...

Kwantologia stosowana 8

by suplement

on

Report

Category:

Science

Download: 0

Comment: 0

939

views

Comments

Description

Download Kwantologia stosowana 8

Transcript

  1. 1. JANUSZ ŁOZOWSKI KWANTOLOGIA STOSOWANA 8 opowiastki filozoficzno-fizyczne dla dzieci dużych i małych copyright © 2015 by Janusz Łozowski wszelkie prawa zastrzeżone ISBN 978-83-942582-4-5 ja.lozowski@gmail.com 1
  2. 2. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 8.1 – Abstrakcje to ja. Cały nasz świat odpływa, a my razem z nim - przecież nawet nie ma się czego przytrzymać. Rzeczywistość to zmiana. To przemieszczanie się z nieskończoności w nieskończoność jednorodnych elementów, kwantów czegoś. Lokalnie zapętli się to w strukturę, pokarze fizyczną i chwilową twarz, ale to logicznie płaszczyzna, wieczny bezkres w ruchu. Jednak, co się w tej płaszczyźnie pokaże, co i jak wyróżnię w ciągłym procesie – to zależy ode mnie, obserwatora zmiany. To mój czyn wyodrębniający wydobywa z jednorodnego tła konkret i nadaje mu postać, to moje w płaszczyźnie wydzielenie tworzy regułę i stwarza fakt – zmiana się toczy, ale jak się toczy, o tym decyduję ja. Tylko ja. Niczego ani nigdzie stałego, zmiana, tylko zmiana. Ja to abstrakcja, chciałoby się powiedzieć. Abstrakcjonistą ci ja. Niby, przyznacie, sprawa prosta i z tych najprostszych. Spojrzy w okolice bliską lub dalszą osobnik osobiście, niby dojrzy to, tamto i różne, niby nawet takie coś pomaca na okoliczność pewności, że w tym swoim otoczeniu to faktem faktycznym widzi – ale problem jest. Bo jak już to ponazywa i ponumeruje, to się głębiej zaczyna takim zewnętrznym światem zajmować. No i wyjdzie mu wówczas, a to dziwne jest wielce, że on ci tego nie widzi, tak prawdą prawdziwą - że to wszystko płynące, zmienne i złudne. I choć policzalne regułą, więc przewidywalne, to jednak złudne. Na początek, sami wiecie, to człeczyna zerka w górę. Gwiazdę sobie wypatrzy, w zbiór ułoży, ponazywa - i jest radość ogólna. Czyli po kres kosmos rozpozna. Dalej człek spojrzy w głębinę, no i tu sobie czas i przestrzeń po detalu szczegółami nieoznaczonymi opisze. I jest radość. Choć tak z nutką statystycznej niepewności ona jest. Jednak przychodzi taka chwila dziejowa, kiedy obywatel świata sam siebie dostrzega i wyróżnia ze środowiska w szczególnym istnieniu. I to nie przypadek, taka kolejność poznawania to funkcjonalną się koniecznością okazuje. Bo czy dotyczy to prywatnego definiowania i poznawania świata, czy zbiorowego wysiłku, sczytywanie własności i zależności biegnie od zewnętrznego zakresu do wnętrza poznającego – od "kosmologii" do "ja". Rozum wyróżnia i rozpoznaje w pierwszej kolejności tło, na którym i wobec którego może umieścić siebie, dopiero w takim odniesieniu sam siebie może poznać. Żeby twierdzić, że jestem, muszę wiedzieć, że jest coś poza mną. I to dlatego umysł rozpoczyna od rozważań o naturze świata i formułuje wnioski o wszystkim. Bo jest to okres, w którym następuje wyodrębnienie zjawisk regularnych i wielkich, łatwo zauważalnych. Nie ma szczegółów, one pojawiają się później. Dlaczego? Przecież łatwiej dojrzeć gwiazdę i pomimo jej pozornego bezruchu ustalić zmianę orbity, natomiast przekształcenia komórki w ciele zdecydowanie trudniej. 2
  3. 3. Wyłaniając się z tła i budując się jako jednostka, zakreślam swoim działaniem w otoczeniu kręgi, których stanowię centrum. To z tego wyróżnionego punktu mogę zdefiniować rzeczywistość. O ile do tego momentu proces poznawania zbiegał się "w punkt", w moje "ja" - to od tej chwili następuje odwrócenie kierunku i ewolucja biegnie od punktu w dal. I teraz to "ja" jest punktem odniesienia. Jest takie powiedzenie, że "człowiek składa się z wody i marzeń", cóż, prawda. A wszystko to abstrakcje. Cielesna, fizyczna podstawa to nośnik dla pojęć, ale i sam nośnik, i pojęcia to abstrakcje. W pierwszym przypadku wyrażone w języku fizyki i biologii, nadpisane kodem genetycznym, w drugim kulturą czy literkami. Zasada ta sama, tylko artykulacja inaczej przebiega. Że na co dzień dla mnie znaki i pojęcia są pierwsze? No cóż, korzystając z domu, czy podobnego w znaczeniu lokum, nie zastanawiam się, że jest zbudowany z cegieł – korzystam z nadbudowy, baza jest w cieniu i wydaje się nieistotna. No, chyba, że zacznie się kruszyć... I właśnie, to abstrakcje, stosowane na co dzień i od święta, takie coś staje się w tej chwili centralnym tematem, to przede wszystkim do nich muszę się odnosić. Przecież tak zanotowana treść to "ja". Każdy mój krok to abstrakcje, każda myśl to abstrakcja. Zbiorowość tych abstrakcji – to ja. Ciało to fundament, który unosi istnienie w zakres nadprogowy, ale "ja" to zawartość mojego umysłu. Nie ma świata na zewnątrz, jest wyłącznie i zawsze we mnie. Gdzieś obok i we mnie jest tylko zmiana w toku. Ale to, jak ta zmiana się prezentuje, jaki rytm nią rządzi i co z tego chwilowo się tworzy – to jest tylko we mnie i dla mnie. I zawsze jako abstrakcja. - Ja i moja zdolność obserwacji oraz "produkowania" pojęć jest warunkiem istnienia czegokolwiek - poza mną i moimi abstrakcjami nie ma nic więcej. Świat to ja. To ja powołuję świat w każdym działaniu do istnienia, to zbiór moich pojęć go wyznacza i tworzy. Moje abstrakcje to mój świat. I niczego poza nimi nie ma. Niby w otoczeniu coś wyróżniam, niby dzielę na fakt i otoczenie – ale po prawdzie to zawsze pochodna mojego działania, zasobów oraz zdolności podziału. To ja wyznaczam linie graniczną, ustalam, że w tym miejscu kończy się badany element, że dalsze już się nie liczy w analizie, tylko że świat w jego zmianie nic o takim podziale nie wie, sam z siebie ani "atomu", ani "planety", ani obserwatora nie wyróżnia. Wszystkie postrzegane fakty są nimi dla mnie – realnie i zawsze jest tylko zmiana w toku. Abstrakcje to wszystko czym jestem - i warto, i trzeba sobie zdać z tego sprawę. Bo pojęcia, symbole, którymi znakuję otoczenie, to z jednej strony warunek istnienia, im lepiej skonstruowane, tym w swoim zwiedzaniu świata dalej zajdę, ale zarazem muszę mieć pełną świadomość, że to zasłona – że to zafałszowanie rzeczywistości. Że innej rzeczywistości nie ma, to nie jest tu istotne, ważne, że jej nie ma dla mnie. To prawda, że zbiór moich pojęć jest wszystkim i że niczego więcej poza nimi nie ma, moje abstrakcje to i świat jako taki. Ale muszę 3
  4. 4. też do tego zbioru pojęć wprowadzić ustalenie, abstrakcję naczelną – że nie wolno mi w pełni zaufać fizycznie odbieranym przebiegom, bo mogę czegoś nie dojrzeć, nie dosłyszeć, ale przede wszystkim w działaniu nie mogę do końca ufać produkcjom umysłu. Innych nie ma, ale to nie oznacza, że trzeba je brać bezkrytycznie. Abstrakcje to ja – ale trzeba zadbać, żeby to były poprawnie, więc zgodnie z regułą świata zbudowane abstrakcje. Co mi po najlepszej nawet konstrukcji logicznej, która rozsypie się w starciu z jakąś ścianą czy głębokim dołem. Świat to złudzenie, które staram się w kolejnym kroku oswoić i scalić w jedność abstrakcji, ale dlatego muszę zadbać, żeby budująca się abstrakcja była maksymalnie pełna i regularna – to moje być albo nie być. Abstrakcje to ja. Warto, żeby to nie była tylko abstrakcja. 4
  5. 5. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 8.2 – Wędrówki dusz. Szanowni państwo, witam na kolejnym naszym spotkaniu. Dzisiejszy temat początkowo miał być inny, ale ponieważ dotarły do nas prośby, żeby jeszcze kilka słów powiedzieć o "przystawce" oraz o metodach dochodzenia do takiego ustalenia, zwłaszcza w łączności z religiami, postanowiliśmy obecną prezentację temu poświęcić. W związku z tym informuję, że dziś jeszcze sprawa rozumu, duszy, no i tego, co dalej - a na kolejnym spotkaniu już inne zagadnienie. Na które, co zrozumiałe, już teraz serdecznie zapraszam. Temat "dostawki" do umysłu wywołał liczne uwagi, były pytania, ale i były prośby, żeby odnieść się do historycznych analogicznie form postrzegania tego dopełnienia. Przyznaję, że początkowo wydawało mi się to zbędne, na poprzednim naszym spotkaniu o tym mówiłem, rzeczywiście może ogólnikowo, ale nie czułem się wielce kompetentny sięgać głębiej, a nawet wydawało mi się to zbędne. To, że poszczególne systemy filozoficzne, także wszelkie praktycznie religie o takim przejściu mówią, i to jest w większości centralny element ich funkcjonowania – to prawda. Tylko że jest to zagadnienie dla mnie nieco z pobocza. Istotne jako fakt i stwierdzenie, że działanie rozumu, jeżeli opiera się na faktach, czyli wywiedzionych ze świata ustaleniach, że to musi doprowadzić do logicznie poprawnego wyniku – i to mimo stosowania pozornie do tego świata abstrakcyjnych ujęć. Ale tylko właśnie musi. Nie ma w procesie poznania istotnego znaczenia, oczywiście pomijając ważne dla kogoś bliskie i emocjonujące obrazy, jak nazywam zmianę, co w niej za kwant istotny wyróżniam i jak powierzchownie operuję tak w rzeczywistości ulokowanym elementem. To, szanowni państwo, jest w warstwie logicznej, w głębokim sensie nieistotne – prawdy świata w każdym działaniu się dojdzie. Tak, proszę się nie dziwić, że tak to podkreślam, ale prawda jest właśnie taka: niezależnie, co i jak obrabiam, prawdy dojdę. Nie ma znaczenia, zupełnie w sensie logicznym nie ma znaczenia, co biorę do obróbki w pojęciach, końcowy wynik jest pewny. Skąd i dlaczego? Na to pytanie najlepiej odpowiedzieć tak, że wszelkie pojęcia są w swojej fizycznej i najbardziej fundamentalnej podstawie pochodne i zbieżne do procesów świata. To z tego się bierze. Ot, dla przykładu. Proszę sobie wyobrazić, że kiedyś tam, czyli w dalekiej naszej gatunkowej przeszłości, w jaskini albo gdzieś tak, siedział sobie nasz pra- i wielokrotny jeszcze praprzodek. I on w tym swoim dawnym czasie, którego nawet skamieliny dobrze dziś nie oddają – on sobie wówczas pierwsze rozumne czynności wykonywał. I coś na przykład rozbijał. Ciała mamy takie, że czynność uderzania jest możliwa, że się potrafimy do tego lub innego dostać – jak coś smacznego, to się dostaniemy. Szanowni państwo, proszę zauważyć, że to banalne działanie, które 5
