...

Kwantologia stosowana 7

by suplement

on

Report

Category:

Science

Download: 0

Comment: 0

957

views

Comments

Description

Download Kwantologia stosowana 7

Transcript

  1. 1. JANUSZ ŁOZOWSKI KWANTOLOGIA STOSOWANA 7 opowiastki filozoficzno-fizyczne dla dzieci dużych i małych copyright © 2015 by Janusz Łozowski wszelkie prawa zastrzeżone ISBN 978-83-942582-3-8 ja.lozowski@gmail.com 1
  2. 2. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 7.1 – Obserwator przyrządowy. Wiecie, ja władzę szanuję, ja uznaję, że władza ma rację, że stąd ona jest władzą, że wie lepiej. Nie, uchowaj, ja władzy nie krytykuję, mi takie coś w głowie nie i nigdy nie. Tylko, widzicie, mam wątpliwości. Tak mnie ostatnio to było naszło. W pracy, rozumiecie, byłem, zadania powierzone i tak ogólnie robiłem, słowem, przekładałem z kupi na kupkę. Co ja wam w temacie detale będę zasuwał, sami tak zasuwacie, to wiecie dobrze, jak to biegnie. No i przychodzi do mego rewiru władza, kierownictwo i podobne. Się rozgląda, przygląda i zagląda, znacie to. Tu zajrzy, tam pomaca, w szczególności normy wyrobnicze kartkuje. Ja, wiecie, nic, pracuję w trybie i w wydajności maksymalnej. Ale władza, wiecie, ma rację. No i władza kierująca powiada, że trzeba zwiększyć, że trzeba się w wydajności postarać, że tak dalej, sami wiecie. No i władza już na odchodnym powiada, że obserwatora trzeba w okolicy wstawić, co by pilnował tej narastającej produkcji. Słowem, kamerę władza ustawiła tu i tam, no i popatruje na mnie i innych. Nie powiem, władza ma zawsze rację, punkt pierwszy i drugi regułą tak się regulaminu pracowniczego pokazuje, ja tego nie krytykuję, ja to szanuję, ja doceniam. Tylko, widzicie, takie pogłębione ową sytuacją mnie myśli naszły na okoliczność tej kamerowej aktywności kierownictwa. No bo sami pomyślcie. Czy taka kamerka tu lub tam to ona prawdę o życiu pracowniczym kierownictwu pod oczy podsuwa? Niby tak, można powiedzieć, ale jednak nie, to też można powiedzieć. Bo to się tak człowiek schyli do nożnego buta, coś tam pogmera, no i nawet widok z kamery nie pomoże, a sobie człowiek to i owo do domu przyniesie. Sami to znacie. Albo, rozumiecie, rzuci człek słowo materialne w stronę obiektową i kamerującą, jakiś młotek na ten przykład, no i jest ubytek, no i jest utrata widokowa kierownictwa. A człowiek, rozumiecie, pięknie i akuratnie to lub tamto w domu ustawi na półeczce. Nic, widzicie, z tego kamerowania dobrego się nie lęgnie. Ale kierownictwo swoje wie, dlatego ono kierownictwem jest. Jak kierownictwo robolowi, to tak robol kierownictwu, takie generalne prawo ewolucyjne jest. To sami wiecie. Tylko że, rozumiecie, takie obserwowanie przyrządowe to szersze w logiczności swojej zagadnienie - można powiedzieć, że filozoficzne i fundamentalne. Kierownictwo, rozumiecie, spogląda detalicznie i z bliska, czasowość i przestrzenność w powiązaniu zawsze posiada i jedność czasu akcji zachowuje. Ale, pomyślcie tak zasadniczo, tak po całości, czy człowiek może ufność w narzędziu pokładać? Nie, sprawa głęboka, taka z samego dna tematycznego, ominąć tego i przemilczeć nie sposób. Bo, wiadomo, w robocie człowiek sobie tak 2
  3. 3. w realności poukłada, że sobie z kamerowaniem stanowiska roboczego poradzi, każdy swój pomyślunek odpowiedni posiada, zagadnienie na gruncie i w zależności od okoliczności rozwiąże należycie. Sami to znacie, sami praktykujecie. Tylko że, widzicie, a co dalej? Co głębiej? Postawi władza jaka w czasie i przestrzeni kamerkę albo inny przyrząd, zatrudni jakiegoś jajogłowego do popatrywania, no i może być problem. No, nie, nie w tym problem, że sobie jajogłowiec coś tam pozamienia w liczbach i innych tabelkach, tacy też bywają, ale to drobiazg bez znaczenia i nie warto sobie takim główki zajmować. Jest, widzicie, poważne tak dalece zagadnienie, że trzeba je pod uważność brać. Od niego, tak to idzie, rozumiecie, nasza, czyli ludzka, bytność zależy. Sami pomędrkujcie. Jest taka przyrządowa kamerka czy inny podobny wynalazek, no i on coś tam sobie mierzy w fizycznym realu. Tu jaki promień świetlny namierzy, tam elektronowe zawirowanie w drucie, a w innym miejscu jeszcze prędkość autka na szosie, to już mało jest istotne. No i, tak się was pytam, co ten przyrząd mierzy? Czy owe wszelkie wyniki, którymi nas fizykanci przeróżnej maści zalewają i upewniają o ich poprawności, czy to prawdą prawdziwą jest? Czy owe przyrządowe rezultaty to nasza prawda o świecie? Ha, sami widzicie, że temat zasadniczo i fundamentalnie ważny. To nie takie prostackie na logikę zagadnienie. Bp, widzicie, to tak idzie, że każdy, każdy element rzeczywistości swoją pozycję, tylko swoją w ogólnym rozkładzie posiada. Niby atom od atomu się niczym nie różni, ale przecież każdy logicznie się na innej półce dziejowej lokuje, jeden tu powstał, inny w innej jakoś części, ale zawsze tylko na swojej. No i jest zagwozdka. Czy takie popatrywanie przez przyrządowego obserwatora to nasze popatrywanie i czy można mu ufać? Niby, rozumiecie, oczywistość tym rządzi, takie kierownictwo jakoś naczelne. Czyli że jest przyrząd i jest wynik pomiaru. Ale niczego innego nie ma, bo przecież ten przyrząd i jego obserwacja to już w całości wszystko. Pomiar dokonany, wynik uzyskany – tylko czy tak w ostateczności to mój, biologicznie czynny wynik jest? Taka się w głowie człowieczej legnie myślowa szpilka i kłuje dylematem. Bo to jeszcze głębiej można zgłębić. Przecież człowiek to wszelkie komórki, płyny, humory, sami rozumiecie. A taka przyrządowa bestia to co? Jakieś metale przeróżne, kable, plastiki i pokrętła, dobrze to sami obejmujecie. No i jest owo głęboko ważne pytanie: czy takie materią i oddaleniem zaistnienia narzędzie przyrządowe pokazuje to, co dla mnie jest w życiu ważne? Że coś pokazuje, tu obiektywna, a nawet pełna zgoda, ale czy to moja obiektywnie obserwacja jest, tu jest pytanie. Może nawet i pies pogrzebany tu się znajduje. Bo sami pomyślcie, jak się wynik jakiś pokaże, jak przyrząd poda w jakiejś formule rezultat swojego mierzenia świata, to on sam i dla siebie ten wynik podaje. Ja ze swoją cielesnością rozlazłą inaczej się lokuję, co innego odczuwam, gdzieś dalej, czyli później się w strukturze świata umiejscawiam. Przyrząd podaje prawidłowy wynik i innego, powtarzam, być nie może – ale to nie jest mój wynik, to w 3
  4. 4. szczegółach dalekie od mojej pozycji. A jeżeli, zauważcie, o takie szczegóły właśnie chodzi, o te detale drobne, które o być albo nie być decydują, to co? Czy można to tak sobie pozostawić? Weźcie to na głęboką logikę, czy obserwator przyrządowy zawsze te wyniki podaje poprawnie? Jeden atom może być coś tam zmanierowany i podeśle mi błędny rezultat, i co? Albo cały przyrząd w zabudowie swojej będzie błędnie czytał świat, i co? Albo wszystkie narzędzia przyrządowe będą podpowiadać wyniki, tylko że dla siebie, dla tej ich konstrukcji, która przecież nie jest moją, i co? Powiecie, że to niemożliwe, że się czepiam i wymyślam problemy tam i takie, które są nie tego. Powiecie, że można kolejny przyrząd w pomiar zaprzęgnąć, że całe zbiory przyrządów można w ich pomiarach porównywać i w ten sposób wyniki dobre wywieść ze świata. I tak w ogóle to dylemat z sufitu, bo do tej pory problemu z przyrządami w pomiarze nie było, najlepszy dowód, że człowiek w skomplikowanych warunkach się odnajduje, drogę, na ten przykład, nie gubi. Prawda, wszystko prawda, ale i ja swoją prawdę mam. Bo to weźcie w uważanie taką sprawę, że niby foton od fotonu niczym się odmiennym nie pokazuje, że choć raz to promieniowanie energetyczne, a innym razem światło widzialne - ale sprawa poważniejsza się w tym kryje, i to znacząco poważniejsza. Bo, zauważcie, że takie tam widzialne światło to może niewielkie, ale jednak znaczące zakresem w widmie promieniowania zdarzenie. I ono przez różne byty i obiekty jest wyłapywane. Tylko że, tak się to składa, nie dla wszystkich bytów ten sam zakres widzenia się w ewolucji przydatnym okazuje. No i, zadajcie sobie pytanie, takie z tych najważniejszych, dlaczego to się tak stało? Co się kryje, bo się przecież kryje, w ewolucji nic bez sensu się nie dzieje - co w tym takiego, że jedne byty, na ten przykład owadzie, że one się w świat poprzez zakres wysokich świetlnych drgań wpatrują, a my się w innym lokujemy? Co się za tym kryje, pytam. Ha, ciekawostka, powiadacie, bez znaczenia, powiadacie, niech tam sobie owady popatrują w innym kolorze, a my w innym, powiadacie, i tak jest dobrze, powiadacie. A ja wam na to powiem, że źle powiadacie, że błąd logiczny mocny i zasadniczy robicie, że to temat podstawowy w swoim znaczeniu. To w ewolucji jest głęboko ukryta prawda o świecie, o tym, jak wszystko się zmienia, dlaczego tak i co z tego wynika. Bo za tym, widzicie, za tym się kierownictwo sprawcze reguły światowej kryje. Tak i nie inaczej. Pojmujecie? Bo co wynika z tego, że jakiś tam owadzi byt popatruje w innym, w naszym pojmowaniu dalekim fiolecie? To taka sobie tam ciekawostka, jak to mówicie? Nie, i jeszcze raz nie, zapamiętajcie to sobie. Za tym się kolejność tworzenia bytów, a szerzej świata kryje. Przecie ten owadzi konstrukt zbudował się w takiej konkretnej postaci ileś tam lat temu i w jego konstrukcji odcisnęła się okoliczność, jedna i jedyna okoliczność dziejowa. W jego ciele i w sposobie, w jakim ogląda świat - w tym jest zawarta informacja, co znajdowało się w tym czasie w centrum, co wówczas było szczytem fali zdarzeń. 4
  5. 5. Owszem, fotony były fotonami, ale środek zmian lokował się w innym punkcie niż dziś – i to do tamtego punktu dziejowego dopasowane w maksymalnym stopniu jest postrzeganie tego owadziego obserwatora. Dziś świat już jest w innym miejscu. To było dawno temu, powstanie tych bytów to odległa historia, ale w ich biologicznej budowie tamten moment jest ciągle obecny - więc wpływa na ich dzisiejsze możliwości. Dopóki świat nie zmieni się w tak zasadniczy sposób, że wówczas zaistniałe przestanie aktualnie się sprawdzać, tak długo taka konstrukcja będzie istnieć. Jednak, co zrozumiałe, biada tworom, które rozejdą się ze stanami świata, ich koniec jest przesądzony. Rozumiecie? Zawsze jest jakiś szczytowy stan na fali, taka dobra i najlepsza okoliczność, taki, wiecie, szczyt góry, z której całość aktualności widać. Tylko że, rozumiecie, ta fala sobie płynie i co było przed momentem punktem najwyższym, teraz już przeszło, sobie do historii przeszło – no i inne jest tym szczytowym szczytem i się szarogęsi. Ale i ono zejdzie w otchłań czasu za ciut - i co innego będzie w punkcie maksymalnym – i tak dalej. Rozumiecie? To zawsze chwila i moment, nigdy coś trwałego, zawsze tu i teraz. I taka to chwila, taki moment pokazuje się w ciele tego albo i tamtego. Jak powstało w konkretnym punkciku dziejów, to tak jego konstrukcja to w sobie ciągnie pokoleniami i warunkuje jego istnienie – kiedyś to tam się zadziało, a tu się pokazuje. Rozumiecie? Owady, trzeba mieć tego świadomość, zaistniały dalece przed nami, my ze swoimi patrzałkami jesteśmy późniejszymi w historii. Dlatego w chwili naszego formowania się dominował inny środek, widzimy coś innego i inaczej. To nasza "grzęda" w czasoprzestrzeni, nikt inny tutaj się nie lokuje. I tylko w tym miejscu możemy się całościowo i w pełni znajdować, tylko tutaj jesteśmy dopasowani. - My stąd i teraz. I na zawsze tak. Prawda, mamy wstęp do innych zakresów, ale tylko pośredni, poprzez obserwacje innych bytów. Żeby zobaczyć, co się dzieje w tamtych i dla nas nigdy bezpośrednio dostępnych miejscach, musimy korzystać z przyrządów lub innych bytów. Każdy, powtarzam, każdy byt okupuje swoje i tylko swoje miejsce w czasoprzestrzeni, więc tylko dla tej chwili jego obserwacja jest poprawna - natomiast każda inna jest z błędem. Im dalej, tym z większym błędem. W przypadku obserwatora przyrządowego, więc cieleśnie i strukturą bardzo odległego od tej naszej krwistej i wodnistej zabudowy, tak pozyskane dane są z samej zasady mało przydatne. Bo to bardzo już dalekie "spojrzenie" na świat, potrzebne i jedynie możliwe, ale w bardzo zgrubnym ujęciu; to do nas mało zbieżne informacje, dlatego trzeba mieć świadomość ich oddalenia i inności. Coś to podpowiada, coś o otoczeniu mówi, jednak zawsze z błędem, z głęboko skrytym błędem. I zawsze trzeba to w analizach uwzględnić. No i poprawić oraz tłumaczyć z przyrządowego na nasze. Informacja przyrządowa jest ważną, ale staje się poważnie istotną dopiero po odniesieniu do naszej pozycji. W innym przypadku, bez wprowadzenia poprawki, przyjmowanie wyników z pełnym zaufaniem jest zwyczajnie nieporozumieniem. 5
