńki wobec płachty ekranowej. Jednostka życiowa albo i zbiorowa, to zależy jak toto opisywać, ale zarazem osobnik w relacji z otoczeniem. Początkowo, co trzeba wężykiem podkreślić, takie coś zagubione w świecie jest, plamy czy szumy odbiera, obraz skacze, przewraca się i niczego stałego dojrzeć się nie da. Lata mijają w tej ciemnicy, jaskini nie jaskini, obserwujący wprawy nabiera, taka "akomodacja" do mroku zachodzi i osobnik szczegóły obrazowe już dostrzega. I w ten to czas zwiększa się zdolność wychwycenia elementów otoczenia, i ekran zaczyna się dla obserwującego pokrywać "plamami", płachta ożywa swoim rytmem. No i zaczyna być widać "cienie" w przeróżnych postaciach, mniejsze i większe one są, a nawet się ruszają. Nawet kolorów nabierają, takoż i znaczenia. Tak to biegnie. No i dalsze lata na takim zbieraniu danych odchodzą w niebyt, się obserwator w człowieka zmienia – i na koniec przed już tak ogólnie pojętym "płaskim" ekranem świata staje - w tej to "sali kinowej", co to istnienie całościowe prezentuje. No i onże obserwator nic w tej ciemności całościowej poza owym "ekranem" nie widzi. Jest tako samo wobec świata, jako mu było u zarania osobniczego i zbiorowego 31
  32. 32. – tak to idzie. Szczegółów i owszem, ma w łepetynie wiele, to oraz owo poznał, ale – jakby na to nie patrzyć – przed płaszczyzną stoi i się zastanawia. To w jego fizyczno zmysłowym postrzeganiu zawsze płaszczyzna jest, i tak to musi być. Tak, obywatelu, macie racje, może sobie obserwator rejestrowane na "ekranie" plamy kolorów, a też "kręgi" wyróżnialne (czy inne jakoś zauważone kształty) nazywać, zbierać w większe konstrukcje. I to w zapamiętaniu czyni, wszystko prawda. Ale, obywatelu, to zawsze na tym podstawowym poziomie, energetycznie zmiennym, to zawsze jest i zawsze będzie płaskie. Bo to w głowie, w łepetynie obywatelskiej naszej się wymiar znajduje i w kolejne wymiary składa – tak to się układa. No i z kresek czy owych plamiastych stanów świata kombinuje sobie obserwator onże świat, składa cierpliwie, bowiem przecież niczego innego zrobić nie może - to jego być albo i nie być. Poznaje więc, że gmatwanina światełek, coś, co takim się wydawało, że to jakoś w podszewce się ładem charakteryzuje. Różne nasycenie kolorów sobie odnotuje, wędrowanie plamek z kierunku w inny kierunek, ale nie w pełnym chaosie. Choć uchwycić reguły w pełności jeszcze nie zdoła. Już ustali, że takie małe plamki, choć drobne i nieostre, to kręcą się w zapamiętaniu i mogą szkodzić – że duże, choć powolne, też są w doznaniach nieprzyjemne lub groźne. A wszystko na "ekranie" drga i wzajemnie się potrącając sam ów ekran buduje. Ba, czuje obserwator, nawet wie obserwator, że płaski w obserwacji aż po brzeg ekran, że to realnie zakodowane informacją jest, że w nim powiązania głębokie, że to kawałek po kawałku i plama jedna po drugiej z sensem się pokazują, że może być rozumnie skonstruowane i poznane to w całości. Mimo że w tym świecie tylko "płaszczyzna" jest dostępna, to rozpoznać ją można. Tak to obserwator ustala, i coraz pewniejszy tego. A dlaczego tak to może być? Bo wcześniejsze obecne aktualnie warunkuje i takoż dalsze, że w tym chaosu nie ma i że pewna logika to spaja. Policzalna w każdą stronę. Tak, obywatelu, policzalna. Zawsze tylko płaszczyzna, ale policzyć się to daje w składaniu pojęciowym. Dla mnie, obywatelu, dla obserwatora znaczy się, "obraz ekranowy" to wszystko, w żaden sposób "poza" wyjść nie można. Obserwowana w dowolny sposób płaszczyzna i przesuwające się po niej cienie, to w rejestracji wszystko, owe "zjawiskowe" zjawiska są wszystkim. Nic więcej nie istnieje. - A do tego, zauważcie, obywatelu, zawsze to pokrzywione, zamazane, nieostre w odbieraniu, przez co trudność w porządkowaniu większa. Trzeba