  6. 6. byle dziecko powtórzy, to zarazem integralnie powiązane ze światem i jego własnościami dokonanie. Osobnik wykonuje czynność, ma z tej pracy zysk dodany w postaci na przykład zawartości czaszki drugiej osobniczej postaci – w sam jeszcze ma z tego abstrakcję, która na sobie przenosi, czy w sobie odbija tę czynność. I jest już pełne i konkretne skojarzenie, że jeżeli zrobię tak a tak, to będzie można kolejny kawałek jedzonka ze świata zdobyć. Proszę zwrócić uwagę, że u podstaw jest absolutnie czysta fizyka i reguły świata, o których ten osobnik nie wie i długo jeszcze w tej sprawie nic nie będzie wiedział – a jednak, zwracam uwagę, jest na końcu wiedza o świecie. I to pewna, zdobyta przez doświadczenie i eksperyment, to jak najbardziej naukowy tok postępowania. Wynik to pozyskanie porcji pokarmu, metoda powtarzalna, do zastosowania już w każdym czynie. Słowem, tylko korzystać. Zwracam państwa uwagę, że choć byt osobniczy i nawet zbiorowy tej odległej chwili nic nie wie o świecie i jego regułach, że wówczas liczy się po prostu przetrwanie - to efektem samego istnienia oraz przeprowadzanych w realności czynów, że w ten sposób, zupełnie dla osobnika nieświadomie, tworzy się wiedza o mechanizmach i regułach; niezależnie od stosowanych słownych czy obrazowych ujęć, te czyny, w swojej głębokiej warstwie, zawierają te reguły. Ponieważ inaczej taki fakt nie zaistnieje. Można opisywać dowolnie, osobnik może to sobie ubierać w coś z bliskiego otoczenia, a to w postać zwierząt, jakieś wyraźne znaki topograficzne, odnosić do gwiazd i łączyć te gwiazdy w konstelacje – a także samo niebo przy okazji zaludniać. Itd. Słowem, jest absolutna dowolność nazwy, na tym wstępnym etapie nie ma znaczenia, co wezmę do opisu. To naturalnie, przez używanie, później się utwardzi, wielokrotne stosowane słowo nabierze wartości pewnika i się zamieni w dogmat. Jednak w chwili zachodzenia kiedyś tam, to rzeczywiście jest dowolność. Oczywiście, żeby to w całości już oddać, ograniczeniem jest świat i jego dla obserwatora upostaciowanie. Czyli taki ktoś nie może w swoim zachceniu wybrać dla procesu rozpalenia ognia nazwy, która w sobie będzie zawierać odniesienia do reakcji chemicznej, procesów kwantowych – to zrozumiałe. Wybierane jest to, co można użyć, więc elementy otoczenia. Im ważniejsza do przetrwania czynności, tym w opisie musi się zawrzeć znaczenie czynu. To znaczenie może przyjść wtórnie, nabierze wagi w miarę obrabiania, ale takie powiązanie w tej ewolucji musi zajść – to ciąg samoistny, fizyczny, konieczny. I on oczywiście zachodzi, jak tego dowodzi historia. Szanowni państwo, tak zarysowany tok zdarzeń jest u podstaw, ale i również dotyczy każdego etapu opracowywania elementów świata. Nie ma znaczenia, czy chodzi o łupanie kamienia, czy o analizę gwiazd w ich przychylności, czy ustalanie reguł etycznych zachowań. To w każdym przypadku jest zanurzone, zamocowane jest głęboko w fizyce, w regułach fizycznego świata. Religia, filozofia, konkretny byt w swoim fundamentalnym przekonaniu może twierdzić, że to natchnienie i wola nieba, że to głos z zaświatów, że porozumiewa się z tym lub dalszym, ale to powierzchnia dowodzenia, odczucie, które unosi się na fali fizycznych procesów. Fakt jest taki, że w każdym dokonaniu odciśnięte jest środowisko. W każdym, podkreślam. 6
  7. 7. Przecież, zwracam uwagę, jeżeli nawet osobnik - czyli byt daleko w w świat i czas zanurzony obserwator – jeżeli taki ktoś bierze sobie do obrabiania pozornie oderwane wobec tego świata pojęcie, na ten przykład analizuje "duszę", czy on pomija realność, świat oraz jego fizykę? Oczywiście nie i nigdy nie. Nie zdaje sobie nawet sprawy w takim działaniu, że w każdym pojęciu ten świat głęboko się zawiera, bo musi się zawierać. Skoro osobnik istnieje, to spełnia warunki i zasady świata - skoro myśli i tworzy pojęcia, to proces abstrakcyjny również musi spełniać warunki tego świata. Bo inaczej by tego procesu nie było. Osobnik zupełnie nie wie, że u podstaw obrabianej abstrakcji - więc kiedyś tam i w jego osobniczej czy społecznej przeszłości, ktoś zaobserwował jakiś fakt w otoczeniu i to odnotował. Takie na przykład działanie magnesu na odległość. Minęło iks plus ileś tam pokoleń, no i w aktualnie się dziejącym obrabianiu jest już utwardzona, ale przecież pochodząca ze świata i jego stanów abstrakcja. W tu i teraz jest samo pojęcie i pozornie nic konkretnego, a w fundamencie - tak osobniczym, tak całej zbiorowości – w tym fundamencie jest całość doświadczeń, tu niczego nie brakuje. I fizyki świata na pewno nie brakuje. Ponieważ nie może jej w tym pojęciu brakować. Inaczej by jej nie było. Pozornie jest czysta abstrakcja, najdalsza od rzeczywistości, ale nic z tego, to zawsze nadbudówka nad tą rzeczywistością, zawsze w podstawach kwantowa energetyczna zmiana i jej reguła. No i zawsze fizyka, zawsze i tylko Fizyka. I teraz przychodzi czas religii, systemów mniej lub bardziej jakoś symbolicznych. Z zakończeniem w systemach filozofiach, jako efektem tego działania. Szanowni państwo, zwracam uwagę, że w tamtym, wczesnym dziejowo i zasobem abstrakcji etapie, religie, wszelkie tego typu zachowania, to konieczność, przecież tak zwana nauka to odległa przyszłość, i do tego niepewna. A żyć trzeba. Więc jeżeli czynność rozpalania w ognisku zostanie opatrzona, wyjaśniona nadprzyrodzonymi mocami, a w efekcie uzyska rangę dogmatu religijnego – czy to błąd? Żadnym i żadnym przypadkiem nie. Zresztą samo wyrażenie "błąd" w kontekście takim jest nieporozumienie, ponieważ to czysta konieczność. Chodzi o przetrwanie, dlatego każda wspomagająca przetrwanie abstrakcja i zobrazowanie, na przykład mityczne, jest wartością samą w sobie - i nie ma co, nie wolno oceniać to z dzisiejszej perspektywy. Skoro tu jesteśmy, skoro istniejemy, to znaczy, że poprzednie pokolenia wytworzyły adekwatne do świata abstrakcje. A co powierzchniowo się w tych ujęciach pojawiało – ech, to między bajki włożyć. Już wiadomo, że w chwili zaistnienia religii jako takiej, czyli w dość późnym dziejowo momencie, każda abstrakcja takiego systemu, w formule filozofii uproszczonej, że ta abstrakcja jest podbudowana fizycznością i oddaje stan świata. To oczywistość. I teraz pojawia się na horyzoncie pojęcie "duszy" - albo adekwatnego. Już wiadomo, że to wywodzi się z obserwacji, że odnosi się do realiów – i takim aspektem zagadnienia się tutaj nie będziemy zajmowali, nie o to tu chodzi. Po prostu religie, chcąc nie chcąc, na takie pojęcie i na 7
  8. 8. taką procedurę "przejścia" musiały wpaść – jej się dopracować. To oczywistość. Natomiast istotne pytanie zawiera się w tym, jakimi drogami to się potoczyło i co można było wypracować. Przejście, czyli "dostawka", to konsekwencja operowanie pojęciami, ale ciekawe jest to, jak na bazie ogólnej analizy można wypracować najróżniejsze, bardzo nawet szczegółowe, wręcz techniczne ujęcia tego etapu. I to w działaniu religii jest takie interesujące. - A przy okazji coś mówi o samych procesach. Szanowni państwo, z oczywistych powodów nie zamierzam odnosić się do wszelkich wypracowanych torów "przejścia", to i zbędne, ale też niemożliwe. Po drugie nie mamy aż takiego zasobu czasu, to ma być skromna pogadanka, a nie zdawanie relacji z przebiegu tworzenia i działania pojęć. Słowem, proszę wybaczyć, jeżeli ktoś liczył na więcej, ograniczę się do dwu generalnych torów opisu takiego przejścia – ale jestem przekonany, że to wystarczające. Zainteresowanych odsyłam już do źródeł, tu tylko szkic. Jakie są te dwa generalne kierunki? Pierwszy określę jako "skok" z tu i teraz, oczywiście w chwili skrajnej, omawiamy przecież moment ostateczny – do postulowanego "życia wiecznego". Drugi tok działań to drobiazgowe i wielokrotne czynności, które do tego samego wszak prowadzą. Znów pomijając znaczenia i odniesienia tworzące konkretną religię, proszę się tymi obrazami nie przejmować, nie o tym teraz mówimy. Słowem, szanowni państwo, odniosę się do dwu generalnie możliwych toków analizy pojęcia duszy i "przejścia", mam nadzieję, że będzie to wystarczające. Zwracam uwagę, że tak powszechnie oraz na różne sposoby opisywany moment przejścia z ciała do urządzenia, to współczesny odpowiednik wędrówki dusz w zaświaty. Oczywiście taka "przesiadka" umysłu ani nie jest prosta, ani łatwa. - Zastanawiający się nad tym dawniejsi analitycy dochodzili do momentu śmierci i końca ciała i pokonywali tę granicę nie zdając sobie sprawy, że taka granica w tym miejscu istnieje i że ma wiele etapów cząstkowych. I "dusza" odrywała się od ciała i usamodzielniona mogła wędrować w nieskończoność. Błąd? Złudzenie? Ależ nie. Dusza, to co pojmuje się za duszę, to realna i fizyczna zawartość mózgu, którą można przenieść w kolejne ciało – to dziś już stan do realizacji, a nie poziom rozważań. Dla nas i dziś to poziom do realizacji – a kiedyś i tam do rozważań. Po prostu, kiedy analiza dotyczy samych pojęć, mimo że proces się w mózgu toczy jak najbardziej fizycznie i realnie - to pozostaje w cieniu, w zakresie podprogowym i podświadomym. I tym samym osobnik może tylko obrabiać "treść", wartość nadpisaną na fizycznym stanie głowy. Efektem więc musi być "odmaterializowanie" treści od stanu namacalnego, ponieważ jego w doznaniu obrabiającego pojęcie nie ma – świat obok jest jak najbardziej doznawalny, oporny, czasami też bolesny, ale nie abstrakcja, nie treść. Przecież to takie ulotne i nieuchwytne, gdzieś tam bytuje, nie wiedzieć gdzie i jak, więc nie ma co się dziwić, że się usamodzielnia, aż do zupełnego oderwania 8
  9. 9. od fizyczności i bylejakości świata. Myśli więc sobie człeczyna i myśli, no i w konsekwencji jest i "dusza" – i jej wędrowanie tu i tam. Ciekawe po dalsze jest to, że "przeniesiony" tak w kolejny odcinek istnienia zbiór abstrakcji, który oznacza osobowość, że to całość i wszystko, co się liczy – natomiast cielesna podbudowa, wszystkie codzienne i fizyczne zachowania, to w takim ujęciu właściwie znika i staje się to obojętne. O ile w technicznym, więc w realnym toku działań, jest to zagadnienie centralne, które musi składać się z ogromu prac cząstkowych, o tyle system religijny tym aspektem się praktycznie nie zajmuje. Przecież dlaczego mam kłopotać się formą cielesną, kiedy wiem – kiedy "wiem", że będę dalej istniał i że to będzie "wieczne istnienie"? A szczególnie, kiedy wiem, że materia to byle co, rozpada się, boli, poci, śmierdzi. Jeżeli mam w ciągu abstrakcyjnych analiz brak kroków pośrednich wiodących do wyniku, to konkretna postać cielesnego nośnika jest elementem zbędnym lub wręcz przeszkadza. - Ułomne ciało jest na teraz i jest sprzeczne z duchowością, dlatego się tym nie interesuję. W takim ujęciu liczy się cel, a nie droga dojścia do niego. Zwracam uwagę na ten aspekt, liczy się cel. Historycznie zbudowane metody przejścia były różne i były pochodną wypracowanego systemu pojęć. Szanowni państwo, "dusza" to abstrakcja, która w trakcie przemian historycznych oderwała się od fizycznego nośnika i "odleciała" w za-światy. Dziś nadszedł czas, aby ją ponownie wpisać w materialną strukturę. To może być różna struktura, różny nośnik - ale to musi być fizyczny nośnik. Interesujące jest to, że filozofie czy religie opracowały wszelkie możliwe sposoby "przejścia" – i kolejne kroki po takim przejściu. Mam więc w tym zbiorze ujęć z jednej strony banalne przejście "do wieczności", bez refleksji, co to oznacza. Wystarczy w odpowiednim czasie i miejscu, raz na ileś dni czy lat, żarliwie lub obojętnie wyklepać zestaw formułek-dogmatów – i już "życie bez kresu" duszę czeka i kusi. Czasami się oczywiście trzeba wysilić. Na przykład złożyć solidny materialny datek "na drogę". Żadny tam banalny, najlepiej taki w sobie rozbudowany – wszak wieczność tania nie jest. Trzeba tamto i to odczynić, tu zamówić modlitwę wspierającą, tam domagać się słów dobrych na dalsza drogę. Trzeba o bliskich i znajomych zadbać, co by nie zapomnieli, żeby przychodzili, żeby mieli gdzie przychodzić i zdania składać w standardowe formułki. Itd. Z drugiej strony, w innej czasoprzestrzeni kulturowej, mam wielce skomplikowaną, wieloetapową drogę, z ostatecznym "rozproszeniem" w nieskończoności. W pierwszym przypadku było sobie ciało oraz jego abstrakcyjna zawartość, jednak się skończyło i rozsypało w proch, a oswobodzona z fizyczności "dusza" odlatuje w nieskończone dale i tam sobie jakoś bezkreśnie bytuje. W drugim mam "duszę" wędrującą przez różne konstrukcje fizyczne i kręgi wcielenia - oraz z różnym bagażem osobistych doświadczeń, które wyznaczają oraz determinują następne kroki-etapy istnienia. Aż po ostateczne rozpłynięcie się 9