  6. 6. I błędem. - Błędem, który może okazać się ostatnim. Pojmujecie? Biada bytom, które czy to w swojej cielesności używają nieaktualnych elementów, czy korzystają z pomocy obserwatorów już dalekich od stanu środowiska – biada im, ponieważ opierają dalsze swoje istnienie na zniekształconych danych. Że to grozi kłopotami i wykolejeniem? Cóż, prawda... Wszak, sami przecież rozumiecie, jak "kierownictwo" robolowi, tak "robol" kierownictwu. 6
  7. 7. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 7.2 – Dusza-i-ciało. Witam serdecznie. Mamy dziś tak wielu słuchaczy, że zaczynam się niepokoić, czy aby nie zaszła pomyłka wywołana tematem spotkania. Oczywiście jestem rad, że państwo przyszliście tak tłumnie. I mam zarazem nadzieję, że nawet jeżeli jest to powodowane nieporozumieniem, to wyjdziecie zadowoleni. Chciałbym jednak sprawę wyjaśnić już na wstępie. To i tak musiałoby się pojawić, ponieważ poprzednie z tego cyklu nasze spotkanie było czas jakiś temu, więc w ramach przypomnienia coś o sprawie trzeba powiedzieć, ale postaram się to zrobić w wymiarze o stopnień większym od wstępnego założenia. Mogę bowiem zakładać, że cześć z naszych gości jest tu pierwszy raz. Muszę również uprzedzić, że nie jest to temat pojęty religijnie, a więc tradycyjnie, to nie ten poziom dyskusji, to nie takie ujęcie, to nie takie spotkanie. Jeżeli ktoś z zebranych przyszedł z myślą, że czegoś się dowie o duszach, ich przemieszczaniu się, o zakresie "poza", jakoś tam pojętym zakresie "poza", zależnie od osobistych preferencji, cóż, być może się rozczaruje. A może nie, będę starał się nie zanudzić. Z tym, co od razu dodaję na zachętę, odniesienia do religii, różnych religii, będą częste, a wręcz są kanwą obecnej prezentacji. Religia, filozofia, logiczny namysł nad światem, to w tym dzisiejszym spotkaniu centralny element dyskusji. Witam raz jeszcze i przechodząc do tematu, chciałbym zacząć choćby od ogólnego omówienia tego, co koledzy na poprzednich spotkaniach prezentowali. Przypominam, a obecnych pierwszy raz informuję, że w tamtych pogadankach, które nosiły tytuł "Dostawka do umysłu", były to dwie prelekcje, wówczas została zaprezentowana myśl, że wielce w kontakcie z naszym codziennym otoczeniem przydała by się swoista "przystawka", czy jak to nazwać. Urządzenie, które przejmuje pełną kontrolę nad łączeniem umysłu, właśnie umysłu, nie tylko mózgu, ze światem zewnętrznym. Dziś, wystarczy się tylko rozejrzeć, jesteśmy w pewnym, a nawet w dosłownym sensie niewolnikami. Owszem, każde z widocznych urządzeń samo z siebie jest nam potrzebne, a nawet już niezbędne do życia. I wszystko byłoby piękne. Ale każdy przyzna, że zaczyna się to robić kłopotliwe. A to trzeba podładować, a to coś ustawić lub poprawić, tu zmienić i dopilnować - i w ogóle czujemy się zniewoleni. Kable, fale takie i inne, terminy, rozmowy zawsze i wszędzie, bo naciskają, ale wszystko trzeba pilnować. Nie muszę się dłużej rozwodzić, każdy to zna. I teraz proszę sobie wyobrazić, że to wszystko jest w jednym, już na zawsze jednym urządzeniu. A do tego nasza aktywność zupełnie w nim nie musi grzebać, jest i jest, a człowiek korzysta w pełni, na każdym kroku i zawsze. Ładnie brzmi? Widzę, że ładnie. Jedno takie skromne urządzonko, a łączy, odbiera, pozwala włączyć co się chce w technicznym otoczeniu, kontaktuje na wszelkie sposoby, które już dziś znamy, albo kiedyś inżynierowie wymyślą. Każdy chciałby coś w 7
  8. 8. ten deseń posiadać. Ja na pewno. Ale jest problem, zasadniczy: nasza indywidualność, osobnicza, tak dla nas cenna osobowość. Cenna dla nas, ale ogromne wyzwanie, kiedy to trzeba sprzęgnąć ze wspomnianym technicznym otoczeniem. Jednego obywatela świata można zdekodować, odczytać jego sposób notowania danych, ale milion, ale miliardy? To po prostu niemożliwe, nie da się, żaden inżynier takiego zbioru nie odczyta. Problem? Tak, jest problem. Ale, to na pocieszenie nam natura daje, jeżeli jest problem, to i rozwiązanie się znajdzie. Jak coś w świecie stanowi ścianę, której podobno się nie pokona, to zawsze jakieś obejście też można odkryć i ominąć zawalidrogę. Jak to się powiada, głową muru nie pokonasz, ale jeżeli brak innych narzędzi, to warto spróbować. Na poprzednich prelekcjach omówione to zostało szeroko, ograniczę się więc do stwierdzenia, że wyjściem jest indywidualne, takie od pierwszych chwil istnienia osobnika, notowanie jego funkcjonowania w umyśle. W mózgu, jako faktu biologicznego, ale i umyśle, całości funkcjonalnej. Czyli nośnika i treści abstrakcyjnej. Zbudowanie i dalej wykorzystywanie tak widzianej "przystawki", to pozwala, już realnie pozwala na pokonanie wspomnianej bariery osobności każdego bytu. Jest "pośrednik", którym łączy ze światem i odbiera płynące z tegoż świata sygnały. I fajnie. Tylko że to jest najmniej ważne zagadnienie. W tej chwili zbliżam się już do dzisiejszego tematu, poprzednie etapy to właśnie takie podłączenie do otoczenia - użyteczne wielce, ale banalne. Chodzi o coś znacznie istotniejszego. Proszę zwrócić uwagę, że "przystawka", urządzenie działające sobie "w tle" osobniczej aktywności, że ono nie tylko kontaktuje, ale i zapisuje kwant po kwancie, element po elemencie tej osobowości, i to w skali całego istnienia. Co więcej, działa technicznie tak, że zachowuje, prezentuje się w swoich funkcjach identycznie, jak to w przypadku mózgu można obserwować. Zgoda, materialna substancja do tego działania użyta jest inna, praktycznie każda, która się nada, ale funkcja, sposób reagowania, działanie jest identyczne. Nie ma znaczenia nośnik, ważne, żeby procesy były te, takie same. Nie ma znaczenia, w czym i na czym się myśli, ważne, żeby logicznie. Czyli, to bardzo istotne, w chwili maksymalnie dla osobowości już ważnej, w chwili końca istnienia, pojawia się taka konsekwencja i niezwykłość tej "przystawki-dostawki": jeden obiekt, struktura ze wszech miar pełna, ale biologiczna - to się kończy, a po drugiej i ciągle aktywnej stronie jest owe "urządzenie". I co? Proszę się na chwilę zastanowić, czy to dalej można określać "urządzeniem", stąd znak umowności w wypowiedzi. Czy to jest urządzenie? Widzę pewne i nawet spore zakłopotanie, i słusznie. To jest, i to pod każdym już względem, stan niezwykły - ale na pewno nie urządzenie. Dlaczego nie urządzenie? Przecież, tak na oko, nic się w stosunku do stanu "ciut" wcześniejszego nie zmieniło. Ta drobna różnica to brak zauważalnej aktywności biologicznej konstrukcji. Można by to określić, że to "banał", ale nie zamierzam ironizować. Jednak to w praktyce tylko taka różnica, nic więcej... 8
  9. 9. Ale zarazem zupełnie coś nowego, to się czuje, nawet nie trzeba w temat się wgłębiać. Przecież osobowości poprzedniej już nie ma, a przecież jest dalej. To jest konsekwencja "przystawki". - Coś się zakończyło, ale coś trwa dalej. I to aktywnie. Słowem, warto to sobie uzmysłowić, w chwili przejścia, to pozornie drugorzędne urządzonko, wychodzi na plan pierwszy. I to ono teraz w świecie spełnia, i to w całej pełni, aktywną rolę osobowości. Po prostu jest tą osobowością. Niczym, dosłownie niczym w zawartości nie różni się od struktury biologicznej - na zmianę świata reaguje tam samo, jak poprzedni byt, jest po całości tym bytem. Wszystkie funkcje oraz "narowy" poprzednika są szczegół w szczegół zapisane w archiwum, nośnik się zmienił, ale zawartość pozostała i zmienia się tak, jak poprzednia konstrukcja – wszystko, wszystko zachowane i stabilne, a przecież inne. Osobnik się skończył, osobnik istnieje. Czy to czegoś nie przypomina? Zadaję to pytanie pod adresem osób, które nie uczestniczyły w poprzednich spotkaniach, wówczas zostało to zasygnalizowane. Czy to czegoś nie przypomina? Dokładnie, dusza ulatuje w zaświaty. Czyli przechodzimy po wstępie do zasadniczego dzisiejszego tematu. "Wędrówki dusz". Ale zwracam uwagę, że w liczbie mnogiej, to nie chodzi o jednorazowe takie tam sobie przejście osobnicze, ani też jednostkowe. Tu chodzi o fakty liczne i powszechne. I techniczne. Właśnie, techniczne. To w tej chwili jest zasadniczy, główny - ten najważniejszy element rozumowania. W tej chwili chciałbym przejść nie do ogólnych rozważań, jak się duszyczki przemieszczają, wędrują po i w świecie, ale do zagadnień technicznych. Nie w szczegółach, bo to niemożliwe, to zostanie wypracowane w przyszłości i na pewno nie będzie łatwe do uzyskania, ale do samego faktu, że to staje na porządku dnia - i staje się realnie dostępne. To już nie logiczne i filozoficzne, czy inaczej religijne ustalenie odnoszące się jakoś do skrajnego faktu istnienia, czyli śmierci, ale zagadnienie może nie proste do rozwiązania, ale też nie niemożliwe do pokonania. To już widać na horyzoncie. Mówiąc inaczej, "wędrówki dusz", przesiadanie się z ciała do ciała jest nie fantastyką, modlitewnym zawołaniem, ale realnością. Dziś nie do przeprowadzenia, ale już do logicznego opisania. A skoro w taki sposób to jest dostępne, to "za chwilę" będzie fizycznie i w codzienności. Czy dla każdego? Cóż, zapewne będzie różnie, jak zawsze, ale tak w przyszłości... Może i dla każdego. Chce mocno podkreślić ten techniczny i fizyczny aspekt zagadnienia i jego znaczenie. To za moment pozwoli mi przejść dalej. - Chodzi o to, że logicznie staje się strawne, łatwo akceptowalne to, co dla wielu sceptycznie nastawionych do koncepcji "duszy" jest obecnie i od dawna nie do przeskoczenia. Chodzi o fakt, że samo podejście i analiza przechodzi z obszaru jakoś "poza", dziwnego i kłopotliwego do pogłębionej analizy – w obszar codzienności, wręcz banalności. Z niezwykłości logicznej, do zwykłości technicznej. - I to jest w 9