też powiedzieć, że byt obserwujący nic nie wie, że poza tą ciemnością kinową jeszcze coś jest. - Bo, tak po prawdzie, jej nie ma, to umysłowa wyobraźnia bytu ją do istnienia powołuje, poprzez takie działanie zrozumienie sobie ułatwia. - No i tenże byt, co to zawsze tylko "ekran" naścienny widzi i film plamisty, nie wie, że jest "widownia" i że ma "za sobą" wielką, ogromną "salę", po brzeg wypełnioną. Nie wie, że są rzędy, że są obsadzone "faktami", że te persony rozmieszczone są wszechkierunkowo względem niego – choć w ułatwiającej zrozumienie abstrakcji to sobie w salę kinową układa. Dla niego dostępna jest tylko i wyłącznie "mapa", "płaszczyzna" z 32
  33. 33. naniesionymi "punktami" oznaczającymi jakiś stan zmieniającego się świata (izobary czy podobne poziomice). To z takiej "płaskiej mapy", z niej - i zawsze pozostając w ramach niej - próbuje odczytać rytmikę zjawisk, odczytać zaistniałe fakty i przewidzieć nadchodzące. Bo wie, że od tego zależy jego życie - teraz i zawsze. Tak, obywatelu, życie. - Jeszcze raz wypada zadać fundamentalne i głębokie pytanie: co widzi "płaszczak", w płaszczyźnie i na zawsze zanurzony byt? Początkowo widzi chaos, "ciemność widzę" wówczas w zapamiętaniu krzyczy. Ale kiedy już widzenie w miarę szczegółowe i powiązane się pojawi, to stwierdzi (biedaczysko, który błąka się po całym świecie, żeby szukać tego, co jest bardzo blisko), że to co prawda chaos, ale uporządkowany. Bo choć nic się nie "skleja" w jedność rozumową, to na dystansie paru dni, parunastu maksymalnie, w jakoś zauważalny rytm pogodowy to się na przykład ułoży, wyże i niże pozwoli rozpoznać. Po licznych obrotach niebieskich sfer tak mu się to złoży. I choć dalej trzepot motyla polatujący z maszyny liczącej straszył go będzie dalekimi konsekwencjami (bo on malutki taki wobec tego na ekranie), to przecież krok zrobi. Co może w takiej chwili uczynić obserwator - co powinien zrobić w takim punkcie dziejowym osobowy byt "płaszczyznę" obserwujący? - Więcej światła! - mógłby i powinien dobitnie zawołać – światło na salę! - powinien krzyknąć z płaszczyzną skonfrontowany rejestrator otoczenia... I stała się jasność. I może rozejrzeć się byt. I może spojrzeć na to, co za nim i przed nim, i nad-pod. I co dojrzy? Dużo i wszystko. I zwłaszcza i przede wszystkim ład. Wszędzie ład. Oto widzi obserwator, że "sala" zabudowana jest jako amfiteatr, że rzędy krzeseł posiadają w swojej strukturze "zakodowane" rytmy, że są rozmieszczone regularnie i w przewidywalnych regułą odstępach, że to nie losowość, czy inne prawdopodobieństwo hazardem podszyte, ale wywiedliwa logicznie prawidłowość. - Że na początku, najbliżej sceny, znajdują się rzędy dla drobnych, małych, ale takoż bardzo w swoim drganiu ruchliwych "berbeci". - Im dalej i wyżej, tym więcej poważnych osobników, tym bardziej stateczne i znaczące "persony" w ponumerowanych rzędach przesiadują (ciężkie, powolne i pot z nich spływa). - Że w każdym "rzędzie" znajduje się tyle samo krzesełek, są tak samo numerowane, ale że ich "rozmiar" jest odpowiedni wobec "zawartości". - O ile bliskie rzędy obserwator postrzega wyraźnie, to wysokie (lub "dostawki" rozmieszczone głęboko poniżej) odbiera nieostro, "po kawałku" i przede wszystkim, co tu zasadniczo ważne, okresowo (co jakiś czas). Ważny szczegół, po chwili obserwator dostrzega fakt, który dotyczy każdego widza: "latarka", źródło światła (tu: sygnału). W rzędach pierwszych, które definiuje, ze względu na ich rozmiar, jako fakty "dziecięce" (małe oraz ruchliwe), zasiadający na/w nich "widzowie" trzymają w dłoniach "latareczki", silne natężeniem, ale punktowe światłem, przez to "operatywne" (skaczą po ekranie). Im dalej i "w górę" sali sięga wzrokiem, tym "siła rażenia" kierowanego na ekran 33
Fly UP