  10. 10. w Kosmosie. Zwracam państwu uwagę, że to jest po prostu techniczny opis takiej przesiadki. Że w specyficznym zbiorze pojęć, to fakt – dlatego też trzeba to potraktować jako literaturę i ornamentykę. Niekiedy też w sobie piękną, tworzoną wiekami i z emocjami. Jednak kiedy odnieść to do świata, opis jest poprawny i łączy się z ujęciem fizycznym, to zdanie relacji z momentu przejścia. Kiedy obecnie technik zabiera się za montowanie drogi dochodzenia i następnie samej "przystawki" - to na takie działanie rzeczywiście można spojrzeć zgrubnie, bez szczegółów, albo z etapami pośrednimi i wielorako zapętlonymi. Oba sposoby opisu tego przechodzenia są w prawie i są zgodne z faktami. Raz ograniczam się do wypracowania i stosowania samego pomysłu do przejścia, a raz, o ile mam czas oraz ochotę na takie analizy, wyróżniam uwarunkowania i etapy. Raz opis ogranicza się do powierzchni, raz sięga w głąb. Ale obie drogi są poprawne i oddają taką możliwość. Proszę państwa, to prawda i fakt, jesteśmy dziś, jako zbiorowość, skonfrontowani z możliwością "przesiadki" umysłu w inną strukturę, to nie fantastyka, nie religijne marzenie – to realność. Za moment w dziejach, raczej bliski, taka wyczekiwana, podobno pożądana, ale zarazem niepewna możliwość stanie się techniczną procedurą. Co to oznacza? Nie silę się na nakreślenie konsekwencji. Literatura robi to od dawna, ale jestem przekonany, że rzeczywistość będzie inna – kto doczeka, będzie wiedział. Szanowni państwo, wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. 10
  11. 11. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 8.3 – Prędkość graniczna. - To kolejna nasza rozmowa, coś już wiemy o sobie. Jesteś fizykiem i poważnie podchodzisz do tego, co robisz. Dlatego, nie zapominając o twoim fachu, chciałbym cię spytać o taką osobistą, po ludzku i na co dzień reakcję, kiedy ustalasz w świecie maksymalną prędkość, co do której wiesz, że jest nieprzekraczalną granicą? Zastanawiasz się nad tym, jest to dla ciebie problem, czy przyjmujesz jako fizyczny fakt? Ale tak szczerze. - No, niezłe pytanie. I jeszcze to osobiste odniesienie... Jeżeli ma być szczerze - to w spokojnym śnie mi to nie przeszkadza, i dość dawno temat przeszedł z pola "do poznania", w zakres faktu. - Rozumiem. Ale nigdy nie korciło cię pytanie, skąd taka a nie inna wartość tej prędkości, dlaczego w ogóle jest wartość maksymalna w zmiennym świecie? Przecież, skoro wszystko, na przykład we wzorach i logicznie, dąży do wartości nieskończonych, dlaczego akuratnie w tym przypadku jest inaczej? - Nie mieszaj w to nieskończoności, wiesz, że można się bez nich obejść. - Fizyka może się obejść, nawet dobrze na tym wychodzi. Pytam cię w tej chwili nie jako fizyka, spróbuj choć nieznacznie z takiego garnituru się wyswobodzić. - To będzie trudne, o ile w ogóle możliwe. Wszystko wokół, jakoś tam postrzegane, to fizyczność, a do tego dobrze policzalna. Sam przyznasz, że takie podejście się sprawdza... A poza tym, coś tak czuję, że prowadzisz tę rozmowę w upatrzonym celu, że chcesz coś udowodnić. - Nie zaprzeczam. Zresztą, jeżeli to ma być ciekawe spotkanie, to nie będziemy wymieniać uwag na pogodzie czy programie telewizyjnym, szkoda czasu. Pomyślałem, że nasza rozumowa może dotyczyć czegoś istotnego, tak dla mnie, tak dla ciebie. Mówisz, że się na co dzień nie zastanawiasz, dlaczego granicą zmiany jest prędkość światła, tylko traktujesz to jako fakt zastany, wyciągasz z tego wnioski praktyczne i stosujesz je z pożytkiem. Przyjmuję to. Również jako fakt zastany w naszej rozmowie. Ale warto pójść dalej, uważam, że można wyjść poza tak nakreślony obszar, z pożytkiem dla, tak mocno przez ciebie podkreślanej, użyteczności... A co do zaplanowanej z góry tematyki? Podobno, tak mówią, lepiej dążyć w dowolną stroną, ale właśnie w jakąś stronę, niż szamotać się w pustce. - Więc rozmawiajmy, wszak warto rozmawiać. Na ile zdołałem poznać twój sposób działania, to za chwilę rzucisz jakąś analogią i na jej podstawie będziesz udowadniał, że... - Analogia? Oczywiście, jak najbardziej, to konieczność. Zupełnie nie rozumiem, jak można z tego potężnego narzędzia badawczego nie korzystać i nie stosować do wyciągania wniosków, a tylko uparcie się we wzorki czy linie proste lub krzywe wpatrywać. Przecież bez odwołania się do realnie i namacalnie doznawanego świata, ale już rozpoznanego, bez tego nie zrozumiesz nowości, żadnej nowości. To nie przypadek, że umysł, kiedy "skanuje" otoczenie, nie wykonuje 11
  12. 12. tego szczegół po szczególe, ale pozyskany obraz odnosi do wcześniej wypracowanych obrazów i "obrabia" detalicznie tylko to, co jest w obrazie nowego, albo ważnego z jakiegoś powodu. Znany i poznany w szczegółach proces lub fakt, to podstawa dalszego działania. Czyli analogia to jest to. - Może tak, może nie, widzę ograniczenia. Zwłaszcza w zakresach, w których codzienna obserwacja nigdy się nie znajdzie. - Poważnie? Mówisz to z serca i głębi? - Nie żartuj, jestem fizykiem. - No, tak, fizyk się w tobie odezwał. A prosiłem, żeby rozmowę na inny poziom przenieść. - Jestem fizykiem i pozostanę. - Nie zaklinaj się. Mógłbym od razu i łatwo wykazać, że na wielu polach i od zawsze wykraczasz poza zakres, którego tak uparcie się starasz trzymać, ale przyjemność dręczenia wolę rozłożyć na raty, większa satysfakcja. - W rzeczonej sprawie mam inne zdanie. Zamiast słowotoku prezentuj analogię, może będzie interesująca. - Obraziłeś się, niepotrzebnie. Na spokojnie zapewne przyznasz, że fizyka po wielekroć zamienia się w analizowaniu świata miejscem z filozofią, to taka życiowa przypadłość tej nauki. I nie jest to w żadnym przypadku zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Fizyk też jest człowiekiem, chce wiedzieć – więc "wychyla" się konceptem poza tu i teraz mu dostępne, a to już czystej wody filozofia. - Analogia miała być. - No, tak. Odwołam się do początku naszej rozmowy. Nie sądzę, abyś zwrócił uwagę na użyte przeze mnie terminy, kiedy było o prędkości i granicznej zmianie. Zauważ, że nie odnoszę się w tej analizie do ruchu, czyli pokonywania dystansu, co narzuca się od razu w opisie stosowanym potocznie. To nie przypadek, że odwołuję się do zmiany jako takiej. - Zmiana, czyli co? Wszystko jest zmianą, w fizycznym zakresie nie ma bezruchu. Czym, według ciebie, jest zmiana? - Pięknie, jesteśmy krok dalej w rozmowie. Czym jest zmiana, to w trakcie wyjdzie samoistnie, definicja jest zbędna. Natomiast teraz i od razu zaprezentuję wniosek. To po części prowokacja, po części ukierunkowanie myślenia, ale i ułatwienie w dialogowaniu. - Pokrętnie to idzie. - Poczekaj, mamy nieco czasu, cztery, a może kilka stron zapisu mi zejdzie, spokojnie się wyrobię w takim zakresie... Teraz wniosek: prędkość światła, wielkość graniczna prędkości obserwowanej zmiany, jest rzeczywiście taką i zawsze taką, czyli maksymalną. Tylko że zarazem, podkreślam, zarazem są wobec tego faktu prędkości większe i dużo większe, teoretycznie nieskończenie większe. - Ale pojechałeś. Totalna sprzeczność. Po cichu powiem, że również ociera się o bełkot. Nie obraź się teraz ty. - Ja? Obrazić? Ależ skąd. Więcej ci powiem, byłbym mocno zdziwiony inną twoją reakcją. Po prostu, jako fizyk, nie masz wyboru, opis powyższy w twoim zbiorze pojęć się nie mieści. I mieścić się w nim nie może. Jeszcze więcej, nawet kiedy odrzucisz postawę fizyka i w tej formule dopatrzysz się czegoś interesującego, to sprzeczność w opisie aż bije po oczach. Bo jak może być wartość największą, ale jednocześnie ma być dopełniona dużo większymi? 12
  13. 13. - Właśnie, jak? Zakładam, że wiesz, co mówisz, nie widzę u ciebie oznak chorobowych. Ja w tym widzę tylko sprzeczność. - Mamy punkt zaczepienia i część wspólną, to już coś jest. A, tak na marginesie, kolejny wniosek, i to rangi najogólniejszej z tych ogólnych: w opisie świata, i szerzej rzeczywistości, nie proste i liniowe definicje są prawdą, a przynajmniej nie w maksymalnym już zakresie. W brzegowo skrajnym ujęciu wszystkie cząstkowe ujęcia są poprawne i razem, razem oddają to, co jest ową rzeczywistością. W ostateczności każdy opis jest poprawny – o ile był poprawnie, więc logicznie poprowadzony. Warstwa słowna jest naddatkiem, literaturą i przesłania głęboką treść, ale ta jest jedna. Tylko jedna. - No, nieźle, nieźle... - Dlaczego zmiana graniczna, a nie prędkość? Niech będzie, czas na analogię. - Robimy postępy. - Wybacz, filozof to nie fizyk, co chwila go zarzuca, obrazy i za nimi idące słowa mnożą się i trudno zmieścić się w kilku zdaniach. Co, znów nawiasem, ostatecznie jest pomocne w zrozumieniu. Wzory, przyznasz, poprawnie opisują procesy, ale są takie mało wyraziste, suche... Dobrze, już dobrze, nie machaj ręką... Co za analogia? I tu cię chyba nie zaskoczę: ja, ty - czyli my. Dlaczego taki zbiór? Bo najbliższy, bo rozpoznany i doznany na wszelkie możliwe sposoby i dogłębnie. Jak to lubię powtarzać, tu słychać i widać wszystko. I o to w tym chodzi. - O ile dobrze cię rozumiem, chcesz dowodzić prędkości światła w zbiorze ludzi, tak? - Owszem, idealnie się do tego nadaje. To mógłby być dowolny zbiór i proces, ale ten jest nam najlepiej znany, przez to doskonale się nadaje do takiej analizy. - Widzę, że nie żartujesz, gdzie tu prędkość światła? Że człowiek stosuje takie prędkości, dzięki fizyce, tu pełna zgoda, ale chyba nie o to ci chodzi? - Nie, zupełnie nie. Względem zasług fizyki dobre słowo mogę nawet rzucić, co mi tam, ale to drobiazg. Chodzi o zrozumienie zjawisk, to się liczy. - Gdzie tu masz prędkość maksymalną, świetlną? - Po pierwsze, wszędzie, w każdym procesie tworzącym istotę, którą tu definiujemy jako "człowiek". Ale to temat na inną okazję, także wielce ciekawy. Przecież na poziomie atomowym, czy podobnie, to w swoich reakcjach zawiera tę prędkość, nie zaprzeczysz. Że zbiór w całościowym odbiorze jest powolny, prawda, ale zmienia się głęboko z taką maksymalną wartością... Po drugie, nie o tym mowa w obecnie prowadzonej analizie. Chodzi mi, podkreślam, o podejście logiczne, filozoficzne, o działanie na pojęciach, a konkret to sprawa nieco z boku, acz obecna w każdym zjawisku. Podkreślam to, tu używana i zgłębiana analogia odnosi się do wszelkich zjawisk i wyróżnionych w środowisku (w tle) faktów, to możesz zastosować wszędzie-zawsze. - Człowiek jako miara wszystkiego, to już chyba było? - Było, i nie śmiej się z tego. Prawda, fizycy umieszczają dziś, i słusznie, człowieczy byt gdzieś na peryferiach oraz w przypadkowym odniesieniu do własności świata – powtarzam, poprawnie. Ale druga możliwość jest równie zasadna: to punkt odniesienia wszystkiego w okolicy. A nawet poza tutejszym. 13