  10. 10. tym tak istotne, to jest sedno zagadnienia. Oto okazuje się, z pewnym zaskoczeniem dla obu stron dyskusji, że pojęcie "duszy" upraszcza się, że to nic nadzwyczajnego. Ot, tylko trzeba "zawartość" głowy osobnika poznać, zapisać na innym nośniku i w chwili krańcowej przenieść w nową lokalizację. Że to realnie i praktycznie przebiegać musi w sposób skomplikowany, już padło, ale to w tym ujęciu jest sprawą którąś tam z rządu, technicznie ważną, w opisie logicznym zbędą. Zwracam na to uwagę, za moment o tym coś w opisach się pojawi. Czyli coś do tej pory wręcz mistycznego i maksymalnie niezwykłego, sławetna na wieki "dusza", to okazuje się odniesione do jednostki i fizycznego zanotowania, zawsze tylko do jednostki. I traci przez to charakter wyjątkowości, z wszelkimi tego konsekwencjami. Czyli może być przenoszone, dosłownie już wędrować poprzez ciała - i to najróżniejsze. Ograniczenia wynikają tylko z fizyki i pomysłowości - lub zapotrzebowania; teoretycznie można się "wpisać" w każdy stan tej tutejszej rzeczywistości. I tym samym spełnia się to, co wiekami i przez wszelkie dyskusje w dziejach było poodnoszone. I to jest najciekawsze dla mnie w tej chwili. Ten logiczny, idący tysiącleciami i dowolnymi filozofiami koncept, że jest "dusza", że może wędrować, że trzeba to a to wykonać, żeby taki stan osiągnąć i zeń korzystać. Zwracam na to uwagę, to było od zawsze. Obecnie w ujęciu logicznym przechodzi do strefy technologii - ale myślowo to było "od zawsze". Czy to przypadek? Oczywiście nie. Absolutnie nie. Ale nie dlatego, to w stronę zwolenników koncepcji duszy, czegoś niematerialnego i podobnego mówię, że treść pojęcia "dusza" jest taka, jak to sobie w analizach państwo przedstawiacie. Ale też nie dlatego, to znów w stronę przeciwników "duszy" mówię, że to pomysł bzdurny czy daleki od świata, nic podobnego. Pojęcie "duszy" jest jak najbardziej, i to przecież powyżej pokazywałem, zasadne, to osobniczy zbiór tych w głowie zawartych abstrakcji i pojęć. A przez to nie błąd, to nie nadinterpretacja czy pobłądzenie w analizach. Że w działaniach na pojęciach do tej pory to mistyka i filozofia zawłaszczyły, to nie oznacza, że to był logiczny błąd. Bo nie był. Po prostu aktualnie zaczynają się tym zagadnieniem zajmować osoby techniczne, wcześniej nie było do tego podstaw. Tematyka ta sama, zmieniły się jedynie okoliczności. Tak, trzeba wyjść od generalnego stwierdzenia: nie ma, nie ma, nie może być analizy, żadnej konstrukcji logicznej, albo fizycznej tym bardziej, która byłaby sprzeczna ze światem, z jego prawami. Może na poziomie słownictwa i stosowanych obrazów mieć to różne, jakoś tam wypracowane upostaciowanie, to wszystko jest jednak wyłącznie powierzchnia, najmniej ważna, to literacka albo mityczna warstwa, nic istotnego. Dla wielu najważniejsza oraz jedynie dostępna, ale patrząc logicznie, zupełnie nieistotna. I teraz proszę tak właśnie potraktować koncepcję "duszy", jako coś poprawnie wypreparowanego z otoczenia, ale tylko logicznie. Że to stan realny potencjalnie, nie usamodzielniony, odmaterializowany i 10
  11. 11. jakoś tam nadrzędny fakt. To nigdy nie jest "fakt", ale możliwość logicznie poprawna, ale na dziś, do momentu "przystawki" to tylko i wyłącznie teoretyczna możliwość. Warto sobie w tym momencie postawić pytanie, dlaczego taka formuła definiowania świata i elementu świata się pojawiła? Czy to polega na "objawieniu", "natchnieniu", albo jakoś tak? - Moim zamiarem i wszystkich tu występujących nie jest zupełnie stosowanie określeń mało dla kogoś przyjemnych, nasze spotkania mają coś pokazać, ale nie obrażać. Mogę domniemywać, że komuś właśnie taki niezwyczajny poziom tłumaczenia odpowiada, szanuje to... tylko to jest pojęcie, które jest głęboko nieprawdziwe. Nie, że głęboko fałszywe, bo jest prawdziwe. - W takim ujęciu jest prawdziwe, że pojawia się nagle, jako "olśnienie" dla osobnika te abstrakcje tworzącego, a więc z natury on nie wie nic o procesie i jego uwarunkowaniach, które do takiego ustalenia doprowadziły. To poziom skryty dla niego, więc rezultat musi się wydać zaskakujący – kub właśnie "objawiony". W tym rozumieniu to rzeczywiście proces "spoza" – spoza poznania. Ale na pewno proces z zakresu doznawania i komentowania. Stąd jego znaczenie i siła emocjonalnego rażenia, że tak się wyrażę. Ale zarazem jest to głęboko sprzeczne z logiką jako taką – bo nie ma "objawienia", jest obróbka materii i na tej podstawie ustalanie abstrakcyjne faktów. I zawsze tylko faktów. - Nie ma objawienia w takim znaczeniu, że jest absolutnie spoza, z "czegoś" czy "kogoś", to zawsze stąd i teraz. I zawsze w tym konkretnym osobniku. Czy religia, filozofia, naukowe działanie – i zupełnie dowolne już działanie, czy to może prowadzić do fałszywego obrazu świata? Ktoś powie, że może i że często może. I popełni błąd. Tak, to warto, a nawet trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: nie ma i nigdy nie było w dowolnie prowadzonym działaniu logicznym abstrakcji, która byłaby względem świata sprzeczna. Każda jest poprawna. Widzę ruch na sali i niedowierzanie. Tak, taka jest ostateczna, na bazie logiki przeprowadzona analiza możliwych systemów odnoszących się do środowiska. Nie ma błędnych, oderwanych od rzeczywistości i przez to głupich czy jakoś tak określanych struktur. Nauka rodem z najbardziej naukowego laboratorium, filozofia z najlepszego sortu umysłu, religia lub magia, zawartość głowy osoby z psychiatryka – to wszystko jest poprawne ujęcie świata. Jeżeli coś istnieje, to w sobie zawiera poprawne odczytanie własności świata. Powtarzam, jeżeli coś istnieje, fizycznie czy jako abstrakcja, to jest poprawne - spełnia wymóg poprawnego odczytania świata. Znów widzę poruszenie, a niesłusznie. Już z samego faktu, że coś w realności funkcjonuje, już to oznacza, że zawiera w sobie reguły z tym światem, z jego stanami zgodne. Owszem, i stąd się zapewne bierze na sali widoczne zaniepokojenie, owszem, jest zróżnicowanie w takim działaniu, w jego skuteczności, w jego mniejszej albo większej do świata przystawalności – jednak tylko tak. Logicznie każdy system objawiający się zaistnieniem jest poprawny. Coś istnieje – to oznacza, że uwzględnia reguły świata. 11
  12. 12. Mówiąc inaczej, jeżeli jakaś religia, dowolna religia, dopracowuje się pojęcia "duszy", czy adekwatnego, to przecież wypracowuje to w oparciu o stan świata, przecież niczego innego nie ma do odbioru i poznawania. To fizyczność świata i zachodzące w nim zmienności, to wyznacza zakres takiej analizy, jest punktem odniesienia - ale też jest weryfikatorem ustaleń. Że dzieje się to najczęściej zupełnie nieświadomie w głowie analizującego? Pełna zgoda. Inaczej zresztą to nie może przebiegać. - Zasadniczo to całkowicie i zawsze dzieje się bez świadomości takiego odniesienia. Osobnik w swoim zakamarku rzeczywistości prowadzi eksperyment, fizycznie lub logicznie, ale i tak zawsze jest skonfrontowany ze stanem świata i nigdy inaczej. Bo świat to jest wszystko, co ma w takiej analizie. I dlatego musi uzyskać na końcu kombinowania pojęciowego opis świata we wszelkich jego przeobrażeniach, niczego innego nie uzyska. Może nie mieć zupełnie świadomości o mechanice kwantów i głębokiej zasadzie rzeczywistości, i najczęściej jej nie ma – ale działając w środowisku i w jego fizycznej zmianie zawsze się do tego rytmu i tej reguły stosuje – istnieje, wiec się stosuje. I tym samym może uzyskać poprawny wynik operacji na kwantach, zupełnie nie wiedząc, że coś takiego jest. Liczy się samo działanie, rezultat i tam musi – musi być poprawny. Owszem, jak to już mówiłem, na poziomie słów to może być różnorako definiowane, to zależy od tego, co zostanie wstępnie wprzęgnięte w taka analizę. Jak wyjdzie się od aniołów i podobnych, to przecież na końcu nie pojawią się kwarki czy kwanty, to oczywiste. Ale gdy jest to poprawnie przeprowadzony dowód logiczny, to głęboki zakres analizy oddaje prawdę, jest opisem świata. Musi takim być. Fakt i prawda, można w takim zbiorze logicznie równoważnych sobie systemów, ale już zewnętrznie do tego zbioru, przeprowadzić coś na podobieństwo drabiny użyteczności, czyli wprowadzić klasyfikację z uwagi na korzyści dla stosującego taki system. I w tym już ujęciu wcześniej ustalona jednakowa dobroć - to wygląda inaczej: uzyskuje się gradację. No i okazuje się, że system, w którym dominuje, tak przykładowo, podkowa przybita nad drzwiami na szczęście, że taki w świecie ustalany porządek może i się sprawdza dla korzystającego z niego, ale już dla innego osobnika nie, że tenże inny osobnik jest sam dla siebie kowalem losu. W innym przypadku to dopiero zasada z mechaniką kwantową okaże swoją przydatność, itd. Co ważne, w takim zestawieniu, zwracam uwagę, podejście religijne nie jest złe i na straconej pozycji. Dlaczego? Ponieważ powstawało długo, dlatego mogło dopracować się, i to po wielekroć, zgodnych do świata abstrakcji, ilość prób weryfikacyjnych była wielka i przez wielu prowadzona. A to dalej oznacza, że skoro takie postrzeganie otoczenia jest i posiada swoich użytkowników i zwolenników – to ma dla nich praktyczne, życiowe znaczenie. - Czyli musi odpowiadać na zapotrzebowanie, w jakimś zakresie się sprawdza. A skoro tak, jest dobre i potrzebne. Dla tej konkretnej jednostki, ale potrzebne. I nie można tego negować. Że dziś takie podejście sprawdza się dla coraz mniejszego zbioru odbiorców, a więc codziennych eksperymentatorów, no i coraz gorzej - fakt. Po prostu w świecie zaszło tak wiele zmian, że odpowiedź w 12
  13. 13. formule religijnej zwyczajnie za tą zmiennością nie nadążą. Gdzieś skrajnie, właśnie "dusznie", posiada to dla niektórych sens, tylko już wyraźnie widać, że ten zakres tłumaczenia rzeczywistości spada w hierarchii, z głównego i jedynego - do uzupełniającego, jeszcze obecnego, ale już raczej magicznego. A nawet i zbędnego. Podejście motywowane filozofią religijną, w zderzeniu z nauką i jej "cudami", z technicznymi możliwościami... Cóż, wynik jest wiadomy. Z religijnego pojęcia "duszy" można w analizie wycisnąć niewiele, z pojęcia "materialnej duszy", tutaj w analizie prezentowanej - całe zbiorowisko zastosowań. I to takich, o których mówiły najróżniejsze religie. Tylko mówiły. Czyli, jak sobie religia wypracowuje po iluś obrotach sfer pojęcie "duszy", to wypracuje je w oparciu o własności świata, nie błądzi w takim działaniu. Bo nie może. Fakt, może sobie jakiś filozof, co to w swojej jaskini przesiaduje i do działania wystarczy mu miska zupy, może taki osobnik w chwili wolnej byt i niebyt w jego wiecznej i nieskończonej formule raz i po wielekroć analizować. I zawsze coś uzyska. Co, to już zależy od tego, z czego wychodzi. Ale uzyska, musi; tak to się w głowie tego osobnika dziać dzieje, i inaczej nie może. Abstrakcja z abstrakcją wchodzą w związek fizyczny w tej głowie, no i jest nowość, również abstrakcyjna na wyjściu... Oczywiście pojawia się problem, jak to zweryfikować, sprawdzić. - Czasami wystarczy przetrzeć oko, żeby w analizie wykryć mało dokładne ustalenie, czasami trzeba tysiącleci i wielkich konstrukcji, żeby "atom" rozbić na elementy. Myśl sobie polatuje swobodnie, choć materialnie, ale zasady materialnego oraz zmiennego świata ustala się wolno i długo. Odwołam się do wcześniej powiedzianego o "przystawce", że pojawia się w chwili brzegowej stan, że ciało odchodzi w niebyt, ale pełne odwzorowanie zawartości osobniczej, że to pozostaje. I działa już samodzielnie. Przecież to techniczne zrealizowanie ujęcia duszy. W tym zawiera się ten istotny fakt. W zakresie religijnym trzeba to a to i odpowiednio wykonać - tu, w świecie tranzystorów czy trybików, tak samo, też trzeba zestawić i zestroić. Efekt logicznie jest ten sam, dusza – czyli już właśnie fizycznie pojęta dusza. Przechodzi sobie z ciała w kolejne ciało, "ulatuje", wydostaje się, uwalnia z formy poprzedniej - i znajduje oparcie w kolejnym bycie. Fizycznym i zawsze fizycznym, a przecież kolejnym. "Wędrująca dusza". W ujęciu religijnym wystarczy spełnić rytuał, to w jednej z takich form, albo przejść cały kołowrót możliwych cielesności, zanim się w nieskończoności rozpuści, ale zasadniczo to to samo. Zresztą, to warto podkreślić, nawet te sygnalizowane ujęcie, pozornie mityczne tylko i literackie, tak na dnie odnoszą się do możliwych i realnie technicznych do zastosowania dróg przemian. Czyli właśnie jedno i ostateczne przejście w świat "dalszy" - albo mnogość cykli, aż się to lokuje w dalekim horyzoncie wieczności. Słowna, abstrakcyjna w takim opisie warstwa jest, w odniesieniu do poziomu technicznego, dziwaczna i bez sensu, jednak logicznie, a więc głęboko, tożsama. Czy to oznacza, że my człowiek wkraczamy w "erę duszy"? 13
  14. 14. Tak to trzeba postrzegać. Nam tu obecnym to w żadnym przypadku już nie grozi ani jest osiągalne. Być może będziemy to obserwować, być może nawet nie będzie to taki odległy punkt, wszystko dziś pędzi i zmienia się szalenie, ale osobiście, jako byty fizyczne, już ziemi "po drugiej stronie" chwili przejścia nie zobaczymy, to nie nasze pokolenie. Ale jako zbiorowość musimy się na to szykować, to widać już wyraźnie. Że będą problemy? Ech, przeliczne, ogromne, z naszej dzisiejszej perspektywy niebotyczne. Choćby energetyczne, choćby z tym, jak taką populację wyżywić, zająć czymś, itd. Ale to już nie my, to nie nasze zmartwienie. Ale ono nastanie, nie ma od tego po prostu odwołania. Jeżeli coś jest możliwe, to zaistnieje. Chyba, że analizującego nie będzie... 14
  15. 15. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 7.3 – Kredowe koło pojęć. Sprawa, tak na oko, prosta i banalnością pospolita. Wiadomo, język wyznacza granice świata, a stosowany zasób abstrakcji, którymi się znaczy otoczenie, to wszystko, czym rozum dysponuje - i wszystko, czym jest. I nie ma od tego odstępstwa. Bo jak już osobnik zasiądzie pośród życiem się objawiających bytów i jak go już w zakres zwyczajnie niezwyczajny żelazna logika rytmu ewolucyjnego w całości wessie (czy wepchnie), to wszechkierunkowo się rozgląda wzrokowo i inne konstrukcje zmysłami doznawane jakoś tam nazywa – tak osobnik ma, tak mu się w łepetynie poprzez wieki rozumem rozrosłej to wszystko objawia. Co se popatrzy w zakamarek materialny albo inną dziurkę w nieciągłości, to zaraz wyskakuje z niebytności nazwa abstrakcyjna czy inna liczba. I sprawa jasna się robi, całość po horyzont obłaskawiona i oswojona. A jak ponazywane, to i obmacane, czyli można krok pewnie postawić i żadna przepastna czerń pod stopą się nie rozstąpi. Wychodzi w takowym działaniu człek z aktualności i poprzez bolesne obijanie się o kanty (i kwanty) świata, nabywa w omijaniu zasadzek coraz większej wprawy, a pozyskane doświadczenie w reguły, a także i rytuały przeróżne przyozdabia. I dobrze na tym wychodzi; ogólnie i generalnie dobrze. Ale nie zawsze tak się to dzieje, abstrakcja pomaga kolejny krok w realności wykonać, ale potrafi również zniewolić, kajdanami równie silnymi, jak te materialne omotać, a nawet na zatratę wyprowadzić. Bo pojęciowe nazewnictwo w sobie moc wielką zawiera i w realności drogę zestawia oraz wspomaga w poznawaniu świata - ale też granicę tym samym tworzy, językową zasłonę nieprzebytą z nitek zdań i słów tka; zdradliwy urok "pajęczyny pojęć" wyznacza mój świat oraz jest tym światem. - Tak to jest. Siedzi sobie, na ten przykład, ktoś w chwili dziejowo początkowej, jeszcze nie ogarniętej rozumnie w całej pełni, a nawet zupełnie w ten czas jeszcze nie wyrozumowanej - siedzi dajmy na to w jaskini albo na innym zadupiu przedpotopowym. No i sobie kawałkiem materii o drugi stuka. Tak to życiowe przypadłości urozmaica, bo akuratnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności najadł się był do sytości, a też akuratnie na nikogo z dusz bratnich nie poluje, a i nikt na niego się podstępnie nie zasadza. - No i kiedy tak sobie hałasuje i nudę wiekuistą zapełnia, to dziwem zupełnie przedziwnym, jeno przez sam fakt owego postukiwania, coś się poczyna w owej realności. Iskrzy to stukanie, rzuca w przestrzeń gorące i piekielnie ogniste punkty w dowolną stronę. I jest zdumienie, i jest radość, i pojawia się w głowie ludzika abstrakcja. Tak się to dzieje. Tylko że - i trzeba to usilnie podkreślić - czynność owa, banalna i zwyczajna sama z siebie w stopniu maksymalnym, fundamentalnie w doczesności fizycznej zakotwiczona przecież, na końcu mechanicznie czynionego procederu owego, abstrakcją nienamacalną objawia się w 15
  16. 16. łepetynie osobnika. Zaczyna się doświadczenie przypadkiem losowym zainicjowane, a kończy, i to niespodziewanie, i to wbrew wstępnemu założeniu osobnika, nazwą i symbolem krzesania w zwojach rozumnych – nawet jak osobnik żadnego jeszcze słowa powiedzieć nie może. - A to radość wywołuje, aż ciarki po plecach wędrują. Acz, to dla ścisłości trzeba dodać, w tak zakreślonej chwili samej nazwy nie ma i długo jeszcze nie będzie, w żadnym głośnym narzeczu ona się nie objawia. Notuje się abstrakcja trwale, jako rylcem na płycie się zapisuje, krzaczasto odciska-buduje się śladem fizycznym w komórce mózgowej, jest odbiciem zaistniałego faktu, który osobnik może, ku pożytkowi swojemu, po wielekroć powtórzyć. Fakt, to zawsze jest "abstrakcja realna", czyli w eksperymencie i materialnie wytworzone uogólnienie, jednak nic innego jeszcze nie istnieje. Ale może. To w tej odległej chwili się staje potencjalnie możliwe. Tamto inne, już w postaci nadbudowanej kulturą, a później naukowo, to się kiedyś tam pojawi, o ile będzie proces się toczył, jednak w owej chwili liczy się tylko to, że można ogień rozpalić i przeżyć. - Przecież niebo spuszcza na świat potoki deszczówki albo pluje wulkanicznie siarką, dlatego czas na filozofowanie przyjdzie później. Za kilka tysięcy lat. Jednak tak powstała abstrakcja już obrasta zachowaniami pozwalającymi przetrwać w ciągle przemiennym świecie, i dlatego jest tak istotna. Muszę w taki a taki sposób uderzyć kamyk o kamyk, żeby iskrę zeń wykrzesać, tak i tylko tak ułożyć zebrane wokół kawałki konkretnie takiej a takiej materii, tak jej dokładać do stosu, żeby ogień się utrzymał – itd. Czynności stosunkowo proste, jednak powstaje w ten sposób ciąg zachowań wspomagających istnienie, i to w osobniczej oraz zbiorowej skali. A w powiązaniu, i to jako fakt absolutnie w tym procesie niezbędny, tworzy się w opisywanym "badaniu" świata religia ognia. Jak najbardziej naukowa, czyli ściśle zakotwiczona w eksperymencie i ciągle weryfikowana w kolejnych powtórzeniach. Z każdym kolejnym udanym rozpaleniem ogniska powstała tak abstrakcja się potwierdza i zarazem utwardza, tak wytworzona hipoteza na temat otoczenia nabiera znaczenia poprzez kolejne działanie; jest faktem sprawdzonym, a przez to pewnikiem. Ale i dogmatem. To warto i trzeba podkreślić: wytworzona z niczego abstrakcja (bo w głowie), siłą swojego zaistnienia oraz braku konkurencji (nie ma innych do równania), narzuca osobnikowi, który swoim działaniem ją powołał do bytu, jednoznaczne zachowanie i dyktuje warunki: musisz zrobić dokładnie to, co trzeba, żeby istnieć, żeby ogień rozpalić, a jak zechcesz się wyłamać - zginiesz. I nie ma od tego odwołania, bo nie ma instancji odwoławczej: pojęcie zaistniałe jest punktem odniesienia i reguluje, warunkuje następne kroki. Kiedy duszyczka zapragnie, bo tak jej się zwidziało, tak jej w cielesności coś się objawiło, kiedy zechce dominującą powszechnie abstrakcje na nowo ułożyć, musi – musi się taki ktoś okazać zagrożeniem i osobnikiem niebezpiecznym, przecież występuje przeciwko świętości. "Ukarać!", "na śmierć!", się wówczas rozlegnie. I będą to słuszne głosy. Przecież, warto to wziąć pod uwagę, taki wywrotowiec oraz heretyk jest zagrożeniem ładu pojęciowego, który się sprawdził pokoleniami 16
  17. 17. i pozwala żyć, nowość może to zniszczyć i uświęconą drogę zburzyć, dlatego trzeba nosiciela odmiennego postrzegania zlikwidować. Nie ma odwołania, albo nowość, albo tradycja. Wygrywa silniejszy. - Im dłużej w czasie, im bardziej obszarowo roznosi się abstrakcja, im więcej wyznaje i według niej zachowuje się osobników, tym trudniej przełamać utrwaloną i ciągle sztywniejącą konstrukcję pojęciową. W skrajnym przypadku jest to niemożliwe, aż do zatraty wyznawców, aż do tchu ostatniego. Bo co jest ostatecznym weryfikatorem pojęć? Jeżeli początkiem był stan fizycznym, on powołał do istnienia abstrakcję, to również na końcu (i w każdym momencie) punktem odniesienia jest stan świata. Jeżeli abstrakcja jest tak wewnętrznie zbudowana, że wprowadzić w siebie potrafi nowość i na tej podstawie wyprodukować nowe, wyższe uogólnienie zjawisk w otoczeniu, taka konstrukcja się utrzyma oraz zdobędzie nowych wyznawców, przetrwa w "doborze naturalnym" pojęć. Ale kiedy nie dopuszcza poprawek i dogmatycznie strzeże ognia (już świętego), to gaśnie zdmuchnięta siłą dziejowych wichrów i ginie w mrokach. Los skostniałych pojęć jest przesądzony - los wyznawców dogmatów jest nie do pozazdroszczenia. Mam oto taką sytuację: wytworzona w umyśle abstrakcja jest jedyną, a przez to z zasady prawdziwą - abstrakcje opowiadają stan świata, i jest to jedynie dostępne "zeskanowanie" rzeczywistości, niczego innego nie mam. Wszelkie posiadane przeze mnie pojęcia są mną (to ja) i są zarchiwizowanym odbiciem otoczenia. Wszelkie abstrakcje, tak w bazie fizycznej, tak w logicznej nadbudowie, to zakres przeze mnie rozpoznanego obszaru, to granice wyspy, z której oglądam oraz definiuję wszystko wokół. Przy czym nie ma znaczenia, czy jest to "wyspa" języka (dowolnie już pojętego), czy rzeczywista lokalizacja pośród oceanu h2o - to zawsze jest wyspa. Choroba jakoś odcinająca od otoczenia, zamknięcie oczu, decyzja władz blokująca kontakt z innymi, symbole językowe, kultura, religia, nauka – abstrakcje i wszelkie granice tworzą "wyspę" w/na morzu rzeczywistości. I ma to swoje konsekwencje. Poznawcze i w porozumiewaniu się. Jeżeli stwierdzam, że osobnicze abstrakcje są jedynie dostępnymi i poprawnymi z założenia, to, jako obywatel świata, który chce innego obywatela do czegoś przekonać, muszę wyprowadzić z tego racjonalne konsekwencje. Jeżeli inny osobnik posiada ugruntowany zestaw danych o otoczeniu, to ani mam prawo szybko je zmieniać, ani nie osiągnę celu poprzez pohukiwanie i pouczanie - ani nie uzyskam potrzebnej zmiany swoją nadgorliwością. Kiedy jednak chcę taki cel osiągnąć, muszę przejść na pozycje, które wyznacza druga strona. Czyli w tym przypadku zestaw abstrakcji, którymi dysponuje modyfikowany układ. Można działać tylko tak, jak stanowią granice konkretnej wyspy, a nie moje zachcenia; żeby przekazać sygnał dalej, muszę uwzględnić stan odbiorcy. Świat jest taki, jak wydaje się, że jest. - Tak dla mnie, tak dla każdego. I jest to zagadnienie z gatunku ważnych oraz najważniejszych. Moc, przemożna siła abstrakcji, więc "zamykanie" się w pojęciach, o tym trzeba powiedzieć w kontekście zawartości łepetyny, i to wyraźnie. 17
  18. 18. Ponieważ niczym więcej poza nanizanym na fizyczne elementy zbiorem pojęć nie dysponuję. Język, zbiór symboli, który stosuję do opisu świata, wyznacza zarazem jego granice, abstrakcje "zamykają" mnie w sobie, a próba wychylenia się poza nie jest trudna i niemożliwa czasami. "Ściana pojęć", "zasłona abstrakcji" dosłownie i boleśnie wyznacza to, jak mogę postępować lub do jakiego punktu mogę dojść. Jawa to sen, który śnię z innymi za pomocą wypracowanych symboli, ale żeby ten sen trwał długo, pojęciowe konstrukcje muszą sprawnie oddawać stan środowiska - bo jeżeli jest inaczej, widzę to, czego nie ma. A to już może być niebezpieczne. W miarę trwania ewolucji abstrakcji przybywa w niej konkretów - i to potwierdzonych; tworzą się "obiektywne" wartości, które coś na temat świata mówią. Istotne jest jednak to, że tak zaistniały fakt abstrakcyjny usamodzielnia się i jest punktem odniesienia działań kolejnych. Weryfikacje pojęcia wzmacniają jego "(s)kostnienie", w efekcie próba ułożenia obrazu na nowo, bo zmieniły się warunki, to jest trudne lub niemożliwe. Siła zaistniałej abstrakcji jest wręcz przemożna, zniewalająca. Wytworzone pojęcie staje się mną, niczego innego poza takim zbiorem abstrakcji nie posiadam – to jestem ja. I jest to moja (albo grupowa) "zasłona" pojęć, zza której i przez którą obserwuję i definiuję otoczenie. I muszę mieć świadomość, że tak jest. Dlaczego? Ponieważ pokonanie bariery abstrakcji i odrzucenie złych symboli, to warunek mojego przetrwania. Ale żeby zmienić siebie i swoje poglądy na rzeczywistość, muszę zarazem w tej rzeczywistości uczestniczyć, a do tego muszę posiadać pojęcia, które to działanie umożliwiają. Więc jeżeli kiedyś-gdzieś, któryś z moich przodków, w tej przysłowiowej jaskini, wyprodukował błędną abstrakcję, może to okazać się barierą, której nie pokonam: zabraknie mi sił i odwagi - lub determinacji do działania. W rezultacie ugrzęznę w "zasłonie pojęć", i to na zawsze. Zmiana warunków w środowisku, na które nie znajdę sposobu w zbiorze posiadanych obrazów, "odsieje" mnie oraz wszystkich innych, którzy stosują podobne symbole. Tu nie ma litości ani drugiego podejścia - pobłądziłeś, znikasz z rejestru. Trudno przebić zasłonę abstrakcji, choć to życiowa konieczność na kolejnych zakrętach. Ingerencja musi sięgnąć podstaw osobnika lub grupy. Przestrojenie "złej" abstrakcji może-musi dokonać się przez obudowanie nowym zbiorem pojęć starego elementu, ale zawsze trzeba mieć świadomość, że nowość buduje się na przeszłości, że nie nigdy ma absolutnej odnowy. Abstrakcje to ja. Ja człowiek i "ja" Człowiek. 18
  19. 19. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 7.4 – Droga. Idzie sobie człowiek drogą idzie – taką czy ową idzie – za młodu i w starości idzie – i się nie zastanawia – i się nie dziwi – i nic a nic ciekawego w tym nie widzi. Ech – i żeby to. Droga jak droga, można powiedzieć, tu błoto albo asfalt, tu cement albo kamień; albo jeszcze coś innego, takie miękkie i przetrawione przez kogoś. Zawsze i wszędzie to samo. - A jednak nie to samo. I nigdy to samo. Można o drodze napisać esej, można wiersz; można kadrami filmowymi pokazać, że ciągnie się w odległą dal, a można to streścić jednym słowem i machnięciem ręki. Droga, twarda opoka. Droga materialna i życia. A to przecież ta nasza proza codzienna, kilometry do pracy i takie same z pracy. Kurz i smród, tłok i spocone ręce; zmęczenie i senność; i złość na idiotę wyprzedzającego na ciągłej; wzniosłe i wyblakłe widoki; i wyrwane koło, i nieruchome ciało na poboczu w worku... Droga do... Przyznaję, poniosło mnie, macie rację. Ale czy można się dziwić – czy można odrzucić te wszystkie skojarzenia, które łączą się z tą konkretną i dowolną drogą? Powiecie, że droga jak droga, nic w niej ciekawego, co najwyżej męczącego i w gruncie rzeczy smutnego. - Bo ma swój koniec. Był początek, to będzie koniec. A tu, widzicie, was zaskoczę – i tak, i nie. Koniec dla was, no i dla mnie, co zrozumiałe, ale nie koniec tak w ogóle. Że to mała w sumie pociecha? Błąd oceny. Bo to, że zaistnieliśmy na tej naszej drodze, to efekt tego, że te wcześniejsze się skończyły. A jak się nasza skończy, to kiedyś i gdzieś ma szansę zbudować się inna. Też gdzieś poprowadzi. I też się skończy. Ale tego tak zostawić nie sposób, warto analizę skończoności drogi i jej ulotność pociągnąć dalej. Warto wyjść w takim filozofowaniu na temat drogi od obserwowanego i doznawanego, więc konkretnego szlaku. Jest sobie ścieżka czy też utwardzona autostrada, to nie ma znaczenia - niby wszystko poznane i oczywiste od najpierwszego kroku. Ale... Ale czy tak postrzegana i tak rozumiana droga istnieje? Czy to, co uchodzi za grunt i co w szerszym spojrzeniu jest kulą u nogi – czy coś takiego to fakt? Znów powiecie, że się czepiam, że dzielę kwant na czworo, kiedy on w sobie już niepodzielny. Słowem, słuchać nie zamierzacie, bo niczego tu ciekawego. A ja wam na to powiem, że robicie błąd, że postrzegane i doznawane bierzecie za wszystko, kiedy to dalece nie wszystko. Niby więc jest taka tam sobie dróżka, solidny kawał materii. Tylko czy w ujęciu filozoficznym on istnieje? Gdzieś tam daleko i bardzo fundamentalnie zarazem w rzeczywistości jest tylko kwant czegoś i jego ruch w nieskończoności. Tak się w tym całym bezkresie Kosmosu zadziało, że się lokalnie sfera tutejszego wszechświata wytworzyła 19
  20. 20. – w sumie żadna dziwota, wcześniej takie fakty były, później będą, aktualnie tutejszego kilometra podłogi się trzymamy. - Słowem, pęd się tak po wszystkiemu dzieje i żadnej stabilizacji. A nawet więcej trzeba powiedzieć, że zmysłowo odbierana stabilność "drogi" to złudzenie tym właśnie pędem spowodowane. To sobie tak w wieczności pędzi, zapętla się z podobnymi jedynkami czegoś, no i w chwilowym zawirowaniu buduje się konkret, fizyczny foton czy atom. Widać twardy grunt, a to w swojej podszewce i podprogowości ruch, i to szalony ruch; widać światło w jego maksymalnym pędzie, a to w fundamencie złożenie wielu pomniejszych faktów. A skoro to pęd i zmienność odbierana jako stałość - to czy w takim ujęciu droga, to, co uchodzi za drogę, takie coś istnieje? Jedyna logiczna odpowiedź jest taka, że nie, że nie ma niczego takiego. W postrzeganiu uczestnika marszu droga jest faktem, dla niego jest i zawsze będzie niezbędnym elementem rozumowania o świecie – ale nie ma czegoś takiego, nie ma żadnej drogi. Jest tylko i wyłącznie zmiana w trakcie zachodzenia i stan mocno - mocno chwilowy. Prawda, idzie przez wieki marzenie o wyznaczeniu położenia każdego kwantu w ewolucji, ale to mrzonka. - Dlaczego? Ponieważ nie można wyznaczyć rozmieszczenia czegoś, co nigdy nie istnieje w formule i postaci, którą rejestruje obserwator. Widzę "drogę", a to zmienny w swojej dynamice proces – widzę "atom", a to struktura, którą do istnienia powołałem swoim wyróżnieniem; stałość świata jest w moim spojrzeniu. Czy jestem bez szans? Nie. Tego dowodzi choćby to, że istnieję, a też rozliczne działania, które mogę podjąć - to oznacza, że zmiana i jej rytm jest poznawalna. To oznacza, że moje odczytanie zmiany - mniej lub lepiej przeprowadzone, z takich lub innych abstrakcji budowane – to pozwala ustalić regułę i z niej korzystać. Przecież świat jest jeden, zmiana jest jedna, rytmika zmiany również jedna. Dlatego wystarczy tylko poznać rozmieszczenie "słupków milowych" – reszta jest pochodną. Czym jest "droga"? Z analizy wyłania się ujęcie, że obserwator znajduje - zawiera się w "rozwijającej" się, układającej w czasoprzestrzeni "drodze". To zawsze-tylko stan chwilowy oraz kawałek możliwy do zaobserwowania i oparcia się na nim, ale to jest droga. Do mnie, konkretnego już bytu, przynależy "iks" jednostek tego szlaku, a zbiór mi podobnych istnień liczy "iks" plus zbiór - na linii idącej z nieskończoności w nieskończoność mam do dyspozycji odcinek i z niego mogę okolicę postrzegać. A co przeżyję, to moje. Wokół ciemność, dosłownie jest to ciemność, a ja idę wąziutką ścieżką, która buduje się tuż przede mną i tuż za mną rozpada. I ja również. I niczego więcej poza tak wyznaczoną chwilą nie ma. Nie było i nie będzie. Jednak ważne jest to, że droga buduje się w rytmie kwantowym – i że jest poznawalna. Zasadnicze dla obserwatora, który stara się opisać "drogę" w skali lat-kilometrów, jest to, co się i gdzie na niej znajduje, gdzie są wyboje i dziury – a gdzie na głowę spadają pociski. 20
  21. 21. Jak wyobrażać sobie "drogowe" istnienie ewolucji? W płaskim ujęciu jako linię, nieskończoną linię, po której teraz i tu idę. To droga jednokierunkowa. Nie ma na niej innych przeskoków jak kwantowe, czyli na jednostkę. Nie ma tu zakrzywień i zapętleń, pomimo że czasoprzestrzeń jest zwinięta i pokrzywa. Na tej drodze nie ma zdarzeń innych niż mgnieniowe - logicznie jest tylko punkt, a fizycznie kawałek rozbudowanej struktury. Co więcej, obserwator-uczestnik marszu musi taką drogę w całości w umyśle dopełnić, jako złożenie kolejnych kroków. Jego aktywna rola w procesie budowania drogi jest fundamentalna - bez niej droga nie zaistnieje. Dlatego im lepiej to robi, tym dalej sięga spojrzeniem i tym dłużej kroczy po wertepach. Fizycznie znajduje się wyłącznie w punkcie, logicznie ustali obraz nieskończonego zbioru punktów; w chwili teraz "widzi" najbliższą okolicę, ale w oparciu o zebrane w trakcie wędrówki jednostkowe i konkretne dane może zbudować obraz wszystkiego i zawsze. "Droga" jest zawsze tylko chwilą i zmianą – jej stałość jest moją obserwacją, jest we mnie i dla mnie. Czyli można na zmianę nanieść podziałkę, wyznaczyć "sekundy" oraz "kilometry". Jednostka użyta do opisu i jej abstrakcyjna forma, to nie ma znaczenia – liczy się to, że jest jednostką i że obserwator dokonuje podziału jednolitego i nieskończonego procesu; działanie i wypracowany rytm jest warunkiem poznania. W wyniku opisania czasoprzestrzeni w kilometrach i sekundach, takie działanie wprowadza regularność w proces, wydarzenia opisane jako układanie się na mapie w taki sposób, że znajdują się w tym a tym kilometrze i w tej a tej dobie - to decyduje o wyniku i możliwości poznania. Z jakich konkretnie "atomów" coś się złoży w linię drogi albo też w element drogi? Nieważne, na pewno z odpowiednich - ponieważ inne się nie liczą. A kiedy takich w konkretnej okolicy zabraknie, cóż, nie będzie obserwatora. I nie będzie miał kto braku stwierdzić. I narzekać na drogę nie będzie miał kto... W przypadku postrzegania i opisywania "płaszczyzny ewolucyjnej" – a więc rozciągniętej i "rozwalcowanej" wielowymiarowej ewolucji - takie działanie jest drogą. Samo działanie poznawcze jest drogą w czasoprzestrzeni, ale także uzyskany wynik i obraz to droga. Nawet pojmowana dosłownie. W tym maszerowaniu, w kolejnych etapach oraz w kolejnych punktach doznawania i analizowania, równomiernie i nie losowo, choć wygląda to początkowo na stan chaosu, pojawiają się fakty. Także reguła. - Obserwuję, analizuję, wnioskuję. Zaistniałe fakty, stan przeszły oraz zapamiętany - poddany obróbce rozumu - buduje, może i musi zbudować "narzut" na proces w formie rytmu tej zmiany. Czyli obserwator i uczestnik zarazem zmiany, musi zbudować teorię, która tłumaczy to, co się zdarzyło. I wykracza tym samym w przyszłość – poza aktualność swojej drogi. Buduje sam dla siebie obraz tego, co ma się dopiero wydarzyć. Na fundamencie już zaistniałych faktów, po ich zgromadzeniu oraz powiązaniu ze sobą w zależnościach, konstruuje obraz zdarzeń, które jeszcze nie zaszły, 21
  22. 22. ale które zajdą, ponieważ stan aktualny warunkuje to, co się może zbudować; obraz "dziś" przedłużony o "jutro" dlatego się sprawdza, że dalsze jest pochodną obecnego – i reguły zmiany. Tutejsze jest znane, reguła jest jedna i ustalona, dlatego wynik tej operacji na elementach też jest poprawny. Im wypracowany obraz pełniejszy, tym działanie sprawniejsze. Mogę ustalić to, co było lub będzie, mogę zobaczyć "słupy milowe" drogi, które oznaczają moje istnienie lub planety - które są pokoleniami łańcucha życia albo łańcuchami górskimi. Tej drogi nigdy-nigdy-nigdy nie ma łącznie, grunt pod moimi nogami tworzy się w każdej sekundzie i natychmiast rozpada, a ja stawiam krok tam, gdzie "przed chwilą" była pustka, a za chwilę zaistnieje ponownie nieskończoność. Jednak "tu i teraz" mam pod stopami "fakt materialny" i dlatego mogę iść. Fizycznie jest zawsze stan chwilowy, szeroki na kwant – a "droga" i jej obraz jest we mnie. Ja i droga to jedność - istnieję na niej i w niej. Dlatego postrzeganie rzeczywistości w formule tylko czasu lub tylko przestrzeni - to musi się zmienić w postać "drogi". Czyli linii, a więc płaskiego i rozciągniętego w czasoprzestrzeni wydarzenia. To musi być płaszczyzna, która "rozciągnięta" w poznawaniu na kolejne etapy, jawi się jako "mapa" wydarzeń. I dosłownie jako mapa, "płachta" papieru rozciągnięta i opisana w jednostkach, z wszelkimi "poziomicami" czy "izobarami". Najlepszy model zmiany to płaszczyzna, ogromna karta papieru, w której umysł wyznacza, nanosi kolejne punkty-fakty. I wtórnie, ponownie zwija w fizyczny kształt konkretnego ciała – planetę, dowolny byt. Niby działanie zbędne, niby wiadomo, co jest pod nogami i co i jak się zmienia, a jednak po takim rozłożeniu na kolejne warstwy, plus naniesieniu skwantowanej podziałki na zmianę i następnie ponownym złożeniu w jedność - to zasadniczo zmienia sytuację obserwatora i uczestnika zmiany: z zawsze i tylko doznającego stanu aktualnego, staje się obserwatorem i uczestnikiem całości zmiany – zmiany w jej absolutnym przebiegu. Zamiany, której w takiej postaci nigdy nie ma i nie będzie. Rzeczywistość to skwantowana zmiana - strumień kwantów w pędzie po nicości, i nic więcej. Ale skwantowana zmiana plus suplement do tej zmiany - czyli instrukcja obsługi z naniesionym na zmianę rytmem – to warunek poruszania się po drodze. Mówiąc inaczej, poznanie biegnie od zarejestrowania istnienia, np. sfery w otoczeniu i ustaleniu faktów tworzących – dalej zmiana tak postrzegana zostaje "rozpłaszczona" do stanu jednokwantowego, a to podlega znakowaniu i skalowaniu – na końcu, kolejnymi krokami, to, co zostało spłaszczone, ponownie podlega "zwinięciu" w "obiekt" i fizyczny stan. Rozum początkowo zbiera dane, później "rozbiera", a więc rozciąga złożoną i wielowymiarową ewolucję w kolejne "zwoje" i ustala w tych zwojach "kilometraż " oraz "sekundy" - a następnie znów, znając jednostki mapy, dokonuje "zwinięcia" w kulę. Czyli w czasoprzestrzeń abstrakcyjną z naniesioną siatką kartograficzną, a przez to poznawalną. Tym razem jest to już siatka nadpisana na czymś, co nie istniało w 22
  23. 23. taki sposób i nie zaistnieje. - Skutek? proces staje się po takim zabiegu przewidywalny. I to nawet wówczas, kiedy obserwator uznać nie może, że rozpoznał wszystkie atomy w zmianie od przeszłości do przyszłości. Dlaczego? Ponieważ w tym ujęciu okazuje się to działaniem zbędnym. Wiedza o zaistniałych faktach, którą przechowuje obserwator w swym archiwum, to jest podstawą do zbudowania abstrakcji zmiany, która toczy się zawsze w chwili aktualnej. A to pozwala następnie zrobić sumowanie, pozwala łączyć nawet odlegle od siebie fakty i ustalać związki. W efekcie coś, co nigdy nie istnieje zbornie, staje się w postrzeganiu zdarzeniem łącznym i poznawalnym. I nie ma znaczenia, co buduje konkretny fakt, liczy się skwantowana zmiana i jej rytm. I niczego więcej nie trzeba. Droga – ale jaka? Szlak zdarzeń, codzienny i tutejszy drogowy ruch w rzeczywistości, to jest znakowane w kilometrach i sekundach, generalnie w odrębnym ujmowaniu. W skali wszechświata, ze względu na postrzegany dystans – tu dominowały jednostki czasu. Ale niezależnie od opisywanego i analizowanego zakresu zmiany, to zawsze jest droga, jednowymiarowy szlak. To jest droga, a jej "słupki milowe" są rzeczywiście milami i kilometrami. Dlatego przychodzi obecnie czas, żeby droga zaczęła być postrzegana latami-i-kilometrami – jako czasoprzestrzeń. I to w każdym miejscu i zawsze. Dlatego, że dopiero kilometry-lata mogą posłużyć za wyznaczenie, gdzie w takiej myślowo rozciągniętej oraz wielowymiarowej ewolucji się znajduję i gdzie znajduje się kolejny jakoś dla mnie ważny punkt. Bez "kilometrów" nie mogę powiedzieć, że konkret będzie podlegać trzęsieniom ziemi, jednak opis wyłącznie czasem wnosi obraz ogólny i niedokładny wobec potrzeb. Co mi po obliczeniu, że w roku "iks" i sekundzie "igrek" ziemia w jakimś nieznanym zakątku się zatrzęsie - to sucha informacja, wręcz zbędna, bo tworzy atmosferę strachu. Ale informacja przeliczona na kilometry-sekundy i już ograniczona do małego kręgu, to wiadomość istotna. To pozwala na ustalenie, w ponownym nawinięciu warstw na siebie - w umyśle albo komputerze - na jakiej głębokości zagrażający fakt wystąpi i jak się w odbiorze zaprezentuje. W przypadku planety ma to cenę życia. "Droga" biegnie z nieskończoności w nieskończoność. Jednak jest w pełni poznawalna. 23
  24. 24. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 7.5 – Religia i świat. Wiecie, z religiami różnie jest. Ja tam nie będę tego dokumentnie słownictwem obrzucał, po kątach rozstawiał – choć, po prawdzie, to by się przydało. Co tam sobie ręce brudzić terminologią, kiedy to już schodzi ze sceny dziejowej i swoje niedopasowanie ewolucyjne i wszelakie pokazuje. Ale, widzicie, tematu zbyć nie można, zostawić na pastwę historii nie wolno, przecież to światowa i osobnicza tradycja, jakoś to na nasze zaistnienie oddziałało. Można zasadnie pokazywać i rzucać na prawo i lewo przykładami, że taka czy inna pojęciowa abstrakcja po rodowodzie religijnym, że takie coś swoich wyznawców na zatracenie prowadziło, że szkodzi, że otumania niczym opium dla mas. Wszystko prawda i wielokrotna prawda - ale to nie cała prawda. Oczywista oczywistość, że nie w nadmiarowości pojęciowej ta prawda się lokuje, że nie o fikuśne takie tam i niby zaświatowe się w tym miejscu logika dopomina - ale o zasadniczy element rozumowania tu idzie sprawa: o wartość poznania jako takiego. Ta czy tamta wizja religijna, takie czy owakie słownictwo, to powierzchnia, bajkowość i warstwa najmniej ważna - a właściwie zupełnie nieważna. Chodzi o to, że w swojej głębokiej treści te słowne akrobacje właściwości i zasady świata oddają, że to wiekami się potwierdzało w działaniu i żyć pozwalało, a nawet jeszcze dziś dla niektórych się sprawdza - i to trzeba ująć i uszanować, bez tego naszego dziś by nie było. I to domaga się wyjaśnienia i podkreślenia, rozumiecie? Wiadomo, siedział kiedyś tam sobie w tej przepastnej ciemnej epoce prehistorycznej jaki małpolud i swoje pierwsze abstrakcje budował, choć nic o tym fakcie nie wiedział i długo jeszcze nie wiedział. I co, jak myślicie, mógł sobie tak z kapelusza te pojęcia wytworzyć, je zupełnie losowo poukładać w słowa i pełne zdania na temat tego całego widocznego i niewidocznego? Znów oczywistość, nie mógł. Jak sobie już to ognisko rozpalił, jak upiekł kawałek czegoś biologicznego, jak najadł się na dzień i noc najbliższą, to mógł sobie te abstrakcje dalej w głowie obracać. I z nich kolejne już budować, takie nadmiarowe do rzeczywistości, w swojej znaczeniowej warstwie dalekie od tego namacalnego. Słowem, kult i kulturę tworzyć w zapamiętaniu. Ale zauważcie, że w pustce jego głowy te pojęcia też dalej losowo się nie lęgły, one do tej realności musiały się odnosić – i zawsze tylko tak. Niczego innego ten małpolud nie miał do dyspozycji, po światowej fizyczności się przechadzał, zjadał, co ten świat dawał do zjedzenia, zawsze się tylko na aktualnie obecnym opierał. I to w oczywisty sposób musiało i w każdym działaniu musi wejść w ciąg dalszy, w kolejne piętra obrabiania danych. Wychodzi małpolud tak po całości od świata, jakimś znakiem dźwiękowym czy innym to sobie znaczy, a na końcu jest system filozoficzny czy inna religia. Nie 24
  25. 25. ma w tym przypadku i nie ma oderwania od świata, bo nie może być. Jak coś istnieje, czy to cieleśnie, czy pojęciami, to zawsze, tak na zawsze jest zakotwiczone w fizyce. Bo inaczej tego by nie było. I niczego by nie było. No więc tego, rozpalił ten nasz znajomy małpolud ognisko, zebrał w sobie czynności do tego potrzebne, ustalił w nich kolejność – i po kolejne dni stosuje. I w ten to sposób, zauważcie, metodologię - i to taką na wskroś naukową, stosuje w tym swoim rozpalaniu ognia. W tym jest i wstępna obserwacja świata, jest zbieranie danych, jest hipoteza i jej następnie sprawdzanie w kolejnych eksperymentach, i zawsze rygor badawczy jest zachowany. Bo jak coś pójdzie nie tak, to ogień nie zapłonie i jadło będzie zimne. No i dalej, wiadomo, w nerwy to idzie, słownictwo gęsto pada i rękoczyny się stosuje pod adresem różnym. W tym działaniu jest głęboki sens, który o cechy świata zahacza w każdym czynie. Że to tak bez wiedzy o złożoności, że poniekąd się prezentuje jako uboczne? A czy to ma znaczenie, małpolud sobie na ognisku piecze smakowity kąsek, dajmy na to z pobratymca w rozumie i go dalej zjada - ale efekt jest, żyje i kolejny dzień może sobie zaliczyć do udanych. I nam żadnym wyższościowym spojrzeniem tego w ocenę nie wolno poddawać, przecież to nasza genealogia, przez to i dzięki temu możemy te wspomnienia dziejowe sobie snuć. Jakby nieco inaczej się to potoczyło – nas by nie było. Ale, widzicie, jest takiego działania abstrakcyjnego konsekwencja, ma to swoje znaczenie. Bo, zauważcie, że taki eksperyment historyczny, to powtarzalne na różne sposoby rozpalanie ognia, to się w kolejnych czynnościach na beton i kamień utwardza – i to wyznacza zachowanie małpoluda, a na dalszych etapach człowiekowatego. Przecież taki osobnik żadnej nie ma w tym momencie świadomości, że to pospolita fizyka tak się jemu objawia, on to za faktyczne objawienie z czegoś tam wyższego ma - i odpowiednio traktuje. Czyli religijnie. Ogień się zapali, łaska spływa i jest radość – ogień z jakiś powodów gaśnie, jest niepokój lub nawet rozpacz. Albo i biczowanie takiego, który to spieprzył, albo płacz i zgrzytanie zębów. - Bo to przecież coś złego oznacza i trzeba reagować. I znów tego nie wolno oceniać z obecnej dziejowej okoliczności, w której ognisko zapałką można rozpalić, w tamtym mrocznym czasie to mogło oznaczać utratę kontaktu ze światem, czyli fundamentalnie na dalsze istnienie wpłynąć. Że to pojęciowo dla tamtejszych łączyło się z tym i tamtym w jakimś niebie, a co to ma za znaczenie? Takie to zupełnie marginalne. - Jeżeli ktoś się takimi bzdetami zajmuje, znaczy sensu nie sięga; jeżeli w mitach, czy w wyrazach słownych, komuś sprawa zasadniczą się pokazuje, to znaczy, że takowy osobnik niczego z wagi religii nie pojął. Tak, to trzeba podkreślić, w tym kryje się zasadnicza wartość oraz znaczenie religii: że na tym wstępnym etapie zastępowała wszelkie nauki, które dopiero za tysiące lat mogły się pojawić, po długim i mozolnym zbieraniu danych. Czy to religia w naukowym eksperymencie zakotwiczona, na przykład religia ognia, czy szamańskie zachowania 25
  26. 26. i rytuały – to ornamentyka, zewnętrzne zobrazowanie, które opisuje świat jako taki i się z fizyki wywodzi. I pomaga przetrwać, pomaga żyć – i to się tu liczy. Nie ma znaczenia zbiór zachowań i nazw, w ostateczności liczy się to, czy wypracowana metoda pozwala zebrać energię do istnienia. To może być złożony rytuał religijny, to się może toczyć naukowym schematem – na końcu liczy się zdobycz, którą można zjeść lub inaczej wykorzystać. Tak czy owak, zawsze fizyka w kroku ostatnim się pojawia i dominuje. Zupełnie nie ma znaczenia w sensie logicznym, czy za przyczynę tej ognistej ewolucji odpowiada słowna konstrukcja rodem z koszmarów i podświadomości, czy laboratoryjne działanie – liczy się efekt: aby ogień płonął. Że na końcowym etapie wyższość pokazuje laboratorium – prawda, ale żeby ten fakt stwierdzić, trzeba się było tu znaleźć i do tego momentu dotrwać. To również jest prawdą. Można powiedzieć, że wszystko pięknie, że było kiedyś i że obecnie to przeszłość. Nie do końca. I nie dla wszystkich. System religijny, który powstał kiedyś tam, a następnie utwardzał się w każdym czynie, ciągnie ze sobą, jako fakt konieczny, fizykę i własności świata, ale również nadbudowę, słowne zobrazowanie reguł tegoż świata. O fizyce nic nie wie - i ciało często nawet pomija - a na plan pierwszy wysuwa się pojęcie, abstrakcja oddająca procesy i zależności. I byłoby wspaniale, gdyby nie zmieniający się świat i jego lokalne ułożenie. Religia, czyli filozofia uproszczona, tak długo może spełniać zadanie tłumaczenia świata i wspomagać w życiu – póki zasadniczo nie odbiega od aktualności. Kiedy abstrakcje się oddalą do realiów, kiedy ich wyznawcy tego nie uwzględnią na czas, istnienie takich pojęć jest skończone. A przy okazji odchodzą też w przeszłość wyznawcy nieadekwatnej do świata abstrakcji. Taka jest cena za niedostosowanie się do okoliczności i uparte trwanie przy błędnych hipotezach. Takich uparciuchów było wielu, został po nich tylko ślad. Albo i śladu nawet nie ma. Dowolny system religijny, to już padło, spełnia rolę objaśniacza i przewodnika po świecie. I trzeba to uszanować. W najgłębszym swoim znaczeniu przystaje do środowiska - operowanie pojęciami i tak się ostatecznie zbiega w swoich wnioskach z tym, co ustala naukowe, w taki sposób rozumiane analizowanie rzeczywistości. Różnica dotyczy słów, warstwy znaków, które mogą zamykać wyznawców w kredowym kole pojęć i uniemożliwiać zmianę – albo być systemem otwartym, który w może wprowadzić nowość i dopasować się do środowiska. Jeżeli może się zmieniać, to przetrwa i pomoże. Można więc spytać, czy taki system, z zasady powierzchowny, zawsze niepełny i posługujący się dalekimi wobec realiów nazwami – czy to może dziś spełniać swoje zadanie i pomagać? Może, tu żadnych nie i być nie może wątpliwości. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby każdy byt korzystał z tego, co mu podpowiada zestaw naukowo zdobytych danych – byłoby, ale to nie dla każdego jest dostępne. I nic w tym nadzwyczajnego. Bo to można sobie dworować czy się krzywić, że komuś w życiu pomaga podkowa na drzwiach przybita czy chwytanie się za guzik na widok kominiarza. Tylko że w tym nie ma niczego nienormalnego, w taki sposób objawia 26
  27. 27. się działanie umysłu: szuka związków przyczynowych między dowolnym faktem a innym faktem. Jeżeli taki związek znajdzie, to z niego w kolejnym kroku skorzysta, jeżeli nie – to odrzuci. Albo prowadzi to w takim wiązaniu faktów do absurdu, doszukuje się osobnik związków tam, gdzie ich w żadnym głębszym sensie nie ma. W umyśle coś się z czymś zetknie, tak skojarzy byle jak i byt ma to za realność, kiedy to tylko błędna interpretacja. No i jest mało w tej realności dobry stan, i jest problem. Tylko czy to do końca w sobie głupie, czy w tym nie ma głębszego sensu? To warto sobie w pełni uzmysłowić: w tej metodzie jest sens – tak prowadzone działanie jest sensowne. Otóż, zauważcie, lepiej czasami dążyć do złudzenia, które daje na przykład wspomniana podkowa i ochota do wyjścia z domu, żeby coś w świecie zrobić – to jest lepsze niż trwanie w bezruchu, bo się nie chce, bo świat zły, bo coś tam, coś tam. Niekiedy lepiej dążyć do mirażu na horyzoncie, jak się kręcić bez sensu w kółko i żadnego w realu nie zrobić kroku, rozumiecie? - Mimo zupełnie "od czapy" na punkcie startu powodu działania, przez samo działanie, można dojść do mety we właściwym czasie i miejscu, liczy się przecież wędrówka i reguła tej "wędrówki", a wynik i tak się pojawi. Miraż nie miraż – wynik jakiś będzie. Czy religia jest takim mirażem? Zapewne tak, jej metody pochodzą z tego i tu, ale cel ustawiają gdzieś i zawsze – i to oczywiście nic innego jak złudzenie. Ale znów tylko w zakresie powierzchniowym, w opisie metod dochodzenia do takiego celu. Jak to już wielokrotnie padło, nie można w świecie pobłądzić z wnioskami. Można zupełnie w warstwie słownej pójść w bajkowość, ale i tak w głębi znajdzie się prawda o tymże świecie – można wyjść w analizie od stworków jakiś tam, a na końcu i tak będzie Kosmos i jego przekształcenia. I też owa dziejowo tak pokręcona dusza, jakże by inaczej. Wszystko się w tej kombinatoryce pojęciowej zgadza – oprócz tego, że nic się nie zgadza. Czy wiec należy odrzucić religie jako sposób tłumaczenia bytu tu i teraz? Tak byłoby najlepiej. Tylko że nie dotyczy to wszystkich. I trzeba to uwzględnić. Nie ma przecież nigdy tak, że wszyscy korzystają z tego samego, że wszystko jest zrozumiałe i przyswajalne. Dziś i zawsze dzieje się to w taki sposób, że dla jednego bytu wyjaśnienie naukowe jest tym najlepszym i sprawdza się – a dla drugiego filozofia uproszczona w postaci religijnego katalogu odpowiedzi jest poprawna i pomaga żyć na kolejnych zakrętach. I dobrze, nie musi być wszystko tak samo i jednakowo. Dla jednego wiedza o wszechświecie jest potrzebną, żeby rano spokojnie spojrzeć w lustro – a dla innego to zupełnie zbędne i dalekie, dla niego telewizyjny przekaz o modzie jest pierwszy i istotny. I wspaniale, i dobrze – i niech tak będzie. Jeżeli ogólny poziom wiedzy w zbiorze będzie się podnosił, jeżeli ubędzie oglądu zabobonnego, a przybędzie racjonalnego – wspaniale, o to chodzi w tym wszystkim. Ale nie ma dramatu, jeżeli spojrzenie biegnie sobie powierzchownie i abstrakcjami mitologicznymi – chodzi o proporcje, żeby mitologia nie przesłoniła świata. Że trzeba się wysilać i też niekiedy wyśmiać bajki – prawda. Ale bez paniki, liczy się całość 27
  28. 28. i końcowy efekt. A ten, jak dowodzi historia, udaje się osiągać. I to nawet skutecznie. Czy religia jest dziś potrzebna? Tak, ale już nie wszystkim i nie zawsze. Czy będzie potrzebna jutro? Tak, ale z malejącym zakresem wpływów, na coraz niższych poziomach, dla coraz mniejszych grup. A pojutrze?... A czy "pojutrze" będzie? 28
  29. 29. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 7.6 – Szósty zmysł. Gdziekolwiek spojrzeć, tam zawierucha dziejowa. A co najmniej nie tak to idzie, jakby potoczność podpowiadała. W niedalekiej przestrzeni okolicznościowej, tak cirka plus dwieście kilometrów w linii prostej, pokazał się szósty zmysł. Tak, mówię i podkreślam, szósty zmysł pokazał swoje moce. Powiecie, że to niemożliwe, że takie coś to antynaukowy przesąd i że zmyślenie w każdym detalu i po całości – i że w ogóle pobocze, a nawet ślepa droga rozumności. No i że tego żadnym przypadkiem w przytomności przyczynowo-skutkowej tykać nie ma co. Cóż, wasza tam wola – możecie tak mówić. Tylko że, ja wam na to powiem, że mylicie się w swoim odrzuceniu i negacji. I więcej wam powiem - tematyka w sobie poważna jest, taka z sensem bezspornym, poznawczo oraz życiowo obrosła w znaczenia. I warta przepuszczenia przez rozumne poznanie, tak bez wstępnego się wykrzywienia warta zapoznania. Bo, sami powiedzcie, czy to przystoi osobowości na poziomie wpadać w dywagacje o zaletach na urząd osobnika K., albo wydmuszkę takąż polityczną D. prześwietlać życiorysowo, kiedy tego życiorysu dziś ma i nigdy nie będzie – albo laleczkę O., taką mizerną zieleninę w jej fochach i achach oceniać, czy to warto? Przyznacie, że to wsio swołocz pospolita, waszej uważności zupełnie niegodna. Swołocz po każdym oddechu i słowie - jak to się mówi w środowisku naturalnie naturalnym. Co to w ogólności za sprawa? Żadna, można powiedzieć. I machnąć na podobne wynalazki łapką. Ale taki szósty zmysł, to, widzicie, istota i sendo, to rozum cały do aktywności i wysilenia pobudza – to znane od zawsze, a jednak w sobie nieznane, to emocje tworzy, krew naukową burzy, logikę mocno szarpie w jej zależnościach fizycznych i filozoficznych. I dobrze, tak być powinno. Bo ten szósty, ostatni naturalny zmysłowy łącznik z otoczeniem, to nie byle co, to nie widzimisię napaleńców rodem z podświadomości, ale głęboka prawda o świecie. I warta waszej uwagi – i warta przedyskutowania ze sobą i pospołu. Oj, warta. Powiecie przymuszeni swoim negatywnym światopoglądem, że dodatkowy kontakt zmysłowy z otoczeniem wam do niczego niepotrzebny, że dziś dostępne pięć wtyczek do rzeczywistości to norma i spełnienie, że coś tak egzotycznego to można sobie, no, wiadomo gdzie. Tylko, widźcie, ja wam na to powiem, że wy sobie możecie - ale nic z waszego zaprzeczającego nastawienia nie wyjdzie, bo szósty zmysł to faktem faktycznym fakt, no i że on działa. W każdym bycie sobie działa, w każdym rozumnym osobniku się pokazuje. Tak to idzie, tak to sobie przedstawiajcie. Ot, na ten przykład, był w takiej sobie pospolitej mieścinie Z., w dalekim oddaleniu od światowego centrum, osobniczo odrębny od tego świata byt człowieczy, niejaki J. Nic szczególnego, tyle a tyle w 29
  30. 30. latach, tak a tak umięśniony, nie a nie nastawiony do wszystkiego. I do szóstego zmysłu, się rozumie, też na nie. Tylko, widzicie, ów J., tak to się życiowo złożyło, rodzinkę miał w oddaleniu niejakim, tak cirka plus dwieście kilometrów w linii i po prostej. Niby nic, powiecie, co to wobec nieskończoności, ale w analitycznym zapale trzeba to przedstawić, z szóstym zmysłowym do świata kanałem powiązać. Niby nic, ale się liczy. No i siedzi czy też leży sobie raz tenże J., coś tak lekturowo na tematy ogólne przegląda i słownictwo ze stron sczytuje. Aż tu się nagle – no, może nie aż tak wystrzałowo, ale w sumie nagle, z tej pozycji relaksującej podnosi, nie wiedzieć czemu po dawno rzucone na półkę urządzonko elektroniczne sięga i chce je rozkręcać, nawet o naprawianiu myśli. Powiecie, że nic w tym dziwacznego, każdy tak od czasu do czasu ma ze swoim jakimś tam lokalnym urządzonkiem czy inną czynnością. Tak to się zdarza, że człek coś robi, ale po co to on robi i co z tego ma wynikać dalszym ciągiem, to nie wiadomo. Może wy i macie ogólnie rację w swoim wypowiadaniu się, tak to się dokonuje powszechnie i pod każdą szerokością przyrodniczą – tylko że w tym przypadku konkretnie nieco inaczej to trzeba zapodać, po innej kolorystyce czynnościowej to odmalować. Bo to, widzicie, sprawa nie taka banalna w swojej historycznej, tu i tej osobniczej przeszłości. Niby aktualność niezrozumiała, taka w sobie oderwana od wszystkiego – tu lektura ciekawostkami gęsto o świecie szpikowana, a tu czyn od tego odmiennie daleki. Niby jest fakt, ale jego zakotwiczenie nieoznaczone, podprogowe - skryte tak po całości przed osobnikiem. Ale tu wyjaśnienie paść musi, chwilowo cząstkowe. Czas temu, wobec tej notowanej ciekawej okoliczności życiowej osobnika J., cirka i plus rok z okładem wstecznie, się rodzinka z nim zgadała i powyżej wzmiankowane urządzonko mu wręczyło. Żeby je do użyteczności jakim tam działaniem naprawczym przywrócić. Wiadomo, aktualność podobnym czynom antyrozwojowym jest mocno przeciwna, przecie nie po to lud pracujący miast i wsi kapitalizm tu przeflancował, żeby dało się w byle sklepiku część potrzebna do naprawy kupić - aż tak dobrze być na świecie nie może. No i, co tu dużo mówić, urządzonko leżakowało sobie w ciszy i kurzu na półce i czekało lepszych widoków - może i nawet ustrojowych. Tylko że, widzicie, żadnej się odmiany sprzęt nie doczekał, okres dziejowy mijał i mijał, i tak trwało. Aż właśnie czyn osobniczy J. z tej pozaczasowości urządzonko wydobył. Dzień żaden szczególny w sobie, niedziela jaka czy piątek, a tu sięganie po przedmiot mocno z przeszłości – po co, dlaczego, żadnego wyjaśnienia po horyzont i poza niego. Powiecie, że to dalej nic szczególnego, że tak bywa. No, bywa. Też osobnik J. tak sobie pomyślał, przeklął w ciszy, co by nikomu nie czynić złych wrażeń dźwiękowych w budownictwie wielorodzinnym – i z odpowiednią siłą rzucił wzmiankowane elektroniczne urządzonko na jego poprzednie miejsce leżakowania. Sam uskutecznianiem wiedzy z przestrzeni książkowej się ponownie zajął w pozycji odpowiedniej. 30
  31. 31. I już po sprawie. No, może do nie do końca. Bo to się tak kilka godzin później w tym osobniczym świecie porobiło, że telefon się przebudził. Też żadna w tym szczególność, sama w sobie pospolitość dźwięczała. Tylko że, widzicie, rodzinka wcześniej sygnalizowana ów fakt dziejowy była z siebie wytworzyła - telefonu, znaczy się, użyła w sprawie. Tak a tak, powiada rodzinka, jest sprzęt elektryczno napędzany, że zepsuty, że może rodzinka go podrzucić. Że sobie rodzinka nieco o tym wcześniej wewnętrznie dywagowała, no i może podrzucić. I co w temacie, pyta się rodzinka? W sumie to mało historycznie ciekawe i osobniczo zbędne dopełnienie informacyjne, ale można powiedzieć i dla potomności to odnotować, że J. przytaknął na propozycję, choć po jakiego grzyba mu to było - to już niczym wyjaśnione aktualnie być nie może. W tym przypadku nawet szósty i żaden dodatkowy zmysł nie wspomoże w analizie. Mniejsza o pokręconą duszę osobnika J. i jego zamiłowanie do owych nieco, a nawet bardzo sfatygowanych przedmiotów, są takie stworki na tym świecie, tylko sensu zajmowania się nimi nie ma żadnego. I chyba przyznacie mi rację. No i w sumie można by na tym opowiastkę zakończyć, przekaz w takim punkcie zostawić, na los szczęścia i na osobniczą waszą aktywność interpretacyjną to spuścić. Niby można by. Tylko to jakoś tak nie wypada, opowiastka się finału doprasza i objaśnienia. Bez tego tak w zawieszaniu to się buja i nic nie wnosi. I żal jest. A przecież sprawa, powtarzam, ciekawa, tematycznie nośna, głęboko w rzeczywistość sięga. Fizyczna ona w każdym calu, nic tu dziwne i niewyjaśnialne, a przecież jednocześnie istotne filozoficznie, też zwyczajnie poruszające. Gdzie tu dziw, pytacie, niczego tu nie widzicie ważnego, mówicie. A nie, to wszystko ma znaczenie. Spójrzcie, osobnik J. coś wykonuje, ale to coś nie jest kierowane przypadkowością, to działanie ściśle i konkretnie skierowane. Tam, w dalekiej rodzinnej lokalizacji, zachodzi proces, mowa jest tak a tak, urządzonko elektryczne dostarczymy tam a tam. A w tym czasie i w tym cirka plus oddaleniu, osobnik J. sięga, sam nie wiedząc z jakiego powodu, po kiedyś tam wręczone inne co prawda urządzonko, ale dokładnie od tego samego bytu, a co więcej, też elektrycznego, w detalach logicznych, acz nie funkcjonalnie zbieżnego. Widzicie i dostrzegacie? Dalej, nie tak hop siup, ale dopiero po kilku godzinach, kiedy już w głowie zupełnie coś innego się dzieje, odzywa się telefon i jest pytanie o dostarczenie kolejnego sprzętu. Czyli jest fakt, który z wydarzeniami wcześniejszymi jest zupełnie bez powiązania. A jednak w tutejszej prezentacji widać wyraźnie, że to powiązanie występuje – i że to nie jest złudzenie. Dlaczego należy odrzucić nadinterpretację, dlaczego nie można tego uznać za złudzenie? Za dużo elementów wspólnych. Po pierwsze, mam tu te same osobowości, sobie zresztą rodzinnie bliskie, co również ma znaczenie w wyjaśnianiu szóstego zmysłu. Po drugie, tu i tu się rozchodzi o sprzęt praktycznie taki sam i z tego samego źródła. Po 31
  32. 32. trzecie, do naprawy. Po czwarte, akcja czasowo jest zbieżna, to po fakcie może zostać odtworzone. Powtarzam, za dużo zbieżności, żeby to potraktować jako rozkład losowy i zbieg okoliczności. Dobrze, mówicie, niech będzie, mówicie. Nawet możecie przyjąć, tak na czas tutejszy, że jakiś tam związek może i zachodzi – tylko co i jak tu zachodzi, gdzie tu przyczyna, gdzie skutek - i gdzie coś, co te fakty ze sobą łączy? Gdzie nośnik tego połączenia? A, widzicie, w tym cały cymes tej opowiastki - właśnie w takim to zagadnieniu kryje się sens i wartość logiczna. Sprawa, widzicie, sięga daleko i głęboko – aż po zapchany w sobie kwantami wszechświat na najniższym poziomie. Aż tak. Bez tego się takiego faktu, czy podobnych – a przecież są liczne i od zawsze – inaczej tego się nie wyjaśni. Mówiąc inaczej, chodzi o kwantowe tło, o zapełnione do maksimum i tym samym poddawane naciskowi tło wszechświata. Jeżeli taka sfera zostanie w jakimś punkcie poruszona, jeżeli wystąpi nacisk, który ma jak najbardziej realny powód, coś się zadziało – albo też coś z wszechświata i jego kwantowego pola ubyło, to również możliwy tok zjawisk – czyli, jeżeli byt swoim istnieniem lub czynnością jaką na otocznie oddziała, a przecież każdy byt wywiera taki nacisk i każdy czyn ma skutek, to tym samym w takiej strukturze to się musi "odbić", wytworzy się "odcisk" tej aktywności. - Albo wytworzy się jej brak, to w przypadku ustania czynności, brak również może być zarejestrowany. Nie może być inaczej, jeżeli wszechświat jest zapchany kwantami, a jest – jeżeli byt naciska swoim istnieniem i wszelkimi czynami na otoczenie, a naciska – to tym samym każda czynność odkształca taką strukturę, rozpychając się w niej i naciskając, odwzorowuje swoje czasoprzestrzenne rozłożenie. Tworzy się "odcisk palca", odcisk po całości osobowości, odcisk zachowania i reakcji. W tym również, co tu ma znaczenie, reakcji umysłowych. Nie, to nie jest naciągane – to logiczna konieczność, która bazuje na fizycznej oczywistości. Przecież w tym ujęciu nie ma żadnego i niezwykłego elementu, tu wszystko jest dane i też jak najbardziej fizyczne. Że przyrządowo nie obserwowane? Ależ to drobiazg, nic w tym niezwykłego, to zostało po wielokroć już objaśnione. Świat to po kres zapchana kwantami sfera, którą tym samym najmniejszy nawet czyn "podrażnia" i uzyskuje "echo". Nacisnąć z jednej strony, a po drugiej można to odebrać. A raczej, żeby nie popadać w skrajności, jak to biegnie z " upiornym oddziaływaniem na odległość", odebrać można na długim dystansie, ale nie ogromnym. Dystans zależy od siły nacisku, im większa, tym dalej efekt będzie zauważalny. W skrajnym przypadku, dla najmniejszych elementów, rzeczywiście rozniesie się to szeroko i wyraźnie. Dobrze, mówicie, niech będzie, powtarzacie, możecie przyjąć takie tłumaczenie, wypchana kwantami sfera i działanie na tło was jakoś przekonuje. Tylko, mówicie, żadnym sposobem wzmiankowanego przez i daleki świat połączenia nie widzicie – jak, pytacie, to się tak ze sobą łączy, jak myślowy nacisk, słaby słabością do przesady - co i 32
  33. 33. jak sprawia, że takie coś trafia na swojego odbiorcę? Przecież, to jeszcze powiadacie, to sygnalizacja po całości, do wszystkich, jak ten konkret osobniczy to wyłapuje, a nie byle kto? No i ja się kłaniam wam za ciekawe i ważne pytanie, to też w takim analizowaniu sedno i tematyczna logicznie istotność się kryje. Bo to rzeczywiście ciekawe. Pierwsza ważność była w tym, że jest owa kwantowa gęstwina, kipiel pola elementów tworzących wszystko. Ale teraz jest druga ważność, ściśle powiązana z pierwszą i dotyczy to już osobnika. W czym rzecz? W powiązaniu osobniczym. - Owszem, prawda, że takowy sygnał jest skierowany siłą rzeczy do wszystkich. Naciskam sferę z kwantami, ten nacisk jest wszechkierunkowy i dociera wszędzie. Ale nie do każdego. Na tym polega owo sławetne splątanie. Co tu jest ważnego? Kod tego sygnału. Przecież każda - i dosłownie każda jednostka posiada swój osobniczy rozkład w czasoprzestrzeni, nie tylko indywidualny jest odcisk palca, ale przede wszystkim tak pojmowana odrębność dotyczy osobowości. Zresztą, odcisk palca może się zgrubnie powtórzyć, ale osobowość nie, to jest takie odrębne i niepowtarzalne w swoim rozłożeniu, że nic i nigdy w wieczności się takiego nie powtórzy. - Czyli nacisk wywieramy na otoczenie niesie ze sobą, jako stan integralny i niezbędny, charakterystyczny zapis tej osobowości, niesie kod tego bytu. Skutek? Owszem, trafia do każdego, ale odczytać może go ten, kto w sobie ma odbicie, reprezentację tego kodu. Sygnał niesie w sobie i na sobie rozmieszczenie elementów tego kodu, to porusza otoczenie, ale "rezonuje" w sposób maksymalnie poprawny tylko tam, gdzie jest odbicie, gdzie kwant kodu trafia na kwant odnotowany w archiwum, w pamięci drugiego osobnika. Drugiego czy wielu, to nie ma znaczenia – istotne jest to, żeby to "odbicie" w odbiorcy było. A skąd ten zapis kodu w odbiorcy? Podkreślałem fakt powiązania, to w rodzinnej łączności w czasie przeszłym wynika ten zapis. Nic tu niezwyczajnego. Jeżeli przez dłuższy czas żyje się w bliskości, to ten kod odciśnie się w drugim bycie, czy w większej grupie. Zapis jest tym intensywniejszy, tym więcej ma znaczeń i odniesień, im to emocjonalne oraz fizyczne splątanie dłużej trwa; banał, którego nie trzeba podkreślać. Dlatego też po rozdzieleniu - nawet przy dużym oddaleniu wcześniej połączonych bytów, można ten znajomy, rodzinny kod w natłoku docierających ze świata sygnałów wyłapać. Mechanizm prosty, skutek ciekawy, ale fizycznie proces biegnie podprogowo. I tworzy zamieszanie. A nie powinien. Na zakończenie opowiastki o szóstym zmyśle być może najciekawsze z pytań: gdzie, jak myślicie, lokuje się ta wtyczka do świata? Już nie wzdragacie się przed takim zjawiskiem, przestało wam się z nie wiadomo czym kojarzyć, ale pytanie, gdzie się to lokuje i jak działa, to jest w tym wszystkim najważniejsze. No, gdzie? Spójrzcie na siebie, przeanalizujcie krok po kroku cielesną waszą konstrukcję – i gdzie detektor fal się mieści? No, gdzie? Co, nie widzicie, szukacie i szukacie – i nic? Ależ to oczywiste w swojej oczywistości, szóstym zmysłem jest cały umysł. 33
  34. 34. Powtarzam, szóstym zmysłem jest cały umysł, czyli cała biologiczna i fizyczna konstrukcja oraz jej zawartość. To wszystko składa się na szósty zmysł. I niczego tu nie może brakować. Dlaczego tak? Znów prostota i oczywistość, która bije po oczach. W umyśle, w zbiorze danych na nośniku fizycznym, które zgromadzone w archiwum leżakują, na tym i w tym zawiera się ten kod, który może zostać poruszony, przecież nie w ciele. Acz kod genetyczny też ma tu znaczenie - ale nie takie, że może przenieść treść wyższego już rzędu. Też przenosi, ale o poziom niżej. To w umyśle jest informacja, która może się wydobyć ponad poziom i zostać zauważona. Dociera ze świata sygnał, on ma jakiś rozstaw w czasie i przestrzeni, zawiera w sobie odcisk nadającego – i trafia na podobny element w umyśle odbiorcy. W efekcie, czyli razem kod i zawartość archiwum, razem to wydobywa się w zakres nadprogowy – do świadomości. I może zostać odczytany. O ile nie zostanie odsunięty i zignorowany. Na przykład przez pogląd, że to niemożliwe. To jest zawsze słaby sygnał, może więc zostać stłumiony przez inne, idące od innych zmysłów. Ważne jednak w tym jest coś jeszcze innego – tego nie można ująć w formule sygnał-reakcja. To nie dzwonek telefonu, to nie połączenie drutem czy falą radiową. Sygnał jest wysyłany niezależnie od tego, czy nadawca o tym wie, czy nie, to efekt samego istnienia. Również odbiorca nie ma żadnego pojęcia, że ten sygnał dociera, to również istnienie jako takie. Co więc może i musi się zadziać, żeby sygnał pojawił się w polu świadomości? Napływający sygnał musi trafić na coś, co już w odbiorcy istnieje. Nie sam kod, bo to zbyt mało, ale na przykład obraz czy inny rozbudowany zbiór danych, ale szeroko i głęboko związanych z odbiorcą. To może być cała sytuacja, która w przeszłości się zdarzyła i zapisała w pamięci. Na przykład obraz i polecenie związane z naprawą elektrycznego urządzonka. I teraz docierający zbieżny, jakoś zbieżny z nowością sygnału stan może zostać poruszony – jest osoba rozpoznana, jest element, który odpowiada treści przekazu, jest nawet wymagana czynność. Czyli mam tu wszystkie elementy informacji, choć żadnego pojęcia, że to jest informacja. To przekaz bez przekazu, bez samoświadomości przekazu. Dopiero wtórnie i po czasie mogę dojść, o ile "zdrowy rozsądek" tu nie wkroczy i nie zaneguje, że taki przekaz nastąpił. - Wiedza, że to niemożliwe, czy przeciwnie, że możliwe, jest tu elementem wręcz decydującym. Chcę to podkreślić – żeby sygnał został przeniesiony na poziom już świadomy, żeby uzyskał wzmocnienie na tyle, że się pojawi, musi w zasobach umysłu znajdować się element, który może zostać poruszony – to nie jest przekaz treści, to jest przekaz nacisku. Treść musi już być w odbiorcy. Umysł, czyli mózg i zawartość, to styka się po całości, wszystkimi elementami z otoczeniem – a ponieważ elementy mózgu są konstrukcjami maksymalnie skomplikowanymi w świecie, to i tym samym zawierają w sobie wszystkie możliwe składniki – czyli są "na styk", kwantowy styk z tłem świata, z tym podprogowym zakresem w jego rozedrganiu. I mogą tym samym te drgania odbierać. Tylko że mogą skutecznie dopiero wówczas, kiedy w tym zbiorze już coś jest. 34
  35. 35. Nie takie tam byle co, szumy czy podobne – to musi być treść, musi to coś oznaczać. Bo dochodzi również o treść. Szum drgań świata to może pokazać byle telewizor, jednak treść innej osobowości odczyta tylko w reakcjach zbieżna osobowość oraz zawierająca zbieżne dane. Tu nie ma żadnego przypadku czy niezwykłości, ale jest głębokie i fundamentalnie w tym świecie zakotwiczona zależność. Szósty zmysł to nie dziw czy odstępstwo od zasad, ani tym bardziej kontakt z pozaświatem - to składowa świata. I to jako konieczność. Jestem bytem wielowymiarowym. Również zmysłowo. 35
Fly UP