...

Kwantologia stosowana 6

by lozowski-janusz

on

Report

Category:

Science

Download: 0

Comment: 0

928

views

Comments

Description

Download Kwantologia stosowana 6

Transcript

  1. 1. JANUSZ ŁOZOWSKI KWANTOLOGIA STOSOWANA 6 opowiastki filozoficzno-fizyczne dla dzieci dużych i małych copyright © 2015 by Janusz Łozowski wszelkie prawa zastrzeżone ISBN 978-83-942582-2-1 ja.lozowski@gmail.com 1
  2. 2. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 6.1 – Złudny wszechświat. Czy "wszechświat" jest złudzeniem? Już na samym wstępnym początku trzeba powiedzieć, że nie poczuwamy się na siłach do przeniknięcia tematu, a po drugie, kto by w takie coś wierzył? Stuknie człowiek głową w ścianę, czy ściana go jakoś napadnie cegłą, to o żadnym tam złudzeniu więcej wypowiadać chcieć się nie chce, wszelkie wówczas wzmianki traktuje z należytą powagą i odpowiednio. Czyli wykopnie za próg i jeszcze na dokładkę głośno splunie, co by się to nie podniosło. Ale, widzicie, są tacy, co o złudzeniach gadają. I nawet dowodzą w swojej zapalczywości, że nie może być inaczej. Niby atom czy foton widzą, niby materię różnopłciową obmacują, a jednak złudzeniami na prawo i lewo rzucają. Trudno temu zaprzeczyć. Ale jeszcze trudniej w takie odchylenie od normalności uwierzyć i zaakceptować. No i pan, niejaki K. Kowalski, też nie wierzył. W złudzenia tak w zupełności nie wierzył. A wręcz twierdzenia podobne zbywał godnie i po swojemu - ze schodów i na glebę. Złudzenia, można powiedzieć, u niego gościny i akceptacji nie miały. Cóż, wiadomo, życie swoje prawa ma, toczy się raz tak, raz inaczej i swój paluszek paniom i panom pokazuje. Panu K. Kowalskiemu też w jeden czas pokazało. I choć tak do końca pana K.K. w zawierzenie w złudność świata nie wprowadziło, to przyznać trzeba, że mocno jego światopogląd "anty" nadwątliło. I trudno dziś powiedzieć, co dalej w temacie się zadzieje. Pan K. Kowalski jeszcze w siłach, jeszcze w życiu niejedno go podprogowo zaskoczy, więc może różnie to być. I złudzenie może się okaże wszędzie i wszechświatowo dominować. A nawet, że to wszystko złudzenie... Sprawa u swojego zapoczątkowania wyglądała prosto i banalnie, tak na pół litra bez zakąski. Nic, tylko siadać, pogadać, ponarzekać w nocny czas rodaków. Problem w tym, widzicie, że akuratnie sensownych do wymiany zdań w okolicy nie były. Jakiś profesor się napatoczył czy inny filozof, więc rozumiecie, że na poważną rozmowę trudno można było liczyć. W takim towarzystwie w ogóle na coś trudno z sensem liczyć. Siądzie taki, zapatrzy się w dal, szkoda słów, sami rozumiecie. Generalnie, trzeba powiedzieć, pan K. Kowalski należy do gatunku dusza człowiek, wspomoże w potrzebie, od stołu nie odgoni. Bo sam wie, że siła wyższa, że z bliźnim wypada się podzielić, uszanować pragnienie, pomóc radą lub czynem. Ale w tym konkretnie przypadku się chyba z dobrocią dla istnień przeszacował, dalsze życie stawił do hazardu logicznego. Cóż, zdarza się. Profesor czy filozof, wiadomo, głowę napchaną ma czymś takim, co w normalnej się zupełnie nie mieści, więc już przy drugiej kolejce w takie tam rejony był zaleciał, że Kowalski K. tylko współczująco w 2
  3. 3. niedoli drugiego rozumu uczestniczył. Coś tam od czasu do czasu ku zaznaczeniu swojej obecności wspominał, ale tak ciszę uskuteczniał i nasiąkał obcymi sobie tematami. Niestety, nasiąkał. - Widzisz, Krzysiu, to wszystko złudzenie jest – profesor czy tam filozof zaczął zagadywać, a przy tym wzrok jakiś taki miał, że się tylko zestrachać. - Karol jestem. - A, tak, niech będzie, Krzysiu. Co to jest tam wobec wieczności - co to wobec złudzenia, które nam tu wszędzie się kotłuje? Nic, tak można powiedzieć, zupełna nicowatość. Bo to, widzisz, Krzysiu, tu wszędzie złudność świat nam pokazuje. No, ta szklanka, widzisz, ja wiem, szklanka dla ciebie ważna, ja to wiem... No, butelka też się ważnie dzieje, może nawet i ona ważniejsza, ale, widzisz, to nic, w tej rzeczywistej rzeczywistości to złudzenie, niczego takiego i nigdzie, widzisz, takiego czego nie ma. Tak, wiem, dziwisz się, w naukę nie wierzysz, złudzenia nie dostrzegasz, no i, widzisz, błąd robisz, niewiarą grzeszysz, rozumowi zaprzeczasz, w dogmat kiepski popadasz, bo to, widzisz, złudzenie. Tak po całości, aż tak daleko tam, po całości tylko złudzenie... Widzisz, stukam w butelkę, i co słyszysz? Powiesz, stukanie ty słyszysz, a ja ci powiem, że błąd w swojej naiwności fizycznej i realnej popełniasz takim gadaniem, bo ty złudzenie słyszysz, w sobie je słyszysz. Fakt, brzęczy, nawet w ładnej tonacji ta butelczyna brzęczy, nie zaprzeczam, a nawet tak i potwierdzam. Tylko, widzisz, to przeszłość w twoich usznych tak zmysłach brzęczy, rozumiesz, Krzysiu? - Karol jestem. - Tak, mówiłeś. Bo to jest tak, widzisz, stukam w butelkę, ale to stukanie nie tak od razu, widzisz, nie tak hop i siup sobie w twój cielesny stan się dostaje, ono, widzisz, pędzi stąd aż do ciebie. A to pędzi w tak zwanym czasie, widzisz. Ja tu stuk-stuk robię, a ty po ileś tam tyknięciach to jako intensywny fakt brzęczący sobie odsłuchujesz. Niby nic, niby żadna w tym niezwykłość, powiadasz i się nad sprawą nie zastanawiasz, twoja wola, twój demokratycznie i wszelako gwarantowany wybór, niech ci będzie. Ale, widzisz - a jak w tym się takie zagadnienie ukryje, że ja tu postukam, a za moment i jeszcze mniejszy moment, że w tym tak zwanym czasie coś się tam zadzieje, że butelczyna zniknie, to co? Tak, nie patrz się tak, to naukowo możliwe, naukowo nawet udowodnione. Ty sobie patrzysz, a w dolnych tam głębinach coś się tak miesza, że raz tu, raz tam, albo raz w zupełnie nie wiedzieć gdzie się takie elementowe coś lokuje. A nawet, widzisz, z pomiarów wychodzi, tak, że to i tu, i tam, tak jednocześnie i od razu się rozpycha, pojmujesz? No, po prawdzie to tylko tam, czyli w tej głębokości materialnej się tak dzieje, tej wysokości to nie sięga. A szkoda, ech. Bo to by człowiek sobie, co go pragnienie najdzie, taką butelczynę znalazł w tym i tamtym, lub i innym punkcie. Cóż, niesprawiedliwość w tym jest, że tam to się może tak dziać, a tu nie... Polej, Krzysiu, żeby nam płyn się tak w złudzenie nie podmienił. - Karol jestem. - Ja wiem, Krzysiu, że ty ten tam swój realizm pojęciowy uprawiasz i kultywujesz, masz prawo, a co. Tylko, widzisz, to złudzenie, to droga do pomyłki. Widzisz, świeci - co to, Krzysiu, świeci? Słońce 3
  4. 4. czy Księżyc, bo ja nietutejszy. - To lampa jest. - Lampa, powiadasz, a, dziwne teraz lampy robią. No, cóż to wobec wieczności. No i, widzisz, to jest tak, że takie słońce sobie tam gdzieś świeci, ty się wygrzewasz w jego promienistym działaniu i w twojej głowie nawet myśl taka nie postanie, że ty daleką historię doznajesz, że to już przeszłość tak ciebie dopieszcza. Tak, to się naukowo potwierdziło, nie patrz tak dziwacznie. Słoneczko tam swój proceder grzewczy uskutecznia, ty się w tym pławisz i przyjemności doznajesz cielesnej, a to już fakt z dalekiej historii tak ci się pokazuje, to zaszłość z tak zwanego czasu, która tobie teraz i tu się objawia, rozumiesz? Ten tam świetlny promyczek, takie coś, co się w szklance tu kąpie i zalotnie do nas mruga, to aż całe osiem minut i jeszcze troszkę do nas pędzi od tego naszego słoneczka, ty to chwytasz? No, niechby tak się coś tam z tym naszym gwiaździstym obiektem stało, ty sobie pomyśl, że dopiero po ośmiu tyknięciach w twoje oczy by doleciało, że już nie ma co lecieć, pojmujesz? Tak w gwieździe jakieś procesy zaszły, słoneczko zagasło, a ty sobie tu w całkowitej jasności dalej żyjesz i w nieuświadomieniu, tam się w rzeczywistości fizycznej dramat zadział, a w twojej fizyczności to daleki fakt przyszłościowy, rozumiesz, Krzysiu? Ty złudzenie tak w szczegółach oglądasz, zawsze złudzenie. - Karol jestem. - Albo taką sobie gwiazdeczkę na nieboskłonie upatrzysz, tamtą lub tamtą, to obojętne po całości. No i ty myślisz, że ty takie coś na tym niebie oglądasz? Jeżeli tak myślisz, Krzysiu, to wielki błąd w swoim myśleniu robisz, wielki, ci powiadam. Ty złudzenie, ogromne złudzenie oglądasz. Ty sobie wykombinuj, że kiedy ten promyk się w tym tak zwanym wszechświecie pokazał fizycznie, to tej butelki na świecie nie było, nas nie było, nawet wszystkiego wokół nie było, tak, Krzysiu, to wszystko była daleka przyszłość wobec tego małego promyka. Bo, pojmujesz, kiedy ta gwiazdeczka się zapaliła, to tak zwany czas jeszcze nam zupełnie nie tykał, tu jeszcze nawet nikt o żadnym zegarku nie mędrkował, bo żadnego mędrkowania nie było. Ta gwiazdeczka, widzisz, to przeszłość, złudzenie, daleki fakt, który dla ciebie się teraz pokazuje, i co ty na to, Krzysiu? - Karol jestem. - Albo taki tak zwany wszechświat, to złudzenie, spytasz. Pytasz, tak? No, spytaj. - Karol jestem. - I dobre pytanie, Krzysiu, bardzo dobre. Za samo pytanie masz tak od razu pięć. Bo pytanie, widzisz, najważniejsze, odpowiedź byle i głupi poda. Tak, powie, nie, powie, albo inaczej, powie - no i już można powiedzieć, że odpowiedź jest. Ale kwestią głęboką zapytać i trafić w centrum, to sztuka, Krzysiu, wielka sztuka... No i ten to tak zwany wszechświat, ja ci to mówię, to też złudzenie. I to tak po całości... Niby, widzisz, spogląda taki astronomowaty czy jakoś podobny kosmolog w dal daleką, widzi gwizdy i podobne atomy, niby to się kręci, reguły matematyczne spełnia, ale, Krzysiu, jak sobie to poskrobać logicznie, jak się wmyśleć w ten wirujący fakt, to w tym myśleniu się jedna i oczywista myślowa uwaga pojawia, że to po całości złudzenie, że to zamieszanie energetyczne, że to dla nas w obserwacji tak się przedstawia, no i że w ogóle to ów wszechświat 4
  5. 5. jedynie w nas się takim pokazuje. Bo to my, widzisz, Krzysiu, taki świat i wszechświat w sobie budujemy. To ty, tak, nie dziw się, ty też taki wszechświat w sobie tworzysz, i ja, i każdy. Tak zwany po naukowemu wszechświat, to złudzenie, niczego takiego, Krzysiu, nie ma i nigdy nie było, rozumiesz? - Karol jestem. - Rozumiesz, to dobrze. Bo, widzisz, nie każdy z tym się zgadza, i nawet polemizuje. Dla takiego, rozumiesz, atom czy inna galaktyka, dla niego to już fakt, to kiedyś się tam wybudowało z jakowyś tam powodów, no i tak to trwa. A teraz ten ktoś to sobie przyrządem i inaczej poznaje. A to, widzisz, Krzysiu, błąd, fundamentalny błąd. To, widzisz, złudzenie poznawcze, fałsz obserwacyjny. A z czego on się bierze? Bo to, widzisz, z naszej zmysłowej obserwacyjności, z naszego powolnego wirowania energetycznego. My tu sobie butelkę w detalach oglądamy, a tam na dnie rzeczywistości te wszelkie drobne elementy wirują i wirują. No i w tym szybkim wirowaniu dla nas się jako stałe pokazują. Rozumiesz, Krzysiu? Tam się kręci tak, że tu twardy stół, a tam tylko ruch, wirowanie, pęd... Był taki jeden, z pamięci mi wyleciało, taki, wiesz, fizyczny. No i on pokazał, że z tego wirowania to się tak robi, że ty tego światełka żadnym swoim sposobem nie dogonisz. Puścisz promyk, puścisz drugi, i nic, blada twoja, żadnym sposobem nie dogonisz. Dziwne, powiadasz? A to jest prawdą prawdziwą. Tylko, dlaczego tak jest, tego ów jegomość już w swoim liczeniu nie podał, sprawa go, widzisz, Krzysiu, zmogła, tej akuratnie tematyki nie sięgnął. A, widzisz, to gościu był, takie i inne zgłębiał, że ho-ho. - Karol jestem. - Wiem, Krzysiu, że dla ciebie to nowość, że nie wszystko jeszcze z tego złudzenia ogarniasz, ale to w sumie proste jest, takie już proste, że prostsze być nie może. Takie, powtarzam, że już mocniej proste być nie może. Nie prostackie, Krzysiu, żadne takie, ale że proste. Takie jeden plus jeden, ile to jest?... Dwa, dobrze, tak. A dalej cztery, osiem, i podobnie, rozumiesz? Coś się do czegoś w tym niczym doda, no i tak to biegnie. Bo, Krzysiu, tak na dole tej logiki jest owo coś i takie jakie nic, zero znaczy się, pojmujesz? No i to coś, kwant jaki energii, no i on się rusza, kumasz? - Tu w miejscu jednym jest, a za tyknięcie w drugim, rozumiesz? Nic go w tej ojej nicości nie wyhamuje, bo i jak, rozumiesz. No i ten kwant sobie tak się rusza. No i jak się rusza, to maksymalnie prędko, bo go nic nie zatrzymuje. No, ale takich podobnych elementów, kwantów w kosmosie dużo oraz nieskończenie - tak w bezkres to się ciągnie, rozumiesz?... Więc jak się takie spotkają, a muszą, to coś z tego dalej się zbuduje, bo musi. Taki wszechświat, na ten to przykład, tak zwany. To tam swoje uwarunkowania fundamentalne ma, to się tak prostacko nie dzieje, ale się dzieje. Na jaki tam kosmiczny i tak zwany czas się dzieje. I jest wszechświat. I tak zwany wszechświat się gdzieś na chwilę pokaże, Krzysiu. A my w nim. - Karol jestem. - I masz rację, ten tak zwany wszechświat to złudzenie. Niczego tu takiego nie ma. To wszystko nasza obrazowa powolność sprawia, że w tym miejscu coś widzimy. Bo to, Krzysiu, ty zrób tak, poprowadź ty przez wszystkie takie tam kwantowe fakty, co to się w tym miejscu napotkały, w tym wszechświecie tak zwanym, ty poprowadź linię. No, 5
  6. 6. prostą, znaczy się. Taką kreskę, widzisz, jak tu rysuję. Ona sobie z zawsze do zawsze biegnie, rozumiesz. No i ty na tę prostą te we wszechświecie wszystkie jedynki materialne naciągnij, takie sobie zobrazowanie świata zrób, bo to można zrobić, Krzysiu. No i co się ci pokazuje, i co widzisz?... Prawda, że nic ciekawego, taka sobie tam prosta, taka tam sobie płaszczyzna. Skąd ta płaskość? Krzysiu, to proste, banalne, pospolite. Ot, na tym dole tyknie sobie. Czyli kwant czegoś się w tej nicości przesunie, bo inaczej nie może, on tylko w ruchu jest. No i taka cała prosta się też przesunie o owo jedno tyknięcie, bo przecież wszystkie elementy tej prostej też w dalsze położenie się przemieszczą. Ale, widzisz, tu jest taki myk w rozumowaniu, że ty nizałeś te kanty w pionie, po nieskończoność tak je nanizałeś, a one teraz sobie w poziomie się przesuwają, tak na jedno tyknięcie "w poziomie" wobec tego "pionu" bezkresnego. I co się buduje, Krzysiu, co powstaje w takim "tykaniu"? Wieczność, Krzysiu, wieczność, powtarzam. Prosta nieskończona przesunięta na jednostkę buduje wieczność. Ona zawsze i tylko jest nieskończona, ale ruch o jednostkę wytwarza "w poziomie" płaszczyznę, wieczność zdarzeń i płaszczyznę. Rozumiesz? - Karol jestem. - Tylko że, widzisz, wszechświat to tylko kawałek płaszczyzny, to wycinek, lokalne zawirowanie. Ty sobie w nieskończoność prostą po wszechświecie prowadzisz logicznie, ale popełniasz błąd. Niby to w analizie konieczność, niby wzory pokazują, że jest nieskończoność, niby tak musisz to robić, ale to błąd. Bo tak zwany wszechświat to tylko kawałeczek z tej nieskończoności, to spotkanie kilku linii w nieskończoności taki twór powołało do istnienia. Osiem, Krzysiu, z ośmiu linii się dokładnie ten nasz wszechświat składa. Można sobie to na jedna prostą nanizać, wówczas jaką bryłę sobie wyprodukujesz – na ten przykład sferyczną, a można osiem i wówczas coś bardziej skomplikowanego. Na przykład atom, gwiazdę, albo i siebie, Krzysiu zbudujesz. - Karol jestem. - I racja, i tak trzymać. Bo to, widzisz, spójrz ty na ten zbiór w postaci atomowej, albo i jeden wspomniany atom. On tu jest, tu tak się na dnie szklanki kręci. Ty powiesz, że to fakt, że to fizyka i pewnik, a to, widzisz, złudzenie, które wytwarza się z ruchu. Atom czy inny foton, to żaden tam fakt, to wypiętrzona, i to na chwilę, materialna struktura, nic stałego. Kiedyś tam powstała możliwość i się to objawiło, ale każdy konkretny element buduje się i zanika w ramach zbioru ciągle. Ty widzisz i czujesz atom, a to nadprogowe w twoim postrzeganiu chwilowe zdarzenie. Rozumiesz? Prędkość światła jest dlatego największą, Krzysiu, że tak się najszybciej elementy tego procesu budują, nic szybciej się w kupkę nie złoży. Tylko że to nie znaczy, że nie ma większych prędkości, bo są, Krzysiu, tu i wszędzie one są, tylko niedostępne w naszej obserwacji. A dlaczego niedostępne? Bo muszą zajść, żeby to nasze obserwowanie było jakoś możliwe, rozumiesz? Buduje się taki foton, buduje, ale żeby można było z jego usług skorzystać, to musi tak zwany czas minąć, takie "c" się zadziać, dopełnić do tej fotonowej jedynki. A to, widzisz, Krzysiu, trwa. To długo trwa. Dla nas to mgnieniowa i najmniejsza już możliwość faktograficzna, ale wobec małych nieskończoności to długa chwilka. Bardzo długa, Krzysiu. 6
  7. 7. - Karol jestem. - Widzisz, atom czy foton, to żaden tam atom czy foton, to mocno w swoim splataniu energetyczna ruchawka, taki kłębek zmian budowany z przemieszczania się czegoś w niczym. Masz te osiem linii, czy tę jedną, nie to jest ważne, no i one tak sobie swoimi składnikami po tej nieskończoności się snują. Niby nic z tego nie będzie, powiesz i zrobisz błąd. Bo, widzisz, one się snują w tej to sferze, a tu w każdym kierunku pełno i gęsto. Tu żadnego pustego miejsca nie ma i być nie może. I co z tego, spytasz? A, widzisz, wszystko. Tak się to przedstawia, że wszystko. Bo, jak taki ruszający się z miejsca na miejsce element nie może nigdzie uciec, tylko w tym zakresie mu danym się rusza, kiedy tak oscylująco odbija raz w jedną, a raz na drugą stronę, a takich elementów jest mnogość, to one muszą razem coś w tym ruchu zbudować, nie ma wyjścia. One nie mają żadnego już wyjścia, są w każdym kierunku blokowane przed oddaleniem, więc się musi z tego lokalnie jakaś konstrukcja skomplikowana, zsumowana i złożona pojawić. A to foton, a to atom, a to ja czy ty. Banał taki fizyczny. - Karol jestem. - Tak i ty, Krzysiu, masz rację. I jeszcze dalej masz rację, to na wieczność się nie rozciąga, to tak zwane wszechświatowe złudzenie, to kiedyś się tam zaczęło, no i, fakt prawdziwy, się skończy. No, się nie stresuj, to jeszcze chwilkę potrwa. Skala, widzisz, duża i ogromna. Z naszego podwórka taka po nieskończoność, ale logicznie mała. W absolutnej nieskończoności to punkcik oraz chwilka drobna w wieczności. Bo my, widzisz, Krzysiu, na tej prostej tylko tak na moment, tak raz na wieczność. Niby, mówisz, że punkt od punktu się niczym w prostej nie różni, było to samo, mówisz, i będzie, że się kiedyś już podobnie zadzialiśmy i że się zadziejemy. I błędnie to, Krzysiu, mówisz, faktu prostej nie zgłębiłeś. Bo, widzisz, kwant i kwant prostej, tu zgoda, ten sam, tego drobiazgu zawsze i tylko w nieskończoności jest nieskończenie wiele – ale z tego, widzisz, to nie wynika, że wszystko wolno, a nawet więcej, nic podobnego. To w nieskończonej wieczności inaczej idzie, Krzysiu. - Tylko raz na tę nieskończoność się wszystko dzieje. Punkt prostej niby taki sam, i to prawda, tu czy za iks jednostek taki sam. - Ale, zauważ, on się na tej i w tej prostej tylko raz pokazuje. Taki sam, ale tylko po jednym fakcie, zawsze ten sam, ale za każdym razem ze swoją, tylko ze swoją numeracją. Nigdy fakt się nie powtarza, choć to zawsze i tylko taki sam fakt. Rozumiesz? - Karol jestem. - Tak, Krzysiu, masz rację. Ty, tylko ty tu siedzisz, i nigdy inny ktoś. Kiedyś był taki sam Krzysiu, teraz razem pijemy, kiedyś tam będzie inny Krzysiu, ale nawet jeżeli będzie detalicznie taki sam, to będzie już inny, rozumiesz? Nic dwa razy się nie zdarza, nie ma dwu jednakich spojrzeń w oczy, Krzysiu, rozumiesz? Butelka była i już jej prawie nie ma, choć by się przydało. Tylko, widzisz, tak w tym wszechświecie to się układa, że to wszystko jest złudzenie, i to tak boli. Coś było, gdzieś tam tykająco tyknęło, no i już tego nie ma, przeszło do historii. Nie masz, Krzysiu, drugiej, co? Nie masz, widzisz, wszystko to złudzenie. My tu sobie siedzimy, miło i w ogóle rozmawiamy, a tam, wiesz, na samym dole, to się rusza, to się kotłuje, to pędzi z nieskończoności w nieskończoność. I tak po 7
  8. 8. całości ma nas w nosie, nawet nie wie, że my o tym wiemy, no i tak sobie kwantami tyka. Tyk, tyk, tyk... Ech, Krzysiu, złudzenie, to wszystko złudzenie. - Karol jestem. Trudno powiedzieć, co dalej w życiu Krzysia, tfuj, wróć, co się w życiorysie pana Kowalskiego Karola zdarzy, młody on jeszcze jest, w kwiecie wieku, można powiedzieć. Do tego czasu w złudzenia tak w ogólności i szczegółami nie wierzył, wszelkie zwidzenia traktował należycie, jak na to zasługują. Ale, to się samo przez się mocno i detalicznie rozumie, taka ekspozycja długotrwała na słowa i obrazy ze złudzeniem w tle, takie coś nie mogło pozostać bez efektu. Więc rożnie to zapewne się jeszcze odbije. Może i jaką czkawką logiczną lub nawet myśleniem, tak zwany wszechświat już nie takie dziwności widział. To się okaże. Wszystko w tym złudzeniu może zaistnieć. Nawet myślenie. 8
  9. 9. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 6.2 – Dostawka do umysłu. 2 Szanowni państwo, witam na kolejnej prelekcji. - Witam i zapraszam do zajmowania miejsc. Szanowni państwo, zgodnie z wywieszonym przy wejściu tematem, chcę dziś zająć się owianym tu już zagadnieniem, może nazbyt ogólnie. W rekcji po poprzedniej pogadance, gdzie referent może w nadmiernie osobistej formule przedstawiał sam pomysł takiej "dostawki", czy w innym nazwaniu "przystawki", pośród reakcji były i takie, że temat interesujący okazał się zaprezentowany niepełnie, więc proponowano powrót do sprawy. Postanowiłem dziś tak właśnie zrobić. Może nie w formie ponownego omawiania już powiedzianego, na ile się bowiem w temacie rozeznałem, to ta część od strony logicznej swoje spełnia, ale chciałbym na bazie już powiedzianego przejść dalej. Ponieważ w tym "dalszym" zawierają się znaczące, nawet moim zdaniem niebywale znaczące elementy, i to najróżniejsze. Od światopoglądowych, przez filozoficzne, aż po bardzo już codzienne i praktyczne. Zdaję sobie sprawę, że tego wszystkiego na tej prezentacji nie zdołam nawet w zarysie nakreślić, ale na pewno się postaram jak najwięcej państwu spraw przedstawić. Bo temat jest tego wart, zapewniam. "Dostawka" do umysłu to potencjalnie najistotniejszy w dziejach fakt, który w jakimś zakresie jest znany od zawsze, coś o tym powiem, ale który swoje możliwości dopiero pokaże w przyszłości. Raczej już bliskiej przyszłości, trzeba mieć tego świadomość. Proszę mi pozwolić na wstępie odnieść się jeszcze do poprzedniej części, ponieważ to ma znaczenie w dalszym wywodzie, rozchodzi się o stronę techniczną tej "dostawki", o jej sposób działania. Fakt i oczywistość, nie w sensie jakoś głęboko technicznym, tego poziomu nie poruszam, to wykracza poza ramy tej prezentacji - a także poza moje osobiste ramy. A po drugie, w sumie też istotne, konkret, więc realnie wytworzony fakt, to dopiero przyszła, dziś tylko ogólnie i mgliście możliwa do zarysowania konstrukcja. Tak po prostu, schemat połączeń staje się faktem w trakcie realizacji, a tej jeszcze nie ma. Chodzi mi tutaj o zasadę, sposób pracy, sposób zmieniania się tej technicznej struktury. - A mianowicie, że to jest analogiczny oraz pełny analog rozumu. Po prostu, "przystawka" do umysłu służy w tym pierwszym okresie jako wszechmożliwy "kontakt", pośrednik, który z otoczeniem nawiązuje połączenie, ale działa tak, jak biologiczna i naturalnie poczęta struktura. Nie chodzi o to, że to jest jakoś w biologie zanurzone, ale o to, że schemat, sposób, reguła pracy tej "dostawki" jest identyczna z pracą umysłu. W skrócie można nazwać to "drugim umysłem", "dublerem", albo podobnie. To naturalnie nie ma znaczenia w chwili, kiedy biologiczna konstrukcja działa i się w codziennym zmienianiu łączy z otoczeniem, ale nabiera niebywale istotnego znaczenia później. O tym też powiem. Szanowni państwo, "przystawka" jest pomyślana tak, żeby pomagać w każdym działaniu, kiedy umysł biologiczny funkcjonuje, ale zarazem 9
  10. 10. gromadzi, niczym w swoistym archiwum, wszelkie dane, absolutnie i zawsze wszelkie dane o osobniku. Bo to jest w tym najważniejsze. Szanowni państwo, w tym momencie musi paść zasadnicze pytanie: do czego ma służyć "przystawka"? I odpowiedź: do wszystkiego. Tak, do wszystkiego, absolutnie wszystkiego. To w ogólnym ujęciu już na poprzedniej prelekcji padło, dlatego w tym momencie tylko dodam, że takie urządzenie zastępuje, eliminuje każde inne. Wszelkie podłączenia, kable, to wszystko, czym musimy w środowisku technicznym operować, żeby je kontrolować i wprawiać w ruch, to wszystko, po podłączeniu się do takiej "dostawki", to w przeszłość odchodzi i przestaje straszyć. Po jednej stronie lokuje się umysł i jego zmiany, po drugiej świat z jego zmianami, którymi wszelkie ustrojstwa techniczne zawiadują, a pośrodku, pomiędzy tak działająca "przystawka". Niczego więcej nie potrzeba. Niczego oraz nigdzie. Szanowni państwo, czy to nie robi wrażenia? A są dalsze i to poważne konsekwencje, tu tylko je zasygnalizuję. I nie mam na myśli owego wszechpodłączenia, to powierzchnia sprawy i w sumie najmniej istotna. Najbardziej widoczna i użytkowo ważna, ale poślednia w znaczeniu. Co bowiem jest ważne? Struktura nadrzędna. Zwracam uwagę, proszę w swoich zobrazowaniach to tak przedstawić, że takie podłączenie na stałe i wszystkich, to prowadzi do stanu, że wyłania się, że nowa jakość w tym powstaje, do tej pory tylko przeczuwana, czasami mało ciekawie literacko penetrowana, albo filozoficznie szkicowana: oto tworzy się "umysł planetarny". Dosłownie, proszę państwa, to już w tym ujęciu się mieści. Przecież na bieżąco i stale podłączone są w tym układzie elementy logiczne, czyli konkretne jednostki, więc z tego już poziomu patrząc, jako sumę rozumnych elementów, już to w wielkość rozumna się zbiera. I to, podkreślam, na bieżąco, to nie jest działanie w czasie i przestrzeni oddalone. W przeszłości czy obecnie, takiego działania również można się dopatrzyć, tylko że w tym obecny procesie elementami nośnymi są słowa zapisane, obrazy i inne fakty przenoszące informację. Czyli jest to mnie lub bardziej rozproszone, powolne, z trudem się zazębiające. Ale to się zmienia w takiej strukturze, którą tu omawiam, diametralnie i zasadniczo i na zawsze się to zmienia. Przecież tu jest prędkość maksymalna, w każdym momencie i miejscu, wszystko dzieje się praktycznie "teraz" i "tutaj", oczywiście z tym ograniczeniem, że taki sygnał musi się wybudować, a to trwa, ale to jest rzeczywiście prędkość maksymalna w naturze, już nic szybciej się nie zadzieje. Więc taka struktura musi w zewnętrznym oglądzie się "zobrazować" osobowością, to musi się jakoś "usamodzielnić". Jak? Można snuć domysły, ale na chwilę obecną to nie jest istotne, dlatego pominę. Zresztą każdy sam dla siebie może takie ćwiczenie logiczne przeprowadzić. Szanowni państwo, wielce szanowni państwo, ale to wszystko nic, to namiastka tego, czym naprawdę jest taka "dostawka" i "przystawka" do umysłu. To marność i pospolitość. Przyznaję, sam początkowo urządzonko widziałem tylko tak, jak to w powyższych opisach się pojawiło, czyli jako konektor, funkcjonalny 10
  11. 11. pośrednik techniczny. A to znacząco mało, to drobiazg wobec tego, co się za tym kryje. Doprawdy drobiazg. Znów zasadnicze pytanie, szanowni państwo: czym się różni zapisana poprzez życie zawartość w "przystawce" wobec tej w głowie osobnika przechadzającego się po świecie? I oczywista odpowiedź: niczym. W żadnym zakresie się nie różni. Owszem, nośnik, materialny nośnik, na którym zostaje zapisana taka treść, to jest inne - tu biologiczne komórki, tu "mechaniczne". To oczywiście tylko słowo, proszę się nie odnosić do tego. Przecież w realności to może być elektronika, też oczywiście biologia, każdy dowolny materiał, na/w którym można takiego zapisu dokonać. A też który odmienia się tak, jak umysłowa zawartość. Jeżeli te warunki są spełnione, w żadnym przypadku nie można powiedzieć, że coś jest tu różne od drugiego. I to jest tak istotne, szanowni państwo. To jest sedno sprawy. Szanowni państwo, proszę to wziąć pod uwagę, i to w sposób bardzo szczególny: to są dwa odrębne, ale zarazem identyczne do jednostki przeliczeniowej struktury, tu nic nie jest inne. Zawartość jest ta sama, funkcja jest ta sama, sposób działania jest ten sam. Co to w praktyce oznacza? Że to jest jeden umysł, ale w dwu częściach. Na co dzień, w trakcie pracy układu ta identyczność nie ma większego znaczenia, to swoistego rodzaju archiwum, zapasowy zbiór danych o osobniku, z którego może dowolnie korzystać. Ale, ale, staje się w praktyce niebywale ważne w chwili szczególnej. Jaka to chwila, widzę na państwa twarzach pytanie. To narzuca się samoistnie: kres istnienia. Śmierć, po prostu. Tak, szanowni państwo, to o ten moment chodzi, tu się znajdujemy w naszej analizie. Przed chwilą było istnienie, aktywny osobnik, co to miał plany i marzenia, ale już go nie ma. Coś pękło, coś się w świecie stało, że go nie ma. Tylko, szanowni państwo, czy naprawdę go nie ma? Proszę się mocno zastanowić, czy zamarła na zawsze biologiczna konstrukcja to już w realności wszystko, co zostało z osobnika? Oczywiście nie. Zamarła jedna struktura, ale jest absolutny jej duplikat, tak samo sprawny w zmianie, to samo zawierający, co skończony byt. Dostrzegacie, w tym obrazie dostrzegacie państwo niezwykłość? Tak, szanowni państwo, sprawa jest z logiczne punktu widzenia, a w tej chwili tylko tak to możemy analizować, szczególna, niebywale i szalenie szczególna. Bo co można o zaistniałych okolicznościach i opisywanych okolicznościach powiedzieć? Że nie sposób rozgraniczyć w opisie osobowość skończoną i trwającą nadal, to jest niemożliwe. Niby jest pełna jasność sytuacyjna, ale zarazem jej nie ma. Niby w jednym ujęciu jest byt skończony na zawsze, już nigdy się w żadnym języku nie odezwie – ale przecież w drugim ten sam, idealnie ten i taki sam osobnik działa, odzywa się, wszystko pamięta i reaguje w sposób, który był znany "od zawsze". Nie ma, po prostu nie ma tu w opisie sposobu poprowadzenia podziału, to jest ten sam osobnik. I zarazem nie jest. Doprawdy, szanowni państwo, powstaje niebywała logicznie sytuacja, 11
  12. 12. z szalonymi konsekwencjami. Również nie do nakreślenia w pełnym i szczegółowym ujęciu, to praktyka dopiero wykaże, jednak na pewno w rozumnym ujęciu ciekawych. Bo to rzeczywiście sytuacja wyjątkowa, w naszym świecie absolutnie nowa i wyjątkowa. Tak, ma pan rację, to nowość poniekąd z przeszłości, i to dalekiej i na każdy sposób obrobionej, ale upieram się, że nowość. Nic, nic do tego momentu podobnego nie zaistniało, a teraz, podkreślam to, właśnie przybiera konkretną technicznie postać, i to jest takie w tym istotne. Owszem, prawda jest, że podobne "przejście" z ciała do "dalszego", tak to trzeba zapisywać i nazywać, to "przejście" było przez wielu i na różne sposoby opisywane. Ale, zwracam uwagę, ogólnie, jako w analizach logicznych skrajny stan, gdzie zupełnie się nie liczyła strona techniczna zagadnienia. Przejście "duszy", bo o to przecież w tym chodzi, to było spełnienie banalnie prostych zaklęć – i już dalsze się toczyło samoistnie. W tym przypadku, zwracam uwagę, ten etap jest podbudowany mnogością, na tę chwila niemożliwych jeszcze do przepatrzenia czynności, ale jak najbardziej realnych. To już w zakresie działań cudownych się nie lokuje, to schodzi na poziom po prostu fizyki. I techniki właśnie. A to zupełnie, zupełnie zmienia ocenę i odbiór faktów. Prawda? Czy to będzie osobniczo istotny fakt? Ech, szanowni państwo, można tylko snuć domysły, jakoś literacko to obrabiać, korzystać z już w świecie istniejących opisów takiego stanu, który ktoś starał się w analizach opisać. Ale to i tak zapewne nic nie będzie znaczyło na czas realnego "przejścia". Przecież, proszę sobie uzmysłowić, jest jednostka zamarła, która była mi najbliższa z najbliższych, czyli ja sam. Zamarła już, ale dalej istniejąca we mnie. Tym razem już w formule technicznego urządzenia. Ale to dalej ja sam. Koniec, ale i początek, ten sam, ale nie ten sam, stare, ale i nowe – i tak to dalej można opisywać. Nie będzie w osobniczym istnieniu momentu z tym porównywalnym, przecież to śmierć i ponowne narodziny w jednym – i to jednocześnie zaistniałe. O ile swojego naturalnego początku nie sięgam, o ile świadomie naturalnego końca nie doczekam – to w tym ujęciu wszelkie etapy są poznawalne. I są moim doświadczeniem, co podkreślam mocno. W tym procesie jestem wewnątrz zmiany, ale i na zewnątrz, jestem uczestnikiem procesu, ale i obserwatorem - to byt fizyczny i logiczny w jednym... Szanowni państwo, właściwie trudno to dalej ciągnąć, ponieważ nie ma słownictwa i odniesień, to opis zdarzenia, które zajdzie, bo to już techniczna oczywistość, ale które jest na dziś nieopisywalne w szczegółach – to na dziś jest niemożliwe. Ale to zajdzie, to już w nieodległym miejscu historii się znajduje. Za moment to będzie... I warto to przemyśleć... 12
  13. 13. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 6.3 – Ja-i-Ty. Szanowny Kolego. Pozwoliłem sobie użyć takiego zwrotu, ponieważ znamy się od dawna i mijamy prawie każdego dnia. Nie zaprzeczam, nasza znajomość jest dość zdawkowa i powierzchowna, jednak to i owo o sobie wiemy, to w końcu nie jest inny świat. To w końcu chodzi o ten sam konstrukt w czasie i przestrzeni, który pospołu zasiedlamy. Tylko, że wewnątrz i głęboko – to ja, kolega siłą rzeczy bardziej zewnętrznie oraz na styku z tym, co dalej i poza ciałem. Jeżeli Kolega czuje się nieswojo w takim tytułowaniu, to proszę o wyraźny sygnał, w kolejnym liście zmienię formę zwracania się, ale na ten moment pozostanę przy takiej półoficjalnej i tradycyjnej - moim zdaniem się sprawdza. Kolego, ten list jest reakcją na pewne fakty, które obserwuję, ale które mi się nie podobają. Wiem, Kolega jest zakotwiczony w swojej fizyczności, Kolega preferuje poznanie bezpośrednie, dla Kolegi to kontakt zmysłowy, czyli fizycznie namacalny się liczy – rozumiem i doceniam ten fakt, proszę nie myśleć, że jest to zakres dla mnie obojętny (acz niedostępny, co zrozumiałe), jednak martwi mnie to, że Kolega przedkłada go ponad wszystko. Zgoda, Kolego, moje "ja" jest odmienne od ja Kolegi, to inny świat i zakres, mój wewnętrzny, zbudowany o zasoby i logiczny, a nawet i filozoficzny, Kolega to owe zmysły i relacja dotykowa. Proszę się nie obruszyć, jednak w moim rozumieniu nieco uproszczona. Nie chcę Kolegi obrazić, i nie jest to moim zamiarem, ale wręcz ciśnie się na myśl słowo, że to prostackie i powierzchowne. Te wszelkie niskie i biologią sterowane, a przy tym oślizłe zachowania - może, tego w żadnym przypadku nie neguję, emocjonalnie poruszające, tylko że, i nie ma co tego kryć, wywodzące się z głębin czasu i wręcz zwierzęce – że to nie może w osobowości wzbudzać wyższych odczuć i refleksji. Wiem, Kolega się będzie zarzekał, że to ważne, że dla naszego dobra wspólnego, wszak sadowimy się na tym samym cielesnym wózku. Jednak proszę uwzględnić w kalkulacjach i moją wrażliwość – i po prostu w przyszłości stonować nieco swoje zachowania. Nieco. To wystarczy. Szanowny Kolego, zasadniczym jednak powodem, dla którego kieruję w stronę Kolegi ten list, jest fakt pozostawania Kolegi – tak to na potrzeby tego listu określę – w stanie nieświadomości, w stanie, w którym nie dochodzi do wielce pożądanego traktowania świata, to po pierwsze, czyli obszaru rzeczywistości poza naszym wspólnym ciałem – tej części jako faktu złożonego i wielowymiarowego. A po drugie, co nawet ważniejsze, ale zarazem jako pochodna punktu pierwszego, że w odbiorze, że w rozumieniu, które Kolega prezentuje, również i cielesność osobnicza nasza jest dla Kolegi faktem jednostkowym, a przez to zbornym. I nie ma w tym wspomnianej złożoności. Zgoda, Kolego, ciało, czyli biologiczna struktura, która zawiera w 13
  14. 14. sobie mnie i Kolegę, a także pozostałe obszary, to jedność, jakoś w środowisku (bez definiowania na tę chwilę, czym to środowisko ma być, intuicyjnie jest to uchwytne) – to jest funkcjonalna jedność i fizyczna jedność. Tu pełna zgoda. Nawet ma Kolega moją zgodę na zależność i pierwszeństwo zakresu zmysłowego w kontakcie z takim w zewnętrznym obszarze znajdującym się bytem (znów bez definiowania, czym ten byt jest; intuicyjnie, mam nadzieję, Kolega to chwyta). W tej brzegowej strefie to oczywista konieczność, inaczej się tak po prostu nie da. Ani Kolega, ani tym bardziej ja, bez poziomu dotyku i podobnych doznań niczego w otoczeniu nie zarejestrujemy, to poza naszym zasięgiem, musimy się opierać na tym, co ten skrajny zbiór cielesnych faktów dostarczy. To życiowa konieczność. Ale – Szanowny Kolego, ale to wymaga refleksji, i to pogłębionej. Wiem, powtarzam, że dla Kolegi to mało istotne zagadnienie, że się liczy w pierwszym rzędzie ów fizykalny stan, że to poziom główny i determinuje zachowanie Kolegi. Niech tak będzie, z niechęcią, ale się na to godzę – można powiedzieć, że siła wyższa. Ale apeluję do Kolegi, na tym etapie tylko apeluję (chwilowo nic poza tym, ale i nie wykluczam dalszych działań) – apeluję, żeby Kolega w każdym i codziennym swoim postępowaniu starał się uwzględnić szerszy, a być może i maksymalnie szeroki kontekst spraw. Fizyka fizyką, ale też i przede wszystkim liczy się filozoficzny namysł nad fizyką. Co mi – co nam po fizycznym doznaniu, jeżeli to nie będzie obudowane w praktyce filozoficznym spojrzeniem. - Fizyka, przypominam Koledze, to zawsze stan chwilowy, płaski obraz chwili, który dopiero musi w głębinie umysłu zostać poddany obróbce, zespolony w wielowymiarowy i ponadchwilowy fakt abstrakcyjny – i dopiero coś takiego może się przydać do wykonania kolejnego kroku w świecie. - Kolega musi mieć tego świadomość, Kolega musi to uwzględniać i nie ignorować. Bo to w naszym wspólnym interesie leży. Tak po prostu. A za obszar pogłębionej refleksji odpowiadam ja - to moja działka. I czuje się zaniepokoimy tym, że Kolega nie szanuje mojego wkładu w nasze istnienie. Jeżeli Kolega dalej będzie tak postępować, tak będzie ignorować ustalenia z obszaru refleksji, to widzę kłopoty, dla nas obu, a szczególnie dla Kolegi. Dlaczego? Ależ to proste, w obszarze doznań przecież w pierwszej kolejności będzie się jakoś w odczuwaniu to objawiało, więc Kolega to poczuje, dosłownie. Że ja również w kroku drugim tego doświadczę, prawda, tylko że właśnie w drugim. A to zmniejszy wrażenie i, nie wykluczam i takiej myśli w takim momencie, i być może wywoła uwagę: "a nie mówiłem!". Nie, w tym nie będzie radości z potknięcia Kolegi, aż tak daleko się nie posunę, ale jakieś uczucie satysfakcji - no, to jest możliwe. Szanowny Kolego, nie chciałbym, żeby doszło do takiej chwili, stąd ten list, powtarzam. W czym upatruję głównego powodu do troski. Co spędza mi sen z powiek? Chodzi o stosunek Kolegi do naszego ciała, do naszego wspólnego ciała. To fizyczna struktura, to prawda – ale zarazem złożenie. To wielość stanów, która tylko w zgrubnym, mocno uproszczonym spojrzeniu przedstawia się jako jedność. Tak, Kolego, wiem, że dla Kolegi to szokujące stwierdzenie, ale w moim, pogłębionym analizą ujęciu, to jedynie możliwe stwierdzenie: w naszym wspólnym organizmie – a nawet więcej: w całości jakoś tam rozumianej rzeczywistości, w tej naszej wspólnej rzeczywistości, w 14
  15. 15. której ciało jest tylko elementem, w tym zakresie nie ma niczego, co byłoby faktem elementarnie jednostkowym lub jakoś tak. Wszystko to złożenie, zbiór mniejszych i bardzo małych elementów – i zawsze zbiór. Ja filozof, Kolegi codzienny towarzysz istnienia, to mówię. Dla Kolegi, to zrozumiałe, wszystko jest dane całościowo i jakoś obserwowalne. A nawet zmierzone w formule jednostkowej. A jeżeli w zbiorze nawet, to redukowalnym do wyróżnialnych jednostek, które w ujęciu Kolegi, na danym etapie poznania świata zewnętrznego, są w postrzeganiu fizycznym Kolegi uznawane za jednostki. Błąd, Kolego, podstawowy błąd logiczny. Owszem, fizycznie Kolega w analizie musi tak to traktować, nie ma innej drogi, to zawsze oraz wszędzie tak się koledze prezentowało i będzie prezentowało. Ale, Kolego, to zawsze złożenie, i tylko złożenie. I, Kolego na dobre i złe, trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Właśnie po to, żeby błędów nie popełniać. Po to, żeby zadbać o nasze wspólne dobro cielesne. W końcu to wszystko, co mamy. Jeżeli Kolega będzie traktował byt i okolice za stan ostateczny w poznaniu, jeżeli nie zaakceptuje własnej chwilowości w odbiorze z otoczenia sygnałów – jeżeli nie przyjmie do wiadomości, że niczego w formule "jednostki elementarnej" nie wypracuje żadnym przyrządem – jeżeli to się nie dokona, ech, może być kiepsko. Za najbliższym zakrętem może czekać nas niespodzianka, i oby nie była to niemiła niespodzianka. Oczywiście szansa jest, bowiem jeżeli Kolega uwzględni, że nasze ciało to zbiorowisko i że złożenie, że to konstrukcja, to może uda się nam pokonać najbliższy zakręt, a nawet kolejne. Dlatego warto się wysilić, przemyśleć, zaakceptować. Gra jest warta świeczki. A przecież, Kolego Szanowny, na tym nie koniec konsekwencji tutaj zaprezentowanego podejścia, chodzi o coś poważniejszego w swojej wymowie. O to, że tak naprawdę i na głębokim poziomie zrozumienia nas samych, naszego ciała, ale i świata jako takiego - że my i to wszystko to złożenie, więc nigdy nie istniejemy w takiej postaci, w której sami siebie postrzegamy. A raczej, żeby być dokładnym, że z nas dwu to Kolega tak traktuje nasze cielesne upostaciowanie. Bo dla mnie, jako dla filozofa, to oczywista oczywistość, ja wiem, że to stan skomplikowany, zawsze w złożeniu, nigdy ostro w środowisku wyróżniony. Prawda, to jedność i jednostka, funkcjonalnie tak to Kolega opisuje, ale logicznie to złożenie - a przez to byt w formie jednoznacznie definiowalnej nie istniejący. Nie ma czegoś takiego w fizyce, co byłoby jednostką, i nigdy nie będzie. Dlaczego, Kolega się pyta, dlaczego tak jest? Ależ to oczywistość, Kolego, banalna i przecież z samej fizyki na ten temat informacja płynie: każdy sygnał ze świata dociera do nas po jakimś czasie. W przypadku obserwacji nas samych po niezwykle małym czasie, jednak po jakimś czasie. Sygnał, który opisuje nas jako takich, to wiele faktów składowych, też złożonych, a dociera ów sygnał do nas, więc w obszar jakoś uświadamiany (nadprogowy w poznaniu), późno, daleko po realnym, gdzieś tam "na dnie" zaistnieniu – odbieramy dalekie i słabe echo czegoś, co zaszło dawno i już jest historią. Dla nas to stan teraz i aktualność, ale logicznie to przeszłość. I jeżeli się tego nie uwzględni, jeżeli Kolega tego ustalenia nie zaakceptuje - 15
  16. 16. to będą kłopoty. Niestety, będą. Mówiąc inaczej, Kolega dowiaduje się o czymś zaszłym w ciele albo w otoczeniu mocno już po fakcie - a ja po jeszcze dalszym zbiorze faktów. Dla mnie to, co dla Kolegi jest doznaniem aktualnym, a też dominującym, dla mnie to materiał do przemyślenia i składkowego, i porównawczego obrobienia. Bywa, niestety, nie na czas dostępnego w postaci wyników. Przepraszam za spóźnienia i usterki, ale również i ja mam ograniczenia, działam w ramach i granicach. Jeszcze więcej, Kolego fizyku, który tak bardzo zawierzasz w swoje doznania lub przyrządowe pomiary. W świecie dostępnym badaniem nie ma niczego, co byłoby proste, jednostkowe oraz zachodziło "teraz". Nic, dosłownie nic. A twierdzę to stanowczo, po mocno rozbudowanej filozoficznej refleksji nad mechaniką procesów. - Nic w fizycznie dostępnym zakresie nie jest elementem i jednostką. I nie może być. Kolega temu nie wierzy. Kolega szuka. Kolega sprawdza – sprawdza – sprawdza. - Ale, Kolego, Kolega goni ułudę, goni miraż materialnej jednostki. Czegoś takiego nie ma w fizyce, bo fizyka to wewnętrzny stan świata, na zawsze wewnętrzny. Ja znajduję się na poziomie wewnętrznym i w odcięciu od świata, a więc skazany jestem na poznanie pośrednie, przez zmysły i poprzez to, co Kolega mi dostarczy z obszaru fizycznego. Tylko że, zwracam uwagę Kolegi, w doskonale identycznej sytuacji znajduje się Kolega jako fizyk w obszarze świata. To jest spojrzenie z głębi, z daleka i zawsze "po" zdarzeniu. Zawsze jako składnik zachodzącej zmiany i uczestnik zdarzeń, ale nigdy obserwator zewnętrzny do niej. Nigdy na poziomie faktu, nie jako zaistnienie z brzegami, ale jako część procesu i etap wewnętrzny. I stąd zawsze skazany na interpretację faktów, a więc filozofowanie co do ich idealnego przebiegu (więc z brzegami). Nie inaczej. Kolega, jako fizyk, jest na zawsze zawarty w procesie i na zawsze skazany na namysł. Filozoficzny namysł. Tak, Szanowny Kolego, jedziemy na tym samym wózku, Kolega dostarcza danych o świecie, ja je obrabiam. I jakoś wspólnie udaje się nam kolejne odcinki drogi pokonać. Tylko żeby szło to w miarę sprawnie - żeby nie było zatorów i wzajemnego obrażania się - trzeba nasze siły zespolić, nie ma rady. I to na takiej zasadzie, że kolega sam przed sobą przyzna (przede wszystkim przed sobą), że nie posiada monopolu na wykrywanie reguł świata i że dopiero wespół można owe reguły wypracować. Nie fizyka jako taka, ale i nie filozofia jako taka - tylko pospołu i we współpracy. Czyli Kolega dostarcza danych, ja ustalam rytm, który definiuje to zaobserwowane, a później Kolega zwrotnie te ustalenia w życiu znów weryfikuje. Niby proste, niby znane, ale jakoś się nie udaje tego sprząc i wykorzystać. W działaniu już skrajnym, dotyczącym bytu w jego maksymalnie zewnętrznym zakresie to się nam nie udaje. Jeżeli uda się nam Kolego poprawić wzajemną komunikacje, jeżeli potrafimy się dogadać, to... No, to jeszcze coś z tego będzie. A jak nie? Cóż, straszyć nie ma co, nieskończoność zapchana jest bytami niesprawnie odczytującymi własności świata. Wieczność wiele 16
  17. 17. podsuwa tu wzorów, których naśladować nie ma potrzeby. - Przykre, ale i my możemy ten zbiór byłych istnień powiększyć. Szanowny Kolego, warto się zastanowić i spróbować naprawić swoje postępowanie. Jeszcze jest czas. Z wyrazami szacunku, pozdrawiam, "Ja" 17
  18. 18. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 6.4 – Język świata. (...) dzień 23 jednak wyspa wlazłem dziś na najwyższy pagórek woda tylko woda jest chyba nawet gorzej wygląda że to samotna wyspa pogoda była ładna widok daleki teoretycznie powinienem coś zobaczyć niczego po horyzont dzień 24 zwiedzam moje więzienie opuszczone tak dawno że ślady zaczynają się zacierać widziałem zdziczałe zwierzaki próbowałem podejść ale uciekały chwilowo korzystam z zapasów i ograniczam do minimum dzienne porcje ale na długo nie starczy wyspa nie podoba mi się to wydaje się że nie leży w uczęszczanym rejonie źle to wygląda dzień 25 wszędzie znaki że życie i cywilizacja wyniosły się stąd tak dawno że należny to zaliczyć do poprzedniej epoki nie poddaję się i nie popadam w zwątpienie dziczyzna dalej nieuchwytna na szczęście nie brakuje wody przeszukuję rumowiska i zbieram co się tylko może przydać w mojej sytuacji każdy element się przyda dzień 28 odkryłem dziś pozostałości po ogródkach tak myślę że to było coś takiego bo roślinność w sporej ilości i taka do zjedzenia z czego oczywiście się ucieszyłem chyba już wiem jak zrobić pułapki gdyby nie okoliczności mógłbym podziwiać widoki zachody są piękne i takie majestatyczne wzruszyłem się dzień 30 to już miesiąc aż trudno uwierzyć ten czas tak leci dziczyzna wreszcie dała się podejść smakuje doskonale dawno nie jadłem czegoś podobnego dzień 32 zrobiłem odkrycie – dziwne ale wcześniej to przeoczyłem – w jednym starym budynku – oczywiście zupełnie zrujnowanym – była piwnica a w niej jakieś papiery – gazety i zapiski – nie wiem wygląda mi to na archiwum czy bibliotekę - bo są i książki – dużo tego nie ma – ale zawsze coś dzień 33 rozczarowałem się – to rzeczywiście coś w rodzaju biblioteki - ale w zupełnie dla mnie obcym języku – niczego nie rozumiem - nawet nie potrafię określić do jakiej grupy językowej należy 18
  19. 19. nabieram wprawy w łowach – pułapki się sprawdzają – ale staram się nie przesadzić – przecież nie wiem jak długo tu pozostanę dzień 36 pośród książek znalazłem podręcznik do nauki języka, gramatyka i podobne. przynajmniej jest jakiś punkt zaczepienia. oczywiście nie jest tak, że niczego nie rozumiem, znaki interpunkcyjne są takie same, czyli punkty zbieżne występują. w końcu język jak język, do czegoś się odnosi. świat jest jeden. zastanawiam się nad tym, czy warto uczyć się tego języka? można to potraktować jako czyste szaleństwo, przecież to dawno zamarły, już nikomu niepotrzebny język, ale pewności przecież nie mam. może się zdarzyć, że podpłynie do wyspy jakiś dawny tubylec i wówczas sobie z nim podyskutujemy. wygląda to, przyznaję, na odlot, ale to chyba lepsze od zanudzenia się. przynajmniej jest jakiś cel. wpatrywanie się w dal jakoś mi w tych okolicznościach nie pasuje, czy to nienormalne? dzień 37 kropki i przecinki opanowałem, ale dalej ani w ząb. uświadomiłem też sobie, że nigdy nie poznam wymowy tego języka. jestem sam na wyspie i nigdy nie słyszałem tonacji tej mowy, czy jest sens nauki w takich okolicznościach? poważnie się zastanawiam i mam duże wątpliwości. dzień 38 czytam na głos słowa i zdania z podręcznika, zawiera dużo rysunków i szkiców, więc orientuję się, o co chodzi. znów się wzruszyłem. kiedy zorientowałem się, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów na tej wyspie ktoś mówi, to – przyznaję – po plecach przeszły mi mrówki. to rzeczywiście ważny moment. język i zdolność nazywania świata robi wrażenie. sam jestem zdziwiony, że tak to przeżywam. nigdy do tej pory się nie zastanawiałem nad możliwością języka i nad tym, co to daje. to był zastany fakt życia, zawsze obecny... a jednak to coś ważnego, co zmienia głęboko spojrzenie na otoczenie. niby niewiele, jednak każde poznane słowo, każdy zaznaczony w otoczeniu fakt, który teraz określam symbolem, nabiera znaczenia. przede wszystkim wyłania się z tła, staje się, zauważam go. wcześniej to nie istniało, było tak jakoś obok, ale tego nie widziałem. nazywam i to jest... z dużym podziwem śledzę tę zmianę w postrzeganiu, język pozwala mi zorientować się w tutejszym świecie. dzień 39 wpadłem na pomysł, jak zwiększyć swoje szanse językowe. w końcu to w rozmowie z drugim najlepiej szlifować wymowę. - otóż w najmniej zniszczonym budynku, nie wykluczam, że kiedyś to był kościół, czy podobny obiekt, po prostu głośno recytuję zdania i wsłuchuję się w echo. - tak naprawdę człowiek zawsze sam do siebie mówi, tak było, i będzie. w tym przypadku dosłownie mówię do siebie. - skutki może nie są rewelacyjne, ale pomagają. dzień 39, popołudnie 19
  20. 20. gdzieś wysoko przelatywał transportowiec. machałem, rozpaliłem też ognisko... trudno pogodzić się z myślą, że jest się tak wtopionym w tło i tak małym na tej wyspie oraz wobec innych wysp, że nikt inny tego nie potrafi wyłuskać z otoczenia i zauważyć... dzień 43 Odnotowuję postępy. Małe bo małe, ale jednak. Zaczynam chwytać w tekście sens, i raczej to nie jest złudzenie. Mam oczywiście świadomość, że ani to, w jaki sposób wypowiadam tu i teraz słowa, ani to, co one dla mnie znaczą, że to zupełnie nie musi się pokrywać z tamtym językiem. Mam świadomość, że to jest i musi być odległe od pierwowzoru - tylko czy to ważne? Miło byłoby porozmawiać z tubylcem, to prawda. Tylko że tubylcem w tej chwili jestem ja, a innych nie ma. To także prawda. I być może tych innych tubylców już nigdzie nie ma, tego nie mogę wykluczyć, na dziś każda opcja jest możliwa. Mam świadomość, że weryfikacja i potwierdzenie tego jest dziś poza moim zasięgiem. Ale w ciemno tak sobie obstawiam, że nikogo nie ma. A gdyby nawet jaki się tubylec zjawił, to co? O czym bym rozmawiał i co chciałbym mu przekazać? O uprawie ogródka, hodowli zwierzątek i zachodach słońca? Na ten temat sam już sporo wiem, on również, a więc o czym? O budowie świata, tak po ogólności? Może. - Ale i tu, bazując na już rozpoznanym, w takiej rozmowie niczego ciekawego i nowego się nie dowiem. Wiersze sam potrafię pisać, nawet rymowanki mi wychodzą, więc potencjalni inni tym także mnie nie zadziwią ani nie zaskoczą. Słowem, tak naprawdę to uczę się tego języka sam dla siebie. Żeby nie było nudno, to po pierwsze. Oraz żeby sprawnie się poruszać po tutejszym świecie, to po drugie. To jest istotne, moje zachowanie wobec otoczenia, ponazywanego w tym języku otoczenia jest najważniejsze. Rozmowa z innym? Cóż, to miłe, nawet pożądane, ale zawsze chwilowe. Natomiast język, zbiór znaków kodujących rzeczywistość, to jest mi potrzebne. Konkretnie język ma służyć mojemu przetrwaniu. Jest mi potrzebny do dialogu - żeby prowadzić rozmowę ze światem. Żeby sformułować i zadać pytanie - ale także po to, żeby zrozumieć odpowiedź. Pytam świat w każdym zdaniu dowolnego języka, a pytam o to, jaki jest oraz dlaczego jest tak, jak jest. Po dźwięku, formie i strukturze "odpowiedzi" staram się zrozumieć, co się dzieje. To nie jest łatwe, ale wykonalne. Przede wszystkim pytam jednak o to, co się może dalej dziać i jak to wpłynie na moje życie "na wyspie". Nie wszystkie odpowiedzi na tę chwilę w pełni rozumiem, ale są postępy. dzień 44 W nawiązaniu do wczorajszego wpisu. Uczę się tego konkretnego, już wymarłego języka, ale to nie ma znaczenia. Każdy język, dowolnie w czasie wyprodukowany język, dowolnej formy, składający się z pojęć dowolnych – to w głębokim znaczeniu jest zawsze ten sam język. To zawsze i tylko, i aż "język". Zaskakujące? Nie powinno. Świat jest jeden i nie ma znaczenia jak zostaje "dźwiękowo" ponazywany. To w każdym przypadku jest inne i 20
  21. 21. niekiedy bardzo od siebie odległe, ale przecież w znaczeniach, na poziomie treści, odnosi się do tego samego i jedynego świata. Stąd i dlatego są możliwe tłumaczenia. Weryfikatorem dowolnego języka i odniesieniem jest środowisko, rzeczywistość i jej zmiana. Jeżeli w języku występują elementy poprawnie odczytane ze świata, jeżeli w kolejnych krokach pozwala to przejść dalej – to taki język zyskuje na znaczeniu. Żyje i pozwala żyć. A jak zawiera zużyte elementy? Cóż, przechodzi do przeszłości wraz z użytkownikami. I zostają tylko ruiny. dzień 45 Jeszcze o języku. Powiedziałem, że wszelkie języki opisują świat i zmianę. Prawda. Logicznie nie sposób w zbiorze języków wyróżnić z nich żadnego, są sobie równoważne. Ale to nie oznacza, że wszelkie języki są jednakowo sprawne, tu już można przeprowadzić hierarchię ważności. Z uwagi na skutki. Są języki, które prowadzą do uzysku z działań, czyli pozwalają czerpać środki do istnienia z otoczenia - ale są też mniej sprawne. A są nawet takie, które utwardziły się w trakcie długiego stosowania i są oporne i odporne na zmianę. Że to prowadzi do zaburzeń, tego nie muszę podkreślać. - Kiedy język się na czas nie zmodyfikuje, czyli nie wpisze w swoje granice zaszłych w środowisku zmian, zniknie. Nie muszę dodawać, że takim szczególnym językiem, który pozwala na różne sposoby operować w świecie, że tym językiem jest matematyka. Z tym istotnym zastrzeżeniem - co może wydać się zaskakujące - że i tak na końcu znajduje się słowne, więc filozoficzne tłumaczenie terminów z obszaru matematycznych na pojęcia codzienne (chciałoby się powiedzieć, że z matematyki na ludzkie). dzień 45, późne popołudnie Uwagi o matematyce są istotne, wracam do tego. Z licznych powodów chcę ponownie do tego nawiązać. Matematyka, na tle innych języków opisujących otoczenie, to system rzeczywiście wyjątkowy, to maksymalnie sprawny sposób wyrażania i opisywania. Jego najważniejszą zaletą jest skrótowość i możliwość objęcia w jednym wzorze ogromnej skali zjawisk. To budzi szacunek. I się zwyczajnie sprawdza. Ale matematyczna sprawność opisu, chciałbym to podkreślić, obraca się przeciwko niej samej. Matematyka to doskonałość z defektem. Z koniecznym defektem. Przez brak interpunkcji. To nie żart, właśnie tego doświadczam, kiedy uczę się starożytnego języka tamtych tubylców. Nie tyle dokładnie chodzi o samą zasadę i regułę interpunkcji, co o sposób wyrażania się. W sensie szerokim, w maksymalnym znaczeniu chodzi o "artykulację" przekazu. Co mam na myśli? Że matematyczny zapis, dowolny wzór, który koduje w sobie treść, który odnosi się do mniejszego lub większego stanu świata, że to wymaga, i to jako konieczność, objaśnienia. Co mi po najbardziej nawet rozbudowanym wzorze, jak nie wiem, do czego się odnosi. I więcej, nawet jeżeli wiem, do czego służy, to nie widzę - nie wiem, co się składa na tak zdefiniowaną zmianę. Wzór spełnia swoją role, mogę przewidzieć, kiedy i gdzie spotkają się pociągi i co z tego wyniknie, ale wiem o tym dlatego, że tłumaczę to sobie na 21
  22. 22. bliskie i znane terminy. Bo wzór, to istotne, takiej informacji w sobie w żaden sposób zawierać nie może. Ta nadmiarowa wiedza jest we mnie - w tym osobniku, który postrzega i dekoduje wzór. Jeszcze inaczej, ponieważ zagadnienie jest istotne. Kiedy omawiam w języku proces, dowolny fakt z jakoś tam postrzeganego świata, to chcąc czy nie chcąc, ale stosuję "interpunkcję" w takim opisie. To po prostu konieczność. Za nic nie zrozumiem zmiany, jeżeli będzie to dla mnie "ciurkiem" biegnące jedno "zdanie". W minimalnym, tak na jedną stronę zapisie, w takim zakresie jeszcze się nie pogubię, acz z trudem. W przypadku księgi to wykluczone. A przecież może i wzór "na wszystko" się trafić, tego już bez suplementu, instrukcji obsługi ani rusz nie pokonam. - Co mi po pięknym widoku ze szczytu góry, kiedy nie mam pojęcia, że ta "góra" musi być zakotwiczona w nieprzeliczonym i skrytym zakresie, żeby ten widok można było tu i teraz podziwiać? Widok, owszem, piękny, ale jakże daleki od wiedzy o całości. I właśnie o to chodzi, doskonałość "wzoru" jest pozorna, przydatna i wspaniała - ale wymaga dopełnienia. Na końcu działania okazuje się, że język, ten codzienny, z kropkami, przecinkami i wszystkimi zawijasami, że dopiero to umożliwia oraz warunkuje zrozumienie. Co jest tego powodem? Bliskość, styczność z doświadczeniem. Jeżeli w opisie świata zastosuję na przykład "pion" i "poziom", to nawet po omacku wiem, co to znaczy, to fundamentalnie we mnie zapisany i w każdym działaniu poznany fakt świata. Ale jeżeli to samo wyrażę w języku matematyki, jakimś słusznym wzorem, niby to będzie to samo, ale jakże odległe i obce. I w efekcie mało lub zupełnie obojętne - a nawet niezrozumiałe. Ale nie tylko z tej przyczyny matematyczna definicja jest zawsze i na zawsze "zdeformowana". Chodzi o sam sens "interpunkcji". Czyli? Chodzi o przerwy. Chodzi o miejsca zerowe, ciszę w procesie, stan pozornej nieobecności sygnału. Wszak brak sygnału też jest ważnym sygnałem, dopełnia przekaz. Dlaczego? Ponieważ nie ma procesu, nie ma zjawiska, które biegnie bez przerwy, Znany powszechnie jest żart łącznościowców: czego najwięcej mieści się w rozmowie? I odpowiedź: ciszy. Kiedy matematyk stosuje wzór w opisywaniu świata i tę ciszę pomija, robi fundamentalny błąd. Może o tym nie wiedzieć, i zazwyczaj o tym nie wie, ale dlatego istotne staje się tłumaczenie "z matematycznego na normalne". Tłumaczenie jest warunkiem zastosowania, nie wolno o tym etapie zapominać, ma większe znaczenie niż sam "wzór". dzień 48 Od rama zmagam się z dylematem, który łączy się z nauką martwego języka, a nawet języka jako takiego. Czy dlatego mogę opanować taką strukturę opisu świata, że jest ten świat, czyli wspólna treść opisu – czy dlatego, że jako struktura uczestnicząca w tym świecie na wszelkie sposoby, posiadam w sobie wpisane na stałe i na zawsze elementy umożliwiające tę naukę? Czy są głębokie składowe języka, dla każdego i zawsze? 22
  23. 23. Gramatyka języka w moim rozumieniu jest jedna i wspólna, zawsze i wszędzie. Ale nie z tego powodu, że jakoś zakodowała się we mnie, tylko dlatego, że moja cielesna konstrukcja zawiera w sobie reguły tego świata. Istnieję jako byt fizyczny dlatego, że spełniam konieczne warunki zaistnienia. Czyli ciało zawiera w sobie, jako fakt niezbędny i na każdym poziomie, rytm zmiany i samą zmianę, która jest pochodną do otoczenia. To jest warunek fundamentalny. A skoro zaistniałem, tym samym spełniam warunek dopasowania. Gdyby nie to dopasowanie, mnie by na tej wyspie nie było. Ale z tego wynika, jako poziom kolejny analizy i zachowania, że w cielesności zawiera się język świata. I musi się zawierać. I dalej. W praktyce nie ma znaczenia, czy język to gramatyka jakoś tam obudowana dźwiękami, czy idzie o kod genetyczny z jego regułami - to zawsze język. Dlatego, w takim właśnie znaczeniu, język, to, co za język mówiony uznaję, jest swoimi uniwersalnymi "kwantami" i strukturami dany w chwili początkowej i jest faktem zastanym. Oraz jest odbiciem świata, realizacją reguły. Tak na poziomie, że jest i się objawia, tak na poziomie swojej wewnętrznej reguły, która w żadnym zakresie nie może być sprzeczna z fizycznym stanem świata. Użytkownik języka zazwyczaj nie ma pojęcia o tej zależności, ale i tak ją stosuje - inaczej ani jego by nie było, ani języka. W sensie logicznym nie ma znaczenia, co wyróżnię i uznam za poziom i element fundamentalny, on jest na zawsze zanurzony w świecie i w rytmie świata przebiega, jest realizacją tego nadrzędnego języka. A ponieważ konstrukcja bytów posługujących się dowolnym językiem, ta konstrukcja jest w tym świecie i jest taka sama - to tym samym są wspólne, identyczne i głębokie elementy tworzące i osobnika, i język, i strukturę każdego języka. Dlatego, notuję to jako wniosek, można, jeżeli ktoś chce, wytyczyć linię graniczną i powiedzieć, że tu i tu przebiega wspólny zakres języków, że to jest "kwant" nośny każdej gramatyki. Można zrobić w ten sposób, tylko że to zawsze zawężenie pola definiowania – to, w głębszym znaczeniu, ograniczenie narzucone na język opisu. A więc niepełne, umowne i błędne zdefiniowanie. Ponieważ ciało jest zanurzone w świecie i jest kolejnym "słowem" w tymże świecie, to powyżej i jako kolejny poziom, musi się pokazać językiem dźwiękowym. A też każdym innym w miarę poznawania świata i nabywania sprawności komunikacyjnych. Reguła jest jedna, ale jej realizacja przebiega w różny sposób. To świat i jego gramatyka są fundamentem działania, to rytm zmiany jest najgłębszą bazą językową. dzień 51 Ładny dzień... Byłem na długim spacerze... Czy matematyka, wracam do tematu, czy matematyczny opis zmiennego świata jest ostateczny? Wspomniałem, że tak – ale z dodatkiem, że wymaga to doprecyzowania. Wyjaśnię, o co mi chodzi. Rolę przerwy, ciszy w sygnale opisałem, to istotny element zrozumienia. Ale matematyka, z uwagi na wydajny sposób definiowania zmiany, lokuje się na samym brzegu możliwości, jest sama punktem odniesienia. Tylko że pełne zaufanie dla takiego 23
  24. 24. języka opisu, a to dziś dominuje, to prowadzi do nieporozumień - a co najmniej niepełnego zrozumienia procesów. Z jednej strony przez brak wspomnianych znaków interpunkcyjnych, a z drugiej, jako fakt do tego pochodny, przez zmieszanie tworzących się obrazów. Kiedy w opisie mam kilka ujęć i nie potrafię ich rozdzielić na fakt przed i po jakoś tam wyróżnionym momencie, to uzyskuję wielość w jednym "kadrze". To tak, jakbym na jednym zdjęciu, na skutek trudności w podziale na kolejne elementy, widział kilka pokoleń jednocześnie – a przecież to błąd. Owszem, te pokolenia tu były, kolejno żyły w domach, ale nie jednocześnie; to było następstwo w czasie, a nawet częściowo w przestrzeni. We wzorze matematycznym, albo fizycznym, jako pochodna działania, w takim wzorze mam rozmyty, zawsze płynny "obraz" czegoś, co w głębokim rozumieniu jest zbiorem jednostek. W takim ujęciu zbiór staje się jednostką, a to fałszuje opis. Mówiąc inaczej, wzór z zasady opisuje ciąg zmian, wielość faktów i procesów składowych. Ale w ujęciu logicznym owe fakty są sumą oraz złożeniem, to nigdy jednostka. Żeby wprowadzić w taki opis sens i rozsupłać węzeł, muszę w strukturę wzoru wprowadzić przerwy, obraz podzielić na elementy i dalej w tak "skwantowany" strumień zdarzeń wpisać, nanieść rytm. To może być dowolny rytm, matematyczny czy w postaci słów, ważne, żeby to był rytm. Od tego zależy zrozumienie i poznanie świata. Oczywiście im bardziej fundamentalnego poziomu dotyczy opis, tym w rytmie pojawić się musi prostszy element tworzący. Maksymalnie, a więc najniżej (i najwyżej) jednostka, matematyczna jedynka. - Albo adekwatny kwant rozumowania. dzień 55 Jeżeli nie matematyka, to co? Odpowiedź nasuwa się samoistnie: filozofia. Nie ma innej. Namysł i pogłębiona analiza otoczenia, właśnie filozoficzna, były na etapie początkowym, dlatego muszą zamykać naukę "języka świata". Nie ma w tym działaniu innego zakończenia. Wszelkie nauki z wzorami, jak to w poprzednich zapisach się pojawiło, nie są zdolne, nie posiadają w sobie metody rozgraniczenia, podzielenia zmiany na składowe. To może wyłącznie filozofia. A przecież w opisie chodzi o ten rytm, a nie konstatację, że on jest. Podstawy do jego wyuczenia się, jakoś poprawnego sczytania ze świata, taką podstawę stanowią wszelkie i konkretne nauki, jednak ustalenie i stworzenie rytmu, to wyłącznie można przeprowadzić w działaniu filozoficznym. Owszem, przyznaję to z pokorą, wymaga to oceanu słów, a nawet dużo więcej. "Wyspa" rzeczywistości wystaje ponad powierzchnię, to mój świat i jedynie dostępny, ale to wyspa. Dlatego jej opisanie musi odnosić się do tego "oceanu". - Po horyzont niczego więcej nie ma, ale mogę być pewnym, że "w głębinach" tutejsza wyspa i jej "język" - że to jest powiązane z innymi wyspami, że to rozciąga się daleko oraz łączy z wszelakim. Moja wyspa z kraja, ale zawsze w zbiorze. Na zawsze w zbiorze. Pewność tej jedności opiera się na tym, że świat jest jeden i że reguła zmiany również jest jedna. I zawsze ta sama. dzień 64 Tak, uczę się tutejszego języka świata. Ciągle się go uczę. Ale to 24
  25. 25. już zupełnie inny etap. Tamte, początkowe zmagania z językiem, to daleka przeszłość, która budzi z jednej strony szacunek, że za coś takiego się zabrałem, ale z drugiej wywołuje uśmiech, że biegło to tak nieporadnie i że wymagało tylu wysiłków. Dziś już wiem, że moje działanie było w sumie zbędne - ale zarazem nie znaczy, że głupie. Było konieczne w tych warunkach, ale zbędne w nakierowaniu na cel, z żadnym tubylcem nie pogadałem i nigdy nie pogadam. I nie dla tego, że tubylców nie ma, bo nie ma, ale z tej przyczyny, że to jest mój język i dla mnie. Ten konkretny język, w jego zapisie, jest tylko dla mnie. Nadrzędnym językiem, wspólnym w każdym czasie i miejscu, jest język natury – i każdy go zna. O ile istnieje, to go zna. Ten język, którego z trudem się wyuczyłem, to teraz mój język, już potrafię w nim wyrazić dowolną myśl, materialnie czy symbolicznie, to nie ma znaczenia. Za chwilę biegłość osiągnie poziom tworzenia nowości, których innym sposobem by nie było. Z uczącego się, tylko dostosowującego się do "zasłyszanego", zaczynam być kreatorem słów i całych zdań. A nawet zaczynam pisać powieści. Wydaje się, że mam już rozeznanie w gramatyce tutejszego "języka". - Oraz w gramatyce języka w ogóle. To duży postęp. A nawet przez to moja wyspa jakby straciła swoją niegościnną twarz i już sam nie wiem, czy chciałbym ją opuścić. Zapewne kiedyś taka chwila nastanie, zapewne będzie to koniecznością... Ale dziś sam nie wiem... Wszak to wszystko jest wyspą. Więc czy tu, czy tam się znajdę... 25
  26. 26. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 6.5 – Niepodzielny. Koledzy, widzę w waszych oczach nieme pytanie, o czym wam dziś to ja powiem. Temat, widzicie, będzie atomowy. Nie krzywcie się tak, koledzy, to poważnie idzie, w rzeczywistość naszą sięga. Przecież nic inaczej się nie dzieje, tylko atomowo. Rozumiecie? Koledzy, spójrzcie na zagadnienie poprzez historię, tak wieki oraz tysiąclecia w tym swoim spojrzeniu prześwietlcie. I co widzicie, i jak sobie atom i atomowe zbiory przedstawiacie? Wiem, że nijak, ja tak po ogólności i dla zagajenia dyskusji pytam. Bo jak to możecie sobie przedstawić, jak tego żadnym sposobem zmysłami nie widać ani inaczej czuć. Się nie daje, ot co. Ale, koledzy, wy weźcie sobie pod rozwagę, że tacy starożytni, to dawno przecież było, oni sobie ten atomowy drobiazg wykoncypowali w tym swoim starożytnym świecie. Chodzili z kąta w drugi, albo też siedzieli w tej przeszłości, no i wymyślali w łepetynach to i owo, takie różne, jak popadnie. Dziś się o tym seriale kręci, a oni, to tak było, wszystko zmyślali, żeby ich. Sporo tego było, nie można w jednym zdaniu pomieścić. No i, koledzy, widzicie, jedną taką właśnie sprawę trafili ważną, może po przypadku, ale trzeba im oddać, że w analizach świata się im "atom" pokazał. Tak było, koledzy. Niby, jak się tak po okolicy rozejrzeć czujnym okiem, to przecież żadnego w takiej okoliczności niepodzielnego nie widać, wszystko zbiorowość i złożoność. A oni, żeby ich, najmniejsze z najmniejszych ze świata wyprowadzili, a to tylko wmyślając się w powiązania tego widocznego. No, prawda, koledzy, to trzeba szczerze zauważyć, ich terminy nie goniły, punktacji naukowej nie mieli i pisali dla potrzeby serca i ukojenia emocji. Żadne tam sprawozdania czy nasiadówki naukowe nie były jeszcze znane, to i różne dziwaczne tematy mogli przenicować, logiką poszeregować, a nawet policzyć oraz matematycznie obrobić. Swoją drogą, ciekawe to były czasy. Tylko, widzicie, oni tam pomyśleli, pomyśleli, a później wiekami i tysiącleciami trzeba to było sprawdzać, owe zbiory w szczegółach i na każdy sposób poznawać. A to trwa, to wymaga nakładów, to domaga się sprawdzania i jeszcze raz sprawdzania. Słowem, prędko to nijak się zrobić nie chce. Myśleć poprawnie można za kawałek jadła, taką miseczkę z zupą, dajmy na to. Ale, widzicie, atomu w złożoności aż taką prostą metodą się nie rozbije, oj, nie. Mniejsza z tym, wspomniane czasookresy się już zadziały - już to i nawet owo o świecie się wyjaśniło, nawet wspomniany najmniejszy z najmniejszych element atomowy się zbiorem okazał, tak poszło. Tyle że to nic a nic w pojmowaniu rzeczywistości poglądu nie zmieniło – bo jak mogłoby? Zerknie taki dzisiejszy naukowy osobnik w świat, w tym zakamarku lub innym sobie na niego spojrzy, ale z podzielności skończonej zrezygnować nie zamierza, swoim przekonaniem potwierdza tamtejsze, historyczne ustalenia. A przecież mógłby, eksperyment w 26
  27. 27. eksperyment dostarcza wiedzy, że to tylko złożenie. Co się kawałek materii rozbije, to wylatują z tego cząstki takie lub owakie, ale w żadnym jednostki ostatecznej nie widać. Jej złowić żadną metodą nie można, nawet wzorami czegoś takiego nie widać. No i jest rozumny dylemat, może i gdzieś zwątpienie się delikatnie pokazuje, tego wykluczyć nie sposób. Statystycznie to się liczy, w losowość głęboką świata zaczynają się głosy zawierzenia pojawiać – słowem, jest zamieszanie po rożnych kierunkach. Niby najmniejsze w realu być musi, tylko go jakoś nie widać, dlaczego? Koledzy, wy wystawcie sobie ten dylemat logiczny, wy wczujcie się w zagadnienie: dlaczego takiej cegiełki świata nie widać żadnym i to żadnym przyrządowym mierzeniem? Wiadomo, owo coś być musi, tak to wychodzi z rozumnej, a nawet i filozoficznej wiedzy, ale tego w otoczeniu się nie trafia, dlaczego? Jak to szukać, gdzie szukać – i co o tym skrywaniu myśleć? Jak myślicie, koledzy? Znów się krzywicie, a niesłusznie się krzywicie, w tym tematycznie zagadnieniu się powaga świata ukrywa, jego zabudowa i jego reguła. Tak, koledzy, to nie w kij dmuchał, to sens wszystkiego z takiego atomowego, czyli niepodzielnego można wyprowadzić. Postarajcie się i główkę uruchomcie, może coś o "atomie" powiecie. Widzicie, starożytni się nie hamowali w swoim myślowym działaniu, ich normy towarzyskie nie zniewalały. Bo to, koledzy, tak właśnie trzeba na to spojrzeć, wyjść z pojmowalnego ograniczenia. Świat w swojej zmienności dogmatami się nie kieruje, toczy się rytmicznie, i dobrze, bo można go przez to smakować, ale nam poglądy nasze na otoczenie prawdę przesłaniają, w złym kierunku prowadzą. Koledzy, wy sobie wystawcie to tak, że owa jedynka być musi, że w starożytności i kolejnych wiekach ludzkość myśląca miała rację, że takie coś tam gdzieś dennie i fundamentalnie się znajduje. Czyli w bycie naszym wszelakim "atom", czy podobnie nazwana owa jedyna się lokować musi. I nie ma od tego odwołania. Żadnego w nieskończoność podziału być nie może. Prawda, koledzy? A dlaczego tego nie widać, koledzy? Bo nie może być widać. Nasz w odbiorze, w dowolnym odbiorze świat, to, co za taki świat mamy, to złożenie, zawsze fakt zbiorowy. Może tam sobie fizyk dowolny swoje badanie prowadzić, drobić element też zupełnie dowolny, ale żadnej w tym badaniu jednostki elementarnej nie sięgnie – bo jej w takim badaniu być nie może. Nie może, koledzy. Wy sobie to tak przedstawcie, że nasze życie gdzieś na dnie oceanu wszechświatowego się toczy. Że w każdym kierunku do każdej cząstki ów ocean z jego masywnością trzeba w analizie dodać, rozumiecie? I w efekcie, tak sobie bytując na tym dnie, dociskani jesteśmy przez nieprzeliczalną ilość mniej lub bardziej rozbudowanych jedynek. My tu sobie komórkę, foton czy fizyczny atom badamy, a to tylko takie zbiegnięcie, ściśnięcie w jednostkę mierzalną zdarzenie, tak sobie to się zbiegło i w tym naszym "dennym" istnieniu pokazało. Sięgacie tematu, chwytacie zagadnienie? Koledzy, przecież to proste. Jak jest jednorodna w każdą dziejową stronę struktura, taka energetyczna "zupa", czy jak to tam nazwać, 27
  28. 28. taka z jednostek w ciągłym ruchu, ale minimalnym, na też jednostkę – to muszą te jednostki w tym ruchu i w tym ciśnieniu coś już tak masywnego wytworzyć, nie mają wyjścia. I to dosłownie nie mają. Bo z każdej strony dociska, i to wszechświat cały, zauważcie, koledzy – to z tego się jaka cząstka albo i atom pokaże. Owszem, często na chwilę tylko, tak na mgnienie wirtualne, ale jak tego lokalnie się dużo już zbierze, jak nacisk jest silny i posiada regularność jaką w sobie, czyli ma kod nacisku, rytm ma w sobie, to się coś pojawić musem musi, nie ma wyjścia, koledzy. Nie, zauważcie, koledzy, że dopiero od pewnego zbiorowego stanu w tej obserwacji "na dnie" to może się pojawić, nie wcześniej. Wszak wcześniej nie ma odpowiedniej siły, nie ma nacisku, a takie ciało nie ma siły na wychylenie się ponad progiem. Bo próg, koledzy, tak w badaniu się pokazuje, do pewnego poziomu ilości jednostek nie ma obserwacji, od pewnego ona jest możliwa. A ten próg to nie tak się przypadkowo umieszcza, nic z tych rzeczy. To ściśle i logicznie w świecie się lokuje, no i policzalne jest, koledzy. Tu żadnej tam w realności losowej wielkości nie ma, to reguła zmiany wyznacza, tak detalicznie wyznacza. Wy sobie, koledzy, tak przedstawcie, że jest jaka wielka, no, taka wielka struktura, taka sfera sferyczna, czy podobnie. No i ona po całości jest zapchana, tak na maksymalny poziom jest jedynkami, na samym dnie logiki i niepodzielności jedynkami zapchana, rozumiecie i pojmujecie, prawda? No i taka struktura ma w sobie tylko tyle wolnego, że taka jedynka raz tu raz nazad się może przemieścić, tak to sobie pokazujcie. To w szczegółach głębszych idzie nieco inaczej, tak na podobieństwo z mechaniką wędrowania fotonu w gwiazdowej konstrukcji, gdzie ponoć taka szamotanina elementu to i milion lat trwa, nim się foton tak w dal oddali na swobodę – ale na tym obecnym poziomie wmyślania w rzeczywistość poprzestańcie na powyższym obrazie szamotania się. - I co widzicie, koledzy? Nic, to nie możebnie. Wy sobie teraz przedstawcie, że taka sfera w sobie nacisk rejestruje, że tak czysto mechanicznie coś ją ciśnie i ciśnie – i co? Koledzy, na tę chwilę pytanie jest zbędne, jest i działa nacisk, i to się liczy. Wy zaraz, skąd nacisk, jaki on i co to znaczy? Koledzy, jest nacisk, i co? Jak to, co, nacisk przełoży się na jakąś konstrukcję. Jeżeli wcześniej, przed chwileczką, taka konstrukcja była w stanie równowagi, to nacisk musi w niej budować gdzieś i lokalnie większe zbiegnięcie tych elementów – ich docisk do siebie musi pokazać się, dosłownie się pokazać jakąś formułą o cechach obserwowalnych. Im więcej jednostek użytych w tym nacisku, tym większa konstrukcja może się "osadzić" na dnie świata. Foton, atom, może nawet i kolega z drugim kolegą, a co, może. Wy swoje, skąd ten nacisk? Ale, przyznajcie, ujęcie ciśnieniowe to już akceptujecie?... Koledzy, jak to skąd, zewnętrzny, banalna, a nawet prosta sprawa. Nic, tylko pomyśleć, więc pomyślcie. Jak nie dacie rady, to przy okazji do sprawy wrócimy, teraz ważniejsze dla toku naszej dzisiejszej wymiany poglądów jest to, co z takiego na wszystko ciśnienia może powstać. I dlaczego cegiełki nie widać, to jest sedno, koledzy. 28
  29. 29. Już powiedziałem, że tylko od pewnego poziomu skupienia elementów może fizyk w swoim laboratorium fakt zauważyć, wcześniej taki stan jest faktem podprogowym. Co to znaczy, że podprogowym? Że nie jest na tyle zasobny, na tyle rozbudowany, żeby spełnić kryterium bycia w świecie – że nie ma takiego nacisku w otoczeniu, żeby stabilnie się zachowywał. Po prostu, nacisk jest zbyt słaby i taka jednostka na mgnienie zbita w jedność, taki zbiór elementów niższego rzędu, on się momentalnie, z punktu widzenia fizyka momentalnie rozpada i zanika. Przypominam, koledzy, że każda fizycznie i realnie obecna w naszym zakresie konstrukcja, to proces idący pionowo, czyli się budujący "w górę", w skomplikowanie – a kiedy jest już należycie w energię zasobna, dopiero wówczas taka zbiorowość może przekazać w świecie sygnał dalej. Po prostu wybudowawszy się, może nacisk swym istnieniem przenieść dalej – jest, więc ciśnie. I jest działanie w tempie fizycznie obserwowalnym. Wcześniej było "upiorne", teraz to fizyka z "c" i przewidywalna. Wcześniej się pionowo budowało, teraz w poziomie sygnał się niesie. Oczywistość. Rozumiecie, koledzy? Tam, poniżej poziomu obserwacji, aż się kręci i kotłuje, aż-aż, rozumiecie. Ale kiedy nie ma dostatecznej siły i nacisku, więc w czasie formowania się takiej sfery, w początkowym jej okresie istnienia – albo w drugiej, schyłkowej, kiedy nacisk w otoczeniu zanikł, to powstające konstrukcje są małe i coraz takie w sobie mniejsze. Po prostu, koledzy, w pierwszej części gęstość w strukturze jest zbyt mała, żeby coś dużego mogło się wytrącić i na dno opaść, a w drugiej też gęstość jest zbyt mała, bo sfera się w wybuchu rozszerza i rozszerza, no i, koledzy, na łatanie dziur nie ma już zasobów – i robi się pusto, i robi się "pyk", rozumiecie? W pierwszej części zasilanie w elementy przychodzi z zewnątrz, układ się, tak można powiedzieć, "tuczy", pochłania pokarm i się buduje w pionie – a w drugiej, od środka procesu licząc, traci zasoby do środowiska, starzeje się, mówiąc prosto. Ot i co, koledzy. Tylko, widzicie, najważniejszy w tym wszystkim, z naszego punktu i zależności, najważniejszy jest ów środek. Przecież, zauważcie, ten wszechświatowy proces to trochę miejsca i czasu zajmuje, zbiegnie się w sobie, uzyska wszystkie elementy, tym naciskiem zewnętrznym i wewnętrznym je uzyska - to wszystko musi trwać. I trwa. I bardzo dobrze, że trwa. Bo w tym to środku, koledzy, zauważcie i doceńcie to, w tym środku takie coś się może pojawić, co to ten środek może zwiedzać, oceniać, rozumować o nim, kumacie? Ani ciut wcześniej – ani ciut później, tylko w środku, tylko w tym jednym punkcie coś z gatunku myślowego może zaistnieć. Ciśnienie jest wówczas w stadium maksymalnym, nigdy nie było inne, no i najbardziej skomplikowana w tej sferze struktura, też z grubsza biorąc sferyczna, takie cosik może zacząć główkować – i dobra nasza. Warto z tej możliwości, tak w ogólności, koledzy, skorzystać. Warto, koledzy. Na samym dnie tego procesu jest niepodzielny element, jedynka coś, a na górze logicznej komplikacji, ale na dnie świata, tu także się dzieje jedynka – tyle że najbardziej skomplikowana, dociśnięta na każdym kierunku i w każdej cząstce składowej. Cała piramida takiej ciśnieniowej machiny składa w to, że teraz mogę o tym do was mówić 29
  30. 30. i o tym przekonywać. Brak, koledzy, jednego elementu, a tej rozmowy by nie było – by nie było, rozumiecie? Zawsze jest tylko jedynka czegoś - zbiór takich jedynek, jest ruch w nieskończoności, a efektem tu i tam, gdzieś lokalnie w bezkresie takie się rozumne pojawia. Że rzadko, że w tych specjalnych, tak w niektórych ujęciach zdumiewających warunkach i uwarunkowaniach, to wszystko prawda. Ale prawdą jest, że to się musi zdarzyć – to się po prostu musi zdarzyć. Przecież właśnie o tej konieczności mówię, prawda, koledzy? I na koniec, rozumiecie, trzeba sprawę tych starożytnych "atomów" wyjaśnić, takie, widzicie, uszanowanie im oddać. Bo to, sami teraz to widzicie, nie ma znaczenia słówko takie czy inne. Niepodzielnym to można nazwać, czyli atomem, można monadą, kwantem, jedynką, czy tak lub siak, to nie ma znaczenia. Chodzi o tę zasadniczą myśl, że jest fakt, element czegoś, czego już nijak się podzielić nie daje, i to jest takie ważne. Na tym można dalsze rozumowanie prowadzić i się w rzeczywistość wgłębiać. Wyjdzie się w takiej analizie atomem – i wróci takoż atomem. Tylko że innym, przejrzanym na wszelkie z możliwych stron. Zawsze jest "atom", widzicie, tylko jego rozumienie się zmienia. 30
  31. 31. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 6.6 – Punkty węzłowe. Gdziekolwiek spojrzeć, tam dziejowa zawierucha. Sprawa, widzicie, poważna. Nie, nie straszę. Nie o to chodzi w tej pogadance, żeby wasz rozum w panikę wpędzać, żadnego takiego celu niniejsza opowiastka sobie nie wytycza. Ale sprawa, trzeba głośno powiedzieć, jest – i domaga się pokazania. Przede wszystkim teraz i tu pokazania, o konsekwencjach inną czasową okazją pogadamy. Na tym etapie chodzi o poinformowanie masowe, że coś takiego pojawia się w ewolucyjnym ciągu zmian i że na całokształt wpływa. Niby to takie głęboko ukryte – a wpływa. Wszędzie wokół zmiana, tak się to w sobie zmienia i rytmem zmienia – takim, widzicie, policzalnym. Ewolucja, czy jakoś tak, zwał jak zwał, to w ten deseń idzie. Gdzieś tam fundamentalnie jedynka się z miejsca na następne przesunie, czas i przestrzeń się w tej zmianie wytworzy – no i w normalnym już, czyli fizycznym zakresie, tu się takie i owakie zaprezentuje. Ładnie się zaprezentuje, dygnie przed publiką, albo mordę zarośniętą i wykrzywioną pokaże – to już mało w sobie ważne. Ewolucja tak ma, że czasem twarzyczkę, czasem mordę pokazuje. Bywa, że z języczkiem. A jak ta zmiana się już tak toczy po tej swojej prostej bezkresnej i się lokalnie zwija w jakiś byt, to ona się tymi kwantami dzieje, czyli jednostka do jednostki – i zbuduje się jednostka. A nawet i niekiedy osobowość. - A jak się kwantami, więc jednostkami dzieje, to i matematykę przy okazji buduje, takoż matematyka, co te znaki sczytuje ze świata. Ale i filozofa, który te krzaczki zbiera oraz w pocie czoła tłumaczy z lokalnego narzecza na ludzkie. Wiadomo, jak jest zero i jedynka, jak jest NIC i COŚ, to z takiego zbioru można zbudować wszystko. Jak przepuścić logicznie jedynkę w nicości, jak popędzić za nią logicznym namysłem, to się zobaczy w takim wyobrażeniowym spojrzeniu a to wszechświat, a to gęstwinę z kwantów, a to narastanie ciśnienia w tymże świecie pod wpływem się z zewnątrz dostających tu warstw kwantowych – a to ciało fizyczne takie i dowolne. Ale zawsze ciało budowane regularnie i według tej jednej, wiecznej reguły. I jest efekt tej ewolucyjnej procedury: logiczne zastanowienie, w jakim to się dzieje rytmie? Jak to się dzieje, że się dzieje? Jak w tej skończonej, nigdy stabilnej dziejowej zawierusze, tworzy się stabilizacja - z czego to wynika? Jak to z czego? Z tej wyżej wzmiankowanej jedynki i zera, czyli z COŚ i NIC. To przemknęło tak pokątnie, ale rzeczywiście z takich elementów można już zbudować wszystko – dosłownie wszystko, co tu może być zbudowane. I nawet niczego więcej nie można pomyśleć. Co jest możliwe, to zaistnieje – co nie, nawet nie może być pomyślane w działaniu kombinatorycznym. To z tych jedynek i zer tworzona jest cała, jakże skomplikowana w 31
  32. 32. sobie matematyka – to z tych składników buduje się jakże złożona w sobie fizyka z pokrewnymi działami – to z takich abstrakcji wznosi się gmach filozofii – wszystko, dosłownie wszystko ze stanu jeden i zero można skonstruować. Jak już w Kosmosie zarysuje się sfera jednokwantowa, jak zaczną do niej docierać i zapełniać kwanty z pola rodzicielskiego, to nie ma siły, musi się wewnątrz zagęszczać, musi wzrastać ciśnienie – musi się wytwarzać skomplikowanie. I nie chaotycznie, przecież dopływ z zewnątrz jest skwantowany, ale i zagłębianie się w sferę warstw z kolejnymi kwantami jest regulowane samym dopływem. W tym procesie nie ma przeskoków, choć fizycznie wygląda to na chaos, tu nie ma w żadnym kierunku dowolności, choć jest fizyczne wszechkierunkowe i pozornie losowe zachodzenie. To logiczny ład upostaciowany na stan fizycznego chaosu – a co więcej, z punktami wyróżnionymi w tak się dziejącym "pompowaniu" świata. Bo co się dzieje, kiedy te kwanty dopływają, kiedy są "wciskane" z zewnątrz w sferę wszechświata? W pewnej chwili, ale nie przypadkowej, tylko jako skutek takiego w ten konkretny świat docierania elementów, wytwarza się takie już w zbiorze ciśnienie, jest takie zagęszczenie, że może dojść do stanu "wybuchu" – tego, co fizyk obserwujący to od wewnątrz, nazywa dla siebie wybuchem. Dla niego to rzeczywiście jest wybuch, ponieważ w każdym kierunku, nieomal jednocześnie, tworzą się warunki, żeby w zbiorze pojawiło się "zbrylenie", żeby wcześniej samodzielne i od siebie odległe elementy, teraz znalazły się na tyle blisko, że są w łączności. Już w fizycznej, nadprogowej, po prostu widocznej dla obserwatora łączności. Czyli pojawia się foton, a dalej światło. I staje się jasność. Jasność nie jako fakt cudowny, nie jako nagle nie wiedzieć co się zadziało i dlaczego – ale jako efekt tego dociskania elementów do siebie, jako efekt tego ciągle trwającego zewnętrznego zasilania w kwanty. Jak wewnątrz balonu rośnie ciśnienie oraz gęstość, to musi się pojawić chwila, kiedy to się zamieni w coś namacalnego – w coś widocznego. W tym przypadku dosłownie widocznego. I nie jest to moment ustalony losowo w ujęciu zewnętrznym – jest i policzalny, i przewidywalny. Że od wewnątrz wygląda to jak chwila początkowa wszystkiego? Ależ prawda, inaczej fizyk tego nie może w obserwacji odebrać. - Jak, prawie nagle, wybucha całość świata, aż po kres obserwacji, jak pojawia się to, co jest najmniejszym czymś do obserwacji i z czego sama obserwacja się składa - to tej chwili inaczej nie można z tego punktu widzenia określić, to jest zapłon i początek wszystkiego. Że to dalece nie wszystko, że przed chwilą "zapłonu" było wieloetapowe i bardzo długotrwałe zagęszczanie się wszechświata – to jest poza tą obserwacją i ustaleniami, tego nie można fizycznie sięgnąć. Podobnie jak i końca, czyli przeciwnego w tej zmianie brzegu. Jak dopełnia się wszechświat czymś w postaci jedynek, jak ciśnienie wewnętrzne przyrasta rytmem kolejnych jednokwantowych warstw – jak gęstość w sferze działa tymi samymi warstwami – to również fakty, kolejne poziomy fizycznej piramidy możliwości budują się rytmem z jedynek. I, powtarzam, są policzalne. I, powtarzam, są szczególne 32
  33. 33. punkty tej procedury. Co się dzieje dalej, kiedy sfera jest zasilana, zapełniana krok po kroku kwantami? Kiedy już jest takie coś, jak "foton" albo podobne – kiedy jednak dalej rośnie ciśnienie i gęstość środowiska, tu tła wszechświata, to powstają warunki do zaistnienia bardziej skomplikowanej formy i struktury. Znów nie od razu, ale w wyniku skwantowanego procesu – znów nie chaotycznie, ale jako realizacja reguły. Bo co tu jest ważne, czym charakteryzuje się ten docisk? Że kiedy są okoliczności do zbliżenia elementów, że kiedy one się w swoim pędzie tak zbliżą wzajemnie, że tworzą u odbiorcy – mimo ciągłego ich pędu – obraz stabilnego czegoś, na przykład "atomu", to takie konstrukcje "opadają" niżej. Nie fizycznie, choć i tu ruch istnieje – ale logicznie: zaczyna się budowanie kolejnego poziomu piramidy możliwości. Ważne jest to, że tak zbiegłe, "wytrącone" w sferze jednostki, już materialne fizycznie, one na tym swoim teraz poziomie mają luz po każdym kierunku. O ile moment wcześniej była maksymalne gęstość w zbiorze, już tak się świat napompował, że nie było miejsca jeszcze jeden kwant wetknąć – to teraz, z momentem "zapłonu" i powstania w zbiorze fotonów, nagle przybyło sporo i dużo wolnego miejsca. I w to opuszczone miejsce może kolejny kwant się wcisnąć – a raczej w to puste miejsce zostanie wciśnięty idącym ciągle z zewnątrz kwant po kwancie naciskiem. I tak zaistniały foton ma wokół siebie pustkę, element znów jest w oddaleniu od elementu – i zmiana może się kwantowo toczyć dalej w rytmie takoż kwantowym. I co dalej? Krok po kroku, w chwilach ważnych, kiedy ciśnienie się podniesie do poziomu maksymalnego na tę chwilę – buduje się fakt z kolejnego poziomu. Po fotonach jakieś elektrony czy podobne, dalej atomy, komórki – życie i podobne, itd. Zasada zagęszczania się pod wpływem ciśnienia ta sama, elementy te same, rytmika trwa, bowiem zasilanie jest – więc nie ma zmiłuj, musi się wytworzyć wszystko, co w tych warunkach może powstać. Jak zabraknie któregoś elementu, jak zabraknie lub ustanie dopływ kwantów z któregoś kierunku, to w procesie zaistnieje dziura – i wszystko się posypie. Tym szybciej, im większy brak. Jak długo to trwa? Zewnętrzny docisk, wiadomo, maksymalnie trwa do chwili środka, do punktu zasadniczego w zmianie. Od tego punktu zasilanie z zewnątrz ustaje, a rolę przejmuje zasilanie z wnętrza. Dosłownie z wnętrza, bo "spod podłogi", spod poziomu fizycznej obserwacji. Rozpad dziur i oddalanie się warstw kwantowych od osobliwości, to teraz stanowi warunek stabilizacji. Oczywiście do czasu. Przy czym środek to nie tylko środek – ale najważniejszy w zmianie punkt. To moment szczególny choćby z tego powodu, że tutaj i tylko tutaj może powstać, może zacząć powstawać świadomy obserwator. Nie wcześniej, nie później – tylko w środku. Ale nie tylko dlatego jest to tak istotny moment, to chwila, gdzie następuje przejście z jednej strony zmiany na drugą, symetrycznie 33
  34. 34. rozłożoną, dopełniającą. Oś symetrii w tym punkcie osiąga poziom maksymalny dla całości wszechświata, ale też dla poszczególnych w nim zawartych elementów – tu wszelkie składniki są obecne, tutaj i tylko w tej chwili brzmi cała harmonia sfer. To nie przenośnia, to nie przesada – to opis faktu. Tylko że, widzicie, ma to swoje konsekwencje. Powiecie, co tu może jeszcze więcej być? Zdziwicie się, że niby to mało? A mało, widzicie, powyższe to opis poniekąd literacki, słowny oraz budujący obrazy – a to nie wszystko. Jest jeszcze ta wspominana w jej skomplikowaniu matematyka, czyli cyferki i liczby. No i ich w sobie zapętlenie, jak ewolucyjne zapętlenie. Bo przecież jak ten proces tak biegnie, jak to się tak zagęszcza i kondensuje w kolejne byty, to zarazem ten sam proces się takimi w sobie fizycznymi bytami znakuje. Jak jest moment powstania fotonu, to jest ważny punkt, ewolucja energetyczna się tak objawiła, tak w punkcie węzłowym strumienie kwantów się zbiegły. I tak dalej, tak po każdym takim zbiegnięciu w fakt można powiedzieć, że ważny się punkt pokazał – że kolejne kwanty się zrealizowały z puli. A skoro to jest rytm, bo jest – skoro to znakuje swoimi ciałami to wszystko i okolicę – skoro jest to skwantowane, to tym samym można na tej podstawie wyznaczyć nie tylko ten rytm, to już teraz banał, ale wyznaczyć drogę w jej przeszłym i przyszłym zachodzeniu. A to, widzicie, już banalne nie jest. Czyli, mówiąc inaczej, na bazie teraz rozpoznanego i ustalonego, z tych wszystkich punktów zebrane, teraz trzeba te miejsca ważne w zmianie nanieść na mapę, taką rozwalcowaną wcześniej na warstwy i poziomice oraz izobary płachtę, która oddaje rozkład ewolucji – i na tej podstawie powiedzieć, że tu i w takiej chwili, że zadzieje się tam to a to. Można? Można. - Warto? Warto. Drogi wędrowania po świecie, tego, co dla mnie jest drogą albo też opoką – tego nie ma inaczej, jak na mgnienie. Droga składa się dla mnie w drogę zawsze i tylko na jedno tyknięcie kwantowe – tak samo i ja, obserwator. Dlatego też rozpoznanie tej procedury jest takie ważne. Żeby nie pobłądzić, żeby kolejny krok można było postawić. Jedynka i zero to niby nic, ale to fundament takiej zmiany – i jej zrozumienia. Kwant do kwantu – a zbierze się miarka wiedzy. A może i Wiedza. Ale to dalej nie wszystko. Bo jest jeszcze może mniej życiowo istotne ustalenie, ale na pewno spektakularne. Przecież jak już sobie ta zmiana biegnie i ciśnienie rośnie, i te elementy w tym docisku się tworzą – to każdy węzłowy punkt zarazem jest osią symetrii, proces się tu kończy, ale i zaczyna. Coś się w kierunku tego punktu działo, teraz od niego odchodzi – jak to się w każdej ewolucji dzieje. Ale jak to jest oś symetrii, i to taka, wiecie, wielokrotna, wszak chodzi o skomplikowane konstrukcje, tu, w zakresie fizycznie dostępnym nie ma bytów elementarnie prostych – to taka chwila ma znaczenie. Nie tylko dla samego zaistnienia i wynurzenia się spod poziomu, ale dlatego, że ten szczególny punkt w postaci "zapętlenia", węzła zmiany – że to się pokazuje. Również 34
  35. 35. dość szczególnie. Pokazuje się mianowicie tak, że – zmiana znika z obserwacji. Jej w postrzeganiu zewnętrznym nie ma. Mówiąc nieco górnolotnie - a co, chwila szczególna, to i opis musi być adekwatny – samodzielne i samorządne kwanty, choć przymuszone do działania w zmianie, wystawiają w takim momencie transparent i oznajmiają, że: tutaj jesteśmy i takie jesteśmy. Może nie do końca jest to transparent, może nie jest widoczny, ale jest sygnał - przez brak sygnału - że w zmianie został osiągnięty punkt węzłowy. Że symetria tego momentu jest taka, że zewnętrznie nic nie widać. Że, ujmując to jeszcze inaczej, wewnętrznie i w konkretnym fakcie zmiana zapełnia wszystkie wolne miejsca i jest idealne pobieranie i tracenie - że jest równowaga ewolucyjna obiektu w pozyskiwaniu i traceniu kwantów. I że na taką chwilę węzłową jest pełna symetria. A jak symetria, to punkt. A jak punkt, to nie do rejestracji. Takie zdarzenie, co zrozumiałe, to rzadkość, ale zauważalna. No i jak już się trafi w tej widowiskowej postaci, czyli, że nic nie da się zobaczyć, to oddziałuje. Mocno i fundamentalnie. Przecież tu w grę wchodzi zasada świata. Punkty węzłowe – punkty milowe zmiany. 35
Fly UP