  14. 14. - Zrobiło się, że ho-ho. - Czy, wracam do twojego pytania o prędkość maksymalną, czy jest w zbiorze człowieczym zmiana graniczna, a jeżeli jest, to jak się w obserwacji objawia? - No, jak? - Tu muszę nieco dłużej pomarudzić, tego w kilku słowach streścić się nie da... Pytanie wstępne: czym jest zbiór, oraz: czym jest w ramach zbioru jednostka? Nie wchodząc w głębokie dookreślenia, to nie jest potrzebne, można powiedzieć, że jednostki tworzą zbiór i poprzez swoją zmianę odmieniają tenże. A z drugiej strony zbiór w środowisku jest faktem nadrzędnym do jednostek i istnieje dłużej. - No... - I teraz zasadnicze pytanie: jak w takim zbiorze zachodzi zmiana i jak się przenosi sygnał? Zaznaczam, to istotne, że opis możesz w takim zbiorze prowadzić tylko od wewnątrz, postrzegając jedynie te składniki, które są dostępne, to twoja fizyka. - Jaki sygnał? - Sygnał, czyli zaistnienie kolejnej jednostki. Zbiór to jednostki w liczbie mnogiej, tworzą się i zbiór się przez to tworzy... Kiedy w zbiorowości ludzkiej może zaistnieć kolejny punkt zbioru? Czyli kiedy może pojawić się nowy obywatel świata? Potraktuj tę analogię jako uniwersalną. Wówczas, kiedy w czasie i przestrzeni, na ważnym z ewolucyjnego punktu widzenia dystansie, spotkają się pokrewne sobie, jednak nie identyczne własnościami jednostki. I znów istotne pytanie: czy dowolne jednostki? Otóż nie. Muszą spełniać rozliczne warunki, a już jeden szczególnie: muszą być "dorosłe". W przypadku społeczeństwa to ma postać dokumentu zaświadczającego o wyborczych prawach i pełnoletności – oraz o prawach na "klonowanie"... Mówiąc inaczej, i to w tym jest najważniejsze, taka jednostka musi wpierw pojawić się w zbiorze, nabrać sił i gabarytów, dobrze się odżywić, żeby odlegle już od momentu zaistnienia móc powołać do istnienia kolejny fakt. - Czy chcesz powiedzieć, że jednostka sygnału "wyrasta" z tła? - Tak, dokładnie. Czekaj, widzę, że już chcesz protestować i, tak się domyślam, za chwilę rzucisz, że człowiek może i tak się dzieje w zbiorze, ale nie foton czy podobnie. - Foton nie jest stanem złożonym, to bezmasowa... - A skąd, mój drogi, to wiesz? Jako fizyk tego nie sprawdziłeś, bo nie masz jak. To założenie, niedefiniowalne założenie. I jedynie w twoim działaniu możliwe, foton dla ciebie to element najmniejszy z najmniejszych, i koniec. Tylko z tego, zauważ, nie wynika, że musi to być logicznie najmniejsze z najmniejszych. I to właśnie staram ci się udowodnić. Może pokrętnie to robię, ale o to w tej rozmowie biega. Po to wprowadzam analogię życia człowieka, żebyś dopuścił w tym momencie, że to, co dla ciebie jest "faktem elementarnym", nie musi takim być. - Z oporami i dla dobra... - Spokojnie, sprawa fundamentalna i warto to przemyśleć. Jeszcze raz o powstawaniu człowieka. Zauważ, że etap "do narodzin", aż do pojawienia się w zakresie nadprogowym i jasnym, że to, pozostając w ramach zbioru - zakres nieoznaczony i właśnie ciemny. Jeżeli się trzymać terminologii, którą stosujesz w opisach tego zakresu, to w żaden sposób zjawisk podprogowych nie rozpoznasz, żadna mechanika 14
  15. 15. kwantowa tu nie pomoże – bo dla ciebie, od środka i ze zbioru, nie ma tego okresu życia. Zgoda, powiesz, że masz mikroskopy i podobne i że to zbadasz. Tylko, zauważ, i to jest istotne, takie działanie jest poza zbiorem, poza fizyką ci dostępną – to wyjście "poza". W przypadku człowieka to można przeprowadzić technicznie, ale nie w przypadku zbioru maksymalnego, czyli wszechświata. Przy czym w obu przypadkach, tak czy owak, to jest poziom filozofii, logiczny. Czy masz tego świadomość? - Bo ja wiem?... - Zakładam, że masz. - Dalej, narodziny, zaistnienie jednostki są tylko początkiem etapu, nie zakończeniem. Musi pozyskać zasoby z otoczenia, żeby nabrać ciała oraz znaczenia. I to w każdym zbiorze i w każdym przypadku, nie ma drogi na skróty. Każda jednostka musi nabrać gabarytów, żeby móc przekazać sygnał. Jest powiedzenie, że ciało człowieka to opakowanie dla genów, które umożliwia przesył kodu. Jeżeli zastosować to do wszelkich procesów oraz przyjąć, że każda jednostka ma swój "kod istnienia" (genetykę), to również coś takiego, co określasz jako "foton", to także jest zbiorem faktów o mniejszych "rozmiarach" i że się składa, że się buduje w czasie i w przestrzeni. Nie "odwieczna", kiedyś tam powstała jednostka, ale dynamicznie i ciągle tworząca się (i zanikająca) struktura. - Kontrowersyjny wniosek. - W ramach analogi jak najbardziej zasadny. I, co więcej, pięknie wpisuje się w doświadczenie. - Że co? - Nie przesłyszałeś się. Mam tu na myśli słynne upiorne działanie. - Ależ to coś innego. - Niekoniecznie. Nie mówię o splątaniu, ale o tempie zachodzenia. Jeżeli obserwuję zmianę, która przebiega szybciej niż postrzegany w zakresie fizycznym rytm, to jedynie słuszny wniosek jest taki, że "poniżej" tego zakresu zmiana dokonuje się szybciej. Zgoda, dla ciebie, jako fizyka, to dziwactwo lub szaleństwo, które burzy ład. Ale w omawianej tu analogii to konieczność i oczywistość, ponieważ inaczej zjawisk rejestrowanych nie wyjaśnisz. - Foton jako zbiór? - Foton czy dowolna jednostka, nie ma znaczenia. Wszelkie realnie, w ramach doświadczenia fizycznego dostępne fakty, to zbiorowisko jednostek, dynamiczna struktura w trakcie przemian. Znasz zabawę z kamieniem na sznurku, którym szybko się kręci. Co wówczas widzisz? - Okrąg. - Linię prostą zamykającą się stabilny okrąg. A jeżeli będzie tych linii tworzących więcej, jeżeli będzie to zachodzić szybki i dużo szybciej, to efektem będzie stabilizacja, twardy grunt pod nogami. Maksymalna zmiana oznacza tylko tyle, że musi zajść taki a taki w środowisku zbiór procesów, które wytworzą, zbudują w postrzeganiu element. Foton czy człowiek, to już nie ma znaczenia. - Czyli, z tego, co mówisz, mam wyciągnąć wniosek, że prędkość w postaci wartości "c", światła, że to nie ruch, ale budowanie się? - Tak. Prędkość światła nie dlatego jest taką, że szybciej się nie można przemieszczać, bo to już padło (poniżej progu zjawiska dużo szybciej zachodzą, szybciej się "w kupę" zbierają), ale dlatego, że jest to maksymalna, graniczna wartość zbiegania się w jednostkę obserwowalną elementów składowych. Dowolny fakt musi się "pionowo" 15
  16. 16. wybudować i dopiero w kroku następnym "poziomo" przenieść sygnał, a to trwa. - Jeżeli przyjąć, że masz rację, to widzę liczne skutki uboczne. - Zapewne liczne, ale nie powiem, żeby jakoś zaskakujące. Przecież temat na różne sposoby jest omawiany. Przykład? Proszę. Zmienna w czasie wartość prędkości światła. Dziś odrzucana, ale coś takiego się uwzględnia w modelach. A to ze stosowanej tu analogii wynika w prost i jako oczywistość. - Zaraz, czekaj, dlaczego? - Dobrze, ciągnijmy porównanie. Dziś, jako fizyk, obserwujesz, że wszystko od wszystkiego ucieka, i że dzieje się to coraz szybciej. Zaskoczenie było spore, kiedy to ustalono. Tylko że, po pierwsze, ten fakt obserwujesz od bardzo niedawna, ledwo kilkadziesiąt lat, a nawet biorąc obserwacje jako takie, to niewiele więcej się poza to nie wychylasz. Cóż to jest kilkaset lat czy kilka milionów w stosunku do wieczności?... Ale na podstawie tak wycinkowego zbioru danych wypowiadasz się co do stałości parametrów w skali znacząco większej, miliardów lat i jeszcze dalej. Wątpliwości są, fakt, ale takie wnioski wyciągasz. - Z tego nie wynika, że błędnie. - Nie wynika. Ale weź pod uwagę historię człowieka, zbioru, który definiujemy jako społeczeństwo. Jak w ramach takiego zbioru mogło dokonywać się przekazanie sygnału? Trzeba było uporczywie szukać w środowisku, nieraz daleko i z licznymi problemami, kandydatki na dopełnienie - drugą połówkę nie prosto odszukać w stogu świata. Z tym, że w przypadku społeczeństwa proces przebiegał odwrotnie niż we wszechświecie, zbiór ludzki zagęszcza się w miarę zmiany, za to wszechświat rzednie. - Znów kontrowersyjne ujęcie, ciśnienie jest stabilne. - Dziś tak, ale czy jutro będzie tak samo? Kolejny temat, który by warto omówić i zastanowić się, dlaczego to wewnętrzne ciśnienie w układzie się utrzymuje, ale odłóżmy to. Z całą pewnością, zgodzisz się, nie będzie to trwało wiecznie. A to oznacza, że spotkanie w pustce drugiego elementu będzie coraz trudniejsze – że konstrukcja będzie całościowo wychładzała się i gasła, wręcz dosłownie. - Ale to oznacza, że kiedyś prędkość światła była wyższa. - Oczywistość, i też policzalna. A przy okazji, bo nie mogę sobie darować, refleksja na temat "parowania" się w dzisiejszym zbiorze społecznym, jako analogia do etapu wszechświatowego kiedyś-tam. Bo i tak można to modelować... Zauważ, że w miarę przyrastania ilości elementów w zbiorze również rośnie liczba "zderzeń", czyli łatwość tworzenia związków. Ale, jednocześnie, jest to stan "kruchy", mało trwały. Jeżeli z trudem i z darami muszę szukać pasującej części, to znajdując doceniam to, jeżeli za każdym rogiem czy kliknięciem mam wybór ponad zapotrzebowanie, to szukam i znajduję, i znajduję, i tak dalej. Stan dużego zagęszczenia ("gorący") nie sprzyja takim zbliżeniom, jest nadmiernie energetyczny, i to wręcz dosłownie. To w środkowym, czyli ani zbyt gorącym, ani zbyt zimnym zdarzeniu się tworzą najstabilniejsze struktury – i jest to zależność generalna i uniwersalna. - Podoba mi się. - Ale to nie koniec takiego "analogowania". Znów człowiek, ale tym razem chodzi o "twarz". Twarz w rozumieniu ogólnym, logicznym – i 16
  17. 17. konkret, fizyczny i jednostkowy, zawsze inny fakt. Łapiesz? - Nie. Nie wiem, o co chodzi. - Że "atom", "foton", czy dowolny wyróżniony przez ciebie element w otoczeniu, to pojęcie, abstrakcja zbiorcza, za którym realnie znajduje się tylko i wyłącznie (i raz na wieczność) z imienia i nazwiska zdefiniowany osobnik. - Do czego zmierzasz? - Że "atom" to nazwa, która zachowuje swoje znaczenie w zakresie miliardów lat, jednak atom, konkretnie postrzegany zbiór-fakt, to w trakcie zmiany uchwycony stan lokalny i czasowo krótko obecny w odbiorze... Jeszcze inaczej, że pojęcie atomu, podobnie jak stan zwany "społeczeństwo", to zaistniało kiedyś tam, natomiast kryjący się za tym konkret, to powstaje, chwilę trwa zbornie, a następnie ginie, rozpraszając się w płaszczyźnie jednorodnych elementów. - "Człowiek" powstał kiedyś, ale człowiek buduje się tylko lokalnie i zawsze chwilowo. I w ramach zbioru. - Interesujące, ale... - Nie domagam się, żebyś od razu się do tego odnosił. Spokojnie i z detalami to przemyśl, jeszcze pogadamy. Na tym etapie wystarczy, że traktujesz to jako coś ciekawego. To mi wystarczy. 17
  18. 18. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 8.4 – Zasada dynama. Sami wiecie, życie to nie bajka. A życie wynalazcy, wiecie, to już w szczególności. Bo ja wynalazcą jestem, rozumiecie, tak od małego mam. Spojrzę na coś, przed snem sobie pokombinuję, no i ramo już wiem. Mamuśka opowiadali, że kiedyś telewizor z półki na podłogę pociągnąłem, no i od tej pory tak już mam, wynalazki to dla mnie pestka z masłem. No i ostatnimi czasy też wynalazek przeprowadziłem, wielki, a co, z rozmachem planetarnym. Bo to daleko sięga, ja się tam detalami i byle czym nie zajmuję, tak z natury u mnie. Rozumiecie, była taka tam audycja, coś po ekranie skakało, się kręciło, i podobnie. No i problem zapodali, że owa konstrukcja, planetą zwana, jakieś wenus, a może podobnie, że toto się nie rusza, czy wolno rusza, i jest z tego powodu problem. No bo, rozumiecie, życiowo warunki tam mało i kiepsko sprzyjające. Planetka dużachna, w zasięgu technologii, być może do wykorzystania handlowego, a to, rozumiecie, zagwozdka dana z natury, nie kręci się. I klops, i blada. Nic to, myślę ja sobie, pokombinuję, wynalazczością się zajmę dla dobra. Bo z tego, rozumiecie, niezłe dochody mogą być. Jak się tam ci lotniarze zapędzą, to z patentu na takie coś nieźle człek sobie użyje. No a co. No i rozumiecie, senność odgoniłem, i myślę. Myślę powoli i żeby w myśleniu dziury nie było. Bo dziura, rozumiecie, to wynalazczo nic przyjemnego, a nawet kłopotliwe. Godzina któraś tam minęła, sąsiad za ścianą żonie dał spokój, a ja ciągle wynalazku nie widzę i się przerzucam z boku na bok. Nie powiem, rozumiecie, za znaczny się problem zabrałem, potliwy oraz umysłowo pokręcony. Zawzięty ja ci jestem, tak mam, więc nie popuszczam, wgryzam się i wkminiam, jak tylko można. Ale, rozumiecie, nie poszło. Zasnąłem, znaczy się. Budzę się, słoneczko promieniem kłuje i ogólnie ciekawie. No ażem się byłem poderwał, bo mną emocjonalnie zatrzęsło. Bo wynalazka po senności zrobiłem. Wiem!, krzyczę, odkryłem! I po prawdzie tak to było, faktem faktycznym odkryłem. Zawodowiec wynalazczy jestem i, rozumiecie, nic przede mną skryte. Problema, wiecie, na sposób chwyciłem, po dobroci i prosto się nie poddał, to ja go chytrością logiczną przebiłem. Jak, pytacie, jak planetarną nieruchomość poruszyć, gdzie dźwigni ruch zaczynającej szukać? Widzicie, w tym cała sztuka życiowo przewrotna, żeby tak w dziejowości zrobić, żeby zarobić, ale się nie narobić. Rozumiecie, taką mądrość wam podsuwam życiową, ona wielce życiowa. Bo to jest tak, że taka globowata planetka sama z siebie się nie zakręci, to wiadomo. Bo jak by się miała kręcić, to już by śmigała, rozumiecie i kumacie, prawda? No i ja, w tej senności rozumnej to poprawiłem, defekt naturalny usunąłem. Prosto nie było, ale poszło. Bo ja już taki jestem, że jak się chwycę... 18
  19. 19. Rozumiecie, sprawa prosta jest, rozwiązywalna. Trzeba, rozumiecie, planetę odrutować, dynamo takie, znaczy się, zrobić. No bo, tak to na oczywistość trzeba podejść, jak samo z siebie ruszyć się chcieć nie chce, to przydepnąć trzeba gadzinę, do poszłuszności rozumnej to przysposobić. A co, z nie takimi sobie poradzi rozumny i w boju z naturą zaprawiony. Bo, rozumiecie, jak już tak na planetkę się w zgodzie z wzorami owe druty poukłada, jak w nie dmuchnie prądowe i napięciowe zasilanie, jak to już zadrga i zawyje, to planetka się w okolicy gwiazdowej polem, rozumiecie, zaprezentuje. - Takim tam, magnetycznym czy podobnym. Niedowierzanie w oczach waszych rejestruję, w wynalazczość ludzką nie wierzycie. I błąd robicie. Bo wynalazek pierwszy sort, papier na niego mam, widzicie? Patent, widzicie. A co, zatwierdzone, mam tu zapisane, że wynalazek. Bo to głupie nie jest, sami pomyślcie, przedyskutujcie ze sobą. Bo jak już się prądowo tak będzie w tych kablach toczyło, jak ten polowy magnes się w kosmosie zasiedli, a to nieco czasu zajmie, to się planetka rozrusza. Słoneczko swoje zrobi, pole magnesowe pchnie odpowiednio i planeta zawiruje, i się w karuzelę zamieni. Prawda, uważać trzeba, co by nie przesadzić. Prąd trzeba, rozumiecie, odpowiednio ustawiać, wszyściutko prawda, ale czy to wynalazczo ciekawe? E, to pestka po obiedzie... Ja tam detalami się w rozmyślaniu nie zajmuję, to nie moja broszka. Ale pewnikiem jest, że to glob z martwoty wytrąci, że dziurę przetka energetycznie i w procedurę ewolucyjną popchnie. I o to biega. Sami rozumiecie, życie wynalazcy proste nie jest. - Wymyśli coś z gatunku ważnego, skacze sobie i podśpiewuje z zadowolenia, ale to tylko pierwszy z etapów jego niedoli, ten prosty, rozumiecie? Bo w dalszym trzeba zgłosić i zaklepać, co by innych ubiec. Zainwestuje człek godziny przedsenne w wynalazczość, wmyśli się w problem, ale żeby to w zysk monetarny zamienić, trzeba papierek mieć. Mówiłem, że mam. Ale łatwo nie było. Bo jak już tego wynalazka zrobiłem, jak go już przejrzałem z kąta w kąt i jak się zapaliłem, to trzeba było iść za ciosem. Czyli się trzeba było urządzeniem popisać. Nie powiem, z techniką jestem od małego zakolegowany, przerzucam takie i w ogóle, ale łatwo to się nie potoczyło. No, z samym przyrządem eksperymentalnym to dużego problema być nie było, nawet przeciwnie. Akuratnie sąsiadowemu dzieciakowi na moją stronę piłka wpadła, to ubezwłasnowolniłem, do badań dla ludzkości posłużyła. Namotałem z kilometr druta, zamocowałem odpowiednio, no i pod wtyczkę prądową wetknąłem. I już. Kręciło się. Bo ja, wiecie i rozumiecie, potrafię z materią. Tylko że to drobnostka, zabawka i w ogóle - co to wobec urzędowego działania. Można powiedzieć, że to nic wobec nieskończoności. - Że nieskończoności nawet mało. Sami rozumiecie. No bo jak już się kręciło, to poszedłem do urzędu. Rozumiecie, w celu zaklepania pierwszej własności poszedłem. 19
  20. 20. Wchodzę. Siedzi jeden, karteczki przerzuca. Ja, mówię, po papierek i zaświadczenie, że tak a tak, że wynalazek planetarnie ważny i że dla przyszłości. Mówię i pokazuję, że się kręci. Bo kręciło się. I nawet ładnie wyglądało. Popatrzył, nawet palcem dotknął, pomyślał dłuższą chwilę, ale coś milczy. Więc znów tłumaczę, że pomysł, i tak dalej. "Widzę", on na to, "zbadać trzeba", on na to. "Skieruję was do profesora", on na to, "żeby potwierdził, że nowe". Skoro trzeba, mówię ja na to, to pójdę. I poszedłem. Daleko to nie było, więc poszedłem. Klitka urzędowa podobna, biurko też podobne, a i osobowość jakoś podobna. Mówię, że tak a tak, że wynalazek, że trzeba papierkiem potwierdzić i pokazuję kręciołka. Bo się dobrze kręciło. Profesor, czy jakoś tak, obejrzał, zadał fachowe pytanie, czy mam doświadczenie w konstrukcjach, a na koniec mówi: "Ciekawe". A też jeszcze mówi: "Już chyba coś i gdzieś takiego widziałem". Ja na to silnie argumentem rzuciłem, bo mnie był lekko obraził, że to tak w ogólności niemożebność, że to ja sam z siebie i w zapale. No i to jeszcze dodałem, że pomysł wynalazczy głęboki, dla ludzkości. Może i nie przekonałem profesora do końca, wzrok jakiś taki miał nieco z innego obszaru rzeczywistości, ale powiedział jeszcze, że trzeba wynalazek dalej sprawdzać, że do mechanika i elektryka trzeba się udać. Co by, mówił, bezpieczeństwo potwierdzić. Skoro trzeba, to poszedłem. Rozumiecie, niedaleko było. Mechanik zbytnio się nie czepiał. Obejrzał, postukał, zamocowanie w łożysku na okoliczność smarowania przepytał i papierek podpisał. Widać więcej takich wynalazków doświadczył, obeznany był. Szczerze powiem, że to mnie otuchą przepełniło. Nie jest źle, pomyślałem, z ludźmi odpowiednimi mam styk, urzędowo poważnymi, fachowo, znaczy się, obsługują. Cóż, sami rozumiecie, w błędzie byłem, człowiek do człowieka podobny nie tak bardzo, różni się trafiają. Na przykład taki elektryk się trafi. I jest problem. Wiecie, trzeba było do takiego zajść, to zaszedłem. Po to a po to, mówię, jestem, papierek potrzebny, wynalazek elektryką napędzany i wymaga potwierdzenia. Wynalazek dla ludzkości, planetę ma ruszyć z miejsca, bo kiedyś się przyda jako wczasowisko. Nie wiem, może ten elektryk niedobrą nogą rano wstał, może go żona mało dobrym słowem do pracy pożegnała, ale wyglądał na zmęczonego życiem i ciągle po szklankę sięgał. "Wynalazek, powiadacie, elektryczny", mówi i się krzywi zapijając głośno. "Taka myśl mnie naszła", mówię, "wynalazek zrobiłem", mówię, "żeby w planecie ruch zrobić i otoczyć polem", mówię przekonująco i plan daleki kreślę. "To wszystko nieruchome poruszy i życiem zasiedli", mówię i ręką pokazuję horyzontalną perspektywę rozwojową. "Chwali się", elektryk na to, "widzę, że kolega elektrycznie jakoś obeznany". "Szkołę kończyłem", tłumaczę. "Wszystko przemyślałem", tłumaczę. I słowem zaświadczam. 20
  21. 21. "A jaką to klasę bezpieczeństwa pokazuje?", zaciekawił się. "A jak te kabelki się gdzieś z izolacji zetrą, to co?", pyta. "Jak sobie osoba jakaś krzywdę zrobi, to co?", pyta. "To model, eksponat pokazowy i poglądowy", tłumaczę. "Na plancie w docelowości po głębinie to zakopią, albo inaczej tam poprowadzą", mówię. "Ja detalami się nie param, ja wynajduję", mówię. "Wynalazek elektryczny to nie byle co", elektryk na to. "Elektryka w życiu to ważna sprawa", mówi. "Bezpieczeństwo musi być", mówi i się drapie po głowie. "No i jakieś to takie", mówi i się krzywi z niesmakiem, "gdzieś to już pokazywali w świecie". I był zamyślił się na długo. "To chyba dynamo się nazywa, że nie?" "Dynamo inaczej wygląda", tłumaczę, "zasada podobna, ale to nie o to chodzi", tłumaczę. "To silnik planetarny ma być. Puszczą takimi to kabelkami prądowe zasilanie, to się rozkręci. O, tak", pokazuję na modelu. "I w całej okolicy się będzie można zadomowić". "A skąd zasilanie, kolega przewidział? Bo wynalazek wynalazkiem, a jak to zasilić? Przecież to potrzeba elektrowni, że ho-ho, diabli wiedzą, jak wielkiej. Planetę kolega chce z posad ruszyć, a to się w koszta trzeba wpędzić, to nie byle miasto czy naród zasilić, to z nieba manną elektryczną nie spadnie. Kolega zdaje sobie sprawę? Kolega uświadomiony problemami?", pyta i się coraz mocniej krzywi. Widać, że osobowość przeżywająca i że filozofia użyteczna jej nie obca. "Ja dylematy rozwojowe doceniam i akceptuję", mówię. "A przewidział kolega szkolnictwo dla takiego działania, ilu się w tym będzie babrało, co? A jak tam polecieć, co? I po co to, co? Na tym świecie kłopotów dużo i więcej, to jeszcze na innej planecie w podobnym stylu to się ma dziać, po co?", pyta i się krzywi, aż się patrzeć na to nie daje. "Ja", mówię, "ja właśnie w celu powyższym, jakby coś się w obecnym świecie nie po myśli ułożyło. Dobrze przecie taką zapasową, tak na wypadek planetę mieć. Jakby, tak przykładowo zupełnie, jakby się w świecie tak porobiło, że by wody w butelkach zabrakło, to warto na nowym miejscu produkcję fermentacji puścić, prawda?", mówię. I sen bez pokrzepienia porannego a suchego opowiadam ku przestrodze swej i wszystkich postronnych. Skrzywił się przeogromnie elektryk myślą apokaliptyczną tknięty i wizją wieczystej suchości wczesnogodzinowej, aż dużego hausta wody źródlanej łyknął. I odchuchnął. Dreszcze po nim grozy przebiegały, aż prawie na bezdechu dyszał. "No, prawda, szczera prawda", mówi. "Jakby powszedniego miało tak zabraknąć, to... Prawda... Straszno tak żyć". Sami rozumiecie, wynalazek wiekopomny, do życia niezbędny, każdego przekona. Nawet najbardziej niedowiarkowatego czy w szczegółach i procedurach zapętlonego. Dlatego papierek dostałem, widzicie sami. Wisi i czeka swojego. Jak się za rozkręcanie planetarnego biznesu zabiorą, pokażę i swego zażądam. Należy się, przyznacie. Bo, tak po prawdzie, to idea się liczy, znaczy myśl ponadczasowa. Jak już droga pokazana, jak już wiadomo, w którą stronę w nagłej potrzebie się udać, to środki na realizację się znają i detale nie będą w paraliż decyzyjny wpędzały. Że to wysiłku wymaga, że trzeba 21
  22. 22. zakasać i nieco się utrudzić? Prawda. Tylko że to drobiazg, ważne jest myśl zaposiąść. Ważne, żeby wynalazka odkryć. Reszta jest dodatkiem. 22
  23. 23. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 8.5 – Umysłowa reguła. Naszło mnie, rozumiecie. Naszło myślenie. Tak się jakoś to zrobiło i porobiło, że sobie pomyślałem. Nie, nie śmiejcie się, z mózgowym działaniem to ja za pan brat i na co dzień jestem zakolegowany. Z tym lub nawet owym myślowym czynem jestem w relacjach, nawet takie i bliskie są to relacje. Nie myślcie sobie, że jakiegoś łóżkowego czy tam kanapowego oglądacza seriali telewizyjnych macie na swoim widoku, to nie tak. O wypłacie, co to mi się należy, ale której w szefostwie dać nie chcą, albo o pogodzie na jutro, czy popada, czy słoneczko zaświeci, o czymś takim myślę, aktywuję swoje wnętrze, a też zewnętrzne na bieżąco, to dla mnie norma normalna, tu wszystko prawidłowo i po człowieczemu. Nie, myślenie mnie, widzicie, takie ogólne mnie naszło, jak to na coś podobnego mówią, filozoficzne. Z wysokiej półki ono poczęło i zaznaczyło się we mnie. A to, rozumiecie, już takie normalne sobie przecież nie jest. Ale naszło. To, widzicie, myślenie było o myśleniu. Dlaczego się tak dzieje i co się dzieje, że w łepetynie myśl powstaje? Trudne, przyznacie i ważne pytanie, takie z fundamentów pomyśliwania. Niby banał, ale i ważny, przegryźć go tak od razu nie można. I nie powiem, żebym tym swoim myśleniem w ogóle zmógł myślenie, ale próbować zawsze warto, może coś z tego wyjdzie. Jakiś wniosek albo i reguła wyjdzie. Idzie sobie człowiek, tak przykładowo mówię, ulicą i znajduje coś cennego, jaki banknot lub monetową wartość. Sami rozumiecie, że to pocieszna sprawa, można coś z tego mieć. - I tak mu się wówczas na duszy robi ciekawie, że zaczyna się zastanawiać, czemu tak poszło, co się zadziało, że się tak dochodowo objawiło. No i przypomina w ten czas sobie, że na poprzedniej ulicy kominiarza był zobaczył i że chwycił guzik "na szczęście". Sami rozumiecie i wiecie, że to w świecie tak idzie. No i sprawa myślowo już oczywista. A jak dalej i kolejny raz się tak zadzieje, że kominiarz i banknot w jednym ciągu się ustawią, ha-ha, tylko się zaśmiać z radości. Bo tak to mamy już głęboką regułę świata, nic, tylko się chwytać, gdy kominiarza się zobaczy. Tak sobie człowiek myśli. No, nie śmiejcie się, to nie jest śmiesznością podszyte. Przecież w tym analizowaniu myślowym prawdę wam pod oczy podsuwam, tak to w realności się dzieje. Jest kominiarska istota, jest guzik, i jest banknot. I jest rozumowa jasność i pewność. Pewnie, macie rację, w tylko pojedynczym przypadku tak to będzie, ale to się zdarzy, to w mieście przecież pewnik statystyczny, rozumiecie? No i taki ktoś w tym mieście głosi, że to a to, że tak a tak – i że na końcu będzie jakoś pewne szczęśliwe zdarzenie. Taki ktoś już przekonuje, i to w formule pewnika - i to na fundamencie eksperymentu, zauważcie - że regułą świata jest kominiarz i guzik. I on ma rację, zauważcie, on ma rację po swojej stronie. Zbadał i się upewnił. 23
  24. 24. Tak, wy się nie krzywcie w swoim odrzucaniu poprawnego wniosku, to po całości działanie naukowe, eksperymentalne, metodą podszyte – i w ogóle rozumowo racjonalne. To na każdym kroku przecież faktami i w świecie obecne, działanie przyczynowo i skutkowo powiązane, też z tej umysłowości poczęte. Zauważcie to, doceńcie. No i takie tam wnioski z tego wysnujcie. Nie takie tam wnioskowanie sobie tutaj prezentujcie, że jest jaka kominiarska osobowość mundurowa i banknotowa okazjonalna miła dla portfela zyskowność – ale że to tak ta nasza łepetyna głowiasta w sobie działa, że takie związki okolicznościowe buduje. Nie detal w tym dostrzegajcie, a zasadę. A teraz spójrzcie na to szerzej, z perspektywy. Czy jakoś inaczej taki inny człowiek postępował, co to kiedyś i gdzieś ognisko sobie do posiłku rozpalał? Zaprezentujcie sobie w głowie myśl i wizję, że to w przeszłości dziejowo odległej się działo, że nasz przodek tak miał. I on postukiwał sobie kamyk o kamyk. I co? Jak to co, iskrę ognistą z tego stukania wykrzesał, rozumiecie? Proste, powiecie, a co to ma z myśleniem wspólnego? To i z myśleniem, i rozumowaniem, i nawet z ogólnością wszelaką ma swoje powiązanie. I to głębokie, że ho-ho, w same fundamenty to idzie. No bo, zauważcie, że ten taki ktoś, poprzednik taki nasz, to on w tym postukiwaniu regułę świata wyprodukował. Nic, osiłek jeden, o tym nie wiedział i długo nie wiedział, ale wyprodukował. Tak to mu wyszło zupełnie niechcący. Bo oczywiście już sobie skojarzył w tej rozczochranej łepetynie, że jak tak a tak uderzy kamyk o kamyk, to iskierka, jedna i kolejne, się z tego zrobią, no i to planowane do obiadu ognisko można rozpalić. Takie łady, zupełnie fizyczne i na dnie swojej proste, takie reguły tworzyć zaczął. Zauważcie, że to tak samo idzie. Dokładnie tak samo, jak z tym banknotowcem. Coś w świecie losowo się dzieje, jednak skutek już w mózgowiu się czymś stałym i pojęciowym odciska. I zawsze tak to idzie. I więcej wam powiem, tak w tej myślowej analizie myślenia mi to w myśleniu się działo, że taki jaskiniowiec jeden, co to stukał se i stukał w kamyki, to on dalej nie tylko naukę eksperymentalnie tam w przeszłości poczynał w sobie, ale i religię, i w ogóle wszystko, co my dziś mamy i się tym szczycimy. No bo, zauważcie, jak już tak nastukał się i wprawy w tym niejakiej nabrał, to wiedział, że musi to iść tak a tak, i nigdy inaczej. No, z wiedzą u niego to było w stadium początkowym, to się pojmuje samo z siebie, ale jakaś już w tym wiedza była, sami rozumiecie. No i ten jaskiniowiec jeden tak naukowe badanie przeprowadzał i przeprowadzał. A przy okazji też i religię budował. Bo zauważcie, że w ten czas przeszły to wszystko się w jednym zawierało. Fizycznie kamyk o kamyk się stuka, ale na końcu jest rytualne zachowanie, które musi być spełnione, i to tak detalicznie szczegółami, bo inaczej świętego ognia do obiadu jakoś nie będzie. A dalej to już biegnie samoistnie, reguła fizycznie i głęboko naukowa, magią czy inną zabobonną religią się pokazuje. I, co zrozumiałe, w każdym takim podpaleniu ogniska swoją dobroć przy przeżywaniu świata pokazuje. I się utwardza. 24
  25. 25. Rozumiecie, co się z tego pokazuje w myśleniu o myśleniu? Przecież to zawsze tak idzie. Coś tam sobie w chaosie codzienności człowiek dojrzy, albo mu życie samo pod nos podetknie, no i zestawia sobie to w ciągi, linie, czy inne tabelki. No i widzi, że tak a tak, no i dalej to będzie tak i nie inaczej. Takie, rozumiecie, powiązanie w jedność zestawia zaistnienia, których się dopatrzył w otoczeniu i dalszym świecie. Bo im lepiej to popartywanie mu idzie, to dalej takie związki przyczynowe widzi, regułę za regułą ustala. Aż dalej już się nie da ustaleń prowadzić. Rozumiecie? Można nawet powiedzieć, że ta nasza szara głowiasta zwartość tak w ogólności tylko po to jedno służy, żeby te powiązania robić. Je ze sobą na różne sposoby łączyć w ciągi i szeregi, i podobnie. Fakty fizyczne ustalać, no i je zestawiać, znaczy się. A jak uda się coś do siebie wzajemnie przystawić i się w tym zależności przyczynowej dopatrzyć, to radość, to skoki aż do sufitu można uprawiać, bowiem kolejna abstrakcyjna jednostka się w głowie narodziła. A to miłe w sobie jest. I jest dobrze. Można nawet powiedzieć, że niczego więcej ta szarość robić musieć nie musi, tylko zaobserwowany zmysłowo chaos początkowy po kres ma porządkować jak się tylko da i w tym zasad szukać. Zestawi sobie w linie prostą punkty na niebie widoczne, no i znak zodiaku z tego w analizie wyjdzie – zestawi ze sobą przyjemność sprzed dawnego już czasu i krzyczące coś nowego, no i ojcem czy matką się okaże – a i inne przyjemności zestawi lub nieprzyjemności, no i moralność się na końcu z etyką pogłębioną księgami zapisze cywilizacyjnie. Tylko i zawsze sobie szarość komórkowa elementy płaskiego świata łączy, a dalej to w obraz wielowymiarowy się mu zmienia, w kolejne piętra pojęciowe i naukowe buduje. - Wyjdzie od prostej "stukanki" jakiej byle, a później stos atomowy z tego się zapali. A jak. Tylko, widzicie, są takiego przyczynowo-skutkowego porządkowania w świecie prowadzonego, są skutki uboczne. One musowo być muszą. To aż takie wyłącznie optymistyczne i zyskowne nie jest. Żyć pozwala, to prawda, ale i czasami koniec sprowadza. I to prawda. No bo, sami pomyślcie, jak już taki wędrujący w poszukiwania monet czy kolejnego banknotu osobnik się zmęczy, jak kolejnego osobnika w kominiarzu dojrzy i za wszystkie "na szczęście" guziki chwyci, a nawet dla pewności okularnika jeszcze jakiegoś dopadnie, babę jaką z wiadrami doścignie i splunie po wielekroć dla odrzucenia złego i niepomyślnego – jak to wszystko i wiele innego wykona, a jednak w wędrowaniu po mieście już banknotu nie znajdzie, to co? Jak sobie takie zdarzenie przedstawi? I, widzicie, tu się kłopot robi, z tym naszym myśleniem jakoś jest nie tak. Sprawdzało się, sprawdzało, a tu, proszę ja ciebie, nic a nic nie pomagają kolejne zaklęcia czy rytuały, świat uparcie się w swojej anty-fizyczności, poprzednio sprawdzonej, teraz objawia. Co to znaczy, gdzie błąd człowiek robi, on się tak zastanawia i dalej się zastanawia. Przecież, rozumiecie, to życiowo podstawowa sprawa jest, fundamentalnie ważna. No bo, pomyślcie zasadniczo, jeżeli to od tego przypadkowego wzbogacenia teraz dalszy los osobniczy, może 25
  26. 26. nawet i zbiorowo społeczny zależy, to jak ów osobniczy byt tego w poszukiwaniu swoim nie trafi – jak ognia w żaden sposób rozpalić w jaskini nie zdoła, to – sami rozumiecie – ciężka perspektywa kogoś takiego czeka. W mieście jaki resztek w śmietniku znajdzie, ale w takiej prehistorycznej jaskini co najwyżej innego osobnika dogonić można się było. A może praojciec jakiego naukowego jajogłowca tam właśnie chodził, co? Rozumiecie, jak się taka osobnicza czy zbiorowa bytność w takim i nowym otoczeniu na też nową abstrakcję zdobyć nie może, jak sobie nie uświadomi, bo to już przecież świadomość też się zaczęła, to w perspektywie bliskiej koniec jej widać. Jak jaskiniowiec jeden tam sobie nie poradziłby z mokrym kawałkiem drzewa, jakby się zaparł w tym swoim stukaniu i na odmianę eksperymentalną nie zboczył, to i nas by nie było, i w ogóle tematu mojego myślenia by nie było. Ale sobie gadamy, poglądy wymieniamy o tym i tamtym, nawet zwiedzamy i inne jaskinie w pobliżu, czyli myślenie się toczyło. I dobrze. Ale jest i inna jeszcze w tym wszystkim niezwykłość, może nie taka już generalnie przykra, nie zawsze do ścierania z bytności takowe zachowanie prowadzi, ale też kłopotliwa. No bo pomyślunkiem ruszcie i sami powiedzcie, co taka osobnicza i zbiorowa nawet bytowość zadziała, jak tego kolejnego banknotowego bogactwa nie znajdzie, albo co jaskiniowiec taki czy inny zrobi w tej swojej desperacji, kiedy ognia nie będzie? No, pomędrkujcie. I jak, widzicie? To zupełnie pewne jest, to oczywiste jest, że powie taki ktoś, jak już gadać może, że to jego wina, jego bardzo wielka wina. I że on musi cały zbiór i wszystko po szczególe odczynić, bo inaczej się w nieszczęście to obróci. Tylko biedaczysko nie wie, że światowo się i ogólnie to zmieniło, że zaparte pozostawanie przy rozwiązaniach starych się już nie sprawdzi, że grozi zatratą. Ale prędzej taki w swoją nieśmiertelność uwierzy i w dogmaty, jak rytuał zmieni. Bo w tej swojej "stukaninie" pojęciowej prosto tego nie może przerobić, przecież te wszelkie abstrakcje to on, po wszystkim on. Więc jak w tym zmianę zrobić? Nie można. Kopniaka dostanie od życia, może też solidnego nawet, a i tak powie, że to on sam pobłądził, przecież w abstrakcji świętej omyłki być nie może. I będzie szukał winnego w otoczeniu albo w sobie - i będzie kozła ofiarnego składał, żeby się abstrakcja nad-światowa udobruchała, i będzie swoje ciało kaleczył w najróżniejszy sposób, by to wstrętne ciało za złamanie przykazań ukarać - i w ogóle niegodne, brudne i złe ciało za wszystko obwiniał będzie... Tak, sami widzicie, że myślenie moje niepospolite, bo o wszystkim tak ono jest. O każdym z nas i naszym przemyśliwaniu co dnia, ale i od święta. Wszystko, czym jesteśmy, co się w tej łepetynce jakoś zawiera, to nasza całość osobnicza. I dobrze, i niech tak będzie. Ale trzeba mieć wiedzę, że to nie zawsze nam z sensem podpowiedzi o świecie podsuwa, że może na manowce logiczne lub fizyczne jakieś podprowadzić. A wówczas, sami rozumiecie, kłopot, problem życiowy z tego może wyniknąć. Albo i samo życie wykasować z rejestru. Jak na czasowość potrzebną sobie nowości nie przyswoimy, to zejdzie w niebyt nasze istnienie, wykolei się na najbliższym zakręcie. 26
  27. 27. A to się tak wszystko z takiej śmiesznej codzienności bierze. - Bo to znajdzie człek monetę, w swoje szczęście uwierzy, z kominiarzem lub innym bytem niecielesnym a abstrakcyjnym połączy w niezbędny i trwały zestaw, bo przecie inaczej sobie tego nie może ułożyć, no i to później już samo się tysiącleciami i pokoleniami snuje. Czasem pomoże, a czasem... sami rozumiecie... Umysłowa reguła bywa zawodna... 27
  28. 28. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 8.6 – Rozum w puszce. Pamiętam, jesień była. Zebranie rodzinne było. Imieniny czy coś w ten deseń okolicznościowy. No i zeszło było na tematy światowe i ogólne, znaczy się filozoficzne. Wiadomo, każda rodzina zaposiada filozofa, to fakt i prawda ponadczasowa. Zasiądzie taki przy stole i kieliszek albo inny widelec chwyci w dłoń – i filozofuje. A to że pokolenie schodzi na psy, a to, że polityka do... tego tam, że jedzenie i pogoda kiedyś były lepsze, i że w ogóle to... tego tam. Wiadomo, filozofia nauka obszerna, do przystołowych rozmów się jak najbardziej nadaje, to i się dyskutuje. Pamiętam, zeszło było wówczas na rejony skrajne, tak się porobiło. Coś na ekranie mignęło, jakiś robot czy inny cyborg tam łaził, to w tym kierunku poszło. Uczciwie trzeba powiedzieć, że niezwyczajny temat był, maksymalnie ogólny i filozoficznie zagmatwany, ale nic to, rozkręciło się. Jak wujek kolejnego strzemiennego wychylił, to wzrok mu stężał, no i w przestrzeń był rzucił: - Kiedyś to będzie – powiada – mózgi w puszkach się kisić będą. I w ogóle. - W puszkach, powiadacie? Jak to w puszkach – była zaciekawiła się ciocia, z tych dalszych cioć. - A tak, wsadzą albo przeklonują takiego umysłowca do puszki, się znaczy w metal i podobnie upchają, no i on sobie będzie tak w tej konserwie mędrkował. - Niepodobna – ktoś z tyłu beknął – w żelastwie? - A tak, sami widzicie – wujek widelcem ekran tknął, aż skrzypnęło – łazi taki, a myśli. Puszka, widzicie, a myśląca. Przez chwilę cisza była, bo wszyscy cyborga czy tam robota ocznie obserwowali. Prawda, chodził. - Ale – ciocia pokręciła głową – jak to tak? Zapakują i już? Tak od razu? To co taki o świecie będzie wiedział? O, mam tu kawałek kiełbasy, a skąd takie metalowe bydlątko się rozezna, że to można zjeść. - Ej, nie gadaj, przecie to na prąd będzie, na akumulator. Taki na kiełbasę nie spojrzy – wujek aż się po kolanie z uciechy poklepał. - Taki może i rok bez doładowania pędzić. I porobiło się na to. Że co, że jak, że to nienormalne, żeby nic o kiełbasie nie wiedzieć. Że zakąska i kielonek to radość życiowa, i wszelaka. - Bidulek – otarła ciocia łzę – w puszkę go zatkają i wszystko mu z życia bokiem pójdzie. Nie – machnęła ręką – mi się to podobać w niczym nie podoba. - Daj spokój, on nie od razu w ten pancerz pójdzie, wpierw sobie i pożyje, może i kiełbasą się natuczy. Bo, widzicie – wujek rozgadał się na dobre – takiego tak od razu zakonserwować się nie da, trza nakłopotać się, rozumicie. Trzeba świata trochę schodzić, porodzić się i natrudzić, sami wiecie. Ą dopiero jak już tu i tam strzyka - albo i nie strzyka, he - to w puszkę się wlezie. I można dalej się rozglądać, i swoje robić. 28
  29. 29. - Czekaj, Heniu – daleki krewniak się zerwał – jak to tak, kobity metalowych będą rodzić, że niby blaszaka trzeba mieć? Zaśmiało się towarzystwo, ale miny nietęgie. Nie powiem, zwłaszcza gatunek męski posmutniał, bo żeński jakoś tak dziwnie zerkał i się uśmiechał. - Gienek, ależ ty... niemądry. Nie tak, słuchaj. Chłop chłopem się będzie spokojnie rodził i, tego tam, kolejne pokolenie wyrychtuje, wszystko po naturze musi iść. Inaczej się nie da. Tacy mądrzy tak mówią. Natury, Gienek, nie przeskoczysz, chłop jest, baba jest, i dzieciak jest. - Jak przy bachorach się wyrażasz – zakrzyknie na to wujenka. - Niech się sposobią, komputerami przecież ich się nie robiło, co, źle mówię? I dalej tak będzie. - Ale, słuchajcie – powiada ciocia Ania – tak po prawdzie, to miłe być nie będzie. Przecie, po prawdzie, jak się do takiego zimnego i metalowego przytulić, pogłaskać, albo jak. Po prawdzie to ohydne i w ogóle. Pokiwała rodzina głową, że prawda głęboka, że to żadna tam ludzka przyjemność, no i polała kolejkę, żeby w przełyku nie zaschło. No i wypiła, i zakąsiła. I filozofia górnolotna ponownie wdrapała się na uważność okolicznościową. - Niech będzie – zapatrzył się wujek Gienek w ścianę – niech tam i będzie tak, że zapuszkują, że z kontaktu będą się karmić, pies ich trącał. Ja tam, Heniu, na to nieczuły jestem, mnie to obojętne i zwisa. Ale, Heniu, przecież problema będą, sam wiesz. Tyś szkołę skończył, fakt. Matka dyrektorowi kopertę dała, to zdałeś. No, nie machaj ręką, tak było. Sam rozumiesz, takie zapuszkowane też się w ten deseń będą działy, natury nie przeskoczysz, ona nie tak głupia i swojego dopatrzy. Jak takiego z klasy do klasy popchać, co, kto posmaruje i pomoże? A i, weź pod pomyślunek, na śmietnik takiego rzucić szkoda, bo i pewnie drogie. No i, rozumiecie, taki też coś tam sobie w tym żelastwie główkuje. Więc głupio jakoś, rozumiecie. Psa wykopnąć żal, rozumiecie, a takiego musowo też. - Widzisz, brat – wujek na to – to nie tak idzie. Bo, widzisz, one będą puszki sensownie zapychać. Złapią takowego gościa, co się po okolicznym świecie szwenda, łeb mu w maszynę jakąś wetkną, wszystko z niego wypatroszą i w te, no, rozumiecie, tranzystory upakują. I będzie. - Ohyda, patrzcie no, wypatroszą – wujenka pokręciła głową. - Wypatroszą nie wypatroszą. Słówek nie ma co się chwytać, ale tak jakoś porobią, że twoje wszystkie pomyślunki znajdą, na czymś tam sobie ponotują, no i później w metalu odcisną. - O jejku, wszystkie? - daleki kuzyn się za głowę schwycił i mocno na twarzyczce zmieszał. - Wszystkie, akuratnie i detalicznie wszelkie. No bo, rozumiecie, jakby to było, jakby wszystkiego nie było. Gościu się taki budzi w takiej blaszance, a tu mu dziurawa pamięć działa. I jest problem, on ci to, czy nie on? A jak jaka to ważna sprawa była, he? Na ten przykład rodzina mu się z archiwum wykasuje, żony nie pozna, ktoś ty, się będzie dopytywał. Żona, wiadomo, osobowość uczuciowa, żal ja ściśnie i w ogóle, a gościu tylko zerka. Sprawa kłopotliwa, no i dlatego wszystko musi się w bilansie życiowym takiego zgadzać, i to co do jednego myślowego szczegóła. Bo co dalej z podziurawionym 29
  30. 30. tak życiowo zrobić, jak z takim żyć? A i jeszcze ten kłopot jest, jak on ze sobą będzie to wszystko dogadywał? - My z dziadkiem Zenkiem tak mamy – daleka rodzina się odezwała – od dawna nie wie, że świat jest, ale żyje. Ale emerytura jest, co miesiąc listonosz nosi. Kolejna porcja jadła i popitki została przełknięta i uzupełniła w cielesnych konstrukcjach braki, więc dyskusja ponownie nabrała sił i filozoficznego rozmachu światowego. - Czekaj, Heniu – znów wujek Gienek się zafrasował - powiadasz, że takiego obudują tym żeliwem, nafaszerują wiadomościami, no i się w świat to będzie puszczać. Niech tam, może tak, może nie. Ale, tak na rozum, to kupa kłopotu. Nie lepiej zebrać i od początku uczyć i na ludzi, tfuj, no, sami rozumiecie, na inteligenta kształcić? Po co się gramolić do konserwy, pożyje taki jeden z drugim, pobędzie na tym świecie, i starczy. Ja tam zapuszkować się nie dam. Wujek Heniu aż na to podskoczy, palcem w braciszka rodzonego się kieruje i z wypiekami na twarzy woła: - Gienek, bracie, ty dobrze mówisz. Bo to, widzisz, tak będzie, że jednego będą w szkolnictwie podnosić na rozumie, a drugiego, co to już się życiowo i cieleśnie namęczy, takiego w szczegółach spiszą i zapakują. Bo to, rozumiesz, pomyślunek na różne sposoby można w czerepie umieścić. Naturalnie, jako nam to poszło, albo skrótowo i we wspomaganiu naukowo obecnym... Czyli, rozumicie, raz to będą w świecie poprzednio biologiczne człeki się w maszynę pchać, jak im się dalsze życie zachce uskuteczniać, a inszym razem człek tak to sobie porobi, że na podobieństwo swoje i obraz takiego zrobi. No i tak to drogami pójdzie. - Ale, powiedz ty mi, Heniu, po cholerę? Jaki pożytek z tego? Co i komu po tym, że się metalicznie rozsiądzie w świecie, że oglądać w okolicy wszystko będzie? Dla mnie to chorobowe, nie inaczej. - A tak ci powiem, bracie, że, dajmy na to, rozumnie sobie będzie można na przykład z lodówką pogadać. Albo i chodzącym robotem, co, nie chcesz? Albo gdzieś daleko się wybrać, jakieś inne słońce się naocznie napodziwiać. - Z lodówką? - zdziwiła się ciocia z końca stołu. - Czy to ja nie wiem, co w środku, żeby się żelastwa rozpytywać. - Ty, Stefcia, wiesz, ale mężulek zajęty, więc nie uświadomiony. A tu, dajmy na to, rano się budzi, do cna wysuszony do spiżarki się kieruje, no i smutek w oczach. A jakby wcześniej urządzenie go w temacie browara zagadnęło, czy wspomóc w potrzebie, czy zamówić w detalu, bo się zapas kończy, to problem byłby z głowy. - Ja chcę gadatliwą lodówkę! – zawołał któryś tam wujek. - A co, ja ci nie starczę? - któraś tam wujenka się odzywa. - Jak trzeba gadać, to milczysz w każdym języku, a z lodówką pogaduszki będziesz prowadził? E, niedoczekanie twoje! - A ja bym skorzystał, ja bym się w puszkę zapuszkował – rozmarzył się wujek Antoś. - Mi to nawet odpowiada. Fakt, człowiek sobie na świecie pożyje, coś tam użyje, nie powiem, ale jakoś tak mało się to wydaje. No bo, sami wiecie, co naszego? Zleci, emerytura, no i trzeba zamawiać u proboszcza miejsce. Żal niejaki tak od razu się w zaświaty przenosić. - Dobrze mówisz, Antoś. Człowiek tak krótko brzmi – ktoś z tyłu w tak stylistyczny sposób się wyraził. 30
  31. 31. Smutno się porobiło i cisza zapadła. Dopiero polewanie nieco w tej filozoficznej atmosferze wyłom uczyniło. - Niech będzie, Antoś – wujek Heniu temat podjął – zapakowałeś się w ten metalowy strój, wszystko w tobie nowe. I powiedz teraz, tak szczerze, po co? Co ty w tej nowości cielesnej chcesz robić? - To samo. A może inne... Jak popadnie. Dajmy na to świata przejść by się trochę przydało, zobaczyć, posłuchać, posmakować jakoś tam. Właśnie inne słoneczko zobaczyć, może lepiej grzeje. Sami wiecie, z tym naszym ustrojstwem nigdzie się człek nie ruszy, zawieje albo innego się zadzieje, i lekarza trzeba. A taka puszka i po kosmosie pójdzie, i po wodzie, i wszędzie. Daleko się można ruszyć. - Niech będzie, Antoś. Mogę się zgodzić, to i owo dobrze byłoby w życiu jeszcze poznać. Ale, Antoś, jak długo tak będziesz sobie po okolicy wędrował, ile to wschodów słoneczka chcesz oglądać? Co się tobie potrzebne zdaje? - Ile się da – wujenka się odezwała – przecież każdy dzionek inny. Jak się jasność dzienna budzi, to sama przyjemność w człowieku, to się życia chce. A już musowo wiosennie, piękność sama. - Czekaj, Jadzia, trzeba to przemyśleć. No bo to sprawa prosta nie jest, zakręcona – wujek Heniek zaczął przemowę. - Widzicie, tak w sto, dwieście latek to warto by sobie życia smakować, albo nawet i coś więcej, tak z tysiączek, a co. To rozumiem, to można tak czy owak wytrzymać. Ale po cholerę więcej, nie pojmuję. Przecież to w latach nuda pójdzie, aż straszno się robi. Człowiek siądzie sobie i w telewizję się zapatrzy i już go głupota atakuje, i już ziewać się ziewa, bo takie byle co pokazują. A jakby tak poszło, że to w wiekach całych trzeba patrzeć, że tysiączek lat tak się wgapiać w podobnie nudne, co? - Niepodobna – aż jęknęła wujenka. - Prawda, strachem to człowieka normalnie potrąca, takie kiepskie i obce się prezentuje – wujek głową pokiwał. - Ja tam życia jestem ciekawy, nie powiem, nowość w sklepie zawsze wypróbuję, ale żeby tak na wieczność próbować życia? Cholera by mnie wzięła – aż jęk z gardzieli mu się wychylił. - A sami widzicie – mówi na to wujek Heniu – że głupio gadają tacy owacy, co to wiekuistego żywota sobie winszują. Ciemne to, żadnym myśleniem nie skażone. Faktem prawdziwym jest, że życie taśmą się wiadomą objawia, że krótkie i w ogóle. Ale, sami widzicie, puszką to nikt rozumny by chcieć nie chciał być, bo i po co? Jakby tak z parę latek na emeryturze sobie powygrzewać się na słoneczku, jakby z wnukami się pobawić... ech, by starczyło. Co, rację mam? Znów pokiwało towarzystwo głowami, pomruki wydało aprobaty mniej lub bardziej głośne – i po kielonku chuchnęło. I zmieniło temat na inny, bo po ekranie teraz sportsmeni dziwni biegali i trzeba było w filozoficzny sposób obrazek obgadać. Pamiętam, jesień wówczas była, pewnie dlatego tak to poszło. 31
  32. 32. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 8.7 – Prawo głosu. Wiecie, jest taka zasada, na wskroś humanizmem ociekająca, że się w domu wisielca o sznurze nie opowiada, że się kalekiemu wady nie wytyka. Słuszne to i sprawiedliwe, zaprawdę powiadam. Tylko tak jakoś człowieka czasami coś nachodzi, jakaś taka w duszy się lęgnie potrzeba, diabli wiedzą, skąd coś takiego i dlaczego w tej duszy ono tak popiskuje, że człowiek takiemu tam, co to się z tym swoim kalectwem obnosi, by takiemu wygarnął. Wiadomo, jak się taki czymś niekompletnym pokazuje, to nic, morda w kubeł, trzeba i uszanować, i przepuścić, i wózek pomóc pociągnąć, to wiadomo, to i podobne do człowieczeństwa ogólnego należy, się rozumie. - Albo na swojej drodze człek spotka chorobą zmogłego, cieleśnie pokręconego w każdym niemożliwym kierunku, to trzeba z powagą i ostrożnie się spytać, czy nie wspomóc, też wszystko jasne po całości. Tylko, widzicie, jest dylemat logiczny, takie zakłopotanie się po umyśle ciągnie, kiedy w okolicy się na jakiego takiego rozumnie i logicznie upośledzonego człowiek napatoczy, osobiście albo takoż i przekazem telewizyjnym potrąci. Nie, nie o psychicznego tu chodzi, to się stanem innym objawia. Takim politykiem, na ten przykład lub podobnie. Dziennikarzyną jaką telewizyjną, mianowicie. Niby, powiecie, to taka norma dzisiejsza, banalność pospolita, ale przez to kulturalnego narodu nie obchodząca. - Niby tak, niby swój ogląd prawidłowo formujecie w zdania. Ale coś jakoś nie tak się to wydaje, w tym jakaś taka nuta fałszu się kryje. No bo to jest taki polityk K., albo dziennikarzyna O., panienka w słusznym już wieku zawodowym. Niby, powiecie, to takie tam, można machnąć i splunąć, to takie już od urodzenia. No, i macie rację, w temacie ogólnie macie rację. Problem tylko w tym, widzicie, że to się pokazuje, to rzuca słowem, a nawet to rzuca wnioskiem w tej i innej sprawie. A publika, rozumiecie, słucha, publika ogląda, no i wnioski wyciąga. A jakie ta publika wnioski ma wyciągnąć, kiedy w głowę jej polityk K. i owa dziennikarzyna O. swoje uwagi względem świata oraz ogólnej rzeczywistości upychają? Jak ta publika się w realności naszej może rozeznać, jak na coś takiego skazana jest po wszystkiemu? Sami powiedzcie, jak? Pracuje publika od rana do tej mrocznej godziny, siada dla oddechu robotniczego przez ekranem i w twarzyczkę polityka oraz tej O. się wpatruje, to jakie może mieć o wszechświatowym zachodzeniu wiadomości? No, jakie? Pytanie, przyznacie, takie generalnie retoryczne ono jest, całkiem zbędne ono jest, to oczywista oczywistość jest. Nie, ja nie kieruję te zdania tak w pustkę, nie tylko po to, żeby się słownictwem wyszukanym poprzerzucać, sprawa się za tym kryje. Może i z tych poważniejszych, filozoficznych nawet. Widzicie, żył sobie na tej naszej codziennej planecie człowiek, a co, żył. I zdarzyła się mu nieprzyjemna przygoda okolicznościowa. 32
  33. 33. Znaczy się, wypadek pojazdowy ze skutkiem spowodował. Wiadomo, coś po ulicy pędzi, coś po ulicy chodzi, to te pędzące z tym pieszym w jakimś punkcie się musi spotkać. A że to duża masowość jest taki w sobie pojazd mechaniczny, to i skutek owego spotkania wiadomy. Co się telewizyjny ekran uruchomi, co się radiową puszkę nastawi, to o czymś takim gadają. No i ten człowiek to spotkanie na drodze publicznej wykonał, no i skutek, wiadomo, był. I dalsze też wiadome, czyli sprawa. Sąd swój komentarz do tego wygłosił, tyle a tyle padło. Wszystko się normą w tej nienormalnej okoliczności odbyło. Tylko że, widzicie, tak to w ten czas szło, że coś wyborczego się w naszym pięknym kraiku czyniło. Tu albo tam się coś wybierało, co i jak to zupełnie w temacie sprawa nieważna, to zawsze tak się pod okresem wyborczym dzieje. No więc, rozumiecie, o owym fakcie dramatycznym się polityk K. no i to dziennikarskie O. zwiedzieli. Coś, gdzieś, jakoś, rozumiecie, się zwiedzieli. I sprawa się zrobiła, i sprawa człowieka poszła w publikę. Że tak, że owak, że mało sąd przyklepał, że szkoda się w społecznym zasobie stała, to trzeba ciężarem przydusić i niech ten taki owaki, żeby go, pokutuje. Słowem, że trzeba człowieka od nowa zasądzić i pognębić. Bo od tego, rozumiecie, ogólnego dobrobytu w przestrzeni tutejszej się naprodukuje, że ho-ho-ho. Wiadomo, sąd sądem, ale sprawiedliwość po stronie polityka musi po całemu być. No i tej O., dziennikarzyny jednej. Gadali tak z tydzień i dłużej, swoje prawo głosu do wnioskowania w świat prezentowali, no i się domagali. Wiadomo, sąd sądem, ale na okoliczność masowego wystąpienia szerokiego społeczeństwa, takie w codzienności szerzone uwagi merytoryczne, na coś takiego sąd jako on sąd, na to nie da się ucha nie nadstawić. No i sąd nadstawił. I wniosek wyciągnął. Sami rozumiecie. Sprawa poszła od nowa, sprawa się tym razem okazała niezwykle i głęboko poważna, zagrażała, tak po całości zagrażała. Cóż powiedzieć, przez dwa i pół poprzednie ustalenia sądowe się na koniec tego odcinka dziejowego przemnożyły. Niby nic, powiecie, to w życiorysie i tak niewiele. Ale w tym jakaś taka nuta fałszująca sobie pobrzmiewa, coś tu nie tak, przyznacie. Cóż, odsiedział człowiek swoje przemnożone przez dwa i pół, nawet niespecjalnie się w odosobnieniu społecznym rzucał w oczy osobom funkcyjnym, można powiedzieć, że go izolacja życiowo nie zepsuła. A to, przyznacie, takie częste nie jest. No i wrócił był na łono świata, do naszej normalności ponownie był w całości zawitał. Niby trochę w czasie przerwy się zadziało, niby w rodzinie poszło nie tak, bo żona inaczej urozmaicać życie chciała - niby mieszkanie też już nie było jego, wszak wyrzutek społeczny na lokum nie zasługuje, ale kto by tam drobiazgami się przejmował, kto w dobrostan byłego i złego zaglądać chciał. Swoje przebąkał, i niech się cieszy. Sami widzicie, że wszystko do tego momentu układało się z normą i przewidywalnie. Żadnego w tym zdarzenia, które by machinę z trybu wytrąciło, czy sygnał dało. 33
  34. 34. Ale jednego procedura nie przewidziała: że człowiek spojrzy sobie kiedyś tam w ekran telewizyjny – no i coś w nim, w tym człowieku, się zadzieje. Słowem, że emocjonalnie się powichruje. Lata byłe w nim takiego spustoszenia nie zrobiły, jak jeden telewizyjny obraz, jak jedna chwila informacyjna. Co, spytacie, tak człowieka z nurtu przewidywalnego wytrąciło, co się stało? A jak myślicie, kogo człowiek zobaczył na swoje takie i owakie szczęście? Zgadliście, polityk K. z dziennikarzyną O. swoje mądrości życiowe i wszelakie publice podawali i młotkiem jeszcze w czerepy upychali. Sami rozumiecie, że to musiało człowieka mocno z poczucia stabilnego wytrącić. Można powiedzieć, że bardzo mocno. I to aż po jego brzegi osobowe tak poszło. Co tu dużo mówić, człowiek w ten to czas się zupełnie wykoleił, po prostu w umysłową chorobę popadł. Nie można powiedzieć, że to była chorobliwość medyczna, aż tak się w sobie człowiek nie pomieszał, w końcu to stabilna osobowość była i mogła wiele odmian losu przetrzymać. To tak ogólnie, tak ideą z gatunku fix mu poszło. Czyli chciał się szczerze za lata niedoli, może i nawet zasłużonej, odwzajemnić. Trzeba wam wiedzieć, że przed całym faktem człowiek był z wiedzą o tym i innym technicznym zapoznanym, nawet z osiągnięciami, więc w myśleniu o należytej odpłacie podstawy teoretyczne posiadał. No i w kierunku zaczął plany robić. Swój głos, rozumiecie, w sprawie i ogólnie, chciał pokazać. Wiadomo, każdy równe prawo posiada, może swój demokratyczny głos rzucać w publikę. Pytacie, jak człowiek swoje zdolności i swoją przeszłość w sprawie spełnienia wykorzystał? Powiem wam, to warto sobie ku pamięci, tak na stałe zapisać. Przecież każdy z nas może swoje prawo głosu dla dobra wykorzystać, demokracja mu to zapewnia. Otóż, widzicie, człowiek się w sobie zebrał, no i partię założył, z możliwości systemowej postanowił skorzystać. Daje rzeczywistość polityczna taką szansę, daje, partie ku czemuś tam można powołać i sprawami kierować, można, trzeba mieć jakie co do tego, nie trzeba – słowem, człowiek wszelkie kryteria urzędowe spełniał, to i swoją partię założył. Przecież, zauważcie, wszelkie kwalifikacje na kierującego posiadał i je skutecznie w życie wdrażał. Znajomość ze społeczeństwem, tak to można powiedzieć, osobiście zawarł, w końcu odosobnienie trochę trwało i lud wszelaki się w otoczeniu przewinął. Porozumiewać się z owym społecznym aktywem potrafił? Jak najbardziej, każdemu wedle potrzeb wszystko i wszędzie potrafił obiecać, co mu to szkodziło. Na mechanizmach wpływania też się wyznawał, nie warto nawet tego w opisie podnosić, wszak przetrwać w odosobnieniu bez szwanku, mało kto potrafi, to wyższa szkoła jazdy. I tak dalej. Słowem, rozumiecie, polityk z niego od razu pierwsza liga się tak po wszystkiemu zrobił i poparcie też się od razu głosami pojawiło. A jak poparcie, to i spotkania z tym i owym. I tamtą. Rozumiecie, dziennikarzyna O. go do siebie w celu spotkania przed kamerą, tak po pewnym czasie, zawezwała. No bo jak, poparcie jest, a w okienku 34
  35. 35. i przed widownią człowiek jeszcze się nie pokazał. Trzeba było to w trybie wyborczym przeprowadzić. Oczywiście człowiek się łaskawie na wywiadowanie zgodził, należnie przygotował. Czyli w pamięci odświeżył doznania i doświadczenia, z całej przeszłości swojej, z nakierowaniem szczególnym na pobywanie w odosobnieniu i tam podpatrzonych działań zawodowców. W telewizorni, jak to w telewizorni. Początkowo dziennikarzyna O. stare swoje chwyty uprawiała. A to o to zagadnie, a to o tamto, w sprawie dalekosiężnych poglądów kandydata na polityka zagadywała. Aż, tak gdzieś w połowie, o dawniejsze życie człowieka zagadnęła, o lata wyjęte ze społecznego kontekstu zahaczyła. Nic to, człowiek się wizyjnie nie pomieszał - choć, rozumiecie, w nim aż od energetycznego napięcia buzowało. Wyjaśniał i raportował odpowiednio dobranymi słowami. Z minutę wyjaśniał. A później, jak nie wyprowadzi słownie lewego prostego, że panienka dziennikarzyna współpracowała, a prawym słowem poprawił, że brała i nadal za to bierze odpowiednie kwoty, chwyt podpatrzony zastosował i dowodził, że owe pieniężne zarobki po różnych światowych kontach chowa przez opodatkowaniem – jak nie zawinie się grubo określeniem, że blond rozumność niczego z rzeczywistości nie rozumie – jak nie dopasuje zgrabnie zdaniem, że prawdziwe dziennikarstwo nie tylko i nawet nie głównie na pustych pytaniach polega, ale że wymaga nawet wiedzy z tego i owego – jak nie nadmieni obrazowo, że paniusia się źle publicznie i rodzinnie prowadzi, że nie stosuje i nie uprawia w obiektach odpowiednich zachowań duchowo pożądanych – jak na jej całościową moralność odpowiednim cytatem nie siądzie... Słowem, po wszystkiemu dziennikarzynę O. zjechał kulturalnie, tak językowo odpowiednio, bez emocjonalnych ekscesów. Tak do końca już audycji mówił, mówił, mówił. W publikę młotkiem odpowiednim swoje poglądy polityczne wbijał, a nawet pięścią sugestywnie to jeszcze, co by się dobrze ubiło, poprawiał. Wszystko w tonacji, wizyjnie i z oddaniem pod adresem blond kwiatuszka i publiki kierował. No i w końcówce sukces ogólnie polityk osiągnął. Nawet nie warto się w temacie dziennikarzyny O. rozwodzić, sprawa teraz poszła szybko. Czyli następnej audycji z jej udziałem już w ekranowej przestrzeni nie było. Za to jej osobowością pokręconą i stanem zasobów wszelakich odpowiednie organa zainteresowały, mocno się, dodajmy, zainteresowały. Przecież organa, zrozumiałe, słuch w sprawach społecznie i politycznie nośnych mają wyostrzony, nic im z obiegu lokalnie światowego nie umyka z uwagi. Jak już odpowiedni cel upatrzą, to swoje zrobią, wiadomo. No i, trzeba to powiedzieć, dziennikarzyna O. przestała pełnić, a nawet się udzielać - a nawet, poza murami bywać, rozumiecie. Tylko do końca, blond bidulka o rozumku dziennikarzyny, nie pokumała, że to ona i jej metody do transformacji człowieka w polityka walnie i skutecznie się przyczyniły, nijak do niej nie dotarło, że polityk to jej produkt całościowo i detalicznie. Cóż, wiadomo, to kiepska osobowość była, ta cała O. 35
Fly